W kwietniu nasza katarska ambasada miała zaszczyt gościć dwie ważne osoby. A w związku z tym my – katarska Polonia – mieliśmy zaszczyt gościć w ambasadzie na imprezie, pardon, na przyjęciu (a raczej „recepcji”, piękne polskie słowo) oraz – za drugim razem – na tzw. koktajlu.
Gościem numer jeden był Marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, który przyjechał do Doha z grupą biznesmenów i dziennikarzy (owocem ich wizyty w tym regionie był m.in. artykuł o Polakach na emigracji w Dzienniku Bałtyckim bodajże trzy tygodnie temu 🙂
Zrobiła na mnie wrażenie liczba Polaków, którzy skorzystali z zaproszenia Ambasadora – było ok. 150-200 osób! Liczba stosunkowo duża zważywszy na miejsce i odległość od Wisły, ale jednocześnie wystarczająco mała, aby atmosfera była przyjemnie kameralna, a wręcz do pewnego stopnia familijna – Marszałek zdążył uścisnąć dłoń prawie każdego gościa. Miły gest… W to spotkanie wpleciono oficjalne obchody Święta 3 Maja – rangę tego wydarzenia podniosła obecność (krótka, bo może piętnastominutowa) szejka z katarskiej rodziny królewskiej pełniącego funkcję ministra sprawiedliwości. Nie zabrakło wysłuchania hymnów obu państw – w czasie odgrywania hymnu katarskiego (chwila jakby nie patrzeć dosyć podniosła) z okolicznych meczetów zaczęły rozbrzmiewać nawoływania do wieczornej modlitwy – wyobraźcie sobie konsternację zgromadzonych.
Drugim gościem była Pierwsza Dama RP, która przybyła do Doha, aby spotkać się z „naszą” Szejką Mozą i razem z kilkoma pierwszymi damami z innych krajów wziąć udział w konferencji o dzieciach niepełnosprawnych. Tym razem atmosfera na koktajlu była jeszcze bardziej kameralna (podejrzewa się, że sympatie tudzież antypatie polityczne wzięły górę…), tym bardziej zatem oczywiste było, że Pani Prezydentowa zdążyła przywitać się z każdym gościem osobiście (nawet ze mną!). Trzeba było wyjeżdżać z Polski tak daleko, żeby mieć zaszczyt spotkania z tak dostojnymi gośćmi.
W tym momencie wyprzedzę wasze pytania i wyjaśnię, że owszem, alkohol na obu imprezach był obecny (pewnie za pieniądze podatników w Polsce). Ciekawostką jest natomiast to, że serwowany był w ukryciu za rogiem budynku w bardzo słabo oświetlonym miejscu – tak, żeby nie narażać się „lokalsom”. Wyglądało to komicznie – w najciemniejszym miejscu podwórka gnieździli się ludzie w nikomu niewiadomym celu… Co kraj, to obyczaj.
