
Okazją do spotkania była potrzeba integracji między pracownikami oraz poznanie tradycji Ramadanu. Mieszkańcy Doha wybierają się z całymi rodzinami bądź znajomymi do tzw. ‘Ramadan tent’, będących niczym innym, jak specjalnie udekorowanymi restauracjami w hotelach (płaci się za wstęp za noc).
Świętowanie odbywa się późno wieczorem i w nocy – stoły uginają się od żarcia, obżarstwo nie ma końca, a wszystko odbywa się z towarzyszeniem bardziej lub mniej tradycyjnej muzyki na żywo i/lub pokazów tańców itp. My mieliśmy okazję podziwiać zespół trzech muzyków (cymbały, bębenek i skrzypce), do których czasem dołączała kobieta śpiewająca jakieś arabskie piosenki i … Franka Sinatrę.
W międzyczasie gospodarz niestety znajdował więcej przyjemności w korzystaniu z własnego telefonu komórkowego, niż w rozmowie z nami. Dramatyzmu całej sytuacji dodawał fakt, że lokalny zwyczaj nakazywał mu zostać na imprezie do ostatniego gościa. To się nazywa prawdziwe wczucie się w role gospodarza wieczoru (i sponsora hehe).
Ogólnie wieczór dość udany, choć gospodarz właśnie wyglądał na zmęczonego – był to dla niego trzeci taki obowiązkowy wieczór z rzędu (przed nim jeszcze czwarty…), bo – nie wiedzieć czemu – cały dział został podzielony na cztery tury po 20 osób. Czy pisałem już, że celem była m.in. integracja, a nie separacja?
Uwaga – puenta (będzie ostro!) –> oto oblicze Kataru, gdzie rozsądnym myśleniem grzeszy mała garstka ludzi (i ja się do niej zaliczam!!!)
