Kolejne kroki w Malezji postawiłem pod koniec marca. Zanosi się na konkretną powieść w odcinkach, bo przecież nadal marzy mi się tam wrócić.
Tym razem, poza kolejną porcją zakupów w Kuala Lumpur (shopping w KL to moja nowoodkryta druga natura!) udałem się do Melaki (w angielskiej – kolonialnej – wersji zwanej Malakką) oraz na Wyżynę Camerona. Ale Malezja to przede wszystkim jedzenie – tego w Melace bynajmniej nie brakowało – podczas zwiedzania miasta na każdym kroku kusiły stragany z najróżniejszymi przekąskami. Niech pozostanie tajemnicą to, ile razy im uległem. Czas spędzony na wyżynach będzie mi się za to zawsze kojarzył z niemalże odurzającym zapachem herbaty – zarówno na plantacji herbaty, jak i w fabryce znanego producenta Boh. Ciąg dalszy opowieści (kiedyś, inszalla) nastąpi.

Tym razem moją uwagę zwróciło raczej niewidoczne gołym okiem rozwarstwienie społeczne (rasowe) obecne również w innych krajach regionu (np. Singapur, Indonezja). Sytuację doskonale opisał Tiziano Terzano w książce „Powiedział mi wróżbita” – gospodarni Chińczycy (nie mylić z obywatelami Ch.R.L) z jednej strony, tuż obok nich mniejszość hinduska, z drugiej strony Malajowie (tj. w uproszczeniu Malezyjczycy-muzułmanie) uważani za leniwych, niezdolnych do prowadzenia biznesu, narzekający na dominację tych pierwszych w gospodarczej sferze. Nad wszystkim czuwa rząd reprezentujący większość coraz bardziej narzucający islamskie zasady na nie-muzułmanów. Władza broni interesów większości – niby nic w tym złego, ale bilans centralnego zarządzania własnością nie jest dodatni (biznes odbierany jest Chińczykom i przekazywany w ręce Malajów).

Okazuje się, że Malezja – powszechnie uważana za kraj liberalny – cenzuruje media i popkulturę. Ostatnio Beyonce odwołała swój koncert bo zastrzeżono, że powinna być ubrana po szyję. Ponadto filmy są cięte (zupełnie jak w katarskim kinie), a drażliwe dla muzułmańskiej społeczności fragmenty piosenek po prostu wyciszane. Nie wiem co prawda jak wygląda malezyjska wersja Kubusia Puchatka, lecz na własne oczy widziałem (i słyszałem), jak wyciszono fragment programu o gotowaniu na kanale Discovery, w którym sławny prezenter (Brytyjczyk, o którym powszechnie w Malezji wiadomo, że jest muzułmaninem) wspomniał o (wieprzowej) słoninie. Potrójna moralność. Najwyraźniej wedle cenzorów tylko nie-muzułmanie o wieprzowinie mogą w Malezji mówić na każdym kroku, ba!, nawet mogą ją spożywać. Przesada? Oto realia końca pierwszej dekady XXI wieku!
Mimo wszystko już nie mogę się doczekać kolejnej wizyty w tym fascynującym kraju (jakieś Borneo może w końcu!?)

