Zapomniałem dodać, że w czasie pory deszczowej kałuże były wszędzie, bo drogi owszem są, ale bardzo nierówne (chyba nie znają tu narzędzia zwanego poziomicą).
Głębokie kałuże. A w nich wszelki syf, który na nie czekał od ostatniego roku. Kolejny powód do frustracji – gdy musiałem przez jedną taką kałużę przejść w drodze do pracy – hm, szeroka jak brama, długa na pięć metrów, głęboka na 5-7 cm (!!!) i jeszcze fale po samochodzie, który przez nią właśnie przejechał… I ja. Już chciałem łapać stopa na te pięć metrów, ale akurat nic nie jechało. Chyba kiedyś już narzekałem na stan moich butów po pokonaniu drogi z domu do pracy. Lato czy zima – w tym aspekcie nic się tu nie zmieniło.
Jest jedna dobra strona deszczu – samochód sam się umył z tego pyłu zalegającego na dachu i szybach po burzy piaskowej. Teraz jest tylko najnormalniej w świecie zachlapany błotem.
PS. Już się wypogadza powoli – nie pada, nawet słońce wyszło zza chmur. Podobno następny deszcz dopiero za rok. Czy doczekam?
