Tranzyt w Rangunie cz. 2

Ciąg dalszy thrillera niepolitycznego w odcinkach.

Otuchy dodaje towarzystwo wspomnianej stewki z Tajlandii. W pewnym momencie, chyba od niechcenia, wspomina, że jak nie odlecimy najbliższym rejsem do Bangkoku to mogą nas deportować z powrotem do Kataru. Już się to podobno zdarzało… Kto mówi o traceniu nadziei?

Dochodzi 6.30 rano, znikąd pojawia się pan w sandałach, zwyczajnych spodniach i zapinanej na zamek kreszowej bluzie z jakimś logo. Coś zagaduje do nas, a Tajka tłumaczy owemu Oficerowi Policji (!), którego ja wziąłem za lokalnego lumpa, że czekamy, że my w tranzycie, że zaraz sobie pójdziemy. Przez chwilę jeszcze kręci się wokół nas, a potem znika. Powraca z kolegą w równie dizajnerskim dresie i znowu coś wypytują, ale doświadczona w bojach Tajka ich zbywa. Co ja bym bez niej zrobił?!

Wreszcie po kolejnych 15 minutach wraca nasza agentka. Jest karta pokładowa, nawet ze wskazanym miejscem, ale ulga. Jest nawet paszport!

Teraz już tylko trzeba przejść do strefy tranzytowej i dalej do samolotu. Banalne? Odprowadza nas cała gromadka pracowników lotniska – jak na Azjatów przystało, są zafascynowani moim wzrostem.

Drzwi prowadzące do strefy tranzytowej są zamknięte, trzeba zawołać strażnika, który niechętnie je otwiera.

Udało się!

ATR - Bangkok Airways

Fot. malaysianwings.net

Skoro miejsce na rejs do Bangkoku dostałem, mogę się już odprężyć. Rozsiadam się wygodnie w ATRze Bangkok Airways.

Sielanka się kończy, a moje myśli zostają gwałtownie zawrócone z kursu na Tajlandię do lotniska w Rangunie w momencie, gdy podchodzi do mnie agent naziemny i pyta o numer paszportu. Grzecznie podaję i czekam. Co dalej, co dalej?!?! Spisuje numer i bez słowa wyjaśnienia odchodzi.

Po kolejnych kilku minutach agentka nr 3 podchodzi i pyta o paszport i kartę pokładową.

Nauczyłem się nie zadawać pytań w takich sytuacjach. Pani ma pretensje, że jej nie powiedziałem, że właśnie przyleciałem z Kataru i że byłem w tranzycie. Przecież oni muszą to odnotować! Nieważne, że widzę babkę pierwszy raz w życiu… Strzelam Głupio-Zdziwiono-Przepraszającą Minę w wersji nr 5 i wykrztuszam z siebie „A-aha-aa”.

Co dalej jeszcze mnie czeka? To wszystko moja wina – myślę – niezłe problemy musiałem im sprawić tą przesiadką.

W końcu słyszę, jak zamykają się drzwi w samolocie. Uff, z doświadczenia wiem, że prawdopoobieństwo problemów i dalszego nękania przez obsługę znika w tym momencie praktycznie do zera. Czy aby na pewno ta zasada ma zastosowanie przy wylocie z Birmy?

W pośpiechu odkołowujemy w stronę pasa startowego i wio. Na pokładzie tej regionalnej linii przyjemna niespodzianka. Kiedy ostatnio (czy kiedykolwiek?) mieli państwo okazję zjeść porządne śniadanie z omletem, jogurtem i świeżymi owocami, itp., w trakcie rejsu ATRem??

Nie bez powodu Bangkok Airways nazywa siebie ‘Asia‘s boutique airline’. A ich slogan reklamowy mówi: ‘Fly boutique, feel unique’. Już nie mogę się doczekać, gdy znowu będę miał okazję skorzystać z ich oferty. Może ponownie na trasie z Yangonu do Bangkoku?

Śniadanie w Bangok Airways RGN-BKK

Podsumowując, pomysł z tranzytem w Rangunie jak najbardziej się sprawdził, choć muszę przyznać, że głównie dzięki zaangażowaniu i pomocy obsługi naziemnej. Strach pomyśleć, co by było gdyby któryś z Birmańczyków miał mniej cierpliwości …

PS. Należy się uzupełnienie. Wzbogacony nowymi doświadczeniami w Miami w zeszłym tygodniu stwierdzam, że opisane powyżej kłopoty przy przesiadce w Rangunie są śmiechu warte. W USA nie dość, że nie ma możliwości tranzytu znanego z większości krajów świata (w Rangunie były przynajmniej zakluczone drzwi), to ciężko o pomoc w trudniejszej sytuacji, o cierpliwym wysłuchaniu opisu owej sytuacji już nie wspominając. A wszystko to pod przykrywką walki z terroryzmem. Naprawdę szkoda czasu na opisywanie szczegółów…

ATR - Bangkok Airways

Fot. Wikipedia



Tranzyt w Rangunie

Podróżowaniu z biletami typu standby towarzyszy dodatkowa dawka adrenaliny. Przekonałem się o tym nieraz w ciągu ostatnich kilku lat. Kwestia wolnych miejsc już mnie niezbyt rusza, po jakimś czasie da się do tej niepewności przyzwyczaić.

Ciekawiej robi się, gdy trzeba się przesiadać po drodze. Zwłaszcza na nietypowych lotniskach, które na przyjęcie pasażera takiego, jak ja, nie wydają się przygotowane.

Na przykład Yangon. Konkretne zwiedzanie Birmy planuję już od dłuższego czasu, ale konieczność uprzedniego załatwienia wizy przed podróżą bardzo to utrudnia. Pomyślałem, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby się w stolicy Birmy chociażby przesiąść. Uruchomione niedawno bezpośrednie połączenie z DOH do RGN na pierwszy rzut oka jest idealną alternatywą dla bezpośrednich rejsów do Bangkoku, które w czwartki wieczorem są notorycznie pełne. Yangon odlatuje z Doha 20 minut później, a połączeń miedzy RGN a BKK jest sporo. Nic tylko lecieć! Czy aby na pewno?

Upewniłem się u źródeł, że dla pasażerów w tranzycie wiza nie jest wymagana. Zgodnie z wymaganiami, zakupiłem bilet standby na rejs Bangkok Airways z Rangunu do Bangkoku, o który już w czasie odprawy w Doha mnie zapytano – podobnie jak w wielu innych krajach, bez biletu powrotnego lub tranzytowego linia lotnicza nie podejmie się ryzyka zabrania nas na pokład.

No to lecim!

DOH-RGN-BKK

Po przylocie do Yangonu, zgodnie z radą znajomego zgłosiłem się do pani z obsługi lotniska czekającej przy rękawie, aby pomógła w przejściu przez tranzyt. Okazuje się, że nie jestem jedyny – ten sam sposób dotarcia do Bangkoku wybrała pracująca w QR stewardessa z Tajlandii.

Podajemy wydruki biletów, idziemy krok w krok za agentką. Ta uzgadnia przez krótkofalówkę, co z nami zrobić. Chwila oczekiwania, agentka upewnia się u innych pracowników lotniska. Mam wrażenie, że cokolwiek z nami zrobią, nie do końca będzie to legalne. Zapowiada się interesująco. Idziemy dalej. Krok w krok. Agentka prosi o paszporty i każe czekać, tu i tylko tu, przy winklu obok windy. I znika w korytarzach terminala.

Czekamy cierpliwie, choć nie jest to najłatwiejsze. Dokąd ona pobiegła? Do czego potrzebne były nasze paszporty? Mija 10 minut, pomocnej pani jak nie było, tak nie ma. Wszędzie pusto, mimo że na innych lotniskach w takim miejscu przechodziłyby tłumy ludzi w drodze na tranzyt lub kontrolę paszportów.

Jestem w obcym, ostatnio niezbyt stabilnym politycznie kraju, w strefie między wyjściem z samolotu a kontrolą paszportową, a mojego paszportu nie widziałem od 20 minut. Co dalej?

Wyobraźnia sięga do zakamarków pamięci i odnajduje obejrzany dawno temu film „Terminal” z Tomem Hanksem, w którym bohater bez ważnego paszportu utknął w strefie przylotów lotniska JFK. Bezskutecznie próbuję sobie przypomnieć, czy film dobrze się skończył…

C.d.n.

Liniowiec Marzeń czyli Dreamliner

Qatar Airways z równie wielką pompą jak PLL LOT (jeśli nie większą) odebrały pierwszego Boeinga 787 w zeszłym miesiącu, o czym nie zdążyłem napisać, ale właśnie nadarza się kolejna okazja, by do tematu jednak wrócić.

Qatar Airways - Boeing 787

Po kilku tygodniach lotów szkoleniowych w rejonie Zatoki Perskiej (np. do Dubaju i Kuwejtu), dziś rano Liniowiec Marzeń w barwach Oryksa wystartował w pierwszy komercyjny rejs do Londynu. Co najmniej jeden z pięciu codziennych rejsów do Londynu będzie osługiwany przez 787, pozostałe egzemplarze mają obsługiwać połączenia do Monachium, Frankfurtu, Zurychu oraz Perth. Ciekawostką może być to, że rozkład skonstruowano tak, że najwierniejsi fani B787 będą mogli się dostać z Londynu aż do Perth na pokładzie Dreamlinerów, z krótką przesiadką w Doha (QR obecnie oferuje najkrótszy czas podróży między tymi miastami spośród wszystkich przewoźników, podobnie jak w przypadku Melbourne).

Qatar Airways - Boeing 787 - Business Class

Klasa biznes

Jak przystało na najlepszą linię lotniczą świata, wyposażenie katarskiego Dreamlinera zostało zaprojektowane w taki sposób, aby wyprzedzać światowe standardy komfortu dalekich podróży. Brzmi jak kryptoreklama, ale wydaje się, że coś w tym jednak jest, skoro konfiguracja kabiny klasy biznes (1-2-1) przypomina bardziej klasę pierwszą u innych przewoźników. Szczegóły i trochę inspiracji o Katarze i jego lotniczych ambicjach znajdziecie na oficjalnej stronie katarskiego Boeinga 787.

Qatar Airways - Boeing 787 - Economy Class

Klasa ekonomiczna

To już chyba ostatnia notka o Qatar Airways w tym sezonie, nic szczególnego (wedle tutejszych standardów) raczej przez najbliższe kilka miesięcy się nie wydarzy. O tym, że w pierwszym półroczu 2013 Qatar Airways planuje uruchomić (co najmniej) 6 nowych kierunków nie będę pisał, bo … nic w tym szczególnego i byście się zanudzili. Pozwolę sobie jednak je wymienić: Gassim w Arabii Saudyjskiej, Najaf w Iraku, Phnom Penh w Kambodży, Chengdu w Chinach, Chicago w USA, Salalah w Omanie.

Zaraz zaraz, do tej pory nie napisałem nic o tym, co się szykuje we Wrocławiu! Czyli jednak trzeba wrócić do tematu QR, już wkrótce!

Qatar Airways wylądowały w Warszawie

Po wielu tygodniach odliczania, rejs QR980 wylądował dziś wczesnym popołudniem na lotnisku im. Fryderyka Chopina w Warszawie.

QR980 - boarding

Fot. Mateusz

Oczywiście śledziliśmy go z kolegami w internecie, od startu do lądowania, z przerwami na pracę 😉

QR980 - DOH-WAW

Pierwszy w historii QR980 – tuż po starcie

QR980 - DOH-WAW

Wiele „Qatari” przelatuje codziennie nad Polską, ten jest pierwszym, który ma zamiar w Warszawie lądować!

QR980 - DOH-WAW

3945 km / 2451 mil / jedyne 5 godzin i 46 minut

Jak donosi portal pasazer.com na pokładzie Airbusa A320 przyleciało 83 pasażerów, a wśród nich Akbar Al Baker, prezes katarskiej linii lotniczej oraz zagraniczni dziennikarze. Po przylocie miało miejsce oficjalne powitanie, w którym uczetniczyli ambasador Polski w Doha, ambasador Kataru w Warszawie i inni goście. Nie obyło się bez tradycyjnych występów. Jak donoszą z kolei źródła własne, ze względu na pogodę, nie powitano niestety kołującego samolotu tradycyjnym salutem wodnym. Wedle tychże samych źródeł, w maleńkim tylnym bufecie 320-ki była niezła impreza, typowo polska, a jakże!, a wódka lała się strumieniami.

Fot. pasazer.com

Oczekiwania wobec Qatar Airways w Warszawie są wysokie. Dowodem jest choćby dzisiejszy nagłówek na portalu onet.pl:

Przełomowe zmiany dla tysięcy klientów. Na polski rynek wkracza światowa ekstraklasa

Dzieje się tak nie bez powodu, skoro reklamy QR w Warszawie mówią wyraźnie – Lataj z najlepszą linią lotniczą na świecie. Ciekawe jakie będą oczekiwania wobec Emirates? I co będą mówiły reklamy na bilbordach?! (Lataj z ósmą najlepszą linią lotniczą na świecie, gorszą o jedną pozycję od Turkish Airlines? :P)

W tym szczególnym dla historii stosunków Polski z Katarem dniu lokalny dziennik The Peninsula wydał okolicznościowy dodatek przygotowany przez Ambasadę RP w Doha. Jak zauważył mój były szef, Qatar Airways otwiera kilkanaście nowych destynacji każdego roku, ale to bodaj pierwszy przypadek, gdy z tej okazji mamy do czynienia z przemyślaną promocją danego kraju w poczytnej gazecie pod auspicjami ambasady. Pomysł godny odnotowania!

Lataj z najlepszą linią lotniczą na świecie!

Odliczamy dni do pierwszego rejsu Qatar Airways z Dohy do Warszawy. Do tego wydarzenia przygotowują się wszyscy – obsługa naziemna, cały sztab ludzi z centrali, lokalne biuro w Warszawie oraz … załogi, zwłaszcza ci specjalnie wyselekcjonowani na rejs inauguracyjny. Na kilka dni przed każdym takim lotem konieczne jest zorganizowanie spotkania informacyjnego dla całej załogi i dopięcie wszystkich szczegółów, zwłaszcza w kontekście podróżujących VIPów. Wedle nieoficjalnych informacji na pierwszym locie QR do Warszawy bezpieczeństwo na pokładzie oraz pięciogwiazdkowy komfort pasażerów 😉 zapewniać będzie załoga składająca się z co najmniej trojga Polaków. Podobna obsada zapowiada się na pozostałych grudniowych lotach do Polski – kogo ze znajomych załóg bym nie pytał, ten ma co najmniej jeden rejs do Warszawy w swoim grafiku na grudzień. Zapowiada się interesująco…

W międzyczasie w Warszawie pojawiły się bilbordy z reklamą Qatar Airways.

Qatar Airways. Lataj z najlepszą linią lotniczą na świecie

Duma Qatar Airways

Qatar Airways z dumą prezentuje część swojej floty, w zaciszu domowego gniazda, czyli na lotnisku w Doha.

Na pierwszym zdjęciu siedem Boeingów 777 (ledwie ok. ćwiartka tego, co jest na stanie), a na drugim 14 Airbusów 320 (to też ułamek z całości tej floty 🙂

Niezorientowanym w branży podpowiadam, że zorganizowanie takiego zdjęcia było nie lada przedsięwzięciem. Samoloty z zasady mają latać i zarabiać pieniądze, a nie pozować do zdjęć i to jeszcze w takim zgrabnym ustawieniu na baczność. Kilka tygodni przygotowań, koordynacji między różnymi działami i odrobina szczęścia w kwestii pogody oraz np. punktualności przylotów i wreszcie możemy podziwiać efekty.

7x Boeing 777 by Qatar Airways in Doha

14x Airbus 320 by Qatar Airways in Doha

Między Katarem i Argentyną

Wycieczka do Buenos Aires oznaczała dla mnie spędzenie niemal 20 godzin w jednym samolocie bez przesiadek. Było co prawda międzylądowanie w Sao Paulo, ale bardzo krótkie i bez wysiadania. Warto wspomnieć, że Doha – Buenos Aires jest nadłuższym segmentem w siatce Qatar Airways. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale system rozrywki na pokładzie Boeingów 777 w katarskich barwach, a także wybór napojów (nie tylko bezalkoholowych 😉 sprawiły, że ten rejs – mimo, ze w klasie ekonomicznej, zleciał jakby w mgnieniu oka. Aha, dobrych kilka godzin wystałem w kuchni rozmawiając z załogą. Uwielbiam takie długie loty naszymi Triple Seven!

Dla większości pasażerów ten 20-godzinny odcinek stanowił część niewyobrażalnie długiej podróży – Doha była dla nich tylko punktem przesiadkowym, bo kilka chwil wcześniej przylecieli rejsami z Dalekiego Wschodu, zwłaszcza Chin i Japonii (co zajęło kolejne 10-14 godzin lotu!). Analiza powodów, dla których na locie między Katarem a Argentyną można spotkać tak wielu, a w zasadzie większość skośnookich pasażerów, jest podstawą mojej pracy. Podczas gdy odpowiedź na pytanie dlaczego wybierają Qatar Airways jest banalna (przede wszystkim bardzo mało alternatyw!), o wiele bardziej interesujące jest zrozumienie w jakim celu tam się udają, zwłaszcza z całymi rodzinami, a to bywa zaskakujące.

Jeśli któregoś z czytelników fascynuje to tak samo, jak mnie, to zachęcam do rozważenia kariery w dziale zarządzania przychodami w którejś z globalnych linii lotniczych, najlepiej w sekcji analiz popytu. Jest co analizować, zwłaszcza w naszym globalizującym się świecie!

Boeing 777 - Qatar Airways

Singapore Air Show 2012

Pokazy lotnicze w Singapurze to największe wydarzenie tego typu w Azji. Nie mogło mnie tam zabraknąć!

Singapore Air Show 2012

W tym roku perełką, na którą wszyscy czekali, był testowy Boeing 787, który prezentował się w Singapurze po raz pierwszy w ramach półrocznego tournee po całym świecie.
Innym ważnym punktem programu był jumbo jet w barwach Singapore Airlines. Linie te umożliwiły singapurskiej publiczności osobiste pożegnanie się ze swoim dotychczasowym flagowym modelem – Boeingi 747 będące w służbie SQ przechodzą w przyszłym miesiącu na emeryturę. Łza w oku niejednemu się zakręciła, bo oto po czterech dekadach kończy się era jumbo jetów w jednej z linii, która z nich słynęła. Trudno o bardziej namacalny dowód na to, że oto na naszych oczach następuje historyczny przełom – władanie przestworzami sukcesywnie przejmują Airbusy A380. Ciekawe jaki model z przyszłości wyprze kiedyś superjumbo.

Singapore Air Show 2012

Powietrzne pokazy w Singapurze okazały się dość krótkie (w porównaniu do tych na Le Bourget czy Farnborough). Rekompensatą za to były niezwykle interesujące i dobrze przygotowane komentarze spikerów na żywo oraz tło muzyczne dopasowane do akrobacji. Wyjątkowe (z europejskiego punktu widzenia) były również kraje prezentujące swoje lotnicze eskadry, zwłaszcza Australia. Ich małe samoloty śmigłowe dotarły do Singapuru ze swojej bazy wykonując 11 międzylądowań, co zajęło aż pięć dni. Nic dziwnego, że na salonie lotniczym w Paryżu zbyt często się nie pojawiają!

Singapore Air Show 2012

Następne pokazy lotnicze w Farnborough – plotki branżowe mówią, że będzie na nim prezentowany Boeing 787 w barwach Qatar Airways, a niewiele później miałby rozpocząć służbę dla tych linii w lotach rozkładowych. Odliczamy dni …

Singapore Air Show 2012

CO 957 czyli Island Hopper

Wszystko wskazuje na to, że najważniejszy plan podróżniczy na 2011 został właśnie zrealizowany. Chodzi o kolejną małoracjonalną wycieczkę inspirowaną przeglądaniem mapy oraz dogłębną analizą rozkładów lotów linii lotniczych na świecie (nieoficjalnie w planie była co najmniej jedna taka wycieczka w roku).

Jak to już bywało w przeszłości, wyszło na to, że sama destynacja miała znaczenie drugorzędne. Gdy pytano mnie o to dokąd lecę, miałem problemy z udzieleniem konkretnej odpowiedzi – moja pierwsza destynacja była jednocześnie punktem wylotu do destynacji drugiej, destynacja numer dwa to punkt wylotu do destynacji numer trzy. W skrócie – ważniejsze było skąd dokąd, i którędy, i jak.

Zaczęło się od pomysłu wyjazdu na Guam. Przy jego opracowywaniu dokonałem odkrycia, które wywróciło do góry nogami to, co było do tej pory zaplanowane i całkowicie zmieniło charakter wycieczki. I tak do Guam – owszem – dotarłem, ale przez Honolulu i Wyspy Marszalla. Z prawie niezliczonymi międzylądowaniami na innych wyspach Mikronezji.

Continental 957 - Island Hopper - po starcie z lotniska w Pohnpei

Z Honolulu do Guam można się dostać codziennie lotem bezpośrednim, ale po co, skoro alternatywą jest rejs z dwiema, czterema lub nawet pięcioma przystankami i to na samym środku oceanu? Pod lupę wpadł konkretnie jeden lot: CO 957, który – jak się później okazało – nazywany jest w branży Island Hopper. I tak, po wielu trudach logistyczno-planistycznych, które spędzały mi sen z powiek przez wiele dni przed wyjazdem, wczesnym świtem pewnego czerwcowego poniedziałku wsiadłem na pokład samolotu Boeing 737-800 w barwach linii Continental i wystartowałem z lotnisku w Honolulu. Po pięciu godzinach lotu, równie pięknego poranka (ale już wtorkowego) lądowałem na Wyspach Marszalla, gdzie było pierwsze rozkładowe międzylądowanie tego międzywyspiarskiego rejsu. Po dwóch dniach spędzonych na miejscu („Skaczący między wyspami” nie lata codziennie) ponownie wsiadłem na pokład CO957 i z każdym kolejnym wykonanym skokiem – w pełni tego świadomy – „przechodziłem do historii”.

Na Guam dotarłem (zgodnie z pierwotnym planem podróży) po ponad siedmiu godzinach od wylotu z Majuro na Wyspach Marshalla, w trakcie których skakaliśmy między wyspami Pacyfiku. Z Majuro do Kwajalein, następnie do Pohnpei (stolica Sfederowanych Stanów Mikronezji), potem już tylko Chuuk (ponownie S.S.M.) i wreszcie Guam.

Drogi Czytelniku, nie będzie dla Ciebie wstydem, jeśli w tym momencie oderwiesz się na chwilę od czytania i skonsultujesz z tym, co pokazuje twój domowy globus. Dla tych, co takiegoż nie mają pod ręką, zamieszczam mapkę w dużym przybiżeniu.

Z ciekawostek – załoga Continental nie zmieniała się ani razu na tym 14-godzinnym locie – tramwaju z Honolulu do Guam (ale leciał trzeci pilot i „mechanik-oblatywacz” potrzebny na niektórych wyspach).

Continental 957 - The Island Hopper

Po takiej przeprawie brakuje odpowiednich słów. Udało się, niemożliwe stało się możliwe! (hm, brzmi patetycznie?) Zauważyłem, jak różna jest perspektywa mieszkańców tamtych obszarów, a moja i setek innych ludzi, którzy tego dokonali i dumnie opisali swoje przeżycia na blogach i forach lotniczych. Dla tych pierwszych rejs na pokładzie Continental 957 jest przecież codziennością i praktycznie jedynym sposobem na kontakt ze światem (inni przewoźnicy lotniczy tych kierunków nie obsługują).

Niestety, ze względu na ograniczenia czasowe, nie mogłem sobie pozwolić na zatrzymywanie się na wszystkich „przydrożnych” wyspach na dłużej. Na szczęście na wszystkich lotniskach, gdzie mieliśmy międzylądowanie (z wyjątkiem jednego – Kwajalein, gdzie znajduje się amerykańska baza wojskowa), możliwe było wyjście z samolotu i zrobienie kilku zdjęć. Fakt, że miałem miejsce przy oknie zrobił dużą różnicę, bo – jak łatwo się domyślić – widoki z powietrza na lśniące błękitem i lazurą atole zapierały dech w piersiach na każdym z odcinków, a szczególnie w Pohnpei i Chuuk. Wszystko pokażą zdjęcia, które opublikuję już wkrótce. Póki co zapraszam na film.

Podsumowując – 9 dni w podróży, 9 startów i lądowań, przy czym 3 z nich zaliczyłbym do najbardziej żywiołowych w moim dotychczasowym życiu (mam nadzieję, że film choć częściowo odda trud pilotów). Do tego mnóstwo życzliwych ludzi, których spotkałem i którzy ten wyjazd ułatwili i umilili. Warto było!

Farnborough 2010

Od Pokazów Lotniczych w Paryżu minął rok, a to oznacza, że przyszedł czas na pokazy w Farnborough pod Londynem. Tam właśnie wywiało mnie na ubiegły weekend.

Farnborough Air Show to najważniejsze na świecie wydarzenie tego typu w roku. Najwięcej uwagi skupiło pojawienie się na targach Boeinga 787 (było to także pierwsze w historii lądowanie prototypu tego samolotu poza USA!). Poza nim na płycie lotniska prezentowany był nowiutki Boeing 777 w barwach Qatar Airways. Niestety nie dane mi było zobaczyć żadnego z nich, bo były wystawione tylko przez pierwsze dwa dni targów. Samoloty są przecież po to, aby zarabiać pieniądze w powietrzu, a nie na ziemi!

Farnborough Air Show 2010

Farnborough to także branżowe targi – sporo było wystawców z całego świata, w tym stawiający pierwsze kroki na tym rynku producenci samolotów komunikacji regionalnej (japoński Mitsubishi, rosyjski Sukhoi, chiński ARJ). A ponad wszystko – kilka godzin pokazów w powietrzu każdego dnia, czyli to, co misie lubią najbardziej. W pamięci zapadną niezawodne Red Arrows, The Blades i – najbardziej chyba – brytyjski bombowiec Avro Vulcan, niedawno odrestaurowany (niemałym kosztem) i przywrócony do latania na specjalne okazje – takie, jak ta. Zgodnie z zapowiedziami – gdy wznosił się w powietrze pojawiła się gęsia skórka…

Farnborough Air Show 2010

Kolejne pokazy w Farnborough w 2012 roku, a już za rok … Salon du Bourget (odliczamy dni!)

Farnborough Air Show 2010

Translate »