Być śledzonym przez mercedesa

Opowieść mrożąca krew w żyłach. Przynajmniej w żyłach jej uczestników.

Wracaliśmy moim samochodem z koleżankami z imprezy, było po pierwszej w nocy. Okazało się, że pewien biały mercedes od pewnego czasu albo jedzie tuż za nami, albo podąża sąsiednim pasem i obserwuje moje pasażerki oraz piękny ich włosów kolor blond. Jedziemy dalej, skręcamy z drogi, a on za nami. Zatrzymaliśmy się wzdłuż drogi pod sklepem, minął nas. Uff. I co dalej? – mercedes zawraca, mija nas, zawraca ponownie i zatrzymuje się 50 metrów za nami w bocznej uliczce. Wierzcie lub nie, ale to przestało być śmieszne w tym momencie. Potem już tylko jechałem jak pirat drogowy (wheyman piratem drogowym? – niemożliwe!). Spod sklepu ruszyliśmy – początkowo bez świateł – czym prędzej w kierunku mieszkania koleżanek, ale te pod własnym budynkiem w zaistniałej sytuacji odmówiły opuszczenia samochodu. Jedziemy więc dalej, już myślałem, że kolesia zgubiliśmy, a ten znowu się pojawił. Łatwo go było rozpoznać, bo kształt przednich lamp w najnowszym mercedesie tej klasy jest dość charakterystyczny. Uciekliśmy znowu i schowaliśmy się tym razem na parkingu pod budynkiem. Pełna konspiracja, pełne gacie, wszechogarniające pytania typu „co tu dalej robić?”. Po pięciu minutach ruszyliśmy ponownie, ale na szczęście już go nie spotkaliśmy. Najwyraźniej go zgubiliśmy. Pewnie dał sobie już spokój.

Zastanawiacie się pewnie o co kolesiowi chodziło. Biorąc pod uwagę to, że był ubrany w diszdasza, fura tez niczego sobie, miał prawdopodobnie nadzieję, że udostępnię mu jedną z „panienek”, którą przewoziłem. Jeśli nie dobrowolnie, to szantażem. Bo założenie jest takie, że jak ktoś wiezie cztery blondynki we własnym aucie (nawet jeśli jest to tylko malutkie Suzuki Swift), to muszą to być prostytutki. Ich blond włosy jeszcze bardziej ich utwierdzają w tym BŁĘDNYM przekonaniu. O jakim szantażu mowa? Prostytucja jest tu zakazana, a więc jako prawdziwy Katarczyk-patriota, mógłby donieść o swoich podejrzeniach na policję. Ale po co, skoro sam mógłby mieć trochę przyjemności? Obłuda, czy jak to nazwać?

Porąbany ten kraj. Porąbana kultura. Porąbani ludzie.

Ile ja się wtedy nerwów najadłem!? Jednak co przeżyłem to moje, przynajmniej jest o czym Wam opowiadać.

Eid Mubarak!

Zakończył się Ramadan. W końcu!

Teraz przyszedł czas na fiestę i wakacje. Atmosfera jak na majówkę – porozwieszali flagi na ulicach, fajerwerki w nocy, wszystko z okazji świąt Eid Al-Fitr (w niektórych językach określanych jako święto cukru, np. Zuckerfest czy Fête du Sucre – jako czas następujący po okresie postu, taki nasz – powiedzmy – karnawał).

 

Eid Mubarak

Celebracja trwa trzy dni, ale wolnego od pracy jest zwykle więcej (jak na polskiej majówce). Jest to czas dawania i dzielenia się z innymi, stąd centra handlowe są pełne ludzi szukających prezentów dla swoich bliskich.

Przepełnione są również bary i dyskoteki – po miesiącu posuchy przyszedł czas na uzupełnienie płynów w organizmie. Niektóre alkoholowe przybytki reklamowały się, że pierwszego dnia po Ramadanie, „specjalnie dla tych najbardziej spragnionych” będą otwarte już od czwartej po południu. Generalnie nic się nie zmieniło – po miesiącu przerwy w barach wciąż te same twarze gości, ta sama muzyka, ci sami obsługujący. Tylko pogoda już mniej zniechęca do wychodzenia z klimatyzowanego pomieszczenia na taras na „świeżym powietrzu”.

Mimo końca Ramadanu wciąż nie mogę się odzwyczaić od tych restrykcji jedzenia i picia w miejscach publicznych – teraz zanim sięgnę po butelkę wody w samochodzie muszę się dwa razy zastanowić, czy już można czy nie…

 

Wieczór arabski

Okazuje się, że Marriott w porównaniu z Intercontinentalem wypada blado. Impreza była udana, nadzwyczaj udana dla wszystkich. I wszystko przy absolutnym braku alkoholu.

Wieczor arabski

 Zdjęcia i filmik powiedzą więcej niż słowa…

Pieczenie placków na żywo

A wirujący panowie kręcili się przez ponad dziesięć minut bez przerwy – trudno wyjść z podziwu po obejrzeniu takiego show!

Wirujacy tancerze

 

Wirujacy tancerz

 

Ramadanu ostatnie podrygi

Miesiąc, w czasie którego miasto żyło głownie w nocy, powoli dobiega końca. Zdążyłem się już przyzwyczaić do tego, że o załatwieniu czegokolwiek przed dwudziestą można tylko pomarzyć. Za to wizyta w pralni, u samochodowego elektryka czy w najzwyklejszym warzywniaku grubo po północy wydaje się bułką z masłem. W czasie Ramadanu oczywiście.

Happy Ramadan

Sześć i pół godziny w biurze każdego dnia (zamiast ośmiu i pół) mija nadzwyczaj szybko i za tym z pewnością będę tęsknił do następnego roku. Nie oznacza to wcale, że po najbliższym weekendzie będę się musiał stawić w biurze jak kiedyś o siódmej rano – wszak po prawdziwym poszczeniu należy się trochę wolnego. W tym przypadku mówimy o … ośmiu dniach wolnego!!! Przynajmniej dla pracowników mojej firmy – w tym roku nasz władca z dziewiątego piętra był dosyć hojny (liczba dni wolnych waha się między różnymi firmami).

Ksiezyc w 3/4 Ramadanu

Tęsknić będę również za ulicami, które stają się puste przy zachodzie słońca, czyli w trakcie Magrhib –wieczornej modlitwy. A tuż po modlitwie poszczący mają swój długo oczekiwany posiłek – jest to absolutnie najlepszy moment, żeby gdzieś dojechać w najkrótszym czasie. Z drugiej jednak strony należy unikać jazdy samochodem, gdy ci jeszcze-poszczący są dopiero w drodze do upragnionego jedzenia, bo … głodny kierowca to zły kierowca. Widziałem to nie raz, ah, szkoda słów normalnie.

W czasie południowej modlitwy z kolei napotkać można inny problem – w związku ze wzrostem potrzeb modlitewnych (tak bardzo charakterystyczne dla okresu świąt) brakuje miejsc w meczetach (zwłaszcza w piątek) i drogi wokół nich stają się nieprzejezdne. Na szczęście blokada jest dość krótka – zazwyczaj tylko kilkanaście minut – w Polsce jak procesja gdzieś się zatrzyma to odblokowanie drogi zajmuje trochę dłużej.

Modlitwa przed mecztem

Firmowa kolacja w Marriocie

Coś w rodzaju wigilii firmowej, przy czym było to ubrane w tradycję muzułmańską oczywiście. Zapraszającym był nasz Dyrektor Handlowy (Katarczyk), stąd miałem okazję poznać, jak odmienne są zasady obowiązujące przy takich niby-nieformalnych spotkaniach. Całą grupą zaproszonych zebraliśmy się przed drzwiami hotelowej sali balowej i czekaliśmy na … owego gospodarza. Ten oczywiście był już wcześniej, czekał daleko z boku na wygodnym fotelu nie utożsamiając się z nami – czekał aż zbiorą się wszyscy jego goście przed drzwiami o ustalonej porze (widać było jak ważną rolę odgrywa tu hierarchia). A gdy już wszyscy się zebrali podszedł do nas, przywitał się z każdym osobiście (ah ta socjotechnika…), wypowiedział od dawna oczekiwane „zapraszam do środka” i dopiero wtedy mogliśmy wejść i zająć miejsca przy zarezerwowanym stole. Inaczej nie miało prawa być.
Ramadan dinner party

Okazją do spotkania była potrzeba integracji między pracownikami oraz poznanie tradycji Ramadanu. Mieszkańcy Doha wybierają się z całymi rodzinami bądź znajomymi do tzw. ‘Ramadan tent’, będących niczym innym, jak specjalnie udekorowanymi restauracjami w hotelach (płaci się za wstęp za noc).

 

Świętowanie odbywa się późno wieczorem i w nocy – stoły uginają się od żarcia, obżarstwo nie ma końca, a wszystko odbywa się z towarzyszeniem bardziej lub mniej tradycyjnej muzyki na żywo i/lub pokazów tańców itp. My mieliśmy okazję podziwiać zespół trzech muzyków (cymbały, bębenek i skrzypce), do których czasem dołączała kobieta śpiewająca jakieś arabskie piosenki i … Franka Sinatrę.

W międzyczasie gospodarz niestety znajdował więcej przyjemności w korzystaniu z własnego telefonu komórkowego, niż w rozmowie z nami. Dramatyzmu całej sytuacji dodawał fakt, że lokalny zwyczaj nakazywał mu zostać na imprezie do ostatniego gościa. To się nazywa prawdziwe wczucie się w role gospodarza wieczoru (i sponsora hehe).

 

Ogólnie wieczór dość udany, choć gospodarz właśnie wyglądał na zmęczonego – był to dla niego trzeci taki obowiązkowy wieczór z rzędu (przed nim jeszcze czwarty…), bo – nie wiedzieć czemu – cały dział został podzielony na cztery tury po 20 osób. Czy pisałem już, że celem była m.in. integracja, a nie separacja?

Uwaga – puenta (będzie ostro!) –> oto oblicze Kataru, gdzie rozsądnym myśleniem grzeszy mała garstka ludzi (i ja się do niej zaliczam!!!)

Spotkanie z Jej Wysokością Szejką

Małżonka naszego władcy (druga żona z trzech), Szejka Mozah Bint Nasser Al-Missned jest coraz bardziej rozpoznawana na świecie. W dość mądry sposób znalazła swoje miejsce u boku męża i pomaga realizować mu sen o roli Kataru w regionie i na świecie.
Przy okazji – jest chyba jedną z najpiekniejszych kobiet w swoim wieku (ile ma lat nie da się sprawdzić, ale wystarczy wspomnieć, że ma 27-letniego syna – jest to następca tronu, Szejk Tamim Bin Hamad Bin Khalifa Al Thani).
I wszystko jasne!

Media o Katarze

Znalazłem ciekawy filmik streszczający wszystko to, czego do tej pory tu nie napisałem. Film był nagrywany kilka lat temu, więc może się wydać mało aktualny (zwłaszcza liczba drapaczy chmur bardzo się zwielokrotniła). Ale ogólnie przekaz jest ponadczasowy.

Zwróćcie uwagę na krótki wywiad z Jego Wysokością Szejkiem, a zwłaszcza jego dumną odpowiedź na pytanie o to, czy Katarczycy płacą podatki. Chcecie wiedzieć? Oglądajcie!

Fryzjer dla ubogich

Fryzjer dla mnie. Temat fryzjerów – czy chcecie czy nie – powraca.

Postanowiłem zbadać najtańszy segment cenowy męskich usług fryzjerskich w Doha. Fryzjerami są w nim najczęściej Hindusi. Takich salonów jest tu najwięcej, z wyglądu zwykle trudno je odróżnić od pijackiej meliny. Zwłaszcza że niezajętych niczym fryzjerów można na ogół zastać w pozycji leżącej na kanapach przed telewizorem, na których w normalnorynkowych warunkach siedzieliby oczekujący klienci – normalnorynkowe warunki trudno tu znaleźć (jest straszny przerost zatrudnienia, co właśnie widać na wspomnianych kanapach).

Wylegujący się fryzjerzy

W każdym razie obrazek wylegujących Hindusów nie zachęca do zajrzenia do środka.

Fryzjer na leżąco

Się jednak zmusiłem. Zaprowadzono mnie od razu na zaplecze, stanowisko (chyba dla VIPów) pozasłaniano powiewającymi kotarkami (innych klientów obsługiwano bez zasłonek, hmmm). I się zaczęło.

Od włączenia telewizora nad moją głową i wybierania kanału specjalnie dla mnie. Bez pytania o moje zdanie usługodawca ustawił coś po niemiecku. No nie! Mówię kolesiowi, że ja po niemiecku nic nie rozumiem, że w sumie to może ten telewizor wyłączyć, bo po co i w ogóle. Nic tylko się speszył i po kolejnych dwóch minutach przerzucania kanałów ustawił jakiś film po angielsku. Myśl o tym, ż klejent będzie siedział na fotelu bezczynnie (i patrzył mu na ręce hehe), musiała nie mieścić się w jego horyzoncie myślowym. Co zrobić? Mus to mus!

Fryzjerzy oglądają TV

To był tylko początek szopki. Potem już tylko dokładne mycie grzebieni i nożyczek (tak, żebym wszystko widział). Pozostałe narzędzia trzymane były w przezroczystym pojemniku przypominającym chlebak, przy czym w środku świecił się ultrafiolet. […] Włot k***a tiechnologija.

Na strzyżeniu się nie skończyło – masaż głowy przy myciu włosów powiedzmy, że można uznać za standard. Masaż karku? Powiedzmy, że też do zaakceptowania. Ale jak koleś przeszedł do masowania przedramion powiedziałem dość. Ile można u fryzjera siedzieć? Godzina zegarowa, którą tam spędziłem to było i tak za długo (zabawa z telewizorem plus polerowanie tych grzebieni naprawdę zajęło sporo czasu). To był absolutnie najdłuższy pobyt na fotelu fryzjerskim w moim życiu. Mogło to trwać jeszcze dłużej, boję się myśleć jak to się mogło skończyć (tak, już widzę te wasze komentarze…).

Takiego traktowania to ja nigdy w życiu nie doświadczyłem u fryzjera (nawet w Sheratonie). A cena taka, że niższą trudno sobie wyobrazić. Czasem jednak chyba wolałbym zapłacić trochę więcej i uniknąć tej całej zbędnej szopki. Szkoda czasu po prostu…

Ciągoty nad Wisłę

Coraz większe. Nieprzerwane. Przyszły po ponad czterech miesiącach nieprzerwanego pobytu nad Zatoką.

Zaczyna się tęsknić za wszystkim, za przyjaciółmi, rodziną, ale głównie chyba za uliczną normalnością. Może tylko języka polskiego mi nie brakuje, bo mam go tu na co dzień (dostęp do Internetu i tutejsi polscy znajomi…)

Zacząłem łapać się na tym, że w każdej wolnej chwili obmyślam plan podróży do Polski. Kiedy wyjechać, którą linią lotniczą, którym lotem, na którym europejskim lotnisku się przesiąść (kto mnie zna, ten wie ile potrafię o tym myśleć). Którędy będzie najszybciej, najwygodniej i żeby zminimalizować ryzyko niespodzianek typu ‘offload’. Z tych przemyśleń na razie niewiele wynika, bo wycieczka nad Wisłę pozostaje w sferze marzeń – najpierw przecież muszę dostać akceptację kilku dni wolnych od szefa. Mam nadzieję, że przyjazd choćby na chwilę będzie możliwy pod koniec listopada.

Na razie więc planuję dalej, ale nie zapeszam.

Full znaczy pół

Przynajmniej w katarskim PZU. Przyszło mi wykupić ubezpieczenie na samochód na kolejny rok. Trudno się trochę w tych tutejszych ubezpieczeniach połapać, bo podstawowa składka zwana ‘full cover’ owszem ubezpiecza kierowcę, ale pasażerów już niekoniecznie. Zależy jakich pasażerów. I tu niespodzianka – osoby niebędące członkami rodziny są wliczone automatycznie. Rodzina? – nie, po co!? Za rodzinę trzeba dopłacić kilkaset rijali rocznie (wtedy ponoć się ma ‘full full insurance’). Postanowiłem nie skorzystać z opcji rodzinnej, z wiadomych względów.

Niestety nie przewidują zniżek za bezszkodową jazdę – tak jakby wychodzili z założenia, że to tutaj niemożliwe. Nawet jak ktoś jeździ rozsądnie, to przecież na sąsiednim pasie może trafić na idiotów takich, jak na załączonym obrazku.

Rzeczywiście patrząc na te akrobacje można by w tę logikę ubezpieczeniową zacząć wierzyć. To też był powód, dla którego nie zdecydowałem się na wybranie tańszej o 300 rijali opcji ubezpieczenia, przy której szkody poniżej 1000 rijali musiałbym pokrywać z własnej kieszeni. Za duże ryzyko…

Translate »