Technologiczny skok w nowy rok

Pierwszy dzień roku nie jest wystarczająco dobrą okazją do świętowania dla rdzennych mieszkańców Kataru. Fajerwerków o północy tu się z tej okazji nie uświadczy, imprez masowych brak, życie na ulicach toczy się normalnie, nie wspominając już o tym, że Nowy Rok nie jest dniem wolnym od pracy.

1 stycznia 2014 r. okazał się jednak dla Kataru wyjątkowy, choć nie na tyle, aby uczcić tę okazję fajerwerkami. Coż takiego się stało? Otóż QBS Radio, lokalna angielskojęzyczna stacja radiowa, zaczęła nadawać … 24 godziny na dobę. Choć brzmi to nieprawdopodobnie, do tej pory QBS przerywało program o pierwszej w nocy, aby wznowić nadawanie dopiero o 5 lub 6 rano. Jest to istotnie technologiczny skok, który warto odnotować, gdyż żyjemy w erze muzyki w formacie mp3 (albo najlepiej z youtube) i wszechobecnych smartfonów, które jej odtwarzanie umożliwiają gdziekolwiek się jest.

Stosowny komunikat o wydłużeniu czasu nadawania przekazano słuchaczom na antenie, czego miałem szczęście być świadkiem. O zmianie nie dowiemy się z internetu, gdyż QBS Radio … nie ma strony internetowej. Jedyną stroną, jaką wujek Google wynajduje (dopiero na drugiej stronie wyników wyszukiwania!) jest oficjalna strona publicznego nadawcy Qatar Broadcast, z wyglądu z przełomu mileniów, której funkcjonalność ogranicza się do strumieniowania katarskich radiostacji przez internet.

I tak oto, z lekkim poślizgiem, wszedł Katar i jego nadawcze możliwości w XXI wiek, a raczej – oceniając po wyglądzie i funkcjonalności strony internetowej – początki pierwszej dekady XXI wieku (za odnośnik można by uznać BBC 2, które wedle wikipedii zaczęło nadawać 24 godziny na dobę już w 1979, a BBC One w 1997r.).

Jakich kolejnych skoków powinniśmy się spodziewać po najbogatszym kraju świata?



Tbilisi! Gruzja!!!

Jak może się skończyć wystawienie do wiatru przez kumpla, który na 105 (!) minut przed wylotem wycofał się ze wspólnych weekendowych planów podróżniczych do dalekiej Azji?

Taka sytuacja wyjściowa, trzeźwość umysłu (niekoniecznie była to błahostka o pierwszej w nocy!), kilka nerwowych telefonów do przyjaciół i szczypta spontaniczności – tylko tyle i aż tyle wystarczyło, aby spędzić fantastyczne dwa dni na wschodnich krańcach … Europy i przy okazji dokonać odkrycia na wagę złota.

Cóż takiego jest w Gruzji, że większość turystów (jeśli nie każdy) wyjeżdża z niej zauroczona? Jak to się dzieje, że latać do Gruzji uwielbiają nasze załogi, w tym zazwyczaj wybredni Azjaci? Z kim w Katarze bym nie rozmawiał, chciałby do Tbilisi wrócić, i to jak najprędzej. Ostatnio też się do tej grupy zaliczam.

Autor jednego z przewodników po mieście ocenił, że Tbilisi jest odświeżająco ludzkie. Coś w tym jest. Znana z innych miejsc powszechna komercjalizacja, towarzyszące jej agresywny marketing, dbałość o spójność wizerunkową globalnych marek i cała reszta tej powtarzalnej nudy jeszcze się tu nie zadomowiły (Starbucks’a nie uświadczysz!). Powoli się to zmienia, ale to stare, bo założone ponad 1500 lat temu, miasto, tak łatwo globalizacji nie ulegnie, bo jego mieszkańcy noszą w sobie dumę. Z korzyścią dla nich samych i turystów. W tej samej publikacji doczytałem się stwierdzenia, że w Tbilisi panuje „szczere niedołęstwo”. Z jednej strony kosztowne renowacje starych budynków, których efektem jest przesadna sterylność, a z drugiej rudery o każdym możliwym stopniu (nie)używalności.

Tbilisi urzeka pod wieloma względami. Jak tu nie ulec zalotom tego stołecznego miasta, skoro na każdym kroku, w środku lata, można kupić świeże, dojrzałe pomidory, śliwki, arbuzy, morele, brzoskwinie…  I to wcale nie idealne z wyglądu, lecz z naturalnymi wadami – tu plamka, chropowatość, tam przypalenie słońcem, gdzie indziej ślad po robaku. Czym ja się zachwycam!? Zrozumieją ci, którzy tak jak ja mieszkają na pustyni i w sklepach do wyboru mają „plastikowe” warzywa i owoce bez smaku.

O zaletach gruzińskich napitków produkowanych z winogron rozpisywać się nie trzeba. Mnogość sklepów winiarskich z ofertą pod turystów początkowo mnie przeraziła, ale któż by się przejmował, skoro ceny są umiarkowane, a w Katarze trwa właśnie Ramadan?  Wino do obiadu, wino do deseru, wino do kolacji. Do wyboru, do koloru. W doborze pomógł nam Giorgi – świeżo upieczony magister o winnej specjalności (!), którego zapoznaliśmy na degustacji w sklepie, w którym pracował. Zaproponował, że w swoim wolnym dniu obwiezie naszą paczkę po okolicy. Zapaleni couchsurferzy takich ofert nie odrzucają!

Pomiędzy kolejnymi stakanami wina należało coś przegryźć. Również i pod tym względem Gruzja nie zawodzi. Chinkali (czyli mięsne pierożki z rosołkiem), chaczapuri (zapiekane placki z serem i innymi dodatkami), szaszłyki cielęce i wieprzowe, phali ze szpinakiem lub burakami z dodatkiem granatu i orzechów włoskich, do tego najróżniejsze sery, surówki. Prawdziwy raj dla kubków smakowych! Do wypróbowania pozostało wiele innych tradycyjnych dań gruzińskich. Nie mam wyjścia, muszę do Tbilisi wrócić!

Tak oto, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, niejako z rozbiegu (acz z międzylądowaniem w Baku), Gruzja wskoczyła na jedno z czołowych miejsc w moim plebiscycie na Odkrycie Dekady. Czy przyszłe doświadczenia potwierdzą, że zasługuje na tę silną pozycję?

Więcej zdjęć na Picasa.

Mundial budowany rękami niewolników

Brytyjski dziennik The Guardian opublikował przedwczoraj na pierwszej stronie szczegółowe sprawozdanie badające rosnącą liczbę ofiar śmiertelnych wśród nepalskich robotników w Katarze.
Artykuł skupia się na trudnej sytuacji młodych ludzi z Nepalu, którzy często zapożyczając się w ojczyźnie wyruszają do Kataru w celu podjęcia dobrze płatnej pracy, aby tuż po przyjeździe stanąć w obliczu niższej niż obiecywana pensji i złych warunków życia i pracy.
Wedle dokumentów uzyskanych od nepalskiej ambasady, w ciągu dwóch letnich miesięcy zmarło w Katarze co najmniej 44 nepalskich robotników. Wśród przyczyn wymienia się choroby układu krążenia oraz wypadki przy pracy.

Raport wskazuje również, że niektórzy pracodawcy rutynowo konfiskują paszporty i odmawiają wydania lokalnych dokumentów tożsamości, w efekcie sprowadzając robotników do statusu nielegalnych imigrantów. Ponadto niektórzy pracownicy twierdzą, że od wielu miesięcy ich pensje nie zostały wypłacone, co odczytuje się jako mechanizm zniechęcający ich do ucieczki. Katarskim pracodawcom zarzuca się także odmawianie dostępu do darmowej wody pitnej mimo panujących 40- a nawet 50-stopniowych upałów.

Brutalne warunki zatrudnienia zmusiły ostatnio trzydziestu Nepalczyków do ucieczki i schronienia w ich ambasadzie.

 „W ostatnich tygodniach dziesiątki nepalskich robotników zginęło w Katarze, a tysiące innych musi znosić […] nadużycia ze strony pracodawców, […] co budzi poważne zastrzeżenia dotyczące przygotowań Kataru do organizacji Mistrzostw Świata w 2022.”

„Szczegóły odkryte przez Guardiana są jasnym dowodem na stosowanie systematycznej pracy przymusowej w Katarze. […] W rzeczywistości, te warunki pracy i zdumiewająca liczba zgonów najsłabszych pracowników wykracza poza definicję pracy przymusowej i zahacza o niewolę życia, gdzie ludzie są traktowani jak przedmioty. Nie ma już ryzyka, że Puchar Świata może być zbudowany na robotach przymusowych. To już się dzieje.”

Raport sugeruje, że oto w ramach przygotowań do prestiżowego międzynarodowego turnieju sportowego jeden z najbogatszych krajów świata otwarcie eksploatuje obywateli jednego z najbiedniejszych krajów.

Publikacja odbiła się szerokim echem, również w mediach społecznościowych i przeniosła dotychczasową dyskusję na inne tory – zamiast jak dotąd debatować o potencjalnym wpływie upałów na wydolność zawodników w trakcie 90-minutowego meczu, świat ma wreszcie szansę uzmysłowić sobie, jak katarskie upały znoszą robotnicy pracujący po kilkanaście godzin dziennie przy budowie stadionów, po których pewnego dnia ci dobrze opłaceni i wyżywieni piłkarze sobie pobiegają.

Czas pokaże jak ten artykuł i dyskusja wokół niego zmieni los współczesnych niewolników pracujących nad Zatoką Perską.

P.S. Jak donosi The Guardian, Katar ma najwyższy stosunek pracowników migrujących do lokalnej populacji na świecie: ponad 90% pracowników to imigranci, a kraj planuje zatrudnić dodatkowo nawet półtora miliona robotników do budowy stadionów, dróg, portów i hoteli potrzebnych do organizacji mundialu. Napalczycy stanowią około 40% imigrantów w Katarze. Ponad 100 tys. z nich przybyło do Kataru w samym ubiegłym roku.

P.P.S. Los nepalskich robotników w Katarze stoi w kontraście z wszechobecnym ostatnio na ulicach Dohy sloganem 'Qatar Deserves The Best’. Aż chciałoby się zapytać, czym tak sobie zasłużyli na najlepsze, bo chyba nie ciężką pracą własnych rąk.

Poniżej zdjęcia pokazujące budowę budynków mieszkalnych na moim osiedlu. Stan zabezpieczeń mówi sam za siebie.



Kurtka zimowa, na lato

Nie od dziś wiadomo, że wszystko jest względne. Miałem okazję przypomnieć sobie o tym ostatnio podczas wizyty w pralni chemicznej.

Oddawałem do wyprania letnią kurtkę, przewiewną, bez podszewki, jedna warstwa materiału i tyle. Pani z obsługi pralni (notabene Filipinka) obejrzała ją i bez chwili zawahania zanotowała na druczku:

Winter jacket.

Sprzeciwu nie zgłaszałem.

W Katarze temperatura powietrza coraz częściej spada poniżej 35 stopni Celsjusza, co zwiastuje rychłe nadejście jesieni i zimy – to istotnie znakomity czas na odświeżenie zimowej garderoby!

Nieproszony gość

Rejs powrotny po jednym z weekendów poza Doha. Udaje mi się znaleźć rząd z trzema pustymi miejscami, więc mogę się wręcz rozłożyć i zrelaksować. Bez znaczenia, że to ostatni rząd na A320, więc tuż przy toalecie i bufecie. Liczy się wygoda.

Pierwsze cztery godziny mijają komfortowo, przez większość czasu oglądam filmy siedząc przy przejściu.

Wychodzę do łazienki. Gdy wracam okazuje się, że na siedzeniu, które dotychczas zajmowałem w „moim rzędzie”, siedzi pasażerka (z Japonii). Zdarzało mi się nie raz doświadczyć podobnych sytuacji tuż po starcie, ale nigdy na 40 minut przed lądowaniem!

Chwila konsternacji. Wyprosić? Japonkę? W tym uroczym słomkowym kapeluszu? Dla tych 40 minut „osobistej wygody”?

– Na pewno spoczęła tu tylko tymczasowo, w kolejce do łazienki – myślę sobie. – A nawet jeśli nie, to miło byłoby zobaczyć, co z tej sytuacji wyniknie – ciekawość bierze górę.

Podchodzę, uśmiecham się i pokazuję, że chciałbym przecisnąć się do siedzenia przy oknie. Zaczynam czytać gazetę, ale od czasu do czasu zerkam na współpasażerkę i sprawdzam, czy ma się dobrze w mojej gościnie.

Pilot anonsuje początek zniżania. Włącza się sygnalizacja „zapiąć pasy”. Załoga zabezpiecza kabinę do lądowania.

Mój nieproszony gość z kraju kwitnącej wiśni nadal siedzi obok mnie.

Lądujemy. Szefowa pokładu uprzejmie wita pasażerów w Katarze i dziękuje za wspólną podróż. Nie tylko ona zresztą – oto mój gość, urocza Japonka w średnim wieku, zwraca się do mnie bez słowa, trzymając w ręce świeżo poskładane origami. Demonstruje jak ten przepiękny ptak z papieru porusza skrzydłami.

Pełen podziwu i wdzięczności odbieram ten niezwykły i niespodziewany prezent.

Arigato! – wykrztuszam z uśmiechem na twarzy.

Okazuje się, że Japonka nie czekała jednak w kolejce do toalety. Co było jej motywacją do zmiany miejsca tuż przed lądowaniem, na zawsze pozostanie tajemnicą.

Nigdy również nie zrozumiem dlaczego akurat ja zostałem obdarowany tak niezwykłym prezentem.

Życie czasem sprawia miłe niespodzianki i to w najmniej oczekiwanych momentach. Nauczyłem się, że aby z nich skorzystać, trzeba się na nie otworzyć. Jak? Na przykład reagować przeciwnie do dotychczasowych nawyków: mówić sobie „tak” tam, gdzie wcześniej mówiło się „nie”, skręcać w prawo zamiast w lewo, akceptować zastaną sytuację zamiast się jej opierać…

Odkąd zacząłem to stosować okazało się, że za takim zakrętem o 180 stopni kryją się bezcenne doświadczenia. To z pozoru banalne rozwiązanie wcale nie jest takie proste do zastosowania, ale twierdzę, że warto próbować – zwłaszcza w czasie podróży po świecie.

Hardkor po katarsku

Praca nad nowymi wpisami podróżniczymi trwa, w międzyczasie proponuję szybki rzut oka na Katar.

O specyfice ruchu drogowego w Katarze pisałem już wcześniej, niewiele się od tego czasu zmieniło. W skrócie, dla przypomnienia – wielu kierowcom brakuje tu wyobraźni, fantazji niektórym z nich jednak nie brakuje …



Koniec z litością egzaminatorów

Tysiące katarskich uczniów, którzy oblali powtórki semestralnych egzaminów nie będzie mogło liczyć na to, że egzaminatorzy ponownie ocenią ich prace. W bardzo stanowczy sposób oznajmił to katarski Minister Edukacji i Szkolnictwa Wyższego, co wywołału przerażenie w tłumie zgromadzonych na specjalnych spotkaniu rodziców uczniów.

– Zdaję sobie sprawę, że rodzice są sfrustrowani z powodu niepowodzeń ich dzieci w drugim podejściu do egzaminu, ale zawsze jest następny raz.

Wcześniej poinformowano, że około 12 procent uczniów klas 4-11 nie zdało pierwszego podejścia do egzaminów kończących semestr. Jednak prawie 40 procent uczniów oblało również egzaminy poprawkowe. Minister dodał, że przy ocenianiu wyników nie było miejsca na nepotyzm, kumoterstwo czy manipulację wynikami, ponieważ szkodziłoby to systemowi edukacyjnego.

Niektórzy rozzłoszczeni rodzice zagrozili sądowymi pozwami, jeśli poprawkowe egzaminy ich dzieci nie zostaną ocenione ponownie. Całą sytuację określają jako „niesprawiedliwość” i dodają, że komisja „oceniała bez miłosierdzia”.

Wzrastająca liczba niezdanych egzaminów jest kolejnym kłopotem katarskiego systemu edukacji, który zmaga się z reorganizacją od wielu lat. Wśród największych bolączek finansowanych przez rząd niezależnych szkół wymienia się brak wykwalifikowanej kadry oraz wielką liczbę niesfornych dzieci (!).

Jak to się ma do polskich warunków? Czy ewentualne prośby rodziców o miłosierdzie i litość (!) przy ocenianiu prac wymagałyby tak poważnej debaty i zaangażowania samego ministra, jak to ma miejsce w Katarze?

Lądowanie z morza i marzeń

Jak się ląduje na plaży?

Dolecieć na Saint Martin niełatwo, zwłaszcza na biletach pracowniczych, co sam udowodniłem. W obie strony musiałem przetestować swoje umiejętności przewidywania i planowania sytuacji awaryjnych oraz uruchamiania i bieżącego modyfikowania tych planów w praktyce. Schematycznie wyglądało to tak:

DOH-AMS-SXM   /   AMS-LHR-MIA-SXM    /  MIA-SXM   /   SXM-CUR-AMSDOH   /   SXM-CDG-DOH

Już samo lądowanie na Saint Martin jest przeżyciem, jakich mało – uczestniczy się bowiem w niezwykłym przedstawieniu, które gromadzi na przylotniskowej plaży tłumy gapiów. Zaznaczyć warto, że scena jest tu jednocześnie widownią, a widownia sceną.

Praktycznie każde lądowanie na Princess Juliana International jest filmowane – zarówno przez podekscytowanych pasażerów w samolocie, jak i spotterów zgromadzonych na plaży. I właśnie wzięcie udziału w tym przedstawieniu było jednym z moich marzeń.

Moim planem było uczestniczyć w wyczekiwanym przez tłumy legendarnym lądowaniu Boeinga 747 pomalowanego w królewski błękit KLMu. Zamiast tego na Saint Martin przybyłem na pokładzie samolotu z kadłubem prawie niepomalowanym, czyli robiącego nieco mniejsze wrażenie Boeinga 757 w „barwach” American Airlines.

Jak to wyglądało z wewnątrz pokazuje film na youtube.

Fot. Kuba

Wylot z Princess Juliana również zapada w pamięć. Strasznie dziwne to uczucie, siedzieć w gigantycznym samolocie kołującym w kierunku progu pasa startowego i w momencie nawrotu zobaczyć te tłumy ludzi oczekujące pod płotem na nasz start. Nasz pilot z pewnością też im pomachał na pożeganenie.

Jak długo będzie czekał na zgodę na start?

Ruszy od razu czy zdążę cyknąć fotkę spod ogona nie ryzykując utraty zdrowia ani życia?

Co czują pasażerowie wewnątrz, dla których jest to najczęściej epilog wakacji na Karaibach?

Te pytania sam zadawałem sobie na plaży Maho kilka dni wcześniej, gdy obserwowałem przygotowania do startu Airbusa A340. Aż w końcu przyszła kolej na zamianę ról.

Szczęśliwie załapałem się na to właśnie wczesnowieczorne przedstawienie w wykonaniu Air France à destination de Paris Charles de Gaulle. Kilka godzin wcześniej okazało się, że – pomimo szczerych chęci – spektakl holenderski Bestemming Amsterdam Schiphol będę musiał oglądać z poziomu plaży, a nie samolotu. Trudno narzekać, gdy dostępne są takie alternatywy.

Airbus A340 ustawia się w osi pasa.

Piloci zaciągają hamulec ręczny.

Po chwii silniki przyspieszają. Samolot nadal stoi w miejscu.

Widownia na plaży doznaje ekscytacji. Jedni zapewne uciekają jak najdalej, inni zrywają się znad kufla piwa sączonego w plażowym barze i biegną w kierunku epicentrum wydarzeń. Wszyscy jednak mają w dłoniach aparaty fotograficzne i kamery.

Piasek na plaży ulega potężnej mocy silników odrzutowych i po raz kolejny tego dnia daje się odkurzyć.

Piloci zwalniają hamulce. Maszyna zrywa się do rozbiegu.

Poziom adrenaliny w żyłach pasażerów gwałtownie skacze. Czy pilotów też?

Cztery silniki rozpędzają się tak bardzo ile fabryka pozwoliła.

Full load. Masa startowa bliska maksymalnej w tym scenariuszu. Na osi pasa wzgórze. Do pokonania 6745 km nad Atlantykiem.

A później już tylko pyszne francuskie wino …

Kiedyś na Saint Martin wrócę!

Tego się nie zapomina. Podobnych emocji doświadczyłem dwa lata temu skacząc między wyspami na Pacyfiku.

Spotting na Maho Beach

Jest taka plaża, na której leżenie plackiem lub kąpiel w morzu do głównych atrakcji bynajmniej nie należą. Zapaleńcy z całego świata przybywający na Maho Beach na St. Martin cel mają jeden – godzinami oglądać lądujące i startujące samoloty, przy czym często bardziej o doświadczanie i przygodę niż o samo „podglądanie” chodzi.

Doświadczać można na plaży, w wodzie, albo stojąc pod płotem lotniska. Niektórzy nawet się na nim wieszają by odfrunąć na wyziewie ze startującego silnika.

Wizyta na Maho Beach to istotnie uczta dla zmysłów, spotting w najlepszym światowym wydaniu.

Wzrok. Nieźle trzeba go wytężyć, aby wyłapać na horyzoncie samolot wchodzący na prostą (chyba, że mowa o jumbo jecie, bo tego trudno przegapić). Jeśli się uda, satysfakcja gwarantowana.

Słuch – huk silników odrzutowych na początku rozbiegu przy tej bliskości plaży jest nie do opisania i może u niejednego wywołać palpitacje serca. Lądowania z kolei bywają magiczne – w miarę, gdy samolot zbliża się do plaży (tzn. do lotniska!) powoli natęża się gwar silników, aż w końcu – gdy maszyna przelatuje nad głowami – osiąga maksimum. Tuż po tym, w mgnieniu oka, następuje nieprawdopodobna cisza. I w tej ciszy, przy odrobinie szczęścia, można usłyszeć pisk przyziemiających w oddali opon. Pośród szumu fal. Bezcenne.

Węch. Po kilkunastu chwilach, przy sprzyjającym wietrze, zapach owych „przypalonych” opon dociera do plażowiczów. O zapachu benzyny lotniczej i emocjach z nią związanych wspominać chyba nie trzeba.

Dotyk. Niektóre maszyny przelatują tak nisko nad plażą, że prawie można je łapać za podwozie. Poza tym, w przypadku największych maszyn – coraz szybciej (subiektywnie) zbliżający się do pasa jumbo jet powiększa się w perspektywie do niewiarygodnych (tj. rzeczywistych!) rozmiarów, z których zdajemy sobie sprawę, gdy jest już za późno, żeby gdziekolwiek uciekać. Wrażenie bywa przeszywające.

Smak. Gdy wreszcie znudzi się stanie pod płotem lub kąpiel w wodzie, alternatywną perspektywę podglądania i doświadczania daje zlokalizowany tuż przy plaży legendany Sunset Bar, uznany przez Travel Channel za jeden z trzech najseksowniejszych barów plażowych na świecie. Tu, niejako przy okazji, można wzbogacać wrażenia o zmysł smaku – sącząc napoje z dolewką karaibskiego rumu.

O dominacji Maho Beach nad innymi plażami na wyspie świadczą gromadzące się dzień w dzień tłumy, zwłaszcza w godzinach popołudniowych, gdy na pasie 28 lotniska Princess Juliana siadają największe odrzutowce, tzn. Airbus A340 w barwach Air France i Boeing 747 KLMu. Sądząc po liczbie oczekujących na to wydarzenie, bez cienia przesady można by powiedzieć, że takie lądowanie to kulminacja dnia na tej małej karaibskiej wyspie.

Na małych wariatów z jednym lub dwoma śmigłami, nadlatujących niemal co chwilę z każdej strony, nikt tu prawie nie zwraca uwagi – chyba, że udowadniają właśnie, że są … wariatami. Na przykład gdy podchodzą naprawdę nisko (np. DHL na zdjęciu poniżej), albo gdy popisują się przed turystami na plaży – kołują do startu, zawracają tuż przy płocie prawie zahaczając o niego skrzydłem. Po ustawieniu się w linii pasa niespodziewanie zaczynają … cofać w stronę publiczności za płotem, co niechybnie wywołuje ekscytację. Zaciskają hamulec, zwiększają obroty silnika i, dopiero po kilku chwilach, ruszają z kopyta, pozostawiając po sobie tylko kurz w powietrzu, hałas i niniejsze wspomnienia.

Jak widać, nawet piloci chętnie urozmaicają całe to przedstawienie. Ci mniej wyczynowi sumiennie machają do publiczności przez okna w kokpicie podczas zawracania na pas.

Z wyjątkowości tego miejsca zdają sobie sprawę nie tylko ludzie – potrzebę adrenaliny w życiu wykazują również psy – choćby ten, który wybrał plażę Maho na miejsce codziennej toalety. Na jego pysku widać podwójne skupienie: na wykonywanej czynności per se oraz wnikliwej analizie sytuacji.

Zdążę, czy nie zdążę zanim ten gigantyczny trójnogi ptak za płotem zacznie się rozpędzać?

Ograniczoną z kolei świadomość sytuacji miewają mniej lub bardziej przypadkowi przechodnie na Maho Beach. Przelatujące tuż nad głową, albo, co gorsza, startujące samoloty stanowią zagrożenie dla zdrowia i życia, o czym wyraźnie informują znaki.

Na jednym z filmów uchwyciłem, jak rozpoczynający rozbieg MacDonnel Douglas zmiótł z plaży dwie niczego nieświadome starsze kobiety. Z jednej strony piach i gorący wyziew z ograniczoną ilością tlenu przez kilkanaście sekund, z drugiej fala wody.

Innym razem, pozbawiony wyobraźni (bo świadomość, że jest przy lotnisku, najwyraźniej miał) młodzieniec, który usiłował zrobić zdjęcie zza ruszającej do startu maszyny. Podmuch z silnika momentalnie zmiótł w stronę brzegu pozostawiony na piasku plecak, co zdezorientowany mocą silników właściciel zauważył, gdy plecak od dawna pływał w wodzie. Inna osoba próbowała schronić się od podmuchu uciekając w stronę brzegu, gdzie zaskoczyła ją … dwumetrowa fala. I strasznie, i śmiesznie.

Więcej filmów ze spottingu na Saint Martin znajdziecie na kanale youtube.

 Fot. Kuba

Podsumowując, przekonałem się na własnej skórze, że plaże na Saint Martin, a zwłaszcza ta przy lotnisku 😉 bynajmniej nie są przereklamowane. Liczba ludzi, którzy gromadzili się na Maho Beach, przerosła moje oczekiwania – to jedno z niewielu miejsc na świecie (jeśli nie jedyne), gdzie spotterami, obok starych wyjadaczy, stają się na masową skalę osoby niezainteresowane na co dzień lotnictwem. I potrafią czerpać z tego przyjemność!

Fantastyczne to uczucie stać się na kilka chwil częścią międzynarodowego tłumu, którego jednoczy taka przygoda (bardziej niż pod fontanną Di Trevi w Rzymie!). Tym bardziej, jeśli pośród tego wyborowego towarzystwa znajdują się motywujący do spełniania marzeń przyjaciele.

Marzenia się spełniają!

O tym jak się dostać na Karaiby oraz emocjach towarzyszącym lądowaniu i wylotowi z magicznego lotniska na Saint Martin czytaj tutaj.

Więcej dowodów zdjęciowych ze spottingu na Princess Juliana na picasa.

Prawo jazdy tylko dla wybranych?

Prasa (a za nią i facebook, oczywiście) donosi, że Katar rozważa nałożenie ograniczeń przy wydawaniu praw jazdy cudzoziemcom. Ma to być niejako rozwiązanie dla narastąjącągo zagęszczenia ruchu na katarskich drogach, zwłaszcza w stolicy kraju.

Zaproponowano m.in. ograniczenia liczby wydawanych dokumentów w zależności od … wykonywanego zawodu.

Nieoficjalnie na liście zakwalifikowanych szczęśliwców znajdują się: przedstawiciel handlowy, księgowy, administrator, recepcjonista, agent odprawy i trener fitness. Ponadto, specjaliści jak lekarze, inżynierowie, piloci, architekci i prawnicy nie będą mieli problemu z uzyskaniem prawa jazdy.

Zawody rzekomo niekwalifikujące się do prowadzenia w Katarze samochodu to m.in. urzędnicy, stewardzi, stewardessy, kasjerzy, sprzedawcy, brygadziści, krawcy, kowale, kamieniarze, kucharze, stolarze, hydraulicy, malarze, elektrycy, mechanicy, technicy komputerowi, kelnerzy, fryzjerzy, pracownicy salonów piękności, pracownicy sklepów, fotografowie i sekretarze.

Okazuje się, że ten niezwykle dyskryminujący pomysł nie jest nowy – sąsiedni Kuwejt również podobno ogranicza wydawanie praw jazdy cudzoziemcom – wymagane jest wyższe wykształcenie i miesięczne zarobki co najmniej 1400 dol.

Źródło nie wspomina o żadnych zmianach przy wydawaniu praw jazdy obywatelom Kataru. Pomysł jest warty rozważenia choćby ze względu na brawurę młodocianych Katarczyków – w ostatnich dniach doszło z ich winy do dwóch tragicznych wypadków, w których zginęło w sumie dwanaście osób. Pogorszy to i tak niepokojącą statystykę – liczba ofiar śmiertelnych wypadków drogowych w przeliczeniu w przeliczniu na liczbę mieszkańców jest w Katarze ponaddwukrotnie wyższa niż w Polsce.

Pomysł ograniczeń w wydawaniu praw jazdy cudzoziemcom jest tak idiotyczny i nieprawdopodbny, że można by go było spokojnie przemilczeć i czekać na oficjalne dementi ze strony rządu. Tutejsze media przecież nie raz występowały przed szereg i zamiast informować wprowadzały zamieszanie. Sęk w tym, że tym razem wygląda na to, że nowe regulacje zaczęły już nawet obowiązywać. Niespodziewanie kilka dni temu przekonały się o tym znajome stewardessy, którym urzędnicy odmówili wydania prawa jazdy ze względu na wykonywany zawód właśnie.

Nie poddawajcie się dziewczyny! Przecież Arabowie w pewnych okolicznościach potrafią zmienić zdanie!

Translate »