Dziennik Penisula donosi o rozgoryczeniu katarskich kobiet (czyli Katarek / Kataryjek / Katarynek – czy jest na sali jakiś polonista?). Wyraziły one rozczarowanie faktem, że w Katarze zatrudnione zostały właśnie służące z paszportem Arabii Saudyjskiej. Są one więc imigrantkami zarobkowymi (raczej niskozarobkowymi).
Oburzenie wzięło się głównie stąd, że panie te pochodzą z – wydawać by się mogło – bogatego bratniego kraju. Pewna katarska psycholog przyznała, że wieść o podejmowaniu takiego zajęcia przez kobiety saudyjskie łamie jej serce. Zwłaszcza, że „odbywa się to w czasie, gdy panuje bardzo dobra koniunktura w państwach tego regionu”. Wyznała jednocześnie, że nie widzi nic złego w takiej pracy pod warunkiem, że odbywa się to zgodnie z prawem islamskim. Następnie dodała: „Ale przecież to jest praca służącej. Te kobiety będą wystawione na upokorzenie!”.
Jakie upokorzenie?! I z czyjej strony?! Pani się puknie, proszę pani. I zastanowi co mówi, bo niewiele brakowało, aby wydała się tajemnica (już poliszynela) o złym traktowaniu pomocy domowych przez Katarczyków.
Do tej pory funkcje takie sprawowały Azjatki (Filipinki, Indonezyjki, itp.). Saudyjki, które sprowadzono do Kataru mają od 20 do 45 lat i żadna z nich nie ukończyła szkoły podstawowej. Ich płaca wynosić będzie ok. 1500 rijali, nieznacznie więcej niż w przypadku konkurentek z Azji.
Skąd nagłe zapotrzebowanie na Saudyjki? Otóż rozniosła się po pustyni katarskiej wieść, że panie z dalekowschodniej zagranicy praktykują magię.
Śmiać się czy płakać?
Chciałbym czasem móc napisać w przyjemniejszym tonie, ale najzwyczajniej w świecie brakuje powodów. Ręce opadają!
