Na skraju mapy

Słów kilka o miejscach, które odwiedziłem w czasie mojej międzywyspiarskiej podróży na skraj mapy (w wersji europocentrycznej 🙂

Po pierwsze – Hawaje. Od dawna chodziła mi po głowie wycieczka w te okolice. Pod uwagę brałem nawet przystanek w Honolulu przy okazji zeszłorocznej podróży dookoła świata, ale bezpośredni lot przez Pacyfik na pokładzie Asiana Airlines wtedy zwyciężył. Teraz okazało się, że lepiej za dużo nie planować – moja noga stanęła na Hawajach w mało spodziewanym momencie, z przypadku. Czemu nie?!

Oahu, Hawaje

Hawaje – w porównaniu z innymi wyspami Pacyfiku – nie są chyba dla żadnego z nas „aż tak egzotyczne”. Ponadto – wbrew pozorom – bardzo  łatwo się na nie dostać, np. przez Tokio (średnio 7 lotów dziennie!), co świadczy o ich popularności wśród japońskich turystów.

W ciągu dwóch tylko dni pobytu miałem to szczęście, że z pomocą lokalnego hosta zobaczyłem te zakątki Oahu, które są mniej uczęszczane przez tłumy turystów. Na popularną wśród zagranicznych przybyszy plażę Waikiki dotarłem dopiero dnia trzeciego, niejako z konieczności, to znaczy wtedy, gdy miało już mnie na Hawajach nie być (co „zawdzięczam” biletowi typu stand-by). Obawy co do Waikiki się sprawdziły – wyobraźcie sobie brzeg Oceanu Spokojnego, beżowy piasek, szum fal, a ponadto (gratis!): tłum ludzi (niektórzy spacerujący z psami, tak! – po plaży!), niekończący się rząd pięciogwiazdkowych hoteli, muzyka rockowa z okolicznych barów i bardzo intensywny zapach … chloru z hotelowych basenów umieszczonych na plaży. Odrażające!

Trudno sobie wyobrazić gorsze miejsce do spędzenia wakacji (zwłaszcza, gdy wokół jest tyle piękniejszych plaż!). Porównanie z Kutą na Bali – mimo, że nasuwa się niejako automatycznie – byłoby moim zdaniem niewłaściwe – tam szum fal, backpackerski wyluzowany styl i tłum pijanych blondynek wzdłuż Legian całkiem ładnie się razem komponują (co kto lubi …), a wielogwiazdkowe hotele z basenami cuchnącymi chlorem (co kto lubi …) zlokalizowano rozsądnie z dala od miejsc rządzonych przez rozszalałą młodzież!

Po drugie – Mikronezja. Dwa dni spędzone w stolicy Republiki Wysp Marszalla wystarczyły, abym się tym miejscem rozczarował. Każdy turysta z odrobiną rozsądku we krwi spodziewałby się tam raju na ziemi, bo niby dlaczego miałoby być inaczej?! Porównania z Seszelami czy Maledywami byłyby moim zdaniem jak najbardziej na miejscu. Tymczasem już po drodze z lotniska do centrum Majuro, moim niebieskim oczom ukazał się krajobraz industrialny i nigdy tak naprawdę się nie skończył (nawet wokół najdroższego w okolicy hotelu-resortu!). Rudery domów, wraki samochodów, zanieczyszczenie, a wszystko to z widokiem na Ocean Spokojny na czterech stronach świata. Te przykre widoki (przekonacie się na zdjęciach) są odzwierciedleniem mentalności lokalnych mieszkańców – to, co przewodniki określają jako wyluzowany styl życia ja określiłbym dosadniej jako czyste lenistwo.

Majuro, Wyspy Marszalla

Pieniądze na rozwój tego małego kraju złożonego z 1200 wysp i 29 atoli pompowane są co roku przez rząd amerykański; nietrudno się domyślić, że nie wystarczą na zbudowanie trwałego dobrobytu. Jest to doskonały przykład na to, że warunki naturalne (w tym przypadku zwłaszcza bogactwo miejsc do nurkowania) nie są gwarancją sukcesu gospodarczego. Co z tego, że są pomysły wśród liderów, skoro brakuje ich konsekwentnej egzekucji? Podsumowując, nie bardzo wyobrażam sobie, aby przeciętny turysta, który ma do wyboru dziesiątki innych wyspiarskich rajów na świecie, wybrał się na Wyspy Marszalla. Zwłaszcza, że żeby się tam dostać trzeba się przesiadać lub międzylądować na innych (czyt. atrakcyjniejszych) wyspach – Hawajach lub Guam!

Lepsze wrażenie zrobiły na mnie Pohnpei lub Chuuk (będące częścią kraju znanego pod nazwą Sfederowane Stany Mikronezji), które widziałem tylko z perspektywy terminalu na lotnisku – już sama infrastruktura wyglądała tam bardziej zachęcająco niż na Wyspach Marszalla. Najlepiej by wynająć jakąś Cessnę i oblecieć te wszystkie wyspy dookoła (plan bardzo ambitny i jak najbardziej długoterminowy). Koniec końców – jeśli kiedyś chciałbym wrócić w te rejony, to zdecydowanie do S.S.M!

Wyspy Marszalla

Na koniec Guam – miejsce, w którym (wedle sloganu) zaczyna się każdy amerykański dzień. Jako terytorium zależne USA wyspa i jej mieszkańcy są bardzo zamerykanizowani, co widać na każdym kroku. Brak konkretnych atrakcji turystycznych (poza nurkowaniem rzecz jasna) wcale nie znaczy, że jest to miejsce odcięte od świata. Wręcz przeciwnie – Guam to lokalny hub linii Continental, a i rozkłady innych przewoźników nie sprawiają wielkiego zawodu, zwłaszcza pomiędzy Guam a Japonią i Koreą Płd. Okazuje się, że Guam to mekka japońskich turystów, których przyciągają lokalne centra handlowe. Nie od dziś wiadomo, że zachowania Japończyków czasem trudno zrozumieć: pokonują 2500 km samolotem w celu zaoszczędzenia kilku dolarów na markowych ciuchach i śpią w  pięciogwiazdkowych hotelach! Notabene wzdłuż głównej plaży na Guam reprezentowane są bodajże wszystkie najdroższe globalne sieci hotelowe. Fenomenalne!

Tyle o skakaniu między wyspami Pacyfiku. Podsumowując – warto pamiętać, że nie każda wyspa na środku oceanu okazuje się rajem na ziemi. Moje preferencje po tak intensywnym zwiedzaniu destynacji wyspiarskich się nie zmieniają – Bali nadal wygrywa pod każdym względem!

Zapraszam na zdjęcia!

Wczesną jesienią w Kapsztadzie

Drugi w moim życiu wyjazd na Czarny Ląd zdominowały … czarne myśli. W drodze do Południowej Afryki i już po wylądowaniu błąkały mi się z tyłu głowy wspomnienia o nieszczęsnej parze Brytyjczyków, których napadnięto i brutalnie zamordowano w jednej z biednych dzielnic Kapsztadu. Wydawałoby się, że w RPA, która była gospodarzem Mundialu, już takie rzeczy nie mają prawa się zdarzyć… A jednak.

Kapsztad, RPA

Czarne myśli towarzyszyły nam prawie wszędzie. W pewnym momencie zażartowałem nawet, że mogą się stać samospełniającą przepowiednią. I mimo, że wcale nie planowaliśmy się zapuszczać w jakieś niebezpieczne rejony, natychmiast zacząłem żałować wypowiedzenia tych słów. Przerażona mina współtowarzyszki podróży zdradzała wiele. Trudno się temu dziwić.

Z lotniska udaliśmy się prosto do hotelu, po czym planowaliśmy wybrać się na krótkie zwiedzanie najbliższej okolicy i przy okazji zjedzenie jakiejś smacznej afrykańskiej kolacji. Plan ten okazał się trudniejszy do zrealizowania niż gdziekolwiek indziej, bo w międzyczasie zapadł zmrok. Wyglądaliśmy przez okno hotelu w centrum jednego z największych miast w Afryce nie wierząc własnym oczom – nawet ruch uliczny zamarł! Głód okazał się jednakże silniejszy i odważyliśmy się przejść 300 metrów do poleconej przez hotel restauracji.

W połowie drogi pojawiły się wątpliwości, bo jedyną spotkaną osobą był czarnoskóry narkoman żebrzący o pieniądze, co przeważyło szalę paniki u koleżanki – o kontynuowaniu spaceru i rozważaniu za i przeciw na środku oświetlonej acz pustej ulicy nie było mowy i bardzo szybkim krokiem wróciliśmy na teren hotelu. Wszystkiemu towarzyszył bardzo silny, złowróżebny wiatr, wyginający palmy na pół! Nie wierzyłem już własnym słowom, gdy próbowałem przekonywać, że nic złego nie może się nam stać. Po chwili skonstatowaliśmy, że warto by jednak podjąć drugą próbę. Przeżyliśmy.

Kapsztad, RPA

Czego można się spodziewać następnego dnia jeśli początki bardziej przypominały scenariusz horroru niż wakacje? Kładliśmy się spać na środku jakiejś urbanistycznej pustyni (założę się, że słyszałem ziewnięcie lwa w krzakach, ot, moja wyobraźnia). Obudziliśmy się w środku żwawej metropolii, tuż pod bardzo ruchliwym rondem, przystankiem dla autobusów i taksówek, tłumem przechodniów i towarzyszącym temu nieprawdopodobnym gwarem (lew, nawet gdyby chciał ryknąć, nie miał w tym całym zgiełku szans). Ponownie nie wierzyliśmy własnym oczom.

Z pewną rezerwą ruszyliśmy w miasto. Z początkowego strachu, który towarzyszył nam nawet gdy pytaliśmy obcych o drogę długo się potem śmialiśmy. Cała reszta mojego pierwszego pobytu w Kapsztadzie upłynęła wzorcowo. Nad czym się tu rozpisywać? – oczywiście, że chcę tam kiedyś wrócić!

Tymczasem, zapraszam na wirtualną wycieczkę po Kapsztadzie na picasa.

Kapsztad, RPA

Borneo – nareszcie!

To jedna z największych wysp świata. Wiele jest w niej do odkrycia, zwłaszcza dla przeciętnego Europejczyka takiego jak ja. Nad całością góruje szczyt Kinabalu – dwudniowa wspinaczka na niego z lokalnym przewodnikiem mógłaby być celem podróży samym w sobie. Do tego niezliczone parki narodowe, w tym rezerwat z orangutanami – słowem – przyroda! To wszystko cały czas przede mną. I jak to wszystko pogodzić z faktem, że właśnie stamtąd wróciłem?

Był to jeden z tych wyjazdów zaplanowanych spontanicznie acz z dużym (bo 9-miesięcznym!) wyprzedzeniem ze względu na niezwykłą promocję Air Asia. Takich okazji się nie przepuszcza!

Moją pierwszą wyprawę na Borneo trzeba było zacząć od tego, z czego chyba słynie najbardziej – plemienia łowców głów. Tak się złożyło, że był to pierwszy i ostatni punkt zwiedzania sensu stricte. Resztę pierwszego dnia pobytu wypełniło wylegiwanie się na plaży wraz z lokalną rodziną, która mnie na czas pobytu adoptowała. Wyspa Mamutik, położona kilkanaście minut łódką od brzegu Kota Kinabalu, rozczarowała mnie – wspomnienie zeszłorocznych wakacji na Perhentianach nie pozostało bez wpływu na owoż rozczarowanie. Później było zwiedzanie pod kątem kulinarnym – w Malezji jak powszechnie wiadomo – wybór straw jest dalece satysfakcjonujący.

Borneo

Drugi i zarazem ostatni dzień upłynął pod znakiem pełnego „spontanu” i … pracy … charytatywnej. Prośbie ze strony malezyjskiego brata przyrodniego o pomoc w „projekcie fotograficznym” trudno było odmówić. Wspomniał tylko, że pstryknie mi kilka zdjęć i fajrant. Moja odpowiedź była całkiem rutynowa. – Dlaczego nie?! Tymczasem wyszła z tego profesjonalna sesja zdjęciowa ze stylistą, makijażystą i nawet asystentką makijażysty! Efekty będzie można zobaczyć bodajże w czerwcowym wydaniu lokalnej borneańskiej gazety. Cóż, trzeba być w życiu we właściwym miejscu i we właściwym czasie!

I dlatego właśnie moje dwa dni w malezyjskiej części Borneo traktować należy jako prolog. Szczyt Kinabalu nie ucieknie. Ciąg dalszy nastąpi w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Zdjęcia na Picasa.

Borneo

Białe szaleństwo nad Morzem Śródziemnym

Nie ma co ukrywać, że nasze pojęcie egzotyki jest dość wypaczone – weekend w Bieszczadach to niemalże szczyt marzeń. Naprawdę!

Wracamy do rzeczywistości. Przed nami dwa i pół dnia wolnego. Trzeba by je dobrze wykorzystać. W Libanie już byliśmy. Super sprawa, ale – wierzcie lub nie – mało oryginalna z perspektywy Kataru. A co, jeśli doprawić to szczyptą białego szaleństwa?

Narty w Libanie? – to dopiero brzmi egzotycznie! No to lecim!

Narty w Libanie

Gdzie jak gdzie, ale na stokach narciarskich w Libanie Polaków się nie spodziewaliśmy – miało być przecież oryginalnie! I tu niespodzianka – zanim jeszcze założyliśmy narty natknęliśmy się na grupkę młodych górali z … Zakopanego. Na pytanie o to, co robią w Libanie otrzymaliśmy z pozoru wymijającą odpowiedź. – A, filmy kręcimy. Daliśmy wiary dopiero, gdy zobaczyliśmy ich sprzęt – kamery wmontowane w kaski, jakieś dziwne kombinezony, paralotnie i inne takie takie. Odebrało mi mowę… Napotkana innym razem polska rodzina z dziećmi nie zrobiła na nas już takiego wrażenia, ale pozwoliła sobie uzmysłowić, że nie tylko my potrzebujemy egzotyki. Może to i dobrze?

Libańczycy szczycą się, że ich kraj jest wyjątkowy pod wieloma względami. To bodaj jedyne miejsce na świecie, gdzie dzień można zacząć od wylegiwania się na plaży i kąpieli w morzu, a następnie – po zaledwie pół godziny drogi – szaleć na nartach wysoko w górach (mowa o stokach z naturalnym śniegiem rzecz jasna). Zainteresowani takimi atrakcjami niech się śpieszą – wakacje na plaży i na nartach jednocześnie możliwe są tylko na wiosnę, czyli teraz, i to nie w każdym sezonie.

Narty w Libanie

Kurort Mzaar położony jest na ok. 2000 m n.p.m., dojazd z lotniska w Bejrucie zajmuje bez korków niecałą godzinę. Warto się tam wybrać również dla widoków – przy dobrej pogodzie widać oddalone o kilkanaście kilometrów Morze Śródziemne. Do wyboru jest masa pensjonatów i hoteli, nie wyłączając obiektu pięciogwiazdkowego z logo Intercontinental.

Przyjemnym zaskoczeniem były dla nas ceny, zwłaszcza jedzenia i wypożyczenia sprzętu (10$ za dzień!). Ceny wyciągów oscylują wokół średniej alpejskiej, co jest do zaakceptowania, bo wybór tras jest nienajgorszy. Polecam wszystkim tym, których nie bawi już kolejny wypad w Alpy. Przelot do Bejrutu kosztuje nieco więcej niż wypad samochodem do Austrii czy Włoch – to fakt, ale zasmakowanie w odrobinie egzotyki może być tego warte (również w sensie dosłownym – kuchnia libańska jest warta grzechu!).

Narty w Libanie

W 6 dni dookoła świata

Miło jest mieć postanowienia noworoczne, jeszcze milej jest je realizować. Jakiekolwiek by nie były.

Rok temu wspomniałem tu o szalonym pomyśle oblecenia świata dokoła w kilka dni. Zupełnie na poważnie. A teraz – też zupełnie na poważnie – mogę dumnie zameldować wykonanie zadania. Nie obyło się bez przeszkód, które rosły w miarę jak zbliżała się godzina wylotu. W sumie jednak wszystko poszło naprawdę gładko.

Dubaj-San Francisco

Do idei oblecenia świata w tak krótkim czasie dodałem parametry jakościowe (żeby miało to jednak troche więcej sensu 😉 Postanowiłem w jak najmniejszym stopniu korzystać z siatki Qatar Airways i przy okazji wyrobić sobie opinie o innych liniach lotniczych:

1. Emirates Airline – rozrastający się do nieprzewidzianych przez nikogo rozmiarów kolos zza miedzy (powiedzmy, że zasłużyli na te cztery gwiazdki, ale na pewno nie więcej),

2. American Airlines – typowy dla całych Stanów Zjednoczonych przykład relatywnie niskiego standardu obsługi w liniach lotniczych (trzy stewardessy w średnim wieku z rozwianymi blond-włosami żujące gumę nie zawiodły moich oczekiwań!),

3. Asiana Airlines (z Korei Płd.) – Linia Lotnicza Roku 2010 wg Skytrax (poprzeczka bardzo wysoko, pokonana z dużym zapasem).

Los Angeles - Seul

Podsumowując, w Doha wylądowałem dokładnie po 146 godzinach i 10 minutach od wylotu, w czasie których:

– minęło 7 nocy (jeśli brać Katar jako punkt odniesienia), 3 z nich były nieprzespane (w powietrzu/na lotniskach),

– odbyłem 5 lotów na pokładzie czterech linii lotniczych, z czego dwie były 5-gwiazdkowe

– lądowałem w trzech strefach klimatycznych i czasowych – zmęczenie i przeziębienie pojawiły się dopiero po powrocie do Kataru (nadal śmiem twierdzić, że jet lag to wymysł pism kobiecych i ewentualnie branży farmaceutycznej)

– Katarowi przyznano prawo do organizacji Mundialu w 2022 roku, o czym dowiedziałem się na pokładzie samolotu lecącego do kraju, który z Katarem tę rywalizację przegrał, więc wszelkie świętowanie z tego powodu mnie ominęło

– pokonałem w sumie ponad 30 tys. km a w powietrzu spędziłem … hm, wiem, a jakże!, ale nie powiem – dosyć tych statystyk!

Powoli nadchodzi czas na podsumowanie roku, nad którym zacznę pracować już niebawem. Jakie szalone postanowienia na 2011 przyjdą mi do głowy? Strach się bać!

Więcej szczegółów podróży krok po kroku i wrażenia opisane są na zdjęciach na picasie.

Seul - Doha

Weekend w Goa

Goa to bodaj jedyne miejsce w Indiach, w którym można natrafić na mieszkańców Zachodu spędzających miesiąc miodowy. Plaże Goa w szczycie sezonu zaludniają się całkowicie turystami o białej karnacji. Wśród nich nie brakuje również hipisów – gandzię (notabene słowo to jest zapożyczeniem z języka hindi) proponują tu na każdym kroku. W Polsce Goa wydaje się być propozycją dla zamożnych – ceny pakietów wakacyjnych kosztują nierzadko drożej niż wakacje w Kenii lub na Bali.

Goa to swego rodzaju państwo w państwie. O tym, że każdy stan w Indiach ma swój charakter, nikt nie zamierza się tu spierać, odnoszę jednak wrażenie, że Goa stoi niejako z boku, albo i ponadto. Hindusi urodzeni i wychowani w Goa, których znam, często podkreślają swoje pochodzenie (przy przedstawianiu się – obok lub wręcz zamiast nazwy kraju – podają nazwę tego stanu; fenomen, który wnikliwi obserwatorzy zauważą jeszcze co najwyżej pośród niektórych Hindusów z Kerali).

Plaża w Baga, Goa

Goa szczyci się swoistą odrębnością jeśli chodzi o architekturę, historię, religię, tradycje, jak też mentalność mieszkańców. A to wszystko w sumie wpływa na jej niezwykłą popularność w Indiach i za granicą. W ciągu zaledwie dwu dni naszego pobytu zauważyliśmy swego rodzaju pozytywne nastawienie do świata, jak i ludzi. Sposób, w jaki zwracali się do nas kelnerzy w restauracji nie zgadzał się ze stereotypem, do którego można było przywyknąć w innych regionach tego kraju. Nawet sprzedawcy w sklepach byli jakoś bardziej cywilizowani w tej swojej nachalności. A życie nocne? – mnogość klubów z najróżniejszą muzyką oraz alkohole z całego świata do wyboru przywołują skojarzenia z Bali lub poniekąd nawet … Ibizą. Dodatkowych atrakcji dostarczyły nagłe braki prądu w różnych miejscach (trzy w trakcie dwudniowego pobytu), w tym podczas tradycyjnego masażu z wykorzystaniem gorącego olejka (kto by się nie bał?)

Czy polecam Goa? Pewnie, zwłaszcza na weekend! Następnym razem jednak z egzotycznych destynacji plażowych wybrałbym Bali lub Perhentiany. Może zdjęcia z Goa będą dla niektórych bardziej przekonujące?

Goa, Indie

Moje Melbourne

Z powodzeniem mogłoby zapożyczyć slogan reklamowy Gdyni. Melbourne – moje miasto. Brzmi patetycznie, wiem, ale i autentycznie, bo taka właśnie myśl przychodzi mi do głowy gdy mam opowiedzieć o swoich wrażeniach z pierwszej w życiu wizyty na Antypodach.

Melbourne - a place to relax

Specjalne uczucie w stosunku do tego miasta kiełkowało już przed wyjazdem, pod wpływem niezwykle inspirujących opowieści znajomych. Moje oczekiwania zostały podkręcone najbardziej jak się da. Nie zawiodłem się! Klimat, bliskość morza i plaży, oferta kulturalna, przyjaźni mieszkańcy, architektura, a ponadto styl życia, którego symbolem stało się caffe latte – to wszystko ma prawo się podobać.

Melbourne - caffe latte

Nic dziwnego, że Melbourne pojawia się bardzo wysoko w rankingach na miasto, w którym żyje się najlepiej. Oczywiście, że chciałbym tam wrócić, a może i zamieszkać.

Zdjęcia na picasie.

Centrum Melbourne (CBD)

Seszele

Przede mną pierwszy od końca sierpnia weekend, który spędzę w Katarze. Dobrze to czy źle? Wiem jedno – nareszcie mam czas na nadrobienie zaległości. Po kolei – najpierw lądujemy na rajskim skrawku lądu pośród wód Oceanu Indyjskiego.

Weekend na Seszelach planowałem od dawna, ale brakowało dobrego towarzystwa. Idealna okazja pojawiła się znienacka, więc – jak zwykle spontanicznie – postanowiłem z niej skorzystać.

Mahe Island, Seszele

Seszele, mimo, że wrzucane są przez większość do jednego worka razem z Malediwami, są zupełnie inne. Krajobraz nie tak płaski (górzysty wręcz, z bujną tropikalną roślinnością), woda nie zawsze lazurowa, a piasek nie tak biały i miękki. I woda w morzu jakaś taka zimna! Wśród turystów przeważają oczywiście pary (w tym niezliczeni nowożeńcy z całego świata!), wybór atrakcji dla singli jest więc siłą rzeczy ograniczony. Jakieś tam imprezy w mieście stołecznym jednak się odbywają. Na przykład w klubie Tequila Boom w Victorii, gdzie akurat w dniu naszego przylotu odbywała się promocja wódki Sobieski o twarzy Bruce’a Willisa, o czym dowiedzieliśmy się z ulotki w sklepie monopolowym. Przylecieć na weekend do jednej z najmniejszych stolic świata położonej posród bezkresu oceanu, żeby napić się Sobieskiego za darmo? Bezcenne!

Wódka Sobieski i Bruce Willis w Victorii, na Seszelach

You’re probably wondering what Bruce willis would do in your situation. He would be drinking Sobieski Vodka for free with us at Tequila Boom!

Wedle niektórych zawodowych obieżyświatów, Seszele, a zwłaszcza przepięknie położona plaża Beau Vallon, to ścisła piątka pośród destynacji wyspowo-plażowych na świecie. Jakiej definicji by się nie użyło, jedno jest pewne – można się poczuć jak w raju. Ja jednak wolę Bali lub Perhentiany.

Obrazki pokażą więcej – zapraszam na weekend na Seszelach!

*Qatar Airways lata na Seszele 4 razy w tygodniu 😉

Kierunek: Bejrut

Idealna destynacja na weekend, wybrana bardzo dawno i – jak się okazało – droga do niej prowadziła przez kilkanaście innych miejsc na prawie wszystkich kontynentach, nie wyłączając subkontynentu.

Co tu dużo mówić – żałuję, że nie było mnie tam wcześniej. Liban to destynacja popularna wśród Arabów, którzy odnajdują w nim namiastkę wolności i luzu, nie mówiąc już o przyjemniejszych warunkach klimatycznych, zwłaszcza latem. Nic dziwnego, że samoloty ze wszystkich stolic nad Zatoką Perską – mimo że latają po kilka razy dziennie – wypełniają się aż po brzegi.

Byblos, Liban

Śródziemnomorski klimat i bogactwo antycznych zabytków przyciąga także Europejczyków, choć do tej pory większość wybierała ojczyznę faraonów o wiele częściej, niż ziemie Fenicjan. Niestabilna w ostatnich latach sytuacja polityczna nie zachęcała turystów do odwiedzin Libanu. Obecnie wszystko najwyraźniej idzie w dobrym kierunku i kraj ten staje na własne nogi. O nadziejach pokładanych na tym rynku świadczy także przywrócenie bezpośrednich połączeń PLL LOT z Warszawy do Bejrutu (szerzej na onet.pl).

Tak się złożyło, że nasz powrotny samolot do Doha odlatywał tuż przed samolotem lotowskim, nawet zaparkowane były obok siebie! Dla niepoznaki czas oczekiwania na boarding do Doha spędziliśmy tam, gdzie czekali pasażerowie odlatujący do Warszawy – chęć udania się nad Wisłę była w nas olbrzymia, zwłaszcza, że Bejrut leży w połowie drogi! Ileż poświecenia wymagało od nas to, żeby jednak wsiąść na pokład QR?

Liban

Już teraz planuję kolejne weekendy w Libanie  – w końcu to tylko dwie i pół godziny lotu, jak z Warszawy do Londynu. Narty w Libanie to też całkiem niegłupi pomysł! Może BEY będzie punktem przesiadkowym w drodze z Kataru do Polski! Lepiej utknąć w Bejrucie niż we Frankfurcie – imprezy gdzieś na Gemmayzeh w Bejrucie zrekompensują wszelkie niedogodności!

Więcej zdjęć na picasa.

Liban

Malezja po raz n-ty – epilog

Po pierwsze fakty. Była dżungla, była plaża. Było super towarzystwo. Było zajebiście!

Jak wyniknie z opisu poniżej wyprawa miała charakter typowo backpackerski. Hostele, karaluchy, zimna woda pod prysznicem, itp. Celowo jednak wprowadzaliśmy opinię publiczną w błąd ciągnąc za sobą takie oto walizeczki. Codzienna praktyka wzięła górę…

Walizki profesjonalnych backpackersów :)

Na skraj dżungli dotarliśmy łódką – trzy godziny po brunatnej wodzie i już byliśmy w dziczy. Taman Negara jest najstarszym lasem tropikalnym Malezji. W ciągu trzech dni zwiedziliśmy tylko jego niewielką część włączając w program wycieczki komercyjne atrakcje turystyczne: jaskinię pełną nietoperzy i ich odchodów, spacer po moście linowym, spływ motorówką w dół i w górę rzeki (hm, spływ w górę?), wspinaczkę na wysoką górę (300 metrów!), z której rozciągał się przepiękny widok, i nocny trekking po dżungli. Prawdziwa przygoda, zwłaszcza ze względu na niezliczone komary, pijawki atakujące nasze kostki i łydki, egzotyczne pająki, skorpiony, patyczaki (w naturze a nie w słoiku!) i – ponad wszystko – motyle!

Motyle w parku Taman Negara, Malezja

Profil naszej wyprawy na tym etapie nie każdemu miastowemu by się spodobał. Później jednak – mimo naszych oczekiwań – wcale nie było lepiej. Siedmiogodzinna przejażdżka lokalnym pociągiem „ekspresowym”, przez wsie i lasy (tropikalne!) z karaluchami. Były ich miliony. Egipcjanom na pewno by się to nie podobało. A nam i owszem. Przepiękne widoki, świetna atmosfera… Po trzech dniach spędzonych w dziczy klimatyzowany pociąg z plazmą Samsunga (przynajmniej w wagonie klasy superior), śmierdzącym Warsem, w którym serwuje się nudle i lokalną herbatę (teh tarik) i z zaprzyjaźnionymi już po kilku godzinach karaluchami był szczytem luksusu na jaki mogliśmy sobie pozwolić. Warto dodać, że owa plazma zaczęła w pewnym momencie wyświetlać malajskie karaoke, co niektóre uczestniczki wyprawy poderwało nawet do śpiewania!

Pasażerom pociągu dostarczyliśmy wrażeń również wtedy, gdy Mała A – w szortach, ciasnej bluzeczce i czapce z daszkiem – stojąc na początku wagonu, na oczach wszystkich, zrobiła profesjonalną samolotową demonstrację bezpieczeństwa. Są na to dowody, więc możemy ją tym szantażować do końca życia. Podróż zamiast sześciu godzin trwała godzin osiem, i po jej zakończeniu zrozumieliśmy, dlaczego prawie wszyscy w Malezji wolą jeździć autobusami.

Do pamięci przejdzie również przejazd taksówką do Kuala Besut – nie kosztowała wiele, ale kierowca powinien dać nam dużą zniżkę za stworzenie niepowtarzalnej atmosfery. Pięć osób w jego małym autku śpiewających „stokrotkę”, „hej, sokoły”, „wsiąść do pociągu”, „dziewczyny lubią brąz”, „jedzie pociąg z daleka”, „orkiestrę” i inne bardzo polskie przeboje pod wpływem trunków przywiezionych z muzułmańskiego Kataru… Będzie o tym opowiadał latami. My też! A co!

Na wyspy Perhentian dotarliśmy motorówką. A na wyspie… upał. Prąd tylko w określonych godzinach, przepiękne leśne chatki podcieniowe, ćwierkanie ptaków, wielkie pająki, duuużo komarów, i olbrzymie iguany, gekony, albo jakieś inne jaszczury – bezceremonialnie przechadzały się pod naszym domkiem! Żółwie, rekiny i olbrzymie brzydkie ryby (te już w wodzie, a nie przed domkiem). Pełnia księżyca na plaży, zielona woda i drobniutki piasek parzący stopy. Słowem – raj na ziemi. Niektórzy postanowili zostać w tym raju dłużej, co wywołało falę zazdrości wśród wyjeżdżających. Trudno sie dziwić …

Raj na ziemi - Perhentian Islands, Malezja

Po 10-cio dniowym pobycie w Malezji pogoda w Katarze okazała się być bardzo przyjazna… Zwłaszcza przy włączonej klimatyzacji.

Dlaczego epilog? Wszystkie miejsca, które chciałem odwiedzić w Malezji Zachodniej, zostały zaliczone. Następnym razem Borneo, już definitywnie. Bilety przecież kupione. Na luty 2011…

Współautor wpisu – Lena. Dzięki!

Zdjęcia jak zwykle na Picasa – starannie wyselekcjonowane spośród setek zdjęć zrobionych komunalno-rodzinnym wysiłkiem przez wszystkich uczestników wyprawy, a zwłaszcza tych posiadających aparat 🙂

Z niecierpliwością czekamy również na alternatywną wersję wydarzeń autorstwa pewnej blondyny, która szuka odpowiedzi na pytanie o to, gdzie jej nie ma. Obyśmy się doczekali…

[aktualizacja] I w końcu doczekaliśmy się. Oto Wersja wg Blondyny w odcinkach: Kuala Lumpur i Nowa Ekipa i kolejne wpisy.

Translate »