Kenia

To chyba najpopularniejszy wśród turystów kraj tej części Afryki. Widać to na ulicach stolicy – białe twarze można spotkać prawie wszędzie. Nairobi ma też niemałą populację zachodnich ekspatów żyjących tam na co dzień. Sporą (nie)sławę przynosi temu miastu jego nieoficjalna nazwa – Nairob’ery, używana nawet przez autochtonów. Oczy dookoła głowy i lecimy.

Jeśli Kenia to oczywiście safari w Masai Mara. Koniecznie z lokalnym przewodnikiem. Nie jakimś Kenijczykiem z Nairobi, lecz Kenijczykiem – Masajem z krwi i kości. Miałem szczęście natknąć się przed wyjazdem na artykuł zamieszczony w The New York Times, w którym skutecznie zareklamowano alternatywny sposób na safari w Masai Mara – z dala od zbędnych luksusów, acz wcale nie mniej bogaty w przeżycia. Co tu dużo pisać – nie każdemu turyście na safari w Kenii dane jest być zaproszonym przez Masaja na lokalne wino do domu jego matki. Równie bezcennym doświadczeniem było otrzymać masajskie imię – mi przypadło „Mogoj”, co podobno oznacza „stary mądry człowiek”. Wzruszające jeśli wziąć pod uwagę, że zostało nadane i zatwierdzone przez seniora domu (czyli lokalnego „mogoja”). I jeszcze drobne masajskie upominki, tak za darmo, tak od serca. A potem wypić piwko (Tusker) w lokalnym pubie w towarzystwie Masajów przebranych w te ich sukienki, z uszami powyginanymi w najróżniejsze strony i obwieszonymi nieskończoną ilością biżuterii, rozmawiających co chwilę przez telefon komórkowy, żujących gumę do żucia i tańczących w rytm przebojów Akona tuż pod plakatem z wizerunkiem Baraka Obamy. W międzyczasie próbowano ze mną dyskutować o ostatnich meczach ligi hiszpańskiej, ale tu akurat niezbyt dobrze trafili.

A teraz reklama.

Obóz Oldarpoi jest prowadzony przez organizację społeczną, która postawiła sobie za cel poprawę życia Masajów, zwłaszcza poprzez edukację (głównym celem jest wyeliminowanie tradycji obrzezania kobiet). Jak każda tego typu organizacja również oni potrzebują wolontariuszy, więc osoby zainteresowane mogą się z nimi kontaktować bezpośrednio. Wolontariuszką w czasie naszego pobytu była Agnieszka, z Polski! Obiecała mi podesłać więcej informacji na temat masajskiej społeczności i wolontariatu, więc mam nadzieję, że już niedługo będę to mógł tu zamieścić.

Jeśli ktoś się wybiera do Kenii to z pełną odpowiedzialnością polecam Oldarpoi Masai Mara Camp.

A teraz już zapraszam na zdjęcia z Kenii!

Pierwsze kroki na Czarnym Lądzie

Afryka. Kilka a czasem kilkadziesiąt minut nad i pod Równikiem. Minut szerokości geograficznej.

Pierwsze wrażenia jak z Indii. Nawet specyficzny zapach powietrza, którym odetchnęły moje płuca tuż po wyjściu z lotniskowego terminala wydawał się podobny (ale nie taki sam!).

Zabrzmi banalnie, ale nigdy nie czułem się tak białym człowiekiem! Żadnych szans na wtopienie się w tłum i spokojną obserwację życia ulicy. Okazuje się, że zwiedzanie Afryki nie jest tak proste jak zwiedzanie Azji, jest za to porównywalne pod względem ilości doświadczeń (zwłaszcza tych z kategorii bezcennych), ale już na pewno jest o wiele droższe. Nie wiem dlaczego, ale zawsze wydawało mi się, że ceny na tym relatywnie ubogim kontynencie afrykańskim powinny być względnie niewysokie. Nic bardziej mylnego. Podróżowanie po Kenii i Ugandzie może się okazać bardzo kosztowne, zwłaszcza na własną rękę. Przydają się umiejętności negocjacji nabyte w Wielkiej Różowej Szkole (w Azji z kolei szczególne umiejętności do udanych negocjacji nie są potrzebne).

Co najmniej pod jednym względem jest zgodnie z oczekiwaniami – trzeba się mieć na baczności na każdym kroku, bo wszelkiej maści naciągacze są wszędzie. Tu z kolei przydaje się doświadczenie z podróżowania po Dalekim Wschodzie.

Co mnie zaskoczyło? Tam nie mają McDonalda! Trzeba było chodzić po hotelach w poszukiwaniu toalet 😛

Szersza relacja i mnóstwo zdjęć już wkrótce.

Zebry w parku Masai Mara w Kenii

Wakacje w sułtanacie

Przepiękna kraina, niezapomniane wakacje. Od piekielnie wilgotnego Maskatu, poprzez jeszcze chyba gorętsze okolice miasteczka Nizwa, Al Hamra czy Bahla do chłodnawych klimatów górskich na zachodzie. Schłodzone bezalkoholowe piwo w jednym z palmowych gajowych. Nic dziwnego, że smakowało, skoro temperatura sięgała ponad 40 stopni. Posmakowało jeszcze bardziej, gdy znienacka pojawili się właściciele posesji … z talerzem świeżo zerwanych daktyli. Mieliśmy okazję poćwiczyć z nimi międzynarodową mowę ciała.

Zielona oaza - Wadi Bani Khalid w Omanie

Autostrada do Suru zbudowana między skalistym klifem a górami. Żółwie morskie składające jaja na plaży w naszej – niezauważalnej dla nich – obecności.

Potem najnudniejsza – według Lonely Planet – droga świata, czyli tysiąckilometrowa przeprawa na południe Omanu, gdzie czekały na nas zielone oazy i festiwal z okazji nadejścia pory deszczowej. Salalah to zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, na szczęście niezbyt jeszcze skomercjalizowane.

Jedna z wielu oaz w okolicach Salalah w Omanie

Wracało się z tego południa jakoś łatwiej, i szybciej. Na drodze o ograniczeniu 120 km/h zdołaliśmy wyprzedzić nieoznakowanego policyjnego Land Cruisera – jadącego jakieś 160 km/h – Toyotą Corolla, której maksymalna prędkość wynosi niewiele więcej. Należy to dodać do kategorii doświadczeń, których nie kupi się za pomocą karty Mastercard. Poczciwa wypożyczona Corolla w ogóle spisała się na medal – udało się wdrapać na 2000 metrów, a strome podjazdy i zakręty nad przepaścią pojawiły się bez uprzedzenia – na szczęście dzielny kierowca się ich nie przestraszył. Dzięki temu może być teraz dumny ze zdobytego doświadczenia. Podsumowując w ciągu 11 dni przejechaliśmy ponad 4500 km i jedyny problem jaki napotkaliśmy w tym pustynnym klimacie to wyczerpanie się płynu do wycieraczek!

Najnudniejsza droga na świecie - Maskat-Salalah

Walizka, paszport, bilet, życie

„Walizkę zapakować – rozpakować, zapakować – rozpakować, zapakować, maszyna do pisania (Hermes Baby), paszport (SA 323273), bilet, lotnisko, schodki, samolot, zapiąć pasy, start, odpiąć pasy, lot, kołysanie, słońce, gwiazdy, kosmos, biodra spacerujących stewardes, sen, chmury, spadające obroty silników, zapiąć pasy, zniżanie, kołowanie, lądowanie, ziemia, odpiąć pasy, schodki, lotnisko, książeczka szczepień, wiza, cło, taksówka, ulice, domy, ludzie, hotel, klucz, pokój, duszno, pragnienie, inność, obcość, samotność, czekanie, zmęczenie, życie”.

R. Kapuściński, Wojna Futbolowa.

Głodomory do Hong Kongu

Albo raczej Hą-Kąg. Zachwyca drapaczami chmur rozmieszczonymi wzdłuż linii brzegowej. Na wielu wrażenie zrobi nawet większe niż nowojorski Manhattan, bo te wieżowce powsciskane są między całkiem wysokie góry. Problem braku miejsca w centrum władze rozwiązują w Hongu Kongu poprzez usypywanie sztucznych wysp (jak w przypadku nowego lotniska Chek Lap Kok) lub po prostu rozszerzenie lądu (w samiutkim centrum, tam gdzie jeszcze kilka lat temu było nabrzeże portowe, powstają właśnie kolejne drapacze chmur).

Wieczorny pokaz świateł w Hong Kongu

Celem nadrzędnym wyprawy do HK powinno jednak być jedzenie – dostępne na każdym rogu ulicy, w najróżniejszych kolorach, zapachach i smakach – bo na tym wytrawny turysta na pewno się nie zawiedzie. Pod jednym warunkiem wszakże – należy zapomnieć o wszelkich uprzedzeniach żywieniowych, a wtedy znakomita podniebienna zabawa gwarantowana. W każdym razie Hong Kong może z powodzeniem walczyć o miano światowej stolicy wyborowego jedzenia z Singapurem, o którym pisałem kilka miesięcy temu.

Lodowe desery. W Hong Kongu.

Nasz stolik na Bali

Jeśli ktoś z Was chciałby kiedyś pobawić się w towarzystwie zazwyczaj dość urodziwych stewardes Qatar Airways – oto przepis. Wystarczy wybrać się do Indonezji. Klub mieści się w Kuta na Bali i nazywa się Bounty Discotheque. Jeden ze stolików – tuż przy wejściu po prawej stronie sceny – prawdopodobnie tam ich znajdziecie. Po czym ich poznać? – grupka jest zwykle bardzo różnorodna etnicznie – Latynosi, Arabowie, Europejczycy, Hindusi, Azjaci wszelkiej maści, Afrykańczycy (zwłaszcza o blond włosach 🙂 – wszyscy przy jednym stoliku, choć za każdym razem są to inne osoby! Statystycznie cztery razy w tygodniu, bo tak często QR624 ląduje na Bali. Niezmęczeni po ledwo dwuipółgodzinnym locie z Kuala Lumpur członkowie załogi muszą przecież jakoś się odprężyć w oczekiwaniu na lot powrotny do Doha po kilku dniach.

Bounty Discotheque

Sam tego niezwykłego spotkania również doświadczyłem – dwa dni pod rząd udało nam się spotkać dwie różne załogi. Wyobraźcie sobie konsternację jednej z „lepiej bawiących się” dziewczyn, gdy po dłuższej obserwacji podeszliśmy i zapytaliśmy: ‘So what’s your staff number?’. Polecam wszystkim – efekt murowany! Swoją drogą Bounty to fajne miejsce. Nic dziwnego, że załogi tam chodzą. Ale żeby zawsze przy tym samym stoliku?!

Bounty Discotheque Kuta

Jawa po raz pierwszy

Wycieczka na Bali nie byłaby tak udana, gdyby nie była jednocześnie wycieczką na Jawę. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w Dżogdżakarcie (Yogyakarcie) w środkowej części wyspy. To najczęściej odwiedzane przez turystów miasto na Jawie znane przede wszystkim ze sztuki ludowej, a zwłaszcza z batiku – tkanin o najróżniejszych wzorach i kolorach, które powstają w tradycyjnym procesie barwienia z użyciem gorącego wosku.

Borobudur

Po dwóch dniach cofnęliśmy się na wschód Jawy. Zaskakująco przyjemnie minęła sama podróż pociągiem do Surabaji w klasie eksekutif – marzy mi się, aby klasa 1 była tak samo popularna w polskich pociągach (ledwo dostaliśmy miejsce!).

Do Surabaji przyjeżdża wielu turystów, ale tylko niewielu decyduje się na zwiedzanie – traktują to miasto jako port przesiadkowy np. w drodze na Bali. Nam udało się odkryć kilka zakątków miasta, które jednak zbyt zachwycające nie były. Największe wrażenia pozostały po nocnej wycieczce na wulkan Bromo. Z okolicznej wioski wyrusza się ok. czwartej nad ranem, na kucykach. Współczułem temu, który musiał mnie na grzbiecie nieść. Sobie zresztą też współczułem do tego stopnia, że w drodze powrotnej wolałem uniknąć tej podwójnej męczarni i zdecydowałem stąpać na własnych nogach. Przeżycie wschodu słońca stojąc na brzegu krateru czynnego wulkanu jest niezapomniane. Zwłaszcza, że dopóki słońce nie wzejdzie nie widzimy co kryje się za zabezpieczającą barierką.

Jawa

Indonezja wcale nie okazała się tak biednym krajem jak sobie wyobrażałem. Owszem, żebrzących na ulicach się spotyka, a biedniejsze dzielnice wyglądają bardziej rozpaczliwie niż najgorsze zaułki warszawskiej Pragi – ale to przecież standard w Azji. Co mnie najbardziej zaskoczyło, to drogi – moglibyśmy im tylko pozazdrościć. Polemizować oczywiście można by o tym, że to co widziałem, to tylko mały skrawek olbrzymiego państwa – zgodzę się, ale gdyby porównać to z Sajgonem lub (nie daj Boże!) Nowym Delhi i ich okolicami, to Indonezja wygrywa w przedbiegach. W każdym razie co widziałem, to moje. A wy możecie zobaczyć to na zdjęciach.

Bali po raz drugi

Nie wiem od czego zacząć. Powinno być łatwiej, bo emocje za drugim razem nie powinny być tak duże, jak za pierwszym. Gdyby mi się ten wpis nie udał, to na wszelki wypadek zapraszam do ponownej lektury wpisu sprzed dziewięciu miesięcy pod tym odnośnikiem i przejrzenia zdjęć.

Mój powrót na Bali i poświęcenie aż tygodnia (!) urlopu na miejsce, w którym się już było (a jest przecież tyle innych miejsc w zasięgu naszych Airbusów), nie były przypadkowe.

Na Bali jakoś odnajduję wszystko, czego mi potrzeba w moim pustynnym życiu – dobre jedzenie, niezłe imprezy, plażowa atmosfera, możliwość aktywnego spędzenia czasu i intensywne zwiedzanie połączone z przeżyciami kulturowymi, nie zapominając o codziennej porcji deszczu (tropikalnego!).

Bali

Tym razem – zgodnie z planem – udało mi się odkryć to, co w Bali kochają chyba wszyscy przybywający tam Australijczycy czyli surfing. Próby ujeżdżenia fali i walka z prądami morskimi wciąga. Dosłownie.

Jedzenie na plaży smakowało mi jeszcze bardziej, niż poprzednio. Jako jeden z niewielu odważnych turystów przychodzi taki do lokalnej plażowej restauratorki i prosi o tuńczyka z ryżem w sosie curry. A na pytanie, czy zgadza się na dodanie sosu z czili odpowiada twierdząco. Gdy po chwili dosiada się równie odważny, acz bardziej siwy niemiecki dziadek z zapakowanym „po dach” rowerem i prosi o coś podobnego można poczuć jakąś niezwykłą więź. Ot, weterani się znaleźli. Jacy dumni weterani!

Ofiary dla bogów na plazy w Kuta

Pora deszczowa na Bali bywa kłopotliwa zwłaszcza w czasie zwiedzania. Nie oznacza to jednak, że nie można się opalić – słońce skryte za chmurami na tych szerokościach geograficznych bywa złudne. Trzeba się było regularnie smarować kremami przeciwsłonecznymi nawet w czasie deszczu i burz! Efekt? – wszyscy w pracy widząc mój nowy kolor skóry pytają, skąd przyjechałem, a opalenizny zazdrości nawet szefowa.

Podsumowując – odliczam czas do kolejnej wizyty. Kto się dołącza?

Więcej oczywiście powiedzą zdjęcia, to znaczy mam nadzieję, że tak właśnie będzie.

Zdjęcia? A! Zdjęcia! Zdjęcia będą jutro. Inszalla. Opóźnienie wyłącznie z winy współuczestniczek wycieczki (bo przecież nie z mojej), które tuż po powrocie z urlopu rozleciały się gdzieś po świecie zamykając zdjęcia za drzwiami swoich pilnie strzeżonych mieszkań.

Cierpliwości 🙂

Jedyny taki urlop

Wczoraj raniutko wróciło mi się z rajskich wakacji. Jako, że były bardzo udane, muszę trochę po nich odpocząć. Tak się złożyło, że najbardziej wyczerpujące były ostatnie dni. Przedostatniej nocy w ogóle nie spałem bo wspinałem się na jawajski wulkan, a ostatnia noc podobnie, tyle że spędzona w samolocie w drodze do Doha. I tu znowu były elementy rutyny – lądowaliśmy ok. 5.30, potem wsiadanie do stęsknionej i zakurzonej Suzi, szybki prysznic w domu i (po dwóch nieprzespanych nocach) … do pracy. Niespodziewanie w biurze byłem pięć minut przed czasem, tj. o 6.55. To się nazywa optymalne zarządzanie czasem.

Zdjęcia, dużo zdjęć, których już się tu niektórzy domagali, pojawią się wraz z szerszą relacją – obiecuję – pod koniec tygodnia. Póki co – jawajskie wulkany:

Bromo o wschodzie słońca

Kaliurang

Out of office

Właśnie bardzo dobrze się bawię z dala od Kataru, tj. jakieś 8 st. pod Równikiem. Rajska wyspa na Ziemi. Znaczy się Bali. Mam nadzieję, że chwilowy brak konkretniejszych wpisów zostanie mi wybaczony. Swoją drogą chyba zaczyna się właśnie faza (wielkich) powrotów do miejsc już zaliczonych. Dlaczego? – bo już wiem, że warto! I … czemu nie!?

Translate »