Reserved podbija świat arabski

DJ, kanapeczki i koktajle – w takiej oprawie, z uzasadnioną pompą, świętowano kilka dni temu otwarcie sklepu Reserved w C.H. Villaggio w … Dausze. Co prawda nie jest to pierwszy sklep tej polskiej marki w Katarze, ale dopiero po kilku miesiącach od wejścia na rynek zdecydowano się na taką huczną, szeroko rozreklamowaną inaugurację.

Źródła firmowe informują, że oprócz Kataru, sklepy Reserved można poza Europą spotkać obecnie w Egipcie oraz na Bliskim Wschodzie właśnie (Kuwejt, Arabia Saudyjska i ZEA).

 

Reserved krok po kroku podbija świat arabski, a ja dzięki temu mogę poczuć się jak w kraju. Choć na razie wywołuje to bardziej schizofreniczne zachowania – gdy pierwszy raz wpadł mi w oko autobus z reklamą Reserved najpierw się zdziwiłem:

– O! Reserved!

Potem szybko uderzył mnie racjonalizm:

 – Czemu ja się dziwię? Przecież to zupełnie normalne, że reklamy Reserved czasem jeżdżą na autobusach!

Coś mi tu jednak nie pasowało. Dobrych kilka chwil zajęło mi zorientowanie się, że w Doha to się jednak wcześniej nie zdażało.

Teraz reklamy Reserved widać na prawie każdym kroku – autobusy, bilbordy, taksówki … Ponownie w ciągu kilku miesięcy zadaję sobie pytanie: jawa czy sen?

Były już polskie wafelki, ogórki, jabłka, jest Inglot i inne polskie kosmetyki, a teraz mamy ciuchy z polską marką. Z Doha do Warszawy jes naprawdę coraz bliżej!



Ropa tanieje, więc ropa drożeje

Ta wiadomość zelektryzowała całą społeczność w Katarze. O północy z 14 na 15 stycznia, regulowana centralnie cena benzyny wzrosła o ok. 25 proc.

Brzmi to absurdalnie, gdyż akurat cena ropy na światowych giełdach osiąga poziomy najniższe od ponad dekady.

Skąd w Katarze takie podwyżki skoro gdzie indziej na świecie obserwowane są spadki? Jedno wynika z drugiego – Katar, jako kraj, którego budżet zależy w dużej części od malejących przychodów z eksportu ropy i gazu, próbuje się ratować obcinając różne subsydia.



Za etylinę 95 płacimy po podwyżce 1,25 QAR zamiast 1 QAR (czyli 1.41 PLN po dzisiejszym kursie). Jest to już druga podwyżka, której tu doświadczam, ostatnia miała miejsce bodajże w 2008 2011 r., również o 25 proc. (szok, jaki wywołała był porównywalny).

Dodam, że kolejki na stacjach benzynowych w Katarze jak były, tak nadal są. Samochodów coraz więcej, a stacji nie przybywa. Jeśli ktoś tęskni za PRLem to zapraszamy do Doha…

Jak tu żyć?



Sylwester w Dubaju

Opcji na spędzenie Sylwestra jest nad Zatoką Perską wiele, m.in.:

  1. Można go najzwyczajniej w świecie przespać (sprawdziłem i polecam)
  2. Domówka u znajomych lub nieznajomych (obie sprawdziłem, obie polecam, choć z pewnymi zastrzeżeniami)
  3. Pójść do jednego z klubów w pięciogwiazdkowych hotelach i za horrendalną opłatę wstępną bawić się w tłumie obcych i/lub znajomych (nie sprawdziłem i sprawdzać nie zamierzam)
  4. Spacer, szisza i o północy stuknięcie się np. kanapką typu shawarma, np. na Starym Suku w Doha (sprawdziłem w 2007 i polecam)
  5. Polecieć do Dubaju (właśnie sprawdziłem, czy polecam?)
  6. ??

Dubaj chyba już na dobre dołączył do ekskluzywnej listy miejsc, w których spędzenie sylwestrowego wieczoru jest modne, a niejeden pewnie wrzucił takie doświadczenie na osobiste bucket list. Fajerwerki wypuszczane z najwyższego budynku świata – Burj Khalifa – z natury rzeczy nie mają sobie równych.

Wedle szacunków pokazy oglądał milion widzów – niektórzy z okien licznych drapaczy chmur, inni z samochodu – niekoniecznie z własnej woli, bo miasto było tragicznie zakorkowane przez niemal cały wieczór i noc. My dotarliśmy na miejsce transportem publicznym (samolot + metro) i po krótkim spacerze z butelkami coli (+whisky) w ręku wybraliśmy miejscówkę na wiadukcie z dala od dzikich tłumów. Stąd oglądaliśmy legendarny już pokaz fajerwerków, który na samym Burdżu Khalify trwał 6-7 minut (potem kontynuowano w dwu innych lokalizacjach) i rzeczywiście był spektakularny, choć muszę przyznać, że wokół zabrakło prawdziwie sylwestrowej atmosfery.

Fajerwerki na Burdż Khalifa. W lewym dolnym rogu płonie budynek Hotelu The Address Downtown Dubai

Nie obyło się bez efektów specjalnych – kilkaset metrów dalej ogień trawił 63-piętrowy budynek hotelu. Trąbiły o tym światowe media… Mimo, że oglądaliśmy ten dramat na własne oczy trudno nam było uwierzyć w całą tę sytuację. Tak więc zamiast huku fajerwerków najsilniejszym wspomnieniem tamtej nocy były dla mnie syreny karetek i straży pożarnej kursujących w obu kierunkach Sheikh Zayed Road przez całą noc. Brzmiały mi w uszach przez kolejnych kilka dni.

Podsumowując – noc sylwestrowa w Dubaju daje radę, ale na imprezę publiczną w stylu Sylwestra z Polsatem itp. bym nie liczył. Biorąc pod uwagę horrendalne ceny pokojów hotelowych w tym okresie (o ryzyku pożaru nie wspominając …), wycieczka typu tam i z powrotem w 12 godz., czyli bez noclegu, jest warta polecenia. No właśnie – chyba jeszcze nie wyjaśniłem, że już o piątej rano w Nowy Rok, czyli 12 godzin po logistycznych przygodach przy wylocie szczegółowo opisanych w poprzednim wpisie, lądowaliśmy z powrotem w Doha. Sam powrót był oczywiście mniej spektakularny niż wyjazd – po całej nocy na nogach wszystkim członkom ekipy brakowało energii, jak na sylwestrową noc przystało; nie zabrakło natomiast paliwa, by dojechać z lotniska na najbliższą stację. Pełen sukces! Będzie o czym wnukom opowiadać!!!

Ruskij pasport?

Ostatnio na lotnisku w Doha (odloty) zostałem zapytany przez pasażerkę o pochodzenie. Mój akcent podpowiadał jej, że jestem z Niemiec. Wiele razy już to słyszałem, przestało więc mnie to dziwić. Ciepło, ciepło … Moja korygujaca odpowiedź bardzo ją ucieszyła, gdyż miała polskie korzenie – rodzice pochodzili z Polski.

Dzień później, w drodze powrotnej, lotnisko w Larnace (Cypr). Pewnym krokiem wchodzę do kolejki do kontroli paszportowej przeznaczonej dla obywateli UE. Mężczyzna odpowiedzialny za porządek woła do mnie:

– Ruskij pasport?
– Nie!

Tym razem to ja się ucieszyłem – próbował skierować mnie do wiele dłuższej kolejki! Rosjanie musieli swoje odstać, a w okienku dla UE praktycznie nikt nie czekał…

O tym, że Rosjan na Cyprze jest bardzo dużo już pisałem wcześniej. Ale żeby nawet mnie – z niesłowiańskim nazwiskiem, niemieckim akcentem i zarostem na twarzy w stylu arabskim – brali za Rosjanina?!

P.S. Dziś przygód narodowościowo-tożsamościowych ciąg dalszy. Po dodzwonieniu się do serwisu Suzuki filipińska sekretarka wzięła mnie za Filipińczyka. Po tym jak się jej przedstawiłem z imienia („Majkel”) zapytała:

– Kabayan?

– Mafi kabayan! Bolanda!!! – pełen rozbawienia odpowiedziałem typowym filipińsko-arabskim sposobem.

Niewtajemniczonym wyjaśniam, że zapytaniem „kabayan” Filipińczycy zazwyczaj upewniają się, czy mają do czynienia ze swymi rodakami.



Polskie ogorki. Made in India

Wiadomości sklepowych ciąg dalszy.

Do sieci sklepów Lulu w Katarze trafiły ogórki konserwowe firmowane napisem ‘Polskie Ogorki” (pisownia oryginalna). Wedle napisu na etykiecie, wyprodukowano je … w Indiach, prawdopodobnie z przeznaczeniem na eksport do Australii.

Ewenement przetestowałem i muszę przyznać, że smakują wybornie. W składzie jest gorczyca i koperek. Moje podniebienie byłoby jeszcze szczęśliwsze, gdyby zalewa była nieco słodsza, ale ogólnie nie ma na co narzekać.



Polskie jabłka już w Katarze

W supermarketach Carrefour w Katarze pojawiły się właśnie polskie jabłka. W ofercie są dwie odmiany opisane jako Apple LIgol  i Apple golden. Czy będą smakowały tak dobrze jak w Polsce?

Wypadałoby teraz oczekiwać zaproszenia na szarlotkę z polskich jabłek. A może ktoś skusi się na rozpoczęcie produkcji cydru? Przecież trzeba wspierać polskich producentów jabłek!



Fot. Facebook

Smacznie i tanio

Gdzie zjeść smacznie i tanio w Doha?

Przy okazji Mistrzostw Świata w Piłce Ręcznej Mężczyzn w Katarze przybywają tu kibice ze świata, w tym z Polski. Cżęsto pojawia się pytanie o to, gdzie w Dausze można smacznie i tanio zjeść. A przede wszystkim – czy to w ogóle możliwe?! Śpieszę z odpowiedzią i zapewniam, że tak, jest to możliwe!

W obiegu panuje opinia, że żywność w Katarze, a zwłaszcza posiłki na mieście są drogie. Otóż prawda jest taka, że można tu w restauracji zapłacić i badzo dużo, i bardzo mało.

Oto lista miejsc (barów/restauracji) z kategorii smacznie i niedrogo, które w Doha odwiedzam ze znajomymi najczęściej. Polecam!

Dzielnica: Corniche i okolice

* Bandar Aden (Souq Waqif) – jemeńska

Polecam chicken ogdat na kolację. Otwarte również na śniadania (jajecznica chakchouka egg lub kociołek z tuńczykiem toona ogdat)

* Thai Smile (wewnątrz parku Al Bidda) – kuchnia tajska

* Halul Cafe (przy Corniche, obok targu rybnego) – „spelunka” nad wodą, z najtańszą sziszą w mieście i podstawowym żarciem arabskim/indyjskim

Dzielnica: Al Sadd

* Turkey Central (dzielnica Al Sadd) – turecka

* Thai Snack (dzielnica Al Sadd) – tajska

Dzielnica: Śródmieście / Mughalina / Um Ghuwalina

* MRA – kuchnia indyjska

* Vasanta Bhavan – indyjska

Pozostałe

* Petra (sieć, różne dzielnice) – kuchnia arabska

* Lwzaar Seafood (Katara Cultural Village)

Cena dań głównych w wymienionych miejscach to 15-30 QAR

* Kurs wymiany katarskiego rijala do złotego to obecnie w przybliżeniu 1:1.

Bliskie spotkania z naturą w Salalah

Lądowanie o czwartej nad ranem, gdziekolwiek na świecie, nie musi należeć do przyjemności. W Salalah, na południowo-zachodnim krańcu Omanu, jest na to sposób.

Jak takie doświadczenie przekuć w coś pozytywnego? Wynająć samochód i prosto z lotniska udać się w okolice Taqah. Następnie w absolutnej ciszy i samotności poczekać na słońce, które wkrótce wzejdzie ponad majestatycznymi klifami. Drzemka w samochodzie nie zaszkodzi, a gdy wreszcie zbudzi nas głód żołądka, można rozkoszować się przywiezionym z domu śniadaniem.

Fot. A. Fritz-Nowojorska

Błogą drzemkę można następnie kontynuować nad basenem w jednym z okolicznych hoteli, nad brzegiem Oceanu Indyjskiego. Gdy udamy się na spacer po okolicznej plaży, zastanie nas zagadka do rozwikłania – dziesiątki, jeśli nie setki, piaskowych kopców, jeden obok drugiego, wzdłuż linii wody. Zaspane oczy zwątpią na ten niezwykły widok – czy to jawa, czy sen? Człowiekowi lata lecą, ale pewnych rzeczy z biologii zwierząt jak nie rozumiał, tak nadal nie rozumie.

Gdy wreszcie zajdzie słońce, grzechem byłoby nie usiąść na tak pięknej plaży i nie skosztować porządnie schłodzonego prosecco.

Fot. A. Fritz-Nowojorska

Na wschód od Mirbat prowadzi niezwykle malownicza droga – poprzez góry do Hadbin (albo Hadbeen) i dalej, wzdłuż błękitnych wód wybrzeża, do miejscowości Hasik. Wedle opinii w internecie, droga ta należy do najbardziej malowniczych na świecie – dwie godziny czystej przyjemności. Widoki istotnie zapierają dech w piersiach, ale doznania najbardziej potęguje fakt, że wokół praktycznie nie ma turystów. Są za to wielbłądy – na plażach i na drodze – podobnie jak turyści, przemierzają ten nadbrzeżny szlak asfaltową drogą, bo na jej skrajach są albo przepaście, albo strome klify, albo plaże. Takie leniwe, nierzadko niezdecydowane grupy wielbłądów nie ułatwiają życia kierowcom – trzeba między nimi delikatnie manewrować slalomem. W międzyczasie przystają, by zajadać się zielonymi i coraz częściej wypłowiałymi już na jesień liśćmi nielicznych drzewek i krzewów.

Droga do Hasik to prawdziwy skarb na turystycznej mapie świata. Tuż za Hasik znajdują się słynne wodospady Natif – w porze monsunu wody na skraju tego klifu nie ma prawa brakować.

Fot. A. Fritz-Nowojorska

W drodze powrotnej obiadek na trawce, która rośnie dzięki temu, że kilka tygodni wcześniej płynęła w tym miejscu rzeka (wadi). Jak to możliwe? – tu kłania się geografia … i biologia, bo w okolicy znowu te kopce na plażach, tym razem już w setkach, albo i tysiącach.

Następny w programie jest „punkt antygrawitacji”. Droga wydaje się lekko wznosić. Zatrzymujemy samochód, wrzucamy na luz i – po chwili- samochód sam zaczyna toczyć się … pod górę! Trudno w to uwierzyć, więc powtarzam próbę. Tym razem z utrudnieniem – ruszam powoli do tyłu, na wstecznym biegu, aby po chwili wrzucić z powrotem na luz.

Samochód wyhamowuje, staje, by po chwili ruszyć do przodu!

Ćwiczenie powtarzamy wielokrotnie, również po ustawieniu samochodu w przeciwnym kierunku. Jaka magiczna siła ciągnie go pod górę? Albo to cud, albo iluzja optyczna! Jakakolwiek byłaby prawda, można się przy tym nieźle bawić! Punkt ten nie jest łatwo znaleźć, zainteresowanym polecam użycie następujących współrzędnych w nawigacji: 17°2’12″N 54°36’46″E.

I wreszcie kulminacja – Salalah słynie z intensywnej zieleni. A wszystko za sprawą monsunu znad Oceanu Indyjskiego, który raz w roku nawiedza ten region. Krajobraz zmienia się wtedy zadziwiająco – kwitnie bujna roślinność, do życia powracają suche przez większą część roku wodospady, a koryta wadi wypełniają się wodą.

Droga do Wadi Darbat prowadzi przez skaliste góry, których zbocza, w miarę zbliżania, przekształcają się w oniemielającą, bujną zieleń. Po drodze mija się stada wielbłądów, beztrosko obcujących z wszechobecną zielenią. Innych zwierząt też nie brakuje, w tym podobno wyjątkowo dokuczliwych komarów, dla których ten unikalny mikroklimat jest rajem. Na szczęście pod koniec sezonu monsunowego bliskie spotkania z tymi insektami są rzadkością.

Fot. A. Fritz-Nowojorska

W drodze powrotnej do Salalah znowu zwierzęcy slalom – tym razem między krowami. Lenie, i to śmierdzące! – można trąbić im nad uchem, a i tak nie zauważą problemu zmniejszonej (do zera) przepustowości drogi. Nie mówiąc już o podjęciu współpracy w celu jego rozwiązania. Obfita trawa tłumaczy powszechność hodowli krów w tej okolicy.

Na deser – bajeczna plaża w Mughsayl. Oddalona od Salalah ok. 40 km, jest jednym z ulubionych miejsc na piknik wśród miejscowych. Nawiasem mówiąc, ogólnodostępna infrastruktura piknikowo-wypoczynkowa w Omanie jest imponująca, zwłaszcza w porównaniu z Katarem.

Plaża w Mughsayl to kilka kilometrów białego piasku, a na obu skrajach wyrastają tu klify. Dzień w dzień, noc w noc, walczą tu ze sobą żywioły – uderzające o klif fale nie poddają się tak łatwo przeszkodzie i przez szpary w skałach znajdują ujście swej energii na szczycie klifu. Nie obywa się bez złowrogiego syczenia. Śmiałkowie tacy, jak ja, rzucili wyzwanie temu wydmuchiwanemu siłą oceanu prysznicowi i wiedzą, że ice bucket challenge się przy nim nie umywa.

To dopiero nazywa się bliskie spotkanie z naturą!

I jak tu wciąż nie wracać do Omanu?

Więcej zdjęć na picasa.

P.S. Przepięknie o regionie Dhofar i okolicach Salalah opowiada niedawny dokument BBC (dostępny obecnie na pokładzie Qatar Airways)

Cytując Marka Belkę

 



Dzisiejsze wydanie katarskiego dziennika Gulf Times pokusiło się (trudno rozstrzygnąć czy świadomie) o zacytowanie wypowiedzi Marka Belki ujawnionej przez aferę taśmową. W angielskim tłumaczeniu rzuca się w oczy słowo f#@%ing.

Zajawka artykułu pojawiła się na szczycie pierwszej strony biznesowej wkładki dziennika, a cały artykuł na tylnej okładce. Takie pozycjonowanie na pewno zapewniło wysoką efektywność w dotarciu do dużej liczby czytelników.

Jesteśmy świadkami historycznego wydarzenia. Co prawda nie mam żadnych statystyk na potwierdzenie mojej tezy, sądzę jednak, że jest to pierwszy przypadek przepuszczenia przez katarską cenzurę tak niecenzuralnego wyrażenia. A może jednak to wypadek przy pracy, który ma szansę być przerabiany na kursach szkoleniowych dla adeptów urzędu cenzury przez kolejne dziesięciolecia?

Zjada mnie ciekawość tego, w jaki sposób, po przeczytaniu wspomnianego artykułu, klnęli w duchu na postępujący brak poszanowania wartości muzułmańskich i najwyraźniej nieefektywną katarską cenzurę bardziej konserwatywni przedstawiciele katarskiego społeczeństwa.

Czy z afery taśmowej i jej tłumaczenia urodzi się inna afera – cenzuralna, w Katarze?



Afera w taksówce

– Ty wiesz, jaką aferę z taksiarzem miałam?!

Wsiadłam jak przystało do taksówki na lotnisku, gbur włączył taksometr na 25 riali. Nie miałam pojęcia, że taka stawka obowiązuje z lotniska w Doha, więc natychmiast poprosiłam o wyjaśnienie. Ten milczy i udaje, że nie słyszy… Ponawiam GRZECZNIE pytanie…

Taksówkarz na to odwrócił się i wydarł się na mnie, że jak mi się coś nie podoba to mogę wysiąść.

– ?!?!

– Więc kazałam mu się zatrzymać – 10 m od postoju i powiedziałam, że wychodzę, bo nikt się na mnie wydzierać nie będzie.

DOSŁOWNIE

Wyszłam i próbuję otworzyć bagażnik, w którym jest moja walizeczka. Zamknięte… Proszę, aby otworzył.

A ten, że NIE OTWORZY!

– ?!?!?!?!?!?!?!?!?!

– Przez 10 minut trzymał moją walizkę za zakładnika!!!! Wydzierał się na mnie, że mu licznik bije.

Ja na to, że z nim nie jadę i proszę, aby otworzył mój bagażnik. Sorry, JEGO BAGAŻNIK Z MOJĄ PROPERTY.

Po 5 minutach nie wyrobiłam i wydarłam się na niego, że dzwonię po policję. Próbowałam przez tylne siedzenie otworzyć bagażnik, wiesz… Położyć siedzenia i wyciągnąć, ale mi się nie udało.

W końcu podbiegli ci ludzie z Karwa, którzy kontrolują tą kolejkę na przylotach. Kazali mu natychmiast otworzyć bagażnik. Wsadzili kogoś innego.  Mu do samochodu, nie do bagażnika. A mnie wzięli jako świadka, bo mieli z tym kierowcą już sporo problemów ponoć.

Ten nawet przy nich się na mnie WYDZIERAŁ!

Takiej jazdy to ja jeszcze nie miałam!!!

– Będzie co wnukom opowiadać …

 

Przeżyte i opowiedziane przez: A. Fritz-Nowojorska

Wysłuchane i zredagowane przez: Wheyman

Translate »