Głodomory do Hong Kongu

Albo raczej Hą-Kąg. Zachwyca drapaczami chmur rozmieszczonymi wzdłuż linii brzegowej. Na wielu wrażenie zrobi nawet większe niż nowojorski Manhattan, bo te wieżowce powsciskane są między całkiem wysokie góry. Problem braku miejsca w centrum władze rozwiązują w Hongu Kongu poprzez usypywanie sztucznych wysp (jak w przypadku nowego lotniska Chek Lap Kok) lub po prostu rozszerzenie lądu (w samiutkim centrum, tam gdzie jeszcze kilka lat temu było nabrzeże portowe, powstają właśnie kolejne drapacze chmur).

Wieczorny pokaz świateł w Hong Kongu

Celem nadrzędnym wyprawy do HK powinno jednak być jedzenie – dostępne na każdym rogu ulicy, w najróżniejszych kolorach, zapachach i smakach – bo na tym wytrawny turysta na pewno się nie zawiedzie. Pod jednym warunkiem wszakże – należy zapomnieć o wszelkich uprzedzeniach żywieniowych, a wtedy znakomita podniebienna zabawa gwarantowana. W każdym razie Hong Kong może z powodzeniem walczyć o miano światowej stolicy wyborowego jedzenia z Singapurem, o którym pisałem kilka miesięcy temu.

Lodowe desery. W Hong Kongu.

Nasz stolik na Bali

Jeśli ktoś z Was chciałby kiedyś pobawić się w towarzystwie zazwyczaj dość urodziwych stewardes Qatar Airways – oto przepis. Wystarczy wybrać się do Indonezji. Klub mieści się w Kuta na Bali i nazywa się Bounty Discotheque. Jeden ze stolików – tuż przy wejściu po prawej stronie sceny – prawdopodobnie tam ich znajdziecie. Po czym ich poznać? – grupka jest zwykle bardzo różnorodna etnicznie – Latynosi, Arabowie, Europejczycy, Hindusi, Azjaci wszelkiej maści, Afrykańczycy (zwłaszcza o blond włosach 🙂 – wszyscy przy jednym stoliku, choć za każdym razem są to inne osoby! Statystycznie cztery razy w tygodniu, bo tak często QR624 ląduje na Bali. Niezmęczeni po ledwo dwuipółgodzinnym locie z Kuala Lumpur członkowie załogi muszą przecież jakoś się odprężyć w oczekiwaniu na lot powrotny do Doha po kilku dniach.

Bounty Discotheque

Sam tego niezwykłego spotkania również doświadczyłem – dwa dni pod rząd udało nam się spotkać dwie różne załogi. Wyobraźcie sobie konsternację jednej z „lepiej bawiących się” dziewczyn, gdy po dłuższej obserwacji podeszliśmy i zapytaliśmy: ‘So what’s your staff number?’. Polecam wszystkim – efekt murowany! Swoją drogą Bounty to fajne miejsce. Nic dziwnego, że załogi tam chodzą. Ale żeby zawsze przy tym samym stoliku?!

Bounty Discotheque Kuta

Jawa po raz pierwszy

Wycieczka na Bali nie byłaby tak udana, gdyby nie była jednocześnie wycieczką na Jawę. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w Dżogdżakarcie (Yogyakarcie) w środkowej części wyspy. To najczęściej odwiedzane przez turystów miasto na Jawie znane przede wszystkim ze sztuki ludowej, a zwłaszcza z batiku – tkanin o najróżniejszych wzorach i kolorach, które powstają w tradycyjnym procesie barwienia z użyciem gorącego wosku.

Borobudur

Po dwóch dniach cofnęliśmy się na wschód Jawy. Zaskakująco przyjemnie minęła sama podróż pociągiem do Surabaji w klasie eksekutif – marzy mi się, aby klasa 1 była tak samo popularna w polskich pociągach (ledwo dostaliśmy miejsce!).

Do Surabaji przyjeżdża wielu turystów, ale tylko niewielu decyduje się na zwiedzanie – traktują to miasto jako port przesiadkowy np. w drodze na Bali. Nam udało się odkryć kilka zakątków miasta, które jednak zbyt zachwycające nie były. Największe wrażenia pozostały po nocnej wycieczce na wulkan Bromo. Z okolicznej wioski wyrusza się ok. czwartej nad ranem, na kucykach. Współczułem temu, który musiał mnie na grzbiecie nieść. Sobie zresztą też współczułem do tego stopnia, że w drodze powrotnej wolałem uniknąć tej podwójnej męczarni i zdecydowałem stąpać na własnych nogach. Przeżycie wschodu słońca stojąc na brzegu krateru czynnego wulkanu jest niezapomniane. Zwłaszcza, że dopóki słońce nie wzejdzie nie widzimy co kryje się za zabezpieczającą barierką.

Jawa

Indonezja wcale nie okazała się tak biednym krajem jak sobie wyobrażałem. Owszem, żebrzących na ulicach się spotyka, a biedniejsze dzielnice wyglądają bardziej rozpaczliwie niż najgorsze zaułki warszawskiej Pragi – ale to przecież standard w Azji. Co mnie najbardziej zaskoczyło, to drogi – moglibyśmy im tylko pozazdrościć. Polemizować oczywiście można by o tym, że to co widziałem, to tylko mały skrawek olbrzymiego państwa – zgodzę się, ale gdyby porównać to z Sajgonem lub (nie daj Boże!) Nowym Delhi i ich okolicami, to Indonezja wygrywa w przedbiegach. W każdym razie co widziałem, to moje. A wy możecie zobaczyć to na zdjęciach.

Bali po raz drugi

Nie wiem od czego zacząć. Powinno być łatwiej, bo emocje za drugim razem nie powinny być tak duże, jak za pierwszym. Gdyby mi się ten wpis nie udał, to na wszelki wypadek zapraszam do ponownej lektury wpisu sprzed dziewięciu miesięcy pod tym odnośnikiem i przejrzenia zdjęć.

Mój powrót na Bali i poświęcenie aż tygodnia (!) urlopu na miejsce, w którym się już było (a jest przecież tyle innych miejsc w zasięgu naszych Airbusów), nie były przypadkowe.

Na Bali jakoś odnajduję wszystko, czego mi potrzeba w moim pustynnym życiu – dobre jedzenie, niezłe imprezy, plażowa atmosfera, możliwość aktywnego spędzenia czasu i intensywne zwiedzanie połączone z przeżyciami kulturowymi, nie zapominając o codziennej porcji deszczu (tropikalnego!).

Bali

Tym razem – zgodnie z planem – udało mi się odkryć to, co w Bali kochają chyba wszyscy przybywający tam Australijczycy czyli surfing. Próby ujeżdżenia fali i walka z prądami morskimi wciąga. Dosłownie.

Jedzenie na plaży smakowało mi jeszcze bardziej, niż poprzednio. Jako jeden z niewielu odważnych turystów przychodzi taki do lokalnej plażowej restauratorki i prosi o tuńczyka z ryżem w sosie curry. A na pytanie, czy zgadza się na dodanie sosu z czili odpowiada twierdząco. Gdy po chwili dosiada się równie odważny, acz bardziej siwy niemiecki dziadek z zapakowanym „po dach” rowerem i prosi o coś podobnego można poczuć jakąś niezwykłą więź. Ot, weterani się znaleźli. Jacy dumni weterani!

Ofiary dla bogów na plazy w Kuta

Pora deszczowa na Bali bywa kłopotliwa zwłaszcza w czasie zwiedzania. Nie oznacza to jednak, że nie można się opalić – słońce skryte za chmurami na tych szerokościach geograficznych bywa złudne. Trzeba się było regularnie smarować kremami przeciwsłonecznymi nawet w czasie deszczu i burz! Efekt? – wszyscy w pracy widząc mój nowy kolor skóry pytają, skąd przyjechałem, a opalenizny zazdrości nawet szefowa.

Podsumowując – odliczam czas do kolejnej wizyty. Kto się dołącza?

Więcej oczywiście powiedzą zdjęcia, to znaczy mam nadzieję, że tak właśnie będzie.

Zdjęcia? A! Zdjęcia! Zdjęcia będą jutro. Inszalla. Opóźnienie wyłącznie z winy współuczestniczek wycieczki (bo przecież nie z mojej), które tuż po powrocie z urlopu rozleciały się gdzieś po świecie zamykając zdjęcia za drzwiami swoich pilnie strzeżonych mieszkań.

Cierpliwości 🙂

Jedyny taki urlop

Wczoraj raniutko wróciło mi się z rajskich wakacji. Jako, że były bardzo udane, muszę trochę po nich odpocząć. Tak się złożyło, że najbardziej wyczerpujące były ostatnie dni. Przedostatniej nocy w ogóle nie spałem bo wspinałem się na jawajski wulkan, a ostatnia noc podobnie, tyle że spędzona w samolocie w drodze do Doha. I tu znowu były elementy rutyny – lądowaliśmy ok. 5.30, potem wsiadanie do stęsknionej i zakurzonej Suzi, szybki prysznic w domu i (po dwóch nieprzespanych nocach) … do pracy. Niespodziewanie w biurze byłem pięć minut przed czasem, tj. o 6.55. To się nazywa optymalne zarządzanie czasem.

Zdjęcia, dużo zdjęć, których już się tu niektórzy domagali, pojawią się wraz z szerszą relacją – obiecuję – pod koniec tygodnia. Póki co – jawajskie wulkany:

Bromo o wschodzie słońca

Kaliurang

Out of office

Właśnie bardzo dobrze się bawię z dala od Kataru, tj. jakieś 8 st. pod Równikiem. Rajska wyspa na Ziemi. Znaczy się Bali. Mam nadzieję, że chwilowy brak konkretniejszych wpisów zostanie mi wybaczony. Swoją drogą chyba zaczyna się właśnie faza (wielkich) powrotów do miejsc już zaliczonych. Dlaczego? – bo już wiem, że warto! I … czemu nie!?

Z wizytą u wuja Ho

Wietnam to destynacja coraz popularniejsza wśród turystów, zwłaszcza z Polski. Do jego odwiedzenia zachęca nie tylko pokusa odpoczynku w mniej skomercjalizowanym (bo socjalistycznym?) otoczeniu, ale również ceny. Standardowy turysta z plecakiem spędza więc w Wietnamie aż miesiąc, czyli tyle, na ile wystawione są zwykle wizy. Tych, których miałem okazję spotkać po drodze podróżowali po południowym wschodzie Azji przeciętnie od trzech miesięcy i bynajmniej nie zamierzali na tym zaprzestać. Wietnam w pięć dni? – też tak można. I trzeba!
Delta Mekongu

Co pozostaje w pamięci po takiej krótkiej wizycie w Wietnamie? – na pewno słynny na całym świecie ruch uliczny w Sajgonie – swoisty chaos kontrolowany. Wbrew pozorom pieszym jest o wiele łatwiej przejść przez ulicę niż w wielu innych krajach. Jedzenie też niczego sobie, i niewiarygodnie tanie – miska ryżu na ulicy z kawałkiem wieprzowinki (!) i odrobiną zupy za niecałego dolara (znakomita opcja nie tylko dla odważnych).

Saigon

Uwagę zwraca muzeum wojny wietnamskiej w Sajgonie – okazuje się, że w propagandzie Wietnamczycy są lepsi od Sowietów! Ponadto przepiękne krajobrazy, nieprawdopodobnie zielona zieleń. I zawsze uśmiechnięci lokalni mieszkańcy.

Tylko na kieszonkowców i innych złodziejaszków trzeba uważać – podczas przymusowego postoju po tym jak nasz autokar się zepsuł, ukradziono dwa laptopy, aparat fotograficzny i komórkę. Psucie się autokarów jak również drobne i nie tylko kradzieże to niestety w tym kraju standard.

Wietnam należy polecać. Jak najbardziej! Tylko nie można odwracać wzroku od walizek. Bezwzględnie. Aż tyle i tylko tyle.

Pekin – tuż po Olimpiadzie

Jaki jest Pekin? Dość przygniatający – rozmiarami tłumu chociażby. I powalający. Rozmachem w gospodarowaniu przestrzenią między budynkami czy ulicami w prawdziwie komunistycznym stylu – prawie jak w socrealistycznej Warszawie (prawie!). Z ta różnicą, że im udało się wybudować podziemne metro jeszcze przed upadkiem komunizmu. Jeśli ten w ogóle kiedykolwiek w Chinach upadnie – na razie nic na to nie wskazuje.

Chiński Mur w okolicach Pekinu

Pekin to miasto jak każde inne na Zachodzie. O ustroju innym niż te powszechnie na świecie panujące przypomina turyście jedynie wzmożona obecność wojska na ulicach, policji, strażników wszelakiej maści odbywających właśnie marszobieg w samym centrum miasta między spacerującymi turystami, wszechobecna propaganda wychwalająca sukces chiński – w iście zachodnim stylu, tj. na bilbordach czy ekranach w pociągach metra (dziś powiedzielibyśmy, że to tylko pi-ar polityczny…). Przerost zatrudnienia, rozbudowana biurokracja to też jakoby cechy, które należałoby przypisać ustrojowi znanemu z niskiej produktywności (wymiana dolarów na lotnisku zajęła 7 minut z zegarkiem w ręku – nie obyło się bez kserowania paszportu, przybijania sześciu pieczątek na czterech różnych drukach i konieczności podpisania się na trzech innych świstkach papieru).

Mao na murach Zakazanego Miasta

No i olimpiada – to trzeba przyznać – udała im się. Nareszcie mieli okazję pokazać się światu z bardzo dobrej strony. W efekcie tłumy turystów z całego świata (choć tych się raczej nie zauważa w o wiele większej masie turystów chińskich) walą do Pekinu, żeby zwiedzić stadion narodowy w kształcie ptasiego gniazda. W ogóle Chińczycy – z prowincji i nie tylko – lubią zwiedzanie. O skali zjawiska niech zaświadczy choćby fakt, że w ciągu jednego dnia pekiński Pałac Letni odwiedzany jest przez około 30 tys. osób. Dokładnych statystyk z Zakazanego Miasta nie podano, ale pewnym jest, że swobodne zrobienie zdjęcia jest tam po prostu niemożliwe. Widzę w tym jeden problem – wszystkim – przepięknym skądinąd – zabytkom grozi po prostu zadeptanie.

 

Pekińskie szaszłyki :)

 

 

Z obejrzeniem tego, co Chiny mają do zaoferowania turystom należy się zatem śpieszyć. Szczerze polecam nawet na kilka dni! Qatar Airways lata po cztery razy w tygodniu do Pekinu, Szanghaju i Kantonu. Qatar Airways. The World’s Five Star Airline.

🙂

Przez KUL do SIN

Chętnych na lot QR638 do Singapuru i Dżakarty było 19, w tym ja. Miejsce wolne ostało się tylko jedno – jumpseat – i dostała je żona kapitana (naturalnie!!). Pozostałych zaproszono na pokład QR624 lecącego przez Kuala Lumpur na Bali. Też nieźle – w końcu KL to tylko 325 km od docelowego Singapuru. Tym wspaniałym sposobem po raz trzeci w życiu lądowałem na lotnisku w KL, lecz tym razem nareszcie miałem okazję stolicę Malezji zwiedzić (do trzech razy sztuka). Jak się lata na biletach pracowniczych to trzeba być elastycznym – najważniejsze, że walizka spakowana i auto zaparkowane w miejscu gwarantującym akceptację ze strony katarskiej policji, cała reszta – w tym gdzie wylądujemy – się tak bardzo nie liczy. No, byle była to podobna strefa klimatyczna.

Bliźniacze wieże Petronasu

KL to w moim odczuciu połączenie Singapuru i Bangkoku. Zachwycałem się nowoczesnością (pociągów na przykład, lub wieżowców). Zachwycałem się lokalnym jedzeniem po bardzo przyzwoitych cenach – serwowanym na ulicznych straganach podobnie jak w Bangkoku. I bardzo sympatyczni ludzie.

Przekraczanie granicy między Malezją i Singapurem ma wymiar trochę symboliczny. Strona malezyjska – terminal odpraw brudny jak sto pięćdziesiąt, dość chaotycznie, ale bardzo sprawnie i szybko. W sumie dwie minuty (wraz z czekaniem).

Strona singapurska – terminal wypucowany, z wieżyczkami wartowniczymi jak sto pięćdziesiąt, przypominający bardziej więzienie, niż przejście graniczne. Samego czekania było minut trzydzieści. A potem przyszedł czas na prześwietlanie bagażu (już raczej nie o czas tu chodziło, lecz strach że jednak coś znajdą np. liść marihuany, w który wdepnęła podeszwa buta – za to też grozi stryczek). A z tymi gumami do żucia, to jednak bardziej stereotyp niż absolutnie przestrzegane prawo – nikt tego nie sprawdza przy wjeździe, i nawet znajomi Singapurczycy sprawę bagatelizują. Co innego zaśmiecanie ulicy – tej reguły większość jednak przestrzega, choć podobnie jak wszędzie można by znaleźć wyjątki. Ogólnie wrażenia z Singapuru też bardzo pozytywne, choć ceny (w szczególności żarcia) nie zachwycają, zwłaszcza gdy się przybywa prosto z Malezji.

Singapur - drapacze chmur i morze

Aha, jeszcze jedno – Singapurki wydają się ładniejsze od Malajek, ale podobno mają skaszaniony charakter (komercjalizacja życia w Singapurze robi swoje…)

Malediwy – archipelag marzeń

Gdy po wielu godzinach lotu samolot zbliża się do lądowania na Maledywach, zawsze rozgrywa się podobna scena. Nagle wszyscy pasażerowie siedzący przy oknach zaczynają wydawać okrzyki zachwytu.

Maledywy z lotu ptaka

Potem wstają ci siedzący w środkowych rzędach. Nie reagując na wezwania stewardes, zbliżają się do okien i wyglądają przez ramiona współpasażerów. Wszędzie dokoła widać rozrzucone niczym piegi piaszczyste wysepki z ciemnozielonymi palmami w środku, otoczone płyciznami o intensywnie turkusowej barwie. A za moment na pokładzie robi się cicho. Lądowanie w MLE nawet doświadczonym turystom może napędzić strachu. Samolot opada na pas startowy będący paskiem betonu okrywającym rafę koralową. Zarówno jego początek, jak i koniec wybiega w ocean. Bywa, że turyści o słabych nerwach przy okazji ponownej wizyty w Male chcą lądować w nocy.

Tak początek przygody z Maledywami opisuje miesięcznik Voyage. I choć na moim locie okrzyków i masowego wstawania nie było, to jestem skłonny w tę historię uwierzyć. Bo Malediwy już z góry wyglądają pięknie. O tym, co można zobaczyć po wylądowaniu pokażą zdjęcia na picasa.

Maledywy - archipelag marzeń

Translate »