Wakacje w sułtanacie

Przepiękna kraina, niezapomniane wakacje. Od piekielnie wilgotnego Maskatu, poprzez jeszcze chyba gorętsze okolice miasteczka Nizwa, Al Hamra czy Bahla do chłodnawych klimatów górskich na zachodzie. Schłodzone bezalkoholowe piwo w jednym z palmowych gajowych. Nic dziwnego, że smakowało, skoro temperatura sięgała ponad 40 stopni. Posmakowało jeszcze bardziej, gdy znienacka pojawili się właściciele posesji … z talerzem świeżo zerwanych daktyli. Mieliśmy okazję poćwiczyć z nimi międzynarodową mowę ciała.

Zielona oaza - Wadi Bani Khalid w Omanie

Autostrada do Suru zbudowana między skalistym klifem a górami. Żółwie morskie składające jaja na plaży w naszej – niezauważalnej dla nich – obecności.

Potem najnudniejsza – według Lonely Planet – droga świata, czyli tysiąckilometrowa przeprawa na południe Omanu, gdzie czekały na nas zielone oazy i festiwal z okazji nadejścia pory deszczowej. Salalah to zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, na szczęście niezbyt jeszcze skomercjalizowane.

Jedna z wielu oaz w okolicach Salalah w Omanie

Wracało się z tego południa jakoś łatwiej, i szybciej. Na drodze o ograniczeniu 120 km/h zdołaliśmy wyprzedzić nieoznakowanego policyjnego Land Cruisera – jadącego jakieś 160 km/h – Toyotą Corolla, której maksymalna prędkość wynosi niewiele więcej. Należy to dodać do kategorii doświadczeń, których nie kupi się za pomocą karty Mastercard. Poczciwa wypożyczona Corolla w ogóle spisała się na medal – udało się wdrapać na 2000 metrów, a strome podjazdy i zakręty nad przepaścią pojawiły się bez uprzedzenia – na szczęście dzielny kierowca się ich nie przestraszył. Dzięki temu może być teraz dumny ze zdobytego doświadczenia. Podsumowując w ciągu 11 dni przejechaliśmy ponad 4500 km i jedyny problem jaki napotkaliśmy w tym pustynnym klimacie to wyczerpanie się płynu do wycieraczek!

Najnudniejsza droga na świecie - Maskat-Salalah

Bali po raz drugi

Nie wiem od czego zacząć. Powinno być łatwiej, bo emocje za drugim razem nie powinny być tak duże, jak za pierwszym. Gdyby mi się ten wpis nie udał, to na wszelki wypadek zapraszam do ponownej lektury wpisu sprzed dziewięciu miesięcy pod tym odnośnikiem i przejrzenia zdjęć.

Mój powrót na Bali i poświęcenie aż tygodnia (!) urlopu na miejsce, w którym się już było (a jest przecież tyle innych miejsc w zasięgu naszych Airbusów), nie były przypadkowe.

Na Bali jakoś odnajduję wszystko, czego mi potrzeba w moim pustynnym życiu – dobre jedzenie, niezłe imprezy, plażowa atmosfera, możliwość aktywnego spędzenia czasu i intensywne zwiedzanie połączone z przeżyciami kulturowymi, nie zapominając o codziennej porcji deszczu (tropikalnego!).

Bali

Tym razem – zgodnie z planem – udało mi się odkryć to, co w Bali kochają chyba wszyscy przybywający tam Australijczycy czyli surfing. Próby ujeżdżenia fali i walka z prądami morskimi wciąga. Dosłownie.

Jedzenie na plaży smakowało mi jeszcze bardziej, niż poprzednio. Jako jeden z niewielu odważnych turystów przychodzi taki do lokalnej plażowej restauratorki i prosi o tuńczyka z ryżem w sosie curry. A na pytanie, czy zgadza się na dodanie sosu z czili odpowiada twierdząco. Gdy po chwili dosiada się równie odważny, acz bardziej siwy niemiecki dziadek z zapakowanym „po dach” rowerem i prosi o coś podobnego można poczuć jakąś niezwykłą więź. Ot, weterani się znaleźli. Jacy dumni weterani!

Ofiary dla bogów na plazy w Kuta

Pora deszczowa na Bali bywa kłopotliwa zwłaszcza w czasie zwiedzania. Nie oznacza to jednak, że nie można się opalić – słońce skryte za chmurami na tych szerokościach geograficznych bywa złudne. Trzeba się było regularnie smarować kremami przeciwsłonecznymi nawet w czasie deszczu i burz! Efekt? – wszyscy w pracy widząc mój nowy kolor skóry pytają, skąd przyjechałem, a opalenizny zazdrości nawet szefowa.

Podsumowując – odliczam czas do kolejnej wizyty. Kto się dołącza?

Więcej oczywiście powiedzą zdjęcia, to znaczy mam nadzieję, że tak właśnie będzie.

Zdjęcia? A! Zdjęcia! Zdjęcia będą jutro. Inszalla. Opóźnienie wyłącznie z winy współuczestniczek wycieczki (bo przecież nie z mojej), które tuż po powrocie z urlopu rozleciały się gdzieś po świecie zamykając zdjęcia za drzwiami swoich pilnie strzeżonych mieszkań.

Cierpliwości 🙂

Jedyny taki urlop

Wczoraj raniutko wróciło mi się z rajskich wakacji. Jako, że były bardzo udane, muszę trochę po nich odpocząć. Tak się złożyło, że najbardziej wyczerpujące były ostatnie dni. Przedostatniej nocy w ogóle nie spałem bo wspinałem się na jawajski wulkan, a ostatnia noc podobnie, tyle że spędzona w samolocie w drodze do Doha. I tu znowu były elementy rutyny – lądowaliśmy ok. 5.30, potem wsiadanie do stęsknionej i zakurzonej Suzi, szybki prysznic w domu i (po dwóch nieprzespanych nocach) … do pracy. Niespodziewanie w biurze byłem pięć minut przed czasem, tj. o 6.55. To się nazywa optymalne zarządzanie czasem.

Zdjęcia, dużo zdjęć, których już się tu niektórzy domagali, pojawią się wraz z szerszą relacją – obiecuję – pod koniec tygodnia. Póki co – jawajskie wulkany:

Bromo o wschodzie słońca

Kaliurang

Out of office

Właśnie bardzo dobrze się bawię z dala od Kataru, tj. jakieś 8 st. pod Równikiem. Rajska wyspa na Ziemi. Znaczy się Bali. Mam nadzieję, że chwilowy brak konkretniejszych wpisów zostanie mi wybaczony. Swoją drogą chyba zaczyna się właśnie faza (wielkich) powrotów do miejsc już zaliczonych. Dlaczego? – bo już wiem, że warto! I … czemu nie!?

Malediwy – archipelag marzeń

Gdy po wielu godzinach lotu samolot zbliża się do lądowania na Maledywach, zawsze rozgrywa się podobna scena. Nagle wszyscy pasażerowie siedzący przy oknach zaczynają wydawać okrzyki zachwytu.

Maledywy z lotu ptaka

Potem wstają ci siedzący w środkowych rzędach. Nie reagując na wezwania stewardes, zbliżają się do okien i wyglądają przez ramiona współpasażerów. Wszędzie dokoła widać rozrzucone niczym piegi piaszczyste wysepki z ciemnozielonymi palmami w środku, otoczone płyciznami o intensywnie turkusowej barwie. A za moment na pokładzie robi się cicho. Lądowanie w MLE nawet doświadczonym turystom może napędzić strachu. Samolot opada na pas startowy będący paskiem betonu okrywającym rafę koralową. Zarówno jego początek, jak i koniec wybiega w ocean. Bywa, że turyści o słabych nerwach przy okazji ponownej wizyty w Male chcą lądować w nocy.

Tak początek przygody z Maledywami opisuje miesięcznik Voyage. I choć na moim locie okrzyków i masowego wstawania nie było, to jestem skłonny w tę historię uwierzyć. Bo Malediwy już z góry wyglądają pięknie. O tym, co można zobaczyć po wylądowaniu pokażą zdjęcia na picasa.

Maledywy - archipelag marzeń

Gdzie pieprz rośnie

A rośnie na przykład na Bali.

To jest naprawdę na końcu świata, w każdym razie „pod Równikiem”. Podróż z Doha trwa 12-13 godzin, z międzylądowaniem w Kuala Lumpur, ale przecież to i tak bliżej niż gdyby lecieć z Polski. I bynajmniej nie dało się tego zrobić tylko w ciągu weekendu…

Na Bali pieprz rośnie!

Za bardzo nie ma co się na temat Bali rozpisywać, bo zdjęcia powiedzą zdecydowanie więcej. O tym, że jest to idealne miejsce do uprawiania turystyki aktywnej, zwłaszcza sportów wodnych, wiedzą chyba wszyscy. W ofercie jest również nocny trekking na jeden z wulkanów zakończony podziwianiem wschodu słońca (wpisane na listę rzeczy do zrobienia przy następnej wizycie).

Małpy w świątyni Ulu watu

Zwiedzać też jest co, gdyż tradycja i kultura na Bali jest bardzo bogata, wręcz nietypowa – praktykuje się tam lokalną odmianę hinduizmu – w formie różnej od tej spotykanej w Indiach. Na uwagę zasługuje Kecak Dance, czyli taniec ognia – przedstawienie, któremu towarzyszy chór złożony z kilkudziesięciu mężczyzn (chyba obowiązkowy punkt programu każdego turysty – do obejrzenia na youtube – początek i finał ).

Kecak Dance, taniec ognia

Bogactwo klubów nocnych na Bali pozwala mi chyba nazwać tę wyspę „azjatycką Ibizą”. Jednocześnie widok lokalnych panienek w tych dyskotekach przytulających się do zachodnich turystów niestety (lub stety) przywołuje skojarzenie z Bangkokiem…

Poza tym Bali może być też romantyczne, choć ta cecha wydaje mi się być przytłumiona przez wszechogarniającą to miejsce komercję i po prostu tłumy turystów.

Oczywiście, że polecam – co najmniej tydzień wakacji na Bali, z koniecznym kilkudniowym wypadem na okoliczne, mniej skomercjalizowane wyspy. Wydaje się, że lepiej wręcz zrobić z tego dwa tygodnie, bo to kawał drogi przecież, a po drodze można wstąpić do Singapuru, albo KL, bo … czemu nie? Ja niestety miałem tylko trzy dni, a w KL nawet z samolotu nosa nie miałem okazji wystawić. Ehhh ….

Zachód słońca na plaży w Kuta

Translate »