Wspomnienie Indii

Prawie wszystko w Indiach jest duze i wysokie.

Grobowiec kogos waznego w dzisiejszym parku - Delhi

 

Bezpanskie psy wyleguja wszedzie. Byle na sloncu.
Psy w Delhi
Sprzedawcy wszystkiego, co reka uniesie probuja sprzedac to Tobie i innym. Bezskutecznie.
Uliczny sprzedawca wszystkiego

Krowy bladza wsrod ulicznych straganow miasta stolecznego New Delhi.

Swieta krowa w New Delhi

 

Ruch uliczny przyprawia o zawrot glowy, a czasami nawet o zawal serca.

Ruch uliczny w DEL - pieszy nie ma zadnych szans

 

Riksze – do wyboru do koloru. Kroluja nad przymalymi taksowkami. W czasie jazdy mozna w nich troche zmarznac – zwlaszcza podczas grudniowej nocy.

Rzad rikszy przy dworcu kolejowym w New Delhi

 

O! Tu jestem! W NEW DELHI!!!!

 

Od czegos trzeba bylo zaczac – ja zaczalem od New Delhi. Prawdziwy obrazek Indii mozna zobaczyc na prowincji, ale to juz chyba innym razem.

Weekend w DEL

Ostatnio mało piszę, bo bez dostępu do komputera nie jest to łatwe. Komputer oddałem do naprawy – w Polsce, a to oznacza, że już niedługo będę musiał po niego do Polski pojechać. Inszalla stanie się to na święta.

Tymczasem pisze skąd popadnie. Teraz mam dostęp do netu dzięki uprzejmości BORowikow pracujących w ambasadzie polskiej w Delhi. New Delhi. I szanownego kolegi Tchórzesa.

Tak, czas spontanicznych podróży właśnie się zaczął. No własnie, jestem w Indiach. Tych prawdziwych, tylko na dwa dni, ale dobre i to. Pierwsze wnioski są takie, że jutrzejszy powrót do Kataru uznaję za powrót do … cywilizacji. Do tej pory Katar wydawał mi sie takimi małymi Indiami, a od wczoraj miałem okazję przekonać się, że do Indii to mu jeszcze dużo brakuje.

Wniosek wysuwam tylko po krótkiej wizycie w mieście stołecznym, które jest podobno bardzo nowoczesne, a prawdziwego szoku turysta może dostać wyjeżdżając na prowincję. Przeżywanie takiego szoku odkładam na inny raz. Wszak weekend się kończy i trzeba by polecieć do pracy.

Fotki zapodam następnym razem (niestety nie wiem kiedy, znowu, ten brak komputra… przepraszam).

Nad Menem, nad Wisla

Przyjazd do Polski, choćby na kilka dni – byl bardzo mi potrzebny. Naładowanie baterii, chwila oddechu od pracy, która ostatnio jest niestety coraz bardziej stresująca, itd. Teraz juz wracam do codzienności – oczywiście nie jest latwo, ale przyjazna człowiekowi pogoda w Doha mnie znowu mobilizuje.
A w Europie? Teraz czas na … wspomnienia. W Europie dziwnie jakos. Tak dziwnie się czulem, nieswojo trochę – najwyraźniej zdazylem się juz odzwyczaić od tej normalności. Juz sam lot do FRA Lufthansa byl jakiś taki nietypowy – na pokładzie praktycznie sami biali, nikt się nie przepychał przy wejściu, nie bylo rowniez slychac dzwoniacych komórek na pokładzie – w ogóle!!! (na pokładach QR to niestety absolutna norma).
Dużym zaskoczeniem byl dla mnie widok ludzi w płaszczach, kurtkach, kozakach, itp. – tacy 'z innej planety’ zaczęli się pojawiać przed moimi oczyma juz na lotnisku w Frankfurcie. Szczerze mowiac nie moglem przyjac tego do wiadomości przez dobrych kilkanaście minut. Od niskich temperatur się odzwyczaiłem (bo marznę przy 25 stopniach), ale nie sadziłem ze noszenie przez ludzi czegoś więcej niz bluzka z krótkim lub nawet długim rękawem zniknie tak szybko nawet z mojej (bujnej 🙂 wyobraźni.
Definitywnie muszę takie podroze do cywilizacji odbywać czesciej, ale niekoniecznie do Polski za każdym razem.
Byle byla wieprzowinka, o, na przykład taka, która delektowałem się w ostatni wtorek w Lolku… Ehhh, zjadłbym sobie jeszcze raz cos takiego.
Niezapomniana kielba w Lolku
Uwaga znajomi rozjechani po całym swiecie! Kto chce żebym Was odwiedził w ktorys weekend?

Z ziemi katarskiej do Polski

ETD (estimated time of departure) ex DOH– piątek 23 listopada, 00:25LT

Pre-start check. Walizka – jest! (w tę stronę prawie pusta).

Bilety – są! – dużo ich, w sumie musiałem kupić ich dziesięć – tak na wszelki wypadek, bo do ostatniej chwili nie wiem jak polecę.

Pozwolenie na start – jest! – ‘exit permit’ wystawione przez pracodawcę odebrałem w ostatniej chwili (uff!!), a bez tego dokumentu nie można opuścić tego pięknego kraju.

Prognoza pogody na lotnisku docelowym? Sprawdzona – cały czas poszukuję chętnych, którzy mi dowiozą kurtkę zimową na lotnisko. I jakieś buty, choćby kalosze.

Pasy? – zapięte.

No to lecimy! Let’s fly! Jal-lan tir!

 

On a way to FRA

 

Najpierw czterema gwiazdkami, a potem przesiadka do trzech gwiazdek. Jak wszystko pójdzie sprawnie równo po dwunastu godzinach powinienem stanąć na ziemi polskiej.

Na śniadanie oczywiście jajecznica na bekonie (już zamówiona). Na obiad knedle ze śliwkami. Drugiego dnia schabowe. Następnego pewnie gołąbki. Tak, wiem, w planowaniu jestem całkiem dobry…

W planie, poza jedzeniem, jest również picie – polskiego piwa oczywiście. Od piątku w Gdyni (na plaży chyba trochę zimno…), a we wtorek w Warszawie (wieczorem mam nadzieję zobaczyć się z Państwem na Polu Mokotowskim).

To będzie dla mnie również odpoczynek od bloga – chyba mi się należy!?! Następny wpis po powrocie na pustynię, czyli za tydzień. Też sobie ode mnie odpocznijcie…

Maskat rządzi!

Wymiata normalnie. Aż trudno opisać to słowami. A zdjęć tym razem niestety przywiozłem bardzo niewiele….

Truli emejzing!

Znowu naj. Naj naj po prostu.

Najczystsze miasto w całym regionie. Jedno z najczystszych na świecie (porównywalne do miast szwajcarskich, czy Singapuru).

Najrozsądniej planowane inwestycje (drogi mają znakomite w porównaniu z Doha). Całkowity brak megalomanii obserwowanej w Dubaju, gdzie – nie wiadomo po co – buduje się najwyższe budynki na świecie. Maskat nie ma ani jednego drapacza chmur i nie planuje mieć – chyba jest z tego dumny.

 

Stary Maskat - jeden z fortów

Najmniej arogancji wśród lokalnych mieszkańców. Wynikająca z tego niezmiernie pokojowa atmosfera na drogach (nawet ja tylko po sześciu miesiącach spędzonych w Katarze jeżdżę gorzej niż mieszkańcy Omanu).

 

Uliczna rzeczywistość mojego Orientu

zdjęcie pożyczone

Najpiękniejsze położenie. Malownicze góry po jednej stronie (skaliste, w kolorze brunatno-czerownym?), wody Zatoki Omańskiej po drugiej, a między nimi miasto ciągnące się na przestrzeni około 50 km (prawie jak Trójmiasto, prawie…)

I ta zieleń. Najbardziej naturalne drzewa i trawa, jakie widziałem w ciągu ostatniego półrocza.

 

Wszechobecny Sułtan i 'czajniczek'

Do tego zadziwiająca architektura, pełna zdobień. Orient z moich wyobrażeń w pełnym tego słowa znaczeniu. To tutaj powinien kursować legendarny Orient Express (gdyby tylko mieli tutaj tory…)

 

Pałac Sułtana w Maskacie

Na pewno tam kiedyś wrócę, żeby zobaczyć więcej, ale już prywatnie, a nie służbowo. W końcu to tylko niecała godzina lotu stąd.

Przy okazji dodam, że jest to chyba jedna z bardziej luksusowych destynacji turystycznych na rynku polskim – 7-dniowa wycieczka z biurem podróży do tego raju na ziemi kosztuje bowiem – uwaga –
9 700 PLN. W cenie śniadania, ale obiady już niekoniecznie 😛

 

Spragnionym większej liczby obrazków tymczasowo polecam zdjęcia zrobione przez innych turystów, np. tutaj.

Destynacja Bahrajn

 

Bahrajn jest niesamowity. Wielu twierdzi, że żyje się w nim przyjemniej, niż w Katarze. Nawet imprezy mają jakieś takie normalne. Już sam fakt, że alkohol jest ogólnodostępny, a co za tym idzie – dość tani, wpływa na dobre samopoczucie mieszkańców i turystów. Moich gospodarzy uraczyłem ‘pściekymi bsami’ z Absolutem (polskiej wódki w wolnocłówce jeszcze nie mają…) – wypili na tyle dużo (smakowało), że kazali mi uczyć ich polskich przekleństw. I nazwy drinka (jak wyżej).

 

Bahrain Financial Centre

 

Impreza w klubie z filipińskim zespołem rockowym – w zasadzie już zapomniałem jak to jest bawić się w takiej atmosferze. Grali rewelacyjnie – od ‘Hotel California’, przez ‘Ironic’, ‘Enter Sandman’, a na Seanie Paulu kończąc – wykonania ‘Get busy’ na perkusję i dwie gitary elektryczne (!!) długo nie zapomnę.

Zdumiewające, że ponad połowa samochodów parkujących pod klubami ma rejestracje saudyjską – młodzi gniewni, pod przykryciem nocy przejeżdżają 26-kilometrowy most łączący Bahrajn z Arabią i korzystają z dobrodziejstw zdemoralizowanego świata Zachodu. Alkohol, panienki – hulaj dusza, piekła nie ma. Duża liczba hoteli w Bahrajnie określa się jednoznacznym mianem ‘no sleep’.

 

Gucci Ninja na bazarze

 

Ulice, bazary, czy ludzie wyglądają bardzo podobnie jak w pozostałych miastach regionu. Mnóstwo Hindusów, gdzieniegdzie ‘Gucci Ninja’, brud i rozpadające się budynki na tle nowoczesnych drapaczy chmur. Coś, do czego już dawno się przyzwyczaiłem.

 

Bahrajn - dwa światy

 

 

I podobnie jak w Dubaju znalazło się coś „naj” – najdziwniej umiejscowione wiatraki na świecie i najmniej szczere dążenie do wykorzystanie energii odnawialnej – gdzie jak gdzie, ale żeby je budować w regionie pełnym czarnego złota?

 

Bahrajn - wiatraki

 

I jeszcze najsmaczniejsze jedzenie tam mają – najbardziej polecam rozpływający się w ustach ‘coconut curry chicken’ w indyjskiej restauracji ‘Lantern’ na przedmieściach Manamy (gdyby ktoś się kiedyś wybierał).

Skok na Królestwo Bahrajnu

Skok samolotem. Dosłownie. Bardzo krótki skok. I szybki, bo odrzutowcem (produkcji europejskiej:)

Do tej pory myślałem, że mój dotychczasowy rekord krótkości lotu w postaci 33 minut w powietrzu między Gdańskiem a Warszawą będzie trudno pobić. A jednak się udało.

A320 Gulf Air

Odległość – tylko 91 mil. Block hours – 40 minut. Było jeszcze krócej, czyli mniej więcej tak:

18.33 – pushback

18.37 – kołowanie

18.44 – start (DOH)

18.50 – osiągnęliśmy wysokość przelotową (a raczej „przelotną”)

18.52 – top of descent, początek zniżania (osiem minut po starcie, haloooo!!!)

19.05 – lądowanie (BAH)

W sumie 21 minut w powietrzu. Według zapowiedzi załogi lot miał trwać 25 minut i już wtedy wydało mi się, że to i tak bardzo krótko.

To był absolutnie mój najkrótszy lot w życiu – nawet „Mój pierwszy własny krok w przestworzach” Cessną 150 dwa lata temu trwał dłużej (do dziś jestem wdzięczny darczyńcom). Tak czy inaczej – oba będą niezapomniane.

 

Ciekawie wyglądał serwis na pokładzie. Poczęstunek rozpoczęto i skończono jeszcze przed startem. Nic dziwnego, skoro „zapiąć pasy” obowiązywało przez cały lot (nawet dla stewardes). Ciekawe doświadczenie, zwłaszcza, że w trakcie lotu niektórzy pasażerowie nic sobie z tego nie robili i chodzili po kabinie, wypuszczali dzieci na korytarz („żeby sobie pobiegały”). Takie tam lokalne zachowania. Dodam, że cały czas trzęsło. Nawet załoga – nie chcąc ryzykować własnego zdrowia – nie wstawała z miejsc, tylko krzyczała na nieposłusznych na odległość. Najlepszy okazał się (dorosły) koleś, który próbował dostać się do toalety, gdy już skręcaliśmy na prostą! Na dwie minuty przed lądowaniem!!! Bez komentarza. Trzeba było widzieć zdumienie w oczach stewardesy i jednocześnie przerażenie w jej głosie gdy krzyczała jak do nierozumiejącego nic bachora: ‘go back to your seat, go back, go back’. Na szczęście posłuchał się (to wcale nie było oczywiste) – tak czy inaczej znowu zauważam absolutny brak instynktu samozachowawczego.

W ogóle dziwne rzeczy zaczęły się dziać na tej ostatniej prostej – z każdej strony słyszałem dzwonki włączanych nokii i otrzymywanych smsów. Akurat na chwilę przed lądowaniem. Pomimo zakazu używania telefonów w trakcie, gdy drzwi samolotu są zamknięte (w czasie lotu są zamknięte, sic!). Witamy nad Zatoką! chciałoby się krzyknąć… Łatwiej jest zmienić zasady, niż zmienić ludzi.

Jak widać już sama podróż do Bahrajnu była niezapomniana. Widokami podzielę się już niedługo.

PS. Dzisiejszy lot powrotny do Doha trwał aż 25 minut. Czy powinienem złożyć skargę na przewoźnika?

Dubaj cz. 3

Dubaj do tej pory kojarzył mi się z drapaczami chmur i nowoczesnymi dzielnicami. Moja wyobraźnia całkowicie zapomniała o bardziej przyziemnej rzeczywistości. O niskiej zabudowie, pięknych klasycznych pejzażach.

Dubai Creek

Moja wyobraźnia zapomniała także o typowym dla całego regionu Zatoki Perskiej obrazie dziesiątek tysięcy ludzi z niższej klasy społecznej – czytaj głównie robotników pochodzenia azjatyckiego. Ich życie codzienne to korzystanie z zatłoczonych publicznych środków transportu typu autobusy, do których kolejki na przystanku mają po kilkaset metrów długości (!!). Korzystają też z łódek, tzw. ‘abra’.

Abra - Dubai Creek

Przeprawa z jednej części miasta na drugą trwa zaledwie kilka minut, ale jest sporym przeżyciem – dziesiątki łodek takich jak ta kursuje non-stop jak mrówki pomiędzy dwoma brzegami Dubai Creek.

Dubai Creek - boat taxis

Całość wygląda bardzo chaotycznie, a w nocy ten chaos może być źródłem przerażenia dla turystów takich, jak my – aż dziw bierze, że ledwo oświetlone łódki się nie zderzą. Do tego smród spalin, brak zabezpieczeń – żeby przeżyć trzeba siedzieć. Ale przynajmniej cena jest odpowiednia do standardu usługi.

Temperatury w Dubaju przekraczają 40 stopni w ciągu lata, ale to wcale nie przeszkadza w sprzedawaniu futer. Prawdziwych, luksusowych, megadrogich. Łatwo się domyślić do kogo ta oferta jest kierowana.

Podobno nawet obsługę sklepową (nie tylko w tym jednym sklepie) stanowią Rosjanki – potencjalny klient ma szansę poczuć się jak u siebie.

Podczas tej dwudniowej wycieczki to nawet wielbłąda spotkałem – zdjęcie dedykuję tym, którzy w kwietniu przed imprezą optowali za wielbłądem 🙂

Jak wygląda Dubaj latem 2007 roku? Spragnionych większej liczby obrazków z Dubaju i nie tylko odsyłam do albumów na picasie.

Dubaj cz. 2

Dubaj jest duży. Za duży. Odległości między dzielnicami mnie po prostu dobijają. Taksówka z lotniska do mieszkania znajomych kosztowała mnie 95 dirham. Z przerażeniem patrzyłem na licznik, zwłaszcza, że spodziewając się cen katarskich miałem dość mało pieniędzy przy sobie. W Doha za tę samą trasę zapłaciłbym połowę.

Drogi mają pierwszorzędne – żadnych dziur, siedem pasów w jedną stronę, siedem w drugą, ślimaki, tunele, wiadukty, a wkoło pustynia.

I wieżowce. Duuuże wieżowce. W tym Ten Jeden od kilku tygodni podobno najwyższy na świecie.

Burj Dubai

Wszystko tu zresztą jest podobno albo naj-, albo jedyne właśnie.

Jedyny w świecie siedmiogwiazdkowy hotel. A wewnątrz wszystko obrzydliwie złote.

Burj Al Arab - 7-gwiazdkowe wnętrza

W sumie nic szczególnego. Zamiast przyciągać bogaczy, przyciąga turystów z aparatami fotograficznymi takich, jak my. Dosyć przykre. Marketingowy sukces przede wszystkim w segmencie aspirującym.

Rolls-Royce przy Burj Al Arab

Przed wejściem limuzyny oczekujące na spragnionych luksusu. My podjechaliśmy wypożyczonym Peugeotem 206. Pracownik hotelu czuł się trochę chyba zniesmaczony, że przyszło mu odstawiać nasz samochód spod drzwi na parking.

Żeby wejść na teren hotelu potrzebna jest rezerwacja np. lunchu lub herbatki w jednej z restauracji. My wybraliśmy lunch na 27. piętrze. Powitanie wyjątkowo grzeczne, wręcz zbyt grzeczne, a potem cała ekipa kelnerów biegająca wkoło. Do tego sommelier, z pochodzenia Francuz oczywiście. Karta win była naj…., najdroższą jaką w życiu czytałem. Ceny za butelkę sięgały kilkunastu tysięcy dirham.

Lunch trzydaniowy – jako starter wybrałem foie gras z konfiturą z moreli bodajże, danie główne to polędwiczki z jelenia w sosie czekoladowym na kapuście.

Jeleń w czekoladzie

 

Na deser pudding waniliowy podany w talerzu do zupy pływający w soku jabłkowym z kawałkami … jabłek 🙂

Deser waniliowy

 

Przy stoliku obok siedziało troje Polaków w średnim wieku, których lunch w tym miejscu miał z pewnością taki sam cel, co w naszym przypadku – zaliczyć Burj Al Arab. Inny stolik zajmowały dwie rodziny 'Nowych Ruskich’ – wszyscy ubrani na biało włączając buty i skarpetki, fryzury prosto od fryzjera, twarz prosto od chirurga plastycznego. Przynajmniej porządnie zachować się potrafili. Poza tym byli chyba jedyną grupą, która nie robiła zdjęć w restauracji.

Atmosfera wewnątrz jest w sumie tak sztuczna, że trudno byłoby tam przychodzić regularnie i znajdować w tym jeszcze przyjemność za każdym razem.

 

Warto było jednak tego posmakować i przy okazji popatrzeć na Dubaj z góry. Niestety widoczność była dosyć kiepska. Udało się jednak dojrzeć to, czego ludzie szukają na Gogle Earth:

Palma nad Zatoką

Palma, a raczej jej wschodnie krawędzie.

Przyjemnie wyglądała dzielnica, w której spałem – same apartamentowce dokoła. Czterdzieści prawie identycznych wieżowców wybudował podobno jeden biznesmen, co trwało zaledwie trzy lata. Po prostu Dubai Marina.

 

Szkoda tylko, że w tym całym rozmachu, oddalonym o 25 km od centrum Dubaju, ktoś zapomniał o jakimś osiedlowym sklepiku z warzywami i świeżym pieczywem. Mają otworzyć niedługo jakiś supermarket, jak na razie chleb zamawia się na telefon – donoszą pod same drzwi, cieplutki prosto z pieca. Ale niestety czeka się z godzinę – w końcu produkcja odbywa się prawie just-in-time. Prawie 🙂

Dubai Marina

Dubaj cz. 1

Byłem. Zobaczyłem. Wróciłem. I pojadę jeszcze raz.

Wycieczka na weekend udała się tylko dzięki mojemu uporowi. Nie zdobyłem wizy na czas, ale znajomi podpowiadali, że nie jest potrzebna. Wszystkie oficjalne źródła mówiły inaczej. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko przekonać się na własnej skórze. Pierwsza próba w czwartek wieczorem nieudana – jeszcze na lotnisku w Doha przy odprawie bagażowej mnie cofnęli twierdząc, że bez wizy nigdzie nie polecę. Co robi stoicko spokojny autor bloga? Na pewno się tym nie przejmuje – podejmuje następną próbę w piątek rano. Kalkulacja była prosta – muszę trafić na pracowników z innej zmiany i

Pełen sukces. Kazali tylko podpisać list, że wylatuję bez wizy na własną odpowiedzialność. Ryzyk fizyk. Ja nie polecę? Za darmo? (tfu, ten lot to mnie trochę jednak kosztował – nie tyle zdrowia, co pieniędzy właśnie, bo uprawnienia do półdarmowych biletów będę miał dopiero za 12 tygodni, oj, nawet mniej – już zostało tylko 11 i pół tygodnia).

Pierwszy lot odkąd tu przyjechałem i odkąd pracuję w „branży”. Pierwsze lądowanie odkąd tu przyjechałem i odkąd pracuję w „branży”. Bajka. Zupełnie inne spojrzenie na „powietrzną usługę transportową”. Pełny ‘passenger insight’. Aha, leciałem konkurencją 😛 [To te linie, które mają ambicje być największymi na świecie i które zamówiły bagatelka 55 sztuk Airbusów A380 Superjumbo]

Czterdziestominutowy lot na pokładzie A330 o pojemności prawie 300 osób to dopiero połowa sukcesu. Kolejne wyzwanie czekało na mnie przy odprawie paszportowej w Dubaju. W sumie wystarczyło ładnie się uśmiechnąć do celniczki (Arabki) i napotkać innego celnika-Araba w diszdaszu, który zagadał po polsku: „Dzem-dobri, jak-se-maś, kocham-cie, daj-mi-buzia”. Słówka dosyć przydatne jeśli ma się polską żonę… Zabrakło mi jednak odwagi, żeby spytać ile ma tych żon w sumie…

Podsumowując – nadzieja matką głupich, a głupi ma szczęście. Zaliczyłem Dubaj mimo, że wszystko było pod prąd. O tym co w Dubaju, następną razą.

Translate »