Wesele po tajsku

Miałem ostatnio przyjemność być zaproszonym na wesele w Tajlandii. Oczywiście je zaakceptowałem – nie tylko ze względu na parę młodą i rodziców, lecz również dlatego, że była to doskonała okazja do obserwacji tamtejszych zwyczajów.

Już sama lokalizacja sugerowała, że będzie to niezwykłe wydarzenie – żadna remiza czy wiejska karczma, lecz Anantara Siam Bangkok, czyli jeden z najlepszych hoteli w Bangkoku!

Nie ukrywam, że jechałem na to wesele z konkretnymi oczekiwaniami – w końcu lokalizacja zobowiązywała. Po dotychczasowych doświadczeniach ślubno-weselnych na świecie spodziewałem się setek elitarnych gości, dodatkowo moja polska dusza liczyła na imprezę do białego rana – słowem: miałem nadzieję na przeżycia, które by się wspominało latami…

W rzeczywistości? Setki gości były, jak najbardziej, wszyscy ubrani na galowo, jak na wesele przystało. Strzałem w pudło jednak okazało się oczekiwanie imprezy do białego rana …

Po kolei. Zaproszenie było na trzynastą. Zjawiam się na kwadrans przed czasem – inni goście też już się schodzą. W lobby należy odhaczyć się na liście gości oraz zostawić kopertę z prezentem w gotówce (obowiązkowo podpisaną, aby rodzina później mogła odnotować, kto ile ofiarował).

Kilka kroków dalej obok wejścia na salę bankietową wystrojona para młoda od dłuższego czasu pozuje do zdjęć z przybywającymi gośćmi. Nikt nie ma prawa mieć wątpliwości, że to właśnie Ona i On są gwiazdami tego dnia. Dla każdego gościa stanięcie do zdjęcia w ich towarzystwie jest niezwykle nobilitujące. Jednak obserwując, jak wiele wysiłku wymaga takie intensywne pozowanie do zdjęć z każdym gościem, odnoszę wrażenie, że scenariusz imprezy był bardziej pisany z myślą o gościach, niż o młodej parze.

W czasie gdy para pozuje z kolejnymi przybyszami, ci „obsłużeni” przechodzą do sali bankietowej. W oczekiwaniu na oficjalne rozpoczęcie imprezy goście powoli przełamują początkową nieśmiałość i podchodzą do bufetu szwedzkiego – stolików z jedzeniem rozstawionych wokół sali (jak się później okaże, jest to jedyny moment na skorzystanie z oferty kulinarnej!). Dominują przekąski koktajlowe, np. kanapeczki i mini-szaszłyki. Do tego wino i inne trunki (jak na Azję przystało najpopularniejsza jest whisky). Najważniejsi goście mają przydzielone stoliki z miejscami siedzącymi, pozostali muszą się zadowolić jedzeniem i piciem na stojąco.

Około godziny po moim przybyciu rozpoczyna się część oficjalna przyjęcia weselnego, a w zasadzie jego kulminacja.

C.D.N.



Jak tanio dojechać na lotnisko w Doha?

Jak wyglądała moja pierwsza przygoda z lotniskowym autobusem w Doha?

Po wpisie wprowadzającym do tematu czytelnicy spodziewali się horroru, thrillera, a w najlepszym przypadku komediodramatu.

– Węszę jakąś (nie) zabawną puentę …

– Obstawiam, że spóźniłeś się na samolot, bo autobus postanowił obrać „scenic route” …

– Albo do autobusu wcale nie wsiadłeś, bo kupienie biletu to kolejna zagadka …

– Albo autobus odjechał, ale tego dnia do Industrial Area 😉

Czytelniczka Aleksandra poszła nawet o krok dalej podpowiadając jak taką pierwszą próbę przejazdu autobusem na lotnisko w Katarze skomentowałaby peerelowska Kronika Filmowa:

Polski, biały pasażer w autobusie miejskiej komunikacji w Przeziębieniu.

Polskie stewardessy katarskich linii witają uśmiechem i gerberami pierwszego, białego pasażera z ojczyzny! Mamy nadzieję że trud i długie wyczekiwanie na upragniony przewóz miejski wynagrodzi mu skrupulatnie i gorliwie zainstalowana klimatyzacja! I już jest! Jedną nogą wkroczył na pokład Pan W. z Nadżmanowic i tym samym uwiecznił obraz ojczyzny w kraju sojusznika. Szerokiej i bezawaryjnej drogi na terminal lotniczy podmiejskim 747 życzy brygada telewizji polskiej oraz delegacja dygnitarzy w Katarze.

Tak mogło być! Ale nie było …

Jak było więc?

 

Główny Dworzec Autobusowy (znany również jako Al Ghanim Station) mieści się w samym centrum miasta, na piechotę od suku. Dojeżdżam tam własnym samochodem i parkuję – wieczorem łatwo znaleźć w okolicy bezpłatne i bezpieczne miejsce. Dowiaduję się, że bilety jednorazowe dostępne u kierowcy kosztują 10 riali. Ja jednak wybieram kartę smartcard, dostępną w dworcowym kiosku (opłata za kartę 10 riali plus 20 riali pierwsze doładowanie). Przejazd kosztuje 2.5 – 3 riale w zależności od linii (109 lub 747), czyli 10-20 razy taniej niż przejazd taksówką z włączonym taksometrem! (bez taksometru byłoby tylko drożej!) Już mam pewność, że warto było poświęcić czas, by wreszcie spróbować tej alternatywnej opcji dojazdu na lotnisko.

Od samego dyspozytora-zawiadowcy dowiaduję się numeru zatoczki, z której odjeżdżać ma mój autobus 747. Jumbo Jet podjeżdża na 3 minuty przed godziną odjazdu. Mimo, że na dworcu jest dość tłoczno, to w kolejce w drzwiach przy kierowcy ustawia się tylko jedna osoba: ja. Odbijam kartę-bilet i wybieram miejsce siedzące (trudny wybór!). Autobus odjeżdża zgodnie z planem. Na lotnisko dojeżdżam bez korków po 20 minutach. Jest klimatyzacja, pełen luksus, prawie jak osobista limuzyna przerośniętych rozmiarów. Tylko tych powitalnych gerberów i brygady telewizyjnej zabrakło.

Wbrew oczekiwaniom nie było żadnych dramatów – 747 to po prostu zwykły autobus o niezwykłym numerze.

Od tego czasu (już ponad rok) korzystam z tej taniej acz pełnej przygód opcji prawie za każdym razem; wyjątki są raczej wymuszone rozkładem – autobusy nie kursują między 23 a 4 rano.

Mogę uważać się za pioniera, gdyż żaden ze znajomych-obieżyświatów mieszkających w Doha (a jest ich wiele) nie odważył się wsiąść do lotniskowych autobusów przede mną.

Jednocześnie dumny jestem z tego, że udało mi się przekonać aż dwie (!) osoby do spróbowania tego „unikalnego” sposobu przemieszczania się po mieście. Nie słyszałem, aby po takiej przygodzie wnosiły jakieś zastrzeżenia – wręcz przeciwnie – wiem, że jedna z nich zaczęła korzystać z autobusów regularnie, i to z własnej chęci!

Kto następny podejmie wyzwanie?

P.S.

Dziś rozkłady są już dostępne na stronie internetowej Mowasalat/Karwa (stawiam kawę temu, kto podpowie jak w logiczny sposób znaleźć listę tras i rozkłady rozpoczynając od strony głównej!)

Dla przypomnienia: Autobus 747 z centrum na lotnisko: odjazdy codziennie co 20 minut, pierwszy odjazd o 4.05, ostatni o 23.45. W przeciwnym kierunku (odjazd z terminala autobusowego tuż obok autobusów parkingowych): pierwszy kurs o 4.17 rano, ostatni o 23.57 23.17 (co 20 minut).

Trasa 747 od mojej pierwszej przygody została wydłużona i przebiega teraz wzdłuż Al Matar Street (Airport Road), z samego dworca jedzie się dłużej (30-45 minut), ale dla mnie oznacza to, że mam przystanek prawie pod domem (10 minut piechotą). Jak mógłbym z tego nie skorzystać, skoro pozwala mi to jak najbardziej opóźnić wyjście z domu, nawet do 90 minut przed lotem? W weekendowe poranki wynikający z takiego szaleństwa skok adrenaliny jest jak znalazł.

Na lotnisko z dworca w centrum kursuje też linia 109 (krótsza trasa i niższa cena, ale konieczny jest dojazd do dworca). Odjazdy 7 dni w tygodniu co pół godz. między 4.04 a 23.04. W przeciwnym kierunku z punktualnością bywa różnie, gdyż lotnisko jest w połowie trasy – wedle rozkładu pierwszy odjazd o 5.14, a ostatni o 23.14.

Na tym oferta się jednak nie kończy – lotnisko obsługuje także trzecia linia (777!), która łączy je z West Bay – nie zatrzymuje się jednak na głównym dworcu, gdyż jego trasa wiedzie przez Corniche. Jeśli ktoś jest zainteresowany szczegółami to zapraszam na stronę Mowasalat lub … do kontaktu telefonicznego z dworcową centralą w Doha 🙂

 

Autobusem na lotnisko

Ten wpis zaskoczy wielu. Dla samego odkrycia, że na lotnisko w Doha można dojechać miejskim autobusem warto by przerwać program niejednej stacji tv. Gdyby jednak dodać, że można w nim spotkać pasażerów, włącznie z elegancko ubranymi ekspatami z Europy, informacja taka zostałaby najpewniej potraktowana jako żart primaaprilisowy.

Żart to więc, czy nie żart?

Odpowiedź zależy od tego, kogo pytamy. Transport publiczny w Doha jest popularny tylko wśród klasy niższej, robotniczej. To właśnie głównie dla nich istnieje siatka autobusów w całym mieście.

Inaczej sytuacja wygląda wśród białych kołnierzyków. Nie znam ani jednej osoby, która by kiedykolwiek sama z siebie odważyła się skorzystać z autobusów w Doha! Z czego to wynika?

Listę powodów zapewne otwiera powszechny brak informacji, dalej wspomnieć należy o nieprzyjaznej siatce połączeń i ultragorącym klimacie zniechęcającym do wystawania na przystankach. Do tego dochodzi wygoda, dostępność i względnie niskie koszty alternatyw: taksówek lub własnych samochodów. Na końcu dodałbym zwykłe lenistwo – już na samą myśl o jechaniu autobusem większość się obrusza.

Do dziś pamiętam marszczenie brwi wśród kolegów w pracy, gdy w pierwszym miesiącu po osiedleniu się w Katarze przyznawałem, że dojeżdzam do pracy autobusem. Niewiele by się dziś zmieniło. Sam też po krótkim – lecz udanym – epizodzie z autobusami przesiadłem się do własnego samochodu i przez wiele lat z transportu publicznego nie skorzystałem ani razu.

Image

Doha Bus Station (fot. qatarloving.com)

Otwarcie nowego lotniska w Doha i dyskryminujące ceny taksówek i parkingów lotniskowych zainspirowały mnie jednak do ponownego zgłębienia tematu.

Zacząłem od strony internetowej. Żadnych szczegółów.

Pytałem wśród znajomych. Oczywiście nikt nic nie wiedział.

Informacja lotniskowa? Gdzie? Kiedy? O autobusie nic nie słyszeli …

Po tygodniach poszukiwań byłem coraz bliżej zrezygnowania, ale do głowy mi przyszedł jeden pomysł rodem z XX wieku:

– Zadzwonić na numer podany w internecie! Eureka!!!

Wcześniej ten pomysł odrzucałem, bo kto w erze Facebooka i Twittera sprawdzałby rozkład i trasę autobusów przez telefon? W najbogatszym kraju świata – Katarze???

Tymczasem uprzejmy pan z dyspozytorni … bez zawahania zaczął mi dyktować rozkład!

– Autobus nr 747 z dworca głównego (Al Ghanim Station) w kierunku lotniska: odjazdy co 20 minut, pierwszy odjazd o 4.05, ostatni o 23.45. 7 dni w tygodniu.

Byłem w szoku. Choć rozwiązanie wydawało się banalne dotarcie do niego zajęło mi tygodnie! Pozostawało tylko sprawdzić, czy aby sympatyczny pan miał rację (za ograniczone zaufanie w takiej sytuacji przyznaję sobie dwa punkty).

Przy najbliższej okazji postanowiłem tę autobusową opcję dojazdu na lotnisko sprawdzić.

Jak to się skończyło?

Zaległości

Pierwsze półrocze 2016 r. było dla mnie intensywne w wielu wymiarach, nie wyłączając podróży. Zaczęło się od sylwestrowego wyjazdu do Dubaju, w ramach którego już kilka godzin po północy, jeszcze zanim noworoczne słońce zdążyło wzejść, byłem w samolocie.

– Niezły początek nowego roku – pomyślałem.

Ponad pół roku później nie powinno mnie zatem dziwić, że jest kolejna szansa na rekordy. Sęk w tym jednak, że nie mogę być tego pewien, bo brakuje danych do statystyk. Pewny jestem jednego rekordu – mam największe w życiu zaległości we wpisywaniu statystyk lotów! Od początku roku zgromadziłem 53 karty pokładowe, które aż się proszą o wpisanie na Flight Diary i mojego excela.

Jak to bywa w podobnych sytuacjach – im dłużej się zwleka, tym trudniej w ogóle się do tego zabrać, błędne koło … Obiecuję sobie spisanie szczegółów moich lotów od kilku tygodni, a w międzyczasie karty nie przestają przybywać … Nawet z tym wpisem nie udało się wcześniej, mimo, że pomysł pojawił się w … kwietniu – już wtedy miał sens, bo już wtedy zaległości były rekordowe!

Brakuje czasu … Chciałoby się sparafrazować słowa centrali Radio Taxi w rozmowie z Panią Potrzebą:

– Ale ja nie mam czasu, ja karty pokładowe zbieram!

Zaległości na dziś …

 

My Flightdiary.net profile

Weekend na Phuket

Aby nastawić pobudkę w weekend na czwartą nad ranem trzeba mieć dobry powód i motywację. O w pół do siódmej (co za nieludzka godzina!) ma odlatywać bezpośredni rejs na Phuket…

Po sześciu godzinach w powietrzu z wymodlonego miejsca przy oknie podziwiam widoki na podejściu do tej tajskiej wyspy. Skrzętnie omijamy burzowe chmury, z daleka widać bujną roślinność i lazurową wodę wzdłuż plaż. Choćby dla tego widoku było warto poświecić trochę snu – kto rano wstaje temu Pan Bóg daje!

Po kontroli celnej przedzieram się przez tłum taksówkarzy-naganiaczy i wychodząc z terminalu przylotów obieram kierunek spaceru na okoliczną wioskę. Podobno można gdzieś tam wynająć skuter. Sympatyczny starszy pan prowadzący mikrowypożyczalnię (na oko w sumie 5 skuterów) bardzo się cieszy na prospekt zrobienia interesu. Odrobina negocjacji w prostej angielszczyźnie (wymagano pozostawienia paszportu pod zastaw, lecz jako alternatywę zasugerowałem 100 dol. w gotówce) i trochę po omacku ruszam skuterem do hotelu.

Wkrótce czuję wiatr we włosach i pełną wolność, ekscytację z której – mam nadzieję – zrozumieją motocykliści. Na niektórych prostych gnałem 60 km/godz.! Po niecałej godzinie jazdy jestem na miejscu w hotelu.

Jeśli chodzi o mnie to dzień jest już spełniony. Wczesna pobudka, kilka godzin w samolocie, pełna adrenaliny niezapomniana jazda skuterem.

A tu się okazuje, że dla niektórych dzień dopiero się zaczyna!

Kapitan naszego rejsu zarządza debriefing po kolacji dla całej załogi … w hotelowym basenie! Miejsce okazuje się nieprzypadkowe skoro do późnej nocy serwują w nim napoje po specjalenj cenie dla załóg. Jest przy tym okazja do wymiany doświadczeń między załogami innych linii – w tym samym basenie odbywa się debriefing załogi Virgin Australia. Brakuje jedynie załogi Etihadu, która tego wieczora zdecydowała się na wycieczkę fakultatywną na Patong.

Następnego dnia przyjemny relaks i kontynuacja debriefingu – tym razem obecność nieobowiązkowa: masaże, pływanie i opalanie. Po całym dniu nicnierobienia czeka na mnie deser, czyli pełna adrenaliny jazda powrotna skuterem! Na to czekałem najbardziej – już od poprzedniego dnia! Udaje się wyruszyć spod hotelu jednocześnie z busikiem z załogą, która kibicuje mi przez większość trasy obserwując moje dzielne zmagania z wiatrem i niezawsze prostą drogą. Skorzystałem na tym również tak, że goniąc ich nie mogłem się już zgubić – wszak kierowca busika musiał trasę na lotnisko mieć dobrze opanowaną! W końcu dojeżdżam do wioski obok lotniska i z olbrzymią satysfakcją oddaję skuter z powrotem do wypożyczalni. Triumfalnie spaceruję w stronę terminala odlotów i czuję się jakbym był panem świata –  nie dość, że zaoszczędziłem na taksówce, to jeszcze sprawiłem sobie kawał niezapomnianej przygody.

Gdy w końcu ponownie spotykam moją załogę na rejsie powrotnym do Doha niektórzy gratulują mi odwagi, a nawet zazdroszczą tej wolności i przygody z wiatrem, jaką dał mi niepozorny skuter za 200 baht za dobę.

Jest coś magicznego w takiej weekendowej ucieczce z surowego krajobrazu pustynnego do przygody po drugiej stronie oceanu. Jest coś magicznego w podróżowaniu w tempie załóg. Albo najlepiej razem z nimi!

9 lat w Katarze. Czy widać koniec?

Mija właśnie dziewięć lat odkąd z bagażem w postaci dwóch walizek o masie sumarycznej 50 kg rozpoczynałem przygodę w kraju, którego nazwę, ze względu na zbieżność z potocznym określeniem jednego z symptomów choroby układu oddechowego, większość traktowała jako żart.

– Dokąd ty jedziesz?!

– Do Kataru.

– Katar to ja mam w nosie!

Zauważyłem, że coraz rzadziej pytany jestem o to, jak długo zamierzam tutaj zostać. Trudno się dziwić … Tym razem to ja wywołuję wilka z lasu i podpowiadam, że koniec widać, ale jakby we mgle. Niech resztę tydzień po tygodniu, weekend po weekendzie, dopisze historia.

W międzyczasie nie ustaję w przemieszczaniu się po świecie (zwiedzaniem bym tego nie nazywał). Biję własne rekordy – ostatnio najkrótszy pobyt w Doha zmniejszył się z ok. 12 godzin do 7 i pół. Tak jakoś wyszło …

Są i kamienie milowe – niedawno wróciłem z 50-tej wizyty w Polsce – tak się złożyło, że była przełomowa nie tylko pod względem statystycznym – o trendzie wizyt w Polsce na przestrzeni lat i innych ciekawych statystykach pisałem przy okazji pięćsetnego rejsu.

Wpisów na blogu coraz mniej – nie brakuje doświadczeń, którymi chciałbym się podzielić, lecz czasu. Co najmniej pięć solidnych notatek czeka na właściwy moment i magiczne przeistoczenie z brudnopisu-poczwarki w zadowalający mnie koncepcyjnie i stylistycznie wpis. Obyśmy mieli jak najwięcej takich problemów w życiu 🙂

Widok na West Bay z Muzeum Sztuki Islamskiej

Kraina zachodzącego słońca i pomarańczy

Słońce stało się tematem przewodnim wycieczki do Kaliforni. Trudno ukrywać, że jest ono nieocenionym źródłem sukcesu tego regionu. Wbrew pozorom już pierwszego dnia przekonałem się o tym, że nie tak łatwo je złapać. Drugiego dnia jednak wcale nie było lepiej – zaplanowaliśmy z Panią G. łapanie zachodu poza miastem, nad wybrzeżem w Santa Barbara.

Od samego rana niespiesznie zwiedzamy wszystkie miejscowości po drodze. Mamy cały dzień na dojechanie do celu, ale wystarczyło raz źle skręcić na autostradzie, abyśmy mieli powtórkę z rozrywki i kolejną pogoń za zachodem słońca.

– Jedź szybciej, słońce nam zachodzi!

– Znowu?! Nie wierzę, to niemożliwe!

– Tu jest parking, szybko, biegniemy na pagórek!

Zasapani pstrykamy kilka zdjęć. Raz, dwa, trzy. Słońce znika w oczach. Koniec przedstawienia, khalas!



W drodze powrotnej do samochodu mijamy toalety. Przypominam sobie, że chwilę wcześniej, w trakcie tej pogoni za słońcem, przyszło mi do głowy skorzystanie z nich, ale myśl tę intuicyjnie wtedy odrzuciłem. Strach pomyśleć, że gdybym jednak skorzystał, spóźniłbym się na drugi z kolei zachód słońca w Kaliforni! To się nazywa wyczucie czasu!



Co jeszcze z tej krótkiej wycieczki na zachodnie wybrzeże USA warto odnotować?  Pomarańcze! Najlepsze jakie w życiu jadłem, niezwykle soczyste i słodkie. Powszechnie rosną nawet w przydomowych ogródkach. Rodzina, która gościła mnie w ramach Airbnb powitała mnie świeżo wyciskanym sokiem z pomarańczy, w piecu piekło się właśnie ciasto pomarańczowe, a na pożegnanie mogłem wziąć tyle świeżo zerwanych pomarańczy ile chciałem. Grzechem byłoby nie skorzystać.

Wspominam też hotelowe śniadanie – zwłaszcza nieograniczone ilości tak egzotycznych owoców, jak jeżyny, truskawki i jagody. Jeżyn nie jadłem od ponad dekady, trudno się więc dziwić, że z ich powodu na moim talerzu nie starczyło miejsca na ulubione skądinąd ananasy. Trzeba mieć w życiu priorytety.

I wreszcie – dzięki gościnności gospodarzy z Airbnb mogłem uczestniczyć w legendarnym wieczorze Super Bowl, który gromadzi przed telewizorami cały naród (dorównuje mu chyba tylko Familiada w polskiej TV). Piwko, grill, mnóstwo bardzo kreatywnych reklam, a w przerwach między nimi mecz amerykańskiego rugby, którego zasad prawie żaden Amerykanin wokół mnie nie pojmował. Bardzo sympatyczny wieczór w miłym towarzystwie.

Ot, moje wspomnienia ze słonecznej Kaliforni.

 

W pogoni za słońcem

To miał być najdłuższy lot w moim życiu. I był, prawie. Do rekordu zabrakło kilkunastu minut. Wszystko przez wiatr i pilotów, którym prawdopodobnie spieszyło się na plażę i legendarny zachód słońca. Trudno się dziwić, bo w końcu chodzi o rejs z pustynnej Dohy do wymarzonego przez załogi Los Angeles.

Mimo wszystko nie żałuję – pocieszeniem niech będzie fakt, że siedziałem bliżej dziobu niż ogona, i to z widokiem – najpierw na zachód, a później na wschód. Jak to możliwe bez zmieniania miejsca w samolocie?

Bezpośrednie połączenie między Doha a Los Angeles to nowość w siatce Qatar Airways, uruchomione na początku roku. To jedno z najdłuższych rozkładowych połączeń na świecie – prawie szesnaście godzin w powietrzu. Jest to tzw. trasa polarna, która wiedzie przez Arktykę, w okolicy bieguna. Leci się najpierw na północ, a potem na południe.

Wylot z Doha jest przed ósmą rano. W drodze na lotnisko obserwuję wschód słońca nad pustynią.

Po niecałych ośmiu godzinach lotu zbliżamy się do północno-wschodnich wybrzeży Grenlandii. Słońce właśnie zachodzi, wszystkie grzeczne misie w okolicy (przepraszam, białe niedźwiedzie) wykonują pewnie codzienną rutynę: siusiu, paciorek i spać. A my? – lecimy dalej – dla nas ten dzień się jeszcze nie kończy. Ten dzień się dopiero zaczyna! – i to nie dlatego, że coraz bliżej mamy do L.A. …

Na zachodzie Grenlandii, niecałe dwie godziny później, budzi się do życia nowy dzień, a w zasadzie dzień wczorajszy. Widzę, jak ponad lodowy horyzont wschodzi leniwie słońce – trudno się dziwić, skoro robi to po raz drugi tego samego dnia! Bezskutecznie próbuje stopić iskierki lodu na oknie samolotu. Widoki zapierają dech w piersiach.

W południe czasu lokalnego lądujemy wreszcie w LAX. Po dwu przeżytych tego dnia wschodach słońca przydałby się drugi zachód do kolekcji. Najlepiej na płaży, z palmą w tle. Staje się to najważniejszym celem na resztę dnia.

Tymczasem po dojechaniu do hotelu ledwo zdążyłem wziąć prysznic, gdy się okazało, że słońce zaczyna się rumienić i schodzić coraz niżej. Biegniemy do samochodu w nadziei, że zdążymy na jedną z kalifornijskich plaż. Zachodzące słońce ledwo łapiemy w ujęcia aparatu przy wyjeździe z hotelowego parkingu.

Kto by się spodziewał, że słońce na południu Kaliforni może zajść przed 17.30?!

Niewiele brakowało, a byłbym zmuszony całą wycieczkę z dwoma wschodami i dwoma zachodami w ciągu tego samego dnia powtórzyć…

Udało się, lecz niewiele brakowało!

Jak przetrwać weekend na Malediwach?

Malediwy. Czas w takim raju, upływa dość przyjemnie, choć trudno to nazwać odpoczynkiem. Jak tu porządnie odpocząć, skoro co chwilę trzeba nakładać kremy na słońce?!

Odpowiedniej ochrony przed słońcem nauczyłem się po pierwszej wizycie na Malediwach, gdy w pochmurny dzień (!) słońce spaliło mi skórę … pod pachami! Jak do tego doszło wspominałem nawet niedawno na blogu.

Po wysmarowaniu kremami niewiele zostaje czasu i energii na inne aktywności.

Nawet kąpiel w oceanie staje się udręką – woda co prawda dość ciepła (choć nie dla wszystkich!), ale na dnie rafa koralowa, która kaleczy stopy, do tego wokół pływa mnóstwo ryb, które mienią się kolorami, że aż oczopląsu można dostać. A niektóre wręcz gryzą!!

Jakoś to wszystko przetrzymuję – dość mam dopiero drugiego dnia, gdy przychodzi mi uciekać przed gigantyczną płaszczką (metr szerokości!), która płynie wprost na mnie na płyciźnie niedaleko brzegu. Ledwie kilka godzin wcześniej dowiedziałem się od nurkowego instruktora, że płaszczek należy unikać …

Przeżyłem tylko dlatego, że usłyszałem ostrzegające mnie okrzyki przyjaciół, których początkowo w ogóle nie rozumiałem:

– Jaka płaszczka? Gdzie płynie?

– Wprost na ciebie płynie! Zejdź jej z drogi!!!

– Ja nie widzę żadnej płaszczki! Skąd mam wiedzieć dokąd uciekać jak jej nie widzę?

Teraz już wiem, że z daleka, będąc głową w wodzie, płaszczkę trudno zauważyć, bo jest … płaska. Z taką wiedzą mógłbym z powodzeniem startować w Jednym z Dziesięciu!

Po tym ataku adrenaliny przyszedł czas by ruszyć w drogę powrotną do katarskiej pustyni. Co za ulga – tam przynajmniej płaszczki mi nie grożą!

Minęło kilka lat, zmieniła się perspektywa. Przy aż dwóch rejsach dziennie (tylko 4 godz. lotu) da się spędzić sympatyczny weekend na którejś z rajskich wysp, z dala od wyklętej przez większość Doha.

Stwierdzam, że taki szybki wypad dobrze człowiekowi robi – mimo wszystkich niedogodności (włącznie z koniecznością nakładania kremu na słońce i atakującymi płaszczkami-ludojadami). I z przyjemnością wrócę tam prędzej niż za kolejne siedem lat. To był spontaniczny wyjazd, który zaczął się od prostego pytania, o którym przeczytasz tutaj.

Malediwy odkryte na nowo

Czwartkowe popołudnie w pracy. A ja nadal bez pomysłu na weekend?

Koleżanka z pracy proponuje, bym do niej dołączył – wybiera się na trzy dni na Malediwy. Trzech dni nie mam, ale może sam weekend? Przekonuje mnie tym, że będzie to jej czternasta wycieczka w to samo miejsce w ciągu pięciu lat. Niemal jednocześnie inna koleżanka proponuje to samo koleżance pierwszej. Jest już nas trójka. Będzie raźniej!

W takiej sytuacji grzechem byłoby nie dać temu malowniczemu archipelagowi drugiej szansy – pamiętam, że po pierwszej wizycie nie zamierzałem tam wracać zbyt prędko. Na Malediwach nie byłem od siedmu lat, więc w sumie dotrzymałem słowa … Jak się do tego przyznałem, to znajomi kręcili głowami z niedowierzania, lecz moja lotnicza statystyka nie kłamie.

Mam gdzie spać, bo dziewczyny już wcześniej porobiły rezerwacje, więc teraz czas pomyśleć o bilecie lotniczym. I o obłożeniu rejsów: raczej bezstresowo, zwłaszcza – co najważniejsze – na powrocie w sobotę wieczorem. Jest ok. 15 pracowników „zalistowanych”. Zerkam więc z ciekawości na listę – może jeszcze jacyś inni znajomi?

Ależ oczywiście! Tego znam, i tego, i tego! I tą z tym!! Ostatecznie znam 10 osób! To solidna ekipa: Czeszka, Łotyszka, Belg, Malezyjka, i wreszcie polska mafia (w tym państwo Polakowscy).  Po wylądowaniu, poza kolegą z działu, który podróżuje z żoną i dzieckiem, wszyscy się integrują w oczekiwaniu na hotelową łódkę. Oczywiście, że czekamy na tę samą łódkę, bo wybieramy się do tego samego hotelu – Meeru!

Hotel-wyspa Meeru jest jak instytucja. Wydaje się, że byli tam wszyscy z biura oprócz mnie. Niektórzy naście razy!

Skąd takie upodobanie wśród naszych pracowników do Meeru? Dostajemy tam najlepsze stawki, nie wymaga się płatności z góry (co jest kluczowe gdy lata się bez gwarancji miejsca), nie każą słono płacić za łódkę z/na lotnisko i w miarę dostępności dostajemy wille o podwyższonym standardzie. Nic dziwnego, że niektórzy bywają tam na tyle często, że w momencie ponownego przyjazdu witani są przez personel w szczególny sposób!

– Hello! Welcome back! – skierowane do mojej towarzyszki, słyszę aż do znudzenia wysiadając z łódki, przechodząc przez recepcję oraz w restauracji! Bycie w takim towarzystwie popłaca – dostajemy wszyscy zaproszenie na ekskluzywne przyjęcie koktajlowe dla stałych gości na plaży. Kto by odmówił spędzenia zimowego wieczora w taki sposób?

W kolejnym wpisie będzie o tym, jak udało mi się taki krótki wyjazd na Malediwy przetrwać. Czytaj tutaj.

Translate »