Czy Doha rozpieszcza?

Doha rozpieszcza ludzi, nawet w czasie kryzysu.

– Nie zdążę do fryzjera! – skomentowała przedstawicielka Polonii na wieść o tym, że jej rejs z Doha do Warszawy może lądować z kilkugodzinnym opóźnieniem z powodu blokady przestrzeni powietrznej.

W tym kontekście czuję się upoważniony, by powrócić do tematu rozpieszczania, mimo trwającego od ponad miesiąca „kryzysu”. Temat pojawił się w mojej głowie już przy okazji opisu przygody z lotniskowymi autobusami w Doha. Od dłuższego czasu bowiem obserwuję siebie i innych w Katarze i stwierdzam, że życie nas tutaj rozpieszcza, aż do nieprzyzwoitości.

Myślę, że wiele z tych obserwacji dotyczy również innych krajów nad Zatoką Perską. Wygoda, a czasem nawet i wygodnictwo są tu powszechne. Od wielu lat wszędzie poruszamy się własnymi samochodami, ewentualnie taksówkami. O przemieszczaniu się piechotą, nawet na mniejsze odległości, prawie się nie słyszy, a sugerowanie tego może się skończyć uznaniem za wariata. Taka postawa jest tu tak oczywista i powszechnie akceptowana, że prawie nikt nie kwapi się, by choć poszukać jakiejś wymówki.

Mój przyjaciel od ponad roku jeździ do pracy rowerem lub autobusem – pogoda lub warunki na drodze go nie zniechęcają. Nierzadko ma na sobie elegancką marynarkę … W Kopenhadze, a może nawet i ostatnio w Warszawie, byłoby to zupełnie normalne. Ale nie tutaj. Na jego widok ludzie do dziś otwierają oczy ze zdziwienia, nawet mi się zdarza wpadać w te pułapkę.

– Ten znowu na rowerze. Jeszcze mu się nie znudziło?!

Wśród krytykujących są nie tylko „wygodnisie”, lecz również osoby, które na wakacjach gonią przygodę za przygodą (w tym ja…) i wszelkie niewygody im niestraszne. Tyle, że poza Doha…

Jak to jest, że dopiero w trakcie podróży jesteśmy bardziej skłonni do wychodzenia poza strefę osobistego komfortu i stawiania czoła trudnym sytuacjom i potencjalnym niewygodom? Podróżowanie w nieznane i egzotyczne miejsca to przecież dla ekspatów w Katarze chleb powszedni.

Zwiedzamy obce miasta na piechotę, ewentualnie z pomocą autobusu lub metra (nie znam nikogo, kto by korzystał z taksówek w Paryżu, Londynie czy Tokio). Smażymy się na plaży tu i tam i wcale nie narzekamy, że jest za gorąco … W obliczu trudnych sytuacji podciągamy rękawy i szukamy rozwiązania. Wyszukujemy informacje w Internecie, podpytujemy znajomych lub po prostu prosimy obcych ludzi na ulicy o wskazówki. Większość z nas ma taką umiejętność we krwi.

Jednak gdy przychodzi do rozwiązywania podobnych sytuacji w Katarze nasz repertuar rozwiązań gwałtownie się kurczy. Do dziś nie mogę uwierzyć w to, jak męczyłem się próbując znaleźć informacje o autobusach lotniskowych w Doha (pisałem o tym niedawno). Choć z ostatecznego rozwiązania jestem dumny to nie mogę się nadziwić, że dotarcie do niego zajęło mi kilka tygodni. Ileż to razy w międzyczasie byłem gotowy się poddać?! Ten sam ja, który za granicą szuka każdej sposobności by przejechać się komunikacją miejską i poczuć się jak „lokals”!

Kto by sobie zawracał głowę autobusami w Doha, skoro są taksówki, które są tylko 10-20 razy droższe?! A wystarczyło sięgnąć po telefon i zadzwonić na informację…

Reakcja na moje poprzednie autobusowe wpisy sugeruje, że takich jak ja traktuje się tutaj jak ewenement, trochę jak małpę w zoo (nie twierdzę skądinąd, że tak to nie wygląda). Niektórzy potwierdzają, że słyszeli o innych entuzjastach autobusów podobnych do mnie, lecz na tym zwykle się kończy. Zdaje się to tylko potwierdzać moją tezę o rozpieszczeniu.

Natknąłem się ostatnio na takie stwierdzenie: bogaty kraj to nie taki, w którym biedota porusza się limuzynami, lecz taki, w którym najbogatsi korzystają z komunikacji publicznej. Można nie widzieć w naszym „rozpieszczeniu” niczego złego, ale w tym kontekście jest to co najmniej nurtujące …

Burza w szklance ropy

Następny wpis miał być o tym, jak życie w Doha nas rozpieszcza, a tu nagle człowiek budzi się rano w zupełnie nowej rzeczywistości.

Kryzys w Zatoce Perskiej!

Media na całym świecie od rana informują, że najbliżsi sąsiedzi Kataru (w tym Arabia Saudyjska) zerwali stosunki dyplomatyczne z tym krajem. W ciągu kilku godzin wiadomość ta urosła do rangi najważniejszej na wielu globalnych portalach informacyjnych. Większość z nas jest zupełnie zaskoczona takim rozwojem sytuacji mimo, że wstępne sygnały o narastającym napięciu zaczęły pojawiać się już kilka tygodni temu.

Jak wygląda życie w Katarze w obliczu takich wieści? Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło: słońce wciąż świeci (w środku dnia temperatura dochodziła do 40° w cieniu), muzułmanie poszczą jak pościli (mamy ramadan), ruch na ulicach jak co dzień.

Z kolei w mediach społecznościowych – panika, spekulacje, domysły. Już z rana, gdy wiadomość o konflikcie dyplomatycznym się rozniosła, pojawiły się kolejki do bankomatów – wielu mieszkańców Kataru (ekspatów) uznało, że w tej sytuacji trzymanie ciężko zarobionych pieniędzy w lokalnych bankach może być ryzykowne.

Również pod centrami handlowymi wzmożony ruch, aż trudno zaparkować. Z relacji świadków (w mediach społecznościowych, a jakże!) wynika, że ludność rzuciła się do sklepów w celu robienia zapasów żywności. Niedługo trzeba było czekać, aby w zamrażarkach zabrakło np. mrożonego mięsa. Katar większość żywności importuje, w tym zwłaszcza z Arabii Saudyjskiej, trudno się więc dziwić takiej reakcji ludzi na wieść o zamknięciu granic z tym największym sąsiadem. Ci którzy mieszkają tutaj trochę dłużej pamiętają ostatni kryzys żywnościowy, który był również wywołany patem dyplomatycznym z Arabia Saudyjską. Brakowało wtedy na półkach m.in. kurczaków (saudyjskich, a jakże!), które, jeśli dobrze pamiętam, zostały zastąpione brazylijskimi.

Dziś, zamiast pisać o luksusach życia w Katarze, mam doskonały przykład zastosowania w praktyce piramidy potrzeb Maslowa. W sytuacjach kryzysowych człowiek myśli o najpilniejszych potrzebach, w tym o jedzeniu. Szkoda, że tylko wtedy – jeszcze wczoraj wieczorem widziałem na własne oczy jak po iftarze, czyli pierwszym posiłku po zachodzie słońca, lokalna restauracja wyrzucała ogromne ilości pozostawionego na talerzach jedzenia. Sam też się do tego przyczyniłem … W krajach arabskich marnotrawstwo żywności jest boleśnie widoczne na każdym kroku. Jak to się zmieni pod wpływem obecnego kryzysu? I jak trwała będzie taka ewentualna zmiana?

Na zdj.: panorama Doha – czyżby burza piaskowa sprzed kilku dni była zapowiedzią większej burzy?

10 lat w Katarze

Dziesiątą rocznicę przyjazdu do Kataru spędzam w … Południowej Australii. To bez wątpienia czas na refleksje, których po tylu latach jest całe mnóstwo.

Od 2007 świat się zmienił znacząco. Zmieniłem się i ja. Za mną dziesięć lat podróży, przygody, odkryć oraz rozwoju osobistego.

Zastanawiam się, czy na mojej twarzy pojawiłoby się mniej zmarszczek w tym okresie, gdyby moje doświadczenie życiowe było uboższe o te 750 lądowań i startów (w tym ponad 200 lotów, na które udało się dostać mimo 100-proc. wypełnienia) oraz 40 „offloadów”, przy których szczęścia w walce o miejsce zabrakło.

A może te wszystkie podróże i adrenalina z nimi związana działają jak botoks albo wręcz zmarszczkom zapobiegają?
W sformułowaniu kolejnych refleksji pomoże mi wino, zwłaszcza Shiraz, zwłaszcza z Południowej Australii.

 

Najdłuższy lot świata

Od ostatniego wpisu o moich lotniczych statystykach minęły niecałe trzy lata – wspominałem wtedy o pięćsetnym rejsie w życiu. Odtąd mój bagaż doświadczeń wzbogacił się o kolejne 250 szczęśliwych startów i lądowań.

Panie i Panowie, MW750: wylądował, z rekordem!

Rejs MW750 był wyjątkowy również dlatego, że trwał rekordowe dla mnie 16 godz. i 48 min (czyli godzinę dłużej od poprzedniego rekordu na trasie DXB-SFO). A mógł trwać kolejne 40 min. dłużej, jak inny rejs w tym samym tygodniu, gdyby tylko istniały gorsze warunki na trasie (np. mniej sprzyjający wiatr) albo dłuższa kolejka do lądowania.

MW750 wystartował z Auckland w Nowej Zelandii o trzeciej po południu czasu lokalnego, w kilkanaście godzin po ustąpieniu cyklonu Debbie. Po osiągnięciu wysokości przelotowej rozpoczął się wyścig z czasem i ucieczka przed zachodzącym słońcem, które dogoniło nas dopiero w połowie drogi. Następnego dnia mieszkańcy Auckland zapewne parzyli już sobie poranną kawę, gdy zaprojektowany do takich specjalnych misji Boeing 777-200 LR, późnym wieczorem, po pokonaniu 14 500 km, lądował w końcu w Doha.

AKL-DOH jest obecnie najdłuższą regularnie obsługiwaną trasą na świecie (czas rozkładowy to aż 17 godz. 40 min.). Polecam osobliwy reportaż z inauguracji tej trasy w lutym br. przygotowany przez Richarda Questa dla CNN.

O zmęczeniu po takim rekordowo długim locie i jetlagu (różnica czasu w stosunku do Doha to 9-10 godz.) nie będę wspominał. Warto było takiego lotu doświadczyć i przy okazji uczcić szampanem okrągłą liczbę startów i lądowań.

1. Po starcie – zachód w Auckland

2. Połowa drogi – zachód słońca tu i teraz

3. Lądowanie – północ w Doha, a w Auckland dawno wstało słońce

Misja Philly cd.

Po ponad 14 godz. w powietrzu wylądowałem w Filadelfii w celu konsumpcji weekendu. Jest piątek, ósma rano. Zegar tyka nieubłaganie, już jutro o tej porze będę się odprawiał na rejs powrotny do Doha. Nie ma na co się oglądać, zwiedzanie czas zacząć.

Pomimo długiego lotu mam mnóstwo energii. Pospiesznie melduję się w hotelu. W międzyczasie poranna mgła, która towarzyszyła mi przy lądowaniu, zanika i wychodzi słońce. Pogoda inspiruje mnie by spędzić ten dzień na powietrzu. Szybkim krokiem przechadzam się po historycznym centrum tego jednego z najstarszych miast Ameryki. Jednak zwiedzanie nie jest moim głównym zamierzeniem.



Odnajduję wypożyczalnię rowerów (Fairmount Bicycles: 35$ za dzień lub 7$ za godz.) i dopiero od tego momentu zaczyna się prawdziwa przygoda. Wkrótce jadę ścieżką wzdłuż rz. Schuylkill, zgodnie ze wskazówkami uzyskanymi w wypożyczalni, kieruję się w stronę wioski East Falls, a następnie wjeżdżam na historyczną trasę przez las – tzw. Forbidden Drive. To piękna ścieżka wzdłuż rzeczki, z dala od samochodów i miasta. Wokół złote liście, pełnia jesieni. 

Okazuje się, że Forbidden Drive to popularne miejsce na rodzinne spacery. Jest późny poranek, Ameryka właśnie budzi się po Święcie Dziękczynienia, które obchodzono poprzedniego wieczora. 

Obserwuję, jak wielopokoleniowe rodziny odbywają świąteczny spacer. To dla nich prawdopodobnie jedyna okazja w roku na spotkanie w takim gronie, bez pośpiechu. Nasuwa mi się skojarzenie z rodzinnymi spacerami po wielkanocnym śniadaniu w Polsce. Ten poranek należy do nich, być może już następnego dnia poszczególni członkowie tych rodzin wrócą do swoich miast, do swojego codziennego życia. Zupełnie jak ja. Tymczasem wszyscy zdają się chłonąć te cenne chwile. Ja też! Mam wrażenie, jakbym właśnie teleportował się z obcego świata (arabskiej pustyni) do magicznej (leśnej!) krainy, która właśnie przeżywa najbardziej intymne rodzinne chwile.



Spacer w lesie to wcale nieoczywisty sposób na spędzenie tego dnia. Dzień po Świecie Dziękczynienia to przecież Czarny Piątek, czyli szaleństwo zakupowe obejmujące cały kontynent, a ostatnio chyba świat. Jak bardzo się cieszę, że zdołałem to zjawisko ominąć!

Po tak aktywnie spędzonym dniu starcza mi jeszcze sił na zupełnie spontaniczne wyjście do teatru (fantastyczna sztuka o Dr. Ruth – dość przaśne wspomnienia w formie monologu amerykańskiej edukatorki seksualnej, odpowiedniczki Michaliny Wisłockiej).

Sympatycznym epilogiem Misji Philly okazuje się spacer po mieście późnym wieczorem – w niektórych zakątkach centrum panuje błogi spokój, gdzie indziej widać barowo-klubowe zwiastuny rozpoczynającego się dla niektórych weekendu. Dla mnie weekend jednak ma się ku końcowi. Po krótkiej nocy w hotelu z samego rana muszę gnać na lotnisko, by w niecałe 13 godz. teleportować się z powrotem na pustynię i kontynuować moją karierę w biurowcu.

I kto twierdził, że teleportacja możliwa jest tylko w filmach sf?



Status misji: zakończona z pełnym sukcesem! I rekordem – w trakcie tego szalonego weekendu spędziłem więcej czasu w powietrzu, niż na ziemi. Trudno będzie pobić taki rekord …

Do podsumowania przyda się precyzja 🙂

 

Misja Philly

Jak bardzo można rozciągnąć weekend w czasie i przestrzeni? Postanowiłem znaleźć odpowiedź organizując miniprojekt pod kryptonimem Misja Philly.
Philly, czyli Filadelfia – jedyne miasto w Ameryce, które można odwiedzić bez brania dnia wolnego, czyli w trakcie katarskiego weekendu właśnie. Brzmi szalenie? Być może. Ale czemu by nie spróbować?

Przygotowania

Wylot z Doha planowany na piątek tuż po północy. Lądowanie po całonocnym locie z samego rana, o 7 czasu lokalnego. Pogoda do lądowania: 18 st. w dzień, 9 st. w nocy, bezchmurne niebo, słonecznie, piękny dzień. Nic, tylko się pakować!

Ryzyko misji

Opóźnienie rejsu, nawet najdrobniejsze, przyczyni się do istotnego skrócenia pobytu (od przylotu do wylotu następnego dnia rano mam tylko 26 godz.) Czas spędzony na przekroczenie granicy po wylądowaniu też może mieć negatywny wpływ na powodzenie planu.

Przebieg misji 

Startujemy z drobnym opóźnieniem, którego nie udaje się nadrobić w powietrzu. To zdecydowanie jeden z najdłuższych lotów, jakich doświadczyłem – całe 14 godz. i 14 minut w powietrzu! Przez większość czasu towarzyszy mi niezwykły widok za oknem – pełnia księżyca! Aż trudno oderwać wzrok od tego niby-zwyczajnego zjawiska, lecz w nietypowej odsłonie – szum silników w tle, bezkresna ciemna noc, światło księżyca i ja, szczelnie zamknięty w pędzącej, metalowej puszce.

Podejście do lądowania po tak długim locie może być tylko magiczne. I takie właśnie było! W trakcie zniżania mijamy Nowy Jork i Long Island, które próbują łapać pierwsze promienie ospale wschodzącego zimowego słońca. Dalej, w okolicy Filadelfii – gęste, białe chmury pod nami, a nad nami – błękitne niebo. Kontynuujemy zniżanie. Jesteśmy już na ostatniej prostej, gdy zauważam, jak z tego chmurnego dywanu wystaje, oświetlona słońcem, charakterystyczna wieża filadelfijskiego mostu. Jest jakby wbita w chmury i tylko ona, bo wokół nie ma żadnych innych znaków sugerujących, że niedaleko pod nami jest ziemia (o dużym mieście nie wspominając). Wkrótce samolot zanurza się w tej białej kołderce i, po kilkunastu sekundach, przyziemia z prawie zerową widocznością pasa. To zdecydowanie najlepsze lądowanie w moim życiu!

Po takim podejściu i lądowaniu czuję się jak nowo narodzony. Katharsis? A może Qatharsis? Tak chcę się czuć.

Obawy o kolejki przy paszportach okazują się niepotrzebne – w Filadelfii w porze przylotu Qatar Airways w ogóle nie ma kolejki do kontroli paszportowej! Dodatkowe przepytywanie w celu weryfikacji historii moich niestandardowych podróży zapisanych w paszporcie też okazuje się błahostką, a wręcz pozytywnym doświadczeniem, zupełnie odwrotnie niż kilka lat wcześniej w Miami.

Misja Philly nieźle się zaczyna. Jak będzie dalej? Czytaj ciąg dalszy tutaj.

Weekend w Bollywood

Ile razy w życiu ma się okazję zaprzyjaźnić z gwiazdą Bollywood?

Moja odpowiedź: co najmniej raz!

Sobotni poranek w Bombaju. Siedzę w mobilnej garderobie. Obok mnie na skórzanej sofie relaksuje się Ssumier Pasricha – aktor, którego wieloletnia kariera w showbiznesie wchodzi właśnie na nowe tory za sprawą wykreowanej niedawno postaci Pammi Aunty. Przezabawna ciotka plotkująca o bieżących wydarzeniach dzień po dniu zdobywa tysiące fanów wśród społeczności Punjabi na całym świecie poprzez media … społecznościowe. Próbka do obejrzenia tutaj. Za jej popularnością stoi fakt, że łatwo każdemu się z jej postacią i przeżywanymi problemami identyfikować. Dziś będzie nagranie popularnego programu komediowego (Comedy Nights Bachao na kanale Colours), do udziału w którym przez najbliższy sezon Pammi Aunty została zaproszona. Dzisiejszy odcinek to jej pierwsze wystąpienie w całej serii. Ważny moment!

W garderobie na wygodnej kanapie siedzą też agent i stylistka. Czekamy na zespół scenarzystów programu. Trzech poważnie wyglądających młodzieniaszków w końcu przychodzi, przedstawiają się gwieździe i zaczynają ustalenia dotyczące przebiegu programu rozrywkowego, którego nagranie zaplanowane jest na popołudnie.

Scenarzyści prezentują sytuację sceniczną, od ktorej rola Pammi Aunty się zaczyna. Aktor momentalnie zaczyna improwizować. Zamyka oczy i w ułamku sekundy wchodzi w rolę dwadzieścia lat starszej kobiety-plotkarki. Scenarzyści zachowują śmiertelną powagę i robią tylko drobne notatki.

Wkrótce wprowadzają kolejną sytuację i wszyscy mamy okazję obserwować tej niezwykłej improwizacji ciąg dalszy. Tym razem na twarzach scenarzystów pojawia się nieśmiały uśmiech, a w pewnym momencie wybuchają nawet śmiechem. Improwizacja jest tak dobra, że nawet profesjonaliści nie mogą powstrzymać swojej reakcji!

Ustalenia odbywają się w języku punjabi przeplatanym hindi i angielskim. Mimo, że większości nie rozumiem (pojawiają się tylko pojedyncze wyrażenia po angielsku), to scenka wydaje mi się zabawna – humor prezentowany przez Pammi Aunty jest uniwersalny. Tak naprawdę już sam podekscytowany i niezwykle dramatyczny głos ciotki-plotkarki może śmieszyć.

Następnym krokiem będzie dla scenarzystów przedstawienie nagranej na telefon improwizacji Pammi Aunty pozostałym aktorom, aby mogli odpowiednio przygotować własne kwestie. Wśród nich jest największa gwiazda programu – Siddhart, ponoć prawdziwe bożyszcze w miastach i wioskach, w kraju i za granicą.

Skoro scenariusz jest omówiony, to pozostaje nam czekać na nagranie. W ciężarówce-garderobie jest wygodnie, można się tu nawet przespać. Co jakiś czas przychodzą panowie koordynujący z krótkofalówkami informując o postępie przeciągających się przygotowań. W międzyczasie zbierają też zamówienia na lunch zapewniony przez producenta programu. Wydaje się, że oczekiwaniu na samo nagranie nie ma końca.

W międzyczasie wschodząca gwiazda odbiera telefony od obcych ludzi oferujących wywiady i inne propozycje. Dzwoniący najczęściej zaczynają od przedstawienia się oraz pytania:

– How are you?

– Perfectly fine. Please tell me – Ssumier ponagla, by przejść do sedna sprawy i wywija oczami w moim kierunku. O pytaniu zwrotnym o zdrowie dzwoniącego nie ma mowy…

Tymczasem opóźnienie urasta już do kilku godzin. Oliwy do ognia dodaje fakt, że podobno zmieniono scenariusz, w tym jej autorskie kwestie, bez konsultacji. Pammi Aunty w końcu się wścieka i strzela focha opuszczając studio bez nagrania.

– Trzeba się szanować, zwłaszcza w takim momencie, gdy kariera wkracza na nowe tory!

Tak właśnie, w dużym skrócie, upłynął mi weekend w Bombaju. Wystarczyło poświęcić kilka chwil na znalezienie osoby o ciekawym profilu, obiecującym na dobre porozumienie między nami i wysłać zapytanie (o tym, że Ssumier jest aktorem w Bollywood dowiedziałem się po przyjeździe).

Ważne też, aby otworzyć się na możliwość takiego alternatywnego sposobu spędzenia czasu, zamiast na przykład zaliczania kolejno wszystkich atrakcji turystycznych w okolicy. A wszystko to za sprawą couchsurfingu. Serdecznie polecam wszystkim, którzy są na takie doświadczenie gotowi.



Buntowniczy Sylwester 2016

Czy można zamanifestować przeciw wszechobecnej komercjalizacji doświadczeń, rosnącemu wygodnictwu oraz sztampowym sposobom spędzania czasu, wyjeżdżając na sylwestra na rajską wyspę na środku oceanu?

Nie można? Przecież o to chodzi! Niech żyje rewolucja!

Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałem okazję rozmawiać z agentem podróży sprzedającym pakiety wakacyjne, ale łatwo mi sobie wyobrazić jak zareagowałby na nasz pomysł:

– Po Seszelach? Autostopem??

– Właśnie tak, albo autobusem miejskim!

– !?!?!!??!!!???!!!

To właśnie broszury w biurach podróży sprzedają gotowy, eksluzywny produkt po cenach, które powodują, że jest jeszcze bardziej eksluzywny, czyli niedostępny dla większości.

Przeciw takiemu ograniczającemu podejściu też chcielibyśmy zaprostestować.

Po kilku godz. w samolocie lądujemy w raju na środku oceanu. Jesteśmy jedyną grupą, której po wyjściu z terminala nikt nie wita. Zamiast, jak reszta pasażerów naszego rejsu, wsiąść do klimatyzowanego samochodu z oczekującym na nich szoferem, wybieramy transport publiczny. Rozklekotany autobus miejski (zgodnie z oczekiwaniami wcale nie przypomina autobusu z wyobrażeń o raju) za niecałe pół dolara dowozi nas w okolicę, gdzie wynajęliśmy kwaterę. Dalej siłujemy się ze spiekotą i na piechotę, pod górkę, niemal bez tchu, osiągamy cel. Właśnie na samej taksówce z lotniska zaoszczędziliśmy 50 dol. Ale frajda!

Potem jest tylko ciekawiej. Zainspirowani świeżymi produktami na lokalnym bazarze tymczasowo wprowadzamy dietę frutariańską (włącznie z sokiem z winogron). Spacerujemy przez przełęcz na drugą stronę wyspy na polecaną przez wszystkich plażę Beau Vallon, by podziwiać zachód słońca. Po zmroku kąpiel w oceanie (jeden tak manifestował, że kąpał się nago). W drodze powrotnej przyszło nam przetestować pomysł z autostopem po Seszelach.

Jacy ludzie, taki bunt. Jaki bunt, taki autostop. Sympatyczny i skuteczny, a jakże!

Na ostatni wieczór 2016 r. też postanawiamy pójść na przekór konwenansom i spędzić go bez balowych strojów, ani uroczystej kolacji, nawet bez fajerwerków. Esencją wieczoru ma być bose, acz wyborowe, towarzystwo oraz butelka wina musującego.

Pomysł na wyjście do lokalnej knajpy na kolację spala na panewce. Spacerujemy po okolicy i szukamy choćby jednej restauracji, lecz coraz bliższa staje się perspektywa, że naszym głównym daniem sylwestrowym będą chipsy lub niesmaczne i nudne jedzenie z hotelowej kuchni.

Z zazdrością mijamy domy, w ogródkach których tubylcy świętują nadchodzący nowy rok. Każdy dom jest pięknie oświetlony, jest muzyka (z basami!) i grill, który przy tej corocznej okazji łączy wielopokoleniowe rodziny. Pełni determinacji wpadamy na niekonwencjonalny pomysł, na który bez wahania godzimy się.

Tłumacząc się naszą trudną sytuacją kulinarną wpraszamy się na rodzinne przyjęcie! Gospodyni, p. Matylda, z otwartością wprowadza nas na ganek, gdzie wystawione jest jedzenie i zachęca do kosztowania świątecznych specjałów. W kilku dużych formach i garnkach znajdują się bardziej lub mniej egzotycznie wyglądające potrawy, z których najbardziej zapamiętujemy puree w mundurkach oraz pieczone krewetki.

Jesteśmy oczarowani gościnnością tej rodziny, lecz – nie chcąc jej nadwyrężyć – postanawiamy po jakimś czasie pożegnać się, składając całej rodzinie życzenia: bonne année!

Przez długi czas nie możemy uwierzyć jak niestandardowe doświadczenie właśnie przeżyliśmy. To była prawdziwa wisienka na torcie, którą zapamiętamy na lata!

Nasz manifest sylwestrowy zaliczamy do bardziej, niż udanych – podobnie, jak łapanie stopa w drodze na lotnisko – przyjazny kierowca zatrzymał się zanim zaczęliśmy gestykulować w stronę przejeżdżających samochodów!

Udowodniliśmy sobie, że niemożliwe jest możliwe – włącznie z tanim wyjazdem do raju na środku oceanu! Mimo, że ten wyjazd był niezapomniany, do jego opłacenia nie musieliśmy używać ani srebrnej, ani złotej Mastercard. Seszele, owszem, są ekskluzywnym kierunkiem wakacyjnym, ale można tam spędzić czas w sposób alternatywny, z dobrymi wspomnieniami, za ułamek ceny pokazywanej w broszurach.

Myli się ten, kto uważa, że nasz manifest jest niekonsekwentny. Nie ma dla nas znaczenia, że na ten malowniczy archipelag dolecieliśmy na pokładzie 5-gwiazdkowych linii lotniczych, niektórzy nawet w klasie biznes. Bardziej chodzi o to, aby realizować własne cele i marzenia bez oglądania się na konwenanse. Co ludzie powiedzą było dla nas dobrym serialem komediowym, my wybieramy rzeczywistość inną od serialu.

Wydaje się, że z pozoru przyziemne doświadczenia z tego wyjazdu wykraczają poza codzienną rzeczywistość. Prostota nadaje im nowych znaczeń, których zrozumienie będziemy zgłębiać w najbliższym czasie. Rok 2017 będzie wyjątkowy, choć coraz bardziej standardowy zarazem. Gdziekolwiek.

Japonia – miejska gra na orientację cz. 2

Poruszanie się po Japonii od zawsze traktuję jako wyzwanie, które bywa dodatkową motywacją, przyciągającą mnie do tego kraju raz po raz. Dojazd z lotniska do centrum Osaki, opisany wcześniej, był jedynie prologiem do tej fascynującej miejskiej przygody, którą sprawiłem sobie w jeden z weekendów. Jak wyglądały kolejne etapy w tej grze?

Odnalezienie drogi do hotelu okazało się kolejnym wyzwaniem. Jest piątek wieczór, wszyscy dokądś biegną. W Japonii wszyscy wciąż dokądś biegną! Próbuję skorzystać z map dostępnych na stacji, ale nie pomagają w dotarciu do celu, który najwyraźniej gdzieś się przede mną ukrył. Adres hotelu? Oczywiście, że mam, nawet wydrukowany, ale nie wystarcza. Krążę. Wychodzę z założenia, że gubienie się jest czasami nieuniknione i prędzej czy później doprowadzi do celu.

Dlaczego nie użyć map google i satelity? – zapyta niejeden cwaniak. Oczywiście, że tego próbuję, ale w gęsto zabudowanym centrum Osaki oznaczenie aktualnego położenia zajmuje mojemu telefonowi pół wieczora!

W takich momentach przydają się międzykulturowe zdolności komunikacyjne, uśmiech i zaufanie do tubylców. Plus cierpliwość … Wielu Japończyków ucieka gdy tylko próbuję ich zaczepić. Nic nowego – nie każdy po całym tygodniu pracy zechce prowadzić konwersację w obcym języku z jakimś zagubionym turystą. W końcu trafiam na grupę pomocnych nastolatków i dzięki nim dowiaduję się, z której strony … patrzeć na mapę, a potem już samodzielnie odnajduję drogę. Wkrótce okazuje się, że do hotelu można się było dostać w kilka minut bezpośrednio windą (!) z jednego z korytarzy w metrze. Ta podpowiedź jakoś umknęła mojej uwadze, lecz wcale tego nie żałuję! Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda!

Czas wyjść na miasto. Wybieram konkretny cel, do którego mam dokładnie opracowaną trasę, dzięki … mapie google. Wyjście z metra oznaczone numerem, potem w prawo i w lewo, itd. Banał … Nie od dziś wiadomo, że korzystanie z takich wynalazków wyłącza umysł, przypominam to sobie po kwadransie błądzenia, gdy się okazuje, że rzeczywistość jest inna od założeń, a w zasadzie odwrotna. Po wyjściu z metra trzeba było iść w lewo! Skąd ja to miałem wiedzieć?

Uwaga podróżnicy! Ufajcie własnym zmysłom co najmniej tak bardzo jak technologii, która również bywa omylna – mapa google niedokładnie pokazuje wyjścia z metra w Osace!

Po kolacji, w ktorej zasmakowuję się w japońskich pierożkach gyoza, postanawiam wrócić do hotelu na piechotę. Z Umeda do Nambu to ledwie cztery stacje metra. Solidny spacer, który zapada w pamięć. Ulice Osaki są pięknie oświetlone na święta, a zewsząd słychać świąteczne piosenki. Wystrojone choinki na prawie każdej wystawie sklepowej… Nawet późnym wieczorem na ulicach wciąż widać tłumy ludzi, niektórzy ewidentnie są w trakcie imprezy (lub już po). Ci mniej wstawieni śmigają rowerami po chodnikach, między przechodniami. W jeden wieczór jestem o krok od potrącenia przez rowerzystę kilkanaście razy! Powszechność rowerów w centrum Osaki to bodaj największe zaskoczenie tego wyjazdu.

Po nocy w hotelu kabinowym First Cabin Hotel, którego koncepcja podobna jest do uwielbianych przeze mnie hoteli kapsułowych, stawiam sobie kolejne wyzwanie. Wycieczka „na ślepo” do Kobe – miasta, o którym słyszałem już jako dziecko od Taty – jest tam wszakże ważny dla Japonii port!

Już sama podróż z Osaki do Kobe zapowiada się interesująco. Upolowuję najlepsze siedzenie, jakie można sobie wyobrazić, czyli tuż za maszynistą, od którego dzieli mnie tylko przezroczysta szyba (powiedzmy, że to odpowiednik 1A w samolotach). Przez ponad godzinę drogi (pociąg kategorii „express”) siedzę z twarzą przyklejoną do szyby i przy okazji nabawiam się „szyjoskrętu” (kto by się przejmował!?). Obserwuję tory oraz znaki, a także mijane ze sporą prędkością w bliskiej odległości domy i osiedla. Ponad wszystko jednak obserwuję maszynistę, każdy jego ruch zgodny ze ściśle wyznaczoną procedurą oraz komendy, które wypowiada sam do siebie. Fascynujący spektakl! Nie od dziś wiadomo, że kolejarze w Japoni opanowali procedury gwarantujące bezpieczeństwo i punktualność do perfekcji! Polecam próbkę tego doświadczenia na youtube.

Kobe to malowniczo położone miasto po drugiej stronie zatoki, przy której jest Osaka. Najczęściej kojarzone jest z tragicznym trzęsieniem ziemi, które nawiedziło je w 1995 roku. Patrząc na Kobe dziś trudno uwierzyć, że jedynie 20 lat temu było olbrzymim gruzowiskiem. O skali zniszczeń przypomina niezwykła wystawa zdjęć przy nabrzeżu portowym w centrum.

Kobe słynie również z wołowiny, po którą przyjezdni i lokalni ustawiają się w długich kolejkach. Ustawiam się i ja… Zaliczam też Muzeum Sake – jest to interesująca wystawa o historii tego trunku, zwiedzanie której kończy się darmową degustacją. Polecam!

Mój weekendowy wypad do Japonii powoli dobiega końca, ale przede mną jeszcze punkt kulminacyjny, czyli powrót pociągiem z Kobe do Osaki (znowu tuż za kokpitem!). Z całej wycieczki właśnie to doświadczenie najbardziej zapada mi w pamięć. Po powrocie do Doha koledzy w pracy pytają jak spędziłem ostatni weekend. W towarzystwie, w którym każdy co chwilę wybywa gdzieś w świat, trudno jest zaimponować. Tym razem mam jednak bezcenną opowieść, którą mogę się pochwalić przed jednym z dyrektorów, nie ryzykując braku zrozumienia:

– Ostatni weekend spędziłem obserwując fascynującą pracę maszynisty w pociągu z Osaki do Kobe – wypaliłem z dumą. Jako pasjonat kolei nie tylko mnie zrozumiał, ale też takich weekendowych doświadczeń serdecznie mi pozazdrościł. I tak oto moja kolekcja „priceless’ów” powiększyła się o kolejną historię, którą z dumą tu Państwu prezentuję.



Japonia – miejska gra na orientację

Od mojej pierwszej wizyty w Japonii, jeszcze w czasie studiów, minęło wiele lat. Była to dla mnie pierwsza podróż poza Europę, którą porównywałem do wygranej na loterii. Wyjeżdżając po ponad dwóch tygodniach pobytu nie przypuszczałem, że kiedykolwiek będę miał okazję tam powrócić. Tymczasem dziś nie potrafię się doliczyć moich wypadów do tego kraju. Jeździło się na sushi i z powrotem; był wyjazd na urodziny z tak mocną ekipą, że przy wielu okazjach wspominany jest do dziś; nie mówiąc już o licznych przesiadkach na lotniskach japońskich…

Ostatnią wizytę w Japonii potraktowałem jako okazję do zabawy w miejską orientację. W poruszaniu się po Tokio już się w miarę oswoiłem, więc teraz wybór padł na Osakę, której przy poprzedniej wizycie nie miałem okazji odkryć samodzielnie, będąc sam sobie przewodnikiem.

I niech o takim samodzielnym odkrywaniu obcego świata, krok po kroku, przecznica za przecznicą, będzie ten wpis – zwiedzanie najpopularniejszych turystycznych atrakcji w Kyoto i Narze mam już przecież dawno zaliczone.

Wyzwanie zaczyna się już na lotnisku Kansai – jak dojechać do centrum miasta? Do wyboru szybszy pociąg ekspresowy, na który trzeba długo czekać, lub 'local’ – odjeżdżający za moment, ale zatrzymujący się na wszystkich (bardzo wielu) stacjach.

Intuicja mi podpowiada by nie czekać na ekspres, lecz wybrać pociąg lokalny. Po kilku przystankach zauważam, że linia kolejowa z lotniska łączy się z inną, więc od tego momentu powinien być większy wybór pociągów. I tu udowadniam sobie, że w tej grze już dawno przeskoczyłem z amatora na wyższy poziom – przydaje się moje doświadczenie, np. z systemu tokijskiego.

Przesiadam się na pociąg ekspresowy jadący z innego miasta, który podjeżdża po minucie na tor równoległy przy tym samym peronie. Ekspres ma w tej filozofii pierwszeństwo, więc 'Local’ odjedzie po nim. Już wiem, że wygrałem – zanim wysiądę w centrum Osaki wyprzedzimy co najmniej dwa inne lokalne pociągi. Trochę sprytu i kombinacji pomaga mi zaoszczędzić prawie pół godziny! Jaki jestem z siebie dumny?!

Nie muszę ukrywać, że ta kategoryzacja pociągów, powszechna w Japonii właśnie, bardzo mi się podoba. Przy dłuższych odległościach po prostu zawsze warto się przesiąść z pociągu lokalnego na ekspres lub odwrotnie, zwłaszcza że cena jest ta sama. Uwielbiam takie zagadki – ich rozwiązywanie przynosi mi obrzymią satysfakcję!

P.S. Kategorii pociągów na jednej linii może być wiele, nawet pięć w ramach tej samej taryfy, plus szósta droższa, z miejscami rezerwowanymi. Local, Semi-local, semi express, limited express, express, rapid express… Zauważyłem że w Osace ‘limited express’ ma kategorię szybszą od ‘expressu’, odwrotnie niż np. moja ulubiona Odakyu Line w Tokio. Fascynujące!

Już wkrótce wpis o kolejnym poziomie miejskiej gry na orientację w Osace.

Translate »