Wypadek po katarsku

Piątkowy późny wieczór. Na bulwarze jak zwykle duży ruch, samochody dosyć nerwowo poruszają się w drodze na imprezę, ścisk na wszystkich trzech pasach i każdy siedzi komuś na ogonie, maksymalna prędkość 50 km/h.

Nagle między rzędami samochodów przejeżdża z dużo większą prędkością motocykl. Niby norma. Już miałem skomentować, że był ubrany tylko w podkoszulek i dżinsy, co nawet w Polsce upalnym latem się motocyklistom nie zdarza. Już mieliśmy skomentować, że kask owszem miał przy sobie, ale zawieszony gdzieś z tyłu na siedzeniu….

Nie zdążyliśmy z tymi komentarzami. Ledwo pięć metrów przed nami zahaczył o inny samochód i się przewrócił. A kask poleciał gdzieś na bok. Przeżył. Pewnie jakieś potłuczenia tylko. Nawet starał się wstać, ale nie był w stanie ze względu na szok. W międzyczasie wybiegł kierowca samochodu o który zahaczono (Katarczyk w diszdaszu) i kilku innych – już myślałem, że zaczną krzyczeć na leżącego i jego głupotę (wcale by mnie to nie zdziwiło). Chwilę później zobaczyliśmy jednak coś, co nas zaskoczyło najbardziej. Bo sam wypadek nie zaskakuje, bo to tutaj norma…

Z okolicznych samochodów zaczęli wybiegać Katarczycy, dosłownie dziesiątki diszdaszów zmierzających biegiem jak mrówki na miejsce wypadku. Wśród nich ci, którzy zatrzymali samochody na jezdni w przeciwną stronę – nie zważali, że pozostawiają samochody na środku ulicy całkowicie blokując ruch.

Nagle więc znaleźliśmy się w niepojętym tłumie Katarczyków, prawie zacząłem się bać. Nie wiem naprawdę skąd ich się tylu wzięło w jednym miejscu, skoro statystycznie rzecz biorąc rdzenni mieszkańcy stanowią w Katarze mniejszość. Może to kwestia tego, że dumne jeżdżenie samochodem po Korniszu w piątek wieczorem jest ulubioną rozrywką raczej ich, a nie ekspatów?

Potem staraliśmy się zrobić jakieś zdjęcia, ale niewiele z tego wyszło. Ale lepsze to niż nic:

 

Wypadek na Corniche

 

Co najciekawsze po jakimś czasie zaczęły się gwizdy, jakby wspólnie podważali zeznania któregoś z uczestników wypadku – najpewniej motocyklisty, który wyglądał na Libańczyka. Jeden z wielu przykładów nieprawdopodobnej solidarności obywateli Kataru (co oni mogli widzieć skoro jechali w przeciwna stronę!?)

Całą sytuację naprawdę trudną opisać – żeby pomóc Waszej wyobraźni proszę oto filmik, który nakręciłem w trakcie akcji. Niestety żeby móc cokolwiek nakręcić musieliśmy się nieco oddalić, żeby nikt się nie przyczepił, więc z góry przepraszam za jakość obrazu.

 

Trąbienie, pisk opon itp. – tak w każdy weekend wygląda właśnie bulwar w Doha, czyli tzw. Corniche, ale o tym to może następnym razem.

Czy napisałem już, że mam wrażenie, że owy motor jechał bez świateł mimo, że było po zmroku? Czy też mnie to nie dziwi? Zgadujcie 🙂

Byłoby zbyt pięknie

Mieszkanie, samochód, całkiem niezła paczka ludzi spoza pracy, coraz bardziej pozytywna percepcja ziomali w pracy. Już myślałem, że wszystko się ustabilizowało. Tymczasem zostałem zmuszony do powrotu do punktu wyjścia.

Do pierwszego września mam opuścić swój pokój. I znaleźć sobie nowy. Nie, żebym nabroił czy coś. Powód wydaje się trochę bardziej poważny akurat, ale niekoniecznie go tak do końca rozumiem.

Mój współlokator wyjechał właśnie na miesięczne wakacje do Europy i do rodziców do Libanu (chociaż wedle niego Liban to prawie Europa, nie skomentuję tego). Kilka dni temu dostałem od niego wiadomość smsem, że mu przykro, ale jego rodzice chcą przyjechać do niego na jakiś czas bo sytuacja w Libanie jest naprawdę zła i w związku z tym muszę się wyprowadzić. Początkowo nie zrozumiałem o co mu chodzi – normalną rzeczą dla mnie jest, że się ma gości i na czas ich pobytu jakoś trzeba się zmieścić w ciaśniejszych warunkach – biorąc pod uwagę rozmiary jego pokoju nie byłoby z tym problemu.

Sytuacja w Libanie jest rzeczywiście dość nieciekawa i trwa to już trzy miesiące. W sumie mogliście niewiele o tym nie słyszeć, bo zauważyłem, że polskie media w ogóle o tym nie wspominają, albo bardzo rzadko.

Więc powód już mamy. Doceniam, że powiedział mi o tym całe 26 dni przed dniem koniecznej wyprowadzki. Wszystko wskazuje jednak na to, że wiedział o tym już dużo wcześniej, bo żeby sprowadzić rodziców do Kataru musiał wcześniej osobiście wystąpić o pozwolenie od swojego pracodawcy itp. Rozliczenie z kasy za mieszkanie ze mną tydzień temu też było jakieś takie nietypowe. Głupi nie jestem, potrafię wiązać fakty ze sobą…

W każdym razie przede mną ponowne poszukiwania akomodacji – mam nadzieję, że teraz będzie o wiele łatwiej, bo: znam lepiej miasto, wiem czego się spodziewać, mam samochód i wreszcie … znajomych, którzy w razie czego pomogą.

PS. Muszę poczytać wpisy sprzed niecałych trzech miesięcy, żeby sobie przypomnieć, jak to jest szukać mieszkania, bo już za bardzo się osiedliłem chyba.

Dwa światy

Uwaga!

Teraz już każdy może komentować

– wcale nie trzeba się logować!!!

Zapraszam więc do gorącej dyskusji 🙂

 

Generalnie społeczność Hindusów w Katarze (podobnie jak innych wschodnich nacji – Bangladesz, Filipiny, Indonezja itd.) jest podzielona na robotników, których mijam codziennie leżących na trawce pod moim blokiem i białe kołnierzyki, z którymi mam do czynienia głównie w pracy.

Ci pierwsi pracują w niewolniczych warunkach przy nieprawdopodobnym skwarze na budowach za marne grosze – są szczęśliwi, bo sto lub dwieście dolarów miesięcznie, które dostają mogą przesłać swoim rodzinom na utrzymanie. Olbrzymie kolejki w punktach zagranicznych przekazów pieniędzy Western Union itp. mówią same za siebie.

 

Gulf Exchange in the evening

 

Jedzenie i zakwaterowanie mają zapewnione – boję się myśleć jakie to są warunki, skoro czasem widzę ich w środku nocy śpiących pod drzewem – pewnie wolą takie miejsce niż śmierdzące mieszkania pełne karaluchów? A może stosuje się system współdzielenia łóżek znany z najbardziej przepełnionych więzień? – strach pomyśleć.

Po drugiej stronie barykady są dobrze wykształceni, chodzący w pieknie wyprasowanych przez pralnię koszulach i … śnieżnobiałych skarpetkach (!!!), okupujący wraz z rodzinami olbrzymie wille w mieście i na przedmieściach, rozbijający się najlepszymi samochodami, o których ich znajomi pozostający w rodzinnym kraju mogliby tylko pomarzyć. Oczywiście z pierwszą opisaną grupą nie mają nic wspólnego. Dwa światy.

Ciekawe jak to wygląda np. z Polakami w Wielkiej Brytanii? Ktoś cos wie o tym?

Bombaj jednoczy

Tamta impreza u Hindusów pozwoliła mi zrozumieć, co ich tak bardzo przyciąga do Kataru. Wyższe standardy życia niż w Indiach oczywiście mają znaczenie, ale nie tylko. Okazuje się, że większość z nich pochodzi z Bombaju, który jest rzut beretem stąd (jak z Warszawy do Paryża). Większość jest chrześcijanami – większość tych, których poznałem w Katarze, bo w Indiach stanowią trochę ponad 2%. Łączy ich również tradycja – tańce, śpiewy, zwyczaje weselne itp. – jak bardzo ich to wszystko jednoczy miałem okazję zobaczyć właśnie na tamtej imprezie.

Nic dziwnego zatem, że tak wielu z nich decyduje się osiedlać za granicą, czyli np. w Katarze, gdzie mogą poczuć się jak w ojczyźnie, wśród swoich. I to jeszcze na lepszych warunkach (brak podatków, pewność zatrudnienia, wille, tarasy, land kruzery itd.).

Górale w Chicago? Bombajczycy w Doha!

Translate »