Etiopia – epilog

Krótki epilog o Etiopii pełniący jednocześnie funkcję prologu (ale nie teasera).

Uczestnicy wycieczki teraz się z tego wszystkiego śmieją, ale warto jednak przypomnieć, jakie emocje towarzyszyły początkowi naszej wyprawy. Ostatnio bowiem z Etiopii napływały nienajlepsze informacje jeśli chodzi o bezpieczeństwo turystów. Wiedzieliśmy jednak jakich regionów unikać, więc strachu niby nie było, ale – dopiero w drodze do Etiopii – wnikliwa lektura ostrzeżenia opublikowanego przez australijski MSZ (szef mi w trosce wydrukował!) spowodowała, że pół żartem, pół serio, w powietrzu zawisło pytanie:

– Kurde, dokąd my lecimy?!

Troskliwi urzędnicy z Antypodów prosili i błagali swoich obywateli, aby ze względów bezpieczeństwa przemyśleli dwa razy konieczność udawania się w ten rejon Afryki. Pod koniec tego przytłaczającego raportu pojawiła się sugestia, która po piętnastu stronach wnikliwej lektury mogła wywołać tylko szczery uśmiech:

– Sprawdź, czy jesteś ubiezpieczony na wypadek porwania.

Tja, wyskakiwanie ze spadochronem w razie, gdybyśmy się rozmyślili, nie było dobrym rozwiązaniem, bo właśnie przelatywaliśmy nad Jemenem. Zresztą, nie było to konieczne, czego dowodem jest niniejszy wpis i wiele innych pamiątek.

Lalibela, Etiopia

W Rogu Afryki – Etiopia

Inspirująca, fascynująca, a czasem bolesna jest podróż przez Etiopię. Kościoły wykute w skale, tętniące życiem bazary, dziewicze pustkowia. Obszar Rogu Afryki jest naprawdę wyjątkowy – tak przynajmniej zapowiada przewodnik Lonely Planet. Miała być to podróż, której się nigdy nie zapomni. Do Etiopii chyba żaden turysta nie udaje się w celu relaksacji i wypoczynku pod palmą. Ci, którzy tu przybywają, oczekują „poruszenia”, i poruszeni stąd wyjeżdżają. Tak, jak my.

Osiołek miastowy. Etiopia

To było sześć dni przygody z historią. I to niebylejaką. Na terenie Etiopii znajdują się zabytki mające kilka tysięcy lat! Niewiele osób o tym wie, nic dziwnego zatem, że Etiopia zwana jest „najmniej odkrytym skarbem Afryki”.

Zwiedzanie Etiopii to podróż po historii chrześcijaństwa. Kraj ten (a konkretnie starożytne państwo Aksum) przyjął chrześcijaństwo już w IV wieku naszej ery. Od miasta Aksum właśnie rozpoczęliśmy wyprawę – znajdują się tam wysokie kamienne obeliski znaczące groby władców. Najważniejszy jest jednak Kościół Najświętszej Panny Syjonu – cel pielgrzymek etiopskich chrześcijan, gdyż tu właśnie, według legendy, znajduje się najświętsza relikwia Etiopii – oryginał Arki Przymierza.

Następnego dnia, w Lalibeli podążaliśmy śladem Martyny Wojciechowskiej, która kilka lat temu nagrywała tam program „Misja Martyna”. Dowiedzieliśmy się o tym od naszego przewodnika, to znaczy – jej przewodnika! To znaczy – naszego i jej 🙂

Przewodnik opowiedział nam historię ósmego cudu świata, czyli jedenastu kościołow wykutych  w skale. Do dziś pamiętam zapach kadzideł i to uczucie, gdy z każdym krokiem, stawianym na podłożu skalnym polerowanym stopami od setek lat, ukazywały się nam kolejne fragmenty historii… W trakcie oglądania lokalnych chrześcijańskich obrzędów, które nie uległy zmianie przez prawie dwa tysiące lat, niemal całkowicie rozmywała się granica między przeszłością a teraźniejszością. Było magicznie, ale czasem też i zatrważająco, zwłaszcza, gdy niepostrzeżenie staliśmy się świadkami egzorcyzmów odprawianych na poniewieranej przez złego ducha nastolatce. Bynajmniej nie wyglądało to na przedstawienie przygotowane pod turystów zwiedzających akurat tamten kościół. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju.

Kościoły skalne w Lalibela. Etiopia

Kolejnym przystankiem było Gonder, a w nim pełen historii gród królewski, kościół Debre Birhan Syllasje oraz przepiękne łaźnie cesarza Fasilidasa. Z tego miasta najlepiej jednakże zapamiętałem przepyszne makiato w jednej z lokalnych kawiarni, do której zaprowadził nas wynajęty przewodnik (ten z kolei był swego czasu oficjalnie polecany przez Lonely Planet). I ten postny obiad, też z przewodnikiem, w jego podobno ulubionej knajpie. Szwedzki stół, a na nim pełno warzyw, dania z ryżu i oczywiście obowiązkowa w Etiopii indżera.

W Bahar Dar do zwiedzania były klasztory zbudowane na wyspach na jeziorze Tana. Zobaczyliśmy również źródło Nilu Błękitnego – niestety nic szczególnego, zwłaszcza w porównaniu z tym w Ugandzie (a może ja się starzeję?).

Ponadto widzieliśmy słynne wodospady na tymże Nilu – dziś, ze względu na funkcjonującą od niedawna zaporę, o ich dawnej potędze świadczą tylko zdjęcia lub filmiki odtwarzane turystom na telefonach komórkowych przewodników. Bezcenne!

Ostatnia noc w Addis Abebie minęła pod znakiem imprezy oraz serfowania na kanapie u obcych ludzi, czyli couchsurfingu. Bezcennie, jak zwykle zresztą.

Susza w Etiopii

Podróżowanie po kraju, który od wielu lat walczy z głodem, a tegoroczna susza wcale mu w tym nie pomaga, nie było łatwe dla psychiki. Większość mieszkańców poza stolicą prowadzi pasterski tryb życia, z naszego punktu widzenia – niesłychanie prymitywny. Chciałoby się rzec, że chłopi u Reymonta mieli większe luksusy. Nigdy podczas moich dotychczasowych wypraw nie widziałem tak poruszających obrazków, które zobaczyłem w trakcie tych kilku dni w Etiopii.

Jednocześnie jednak to, czego doświadczyliśmy, było w pewnym sensie budujące. Dzięki wyprawie do Etiopii przypomniałem sobie, że człowiekowi tak naprawdę niewiele do szczęścia potrzeba. Niech świadczą o tym gościnność i uśmiech mieszkańców, który pewnie zauważycie na niejednym zdjęciu z tej wyprawy. Zapraszam na zdjęcia.

 Kawa tradycyjnie. Etiopia

P.S. Czy ktoś wie, że mimo trudności gospodarczych, Etiopia może się poszczycić jednymi z największych i najlepszych linii lotniczych na kontynencie? Ethiopian Airlines od kilku dobrych lat wyznaczają nowe standardy dla wielu przewoźników w Afryce i na świecie. Hm, może z wyjątkiem ręcznie wypisywanych kart pokładowych na rejsach krajowych, tzn. wpisywano na przykład skąd dokąd się leci, ale nazwisko pasażera czy numer lotu już uznawano za zbędne. Co tu nie mówić, przynajmniej wartość mojej kolekcji kart pokładowych znacząco się przy tym podniosła.

Afrykańska przygoda

Miała być Rwanda. Potem w planach pojawiła się niby-zastępcza Tajlandia, która – bynajmniej bez udziału chochlików – wkrótce zamieniła się w Tanzanię.
Kulminacją naszej spontaniczności była konferencja na skype pt. „Co spakować do Etiopii?”, na pół godziny przed wyjściem z domu na lotnisko.
Pan M. poleciał prawie bez exitu permitu. Prawie robi rożnicę. Dobrze, że Pani M. zna Hassana …
Na odreagowanie tych wszystkich stresów miała być butelka martini, którą nam zabrali na lotniskowej kontroli przy przesiadce. Po takich przejściach kupienie nowej butelki było absolutną koniecznością.
Chwilę później niezłomna walka o wolne miejsca na locie z Bahrajnu. Siedzenia w piątym rzędzie Airbusa 330 w barwach GF okazały się całkiem wygodne.
Gdyby tego mało, w Addis trzeba się było położyć na dywanie i walić pięściami w podłogę, żeby dostać bilet krajowy, za który już dawno zapłaciliśmy pełną taryfę, ale się udało!
A to tylko pierwsze 12 godzin naszej afrykańskiej przygody. Jak można się domyśleć, wróciliśmy cali i zdrowi. O tym, co widzieliśmy i czego doświadczyliśmy w kolejnych sześciu dniach, już wkrótce.

Machiato w Etiopii

Plaża nie z tej ziemi czyli Boracay

Wyspa Boracay to destynacja sama w sobie, niemniej już sam dojazd na nią z Bacolod okazuje się dość ekscytujący. Najpierw, o wschodzie słońca, wsiadamy na prom–katamaran, który w ciągu godziny dowiezie nas, a także setki osób w drodze do pracy, na sąsiednią wyspę. Jak łatwo się domyślić, turystów na pokładzie jest garstka, więc czuję się trochę jak małpa w zoo. Kolejnych sześć godzin autokarem i ponowna przesiadka na wodny środek transportu – tym razem jest to wąska łódeczka, która po kilkunastu minutach przeprawy pośród lazurowych wód przycumowuje na Boracay. To jeszcze nie koniec – z portu trzeba wynająć motocyklo-tuktuk, który za horrendalną kwotę (jak na lokalne warunki) zawozi pod sam hotel. Nowoprzybywający turysta, podniecony przepięknymi widokami z łódki, zmuszony jest przedzierać się główną (i jedyną) drogą przez brudne i zasmrodzone spalinami zaplecze tego wyspiarskiego raju. Niby to Azja, ale tak przykrych wrażeń nie miałem nawet na Bali.

Nareszcie! Witamy w filipińskiej wersji raju na ziemi.

Zwiedzanie Boracay zaczynamy od zachódu słońca, który rzeczywiście daje radę. Nasuwa mi się porównanie z …, hm, niczym. Malowniczo jest jak w bajce. Raj na ziemi. Jak nigdzie indziej.

Boracay, Filipiny

Prawie cały dzień w podróży – mimo wielu wrażeń – okazuje się wykańczający. Szybka drzemka dodaje energii, a ta się przyda. Najlepszym zwieńczeniem jest impreza w jednym z bardzo wielu przybytków „popkulturalnych” wzdłuż plaży. Do wyboru wszystkie chyba rodzaje drinków i muzyki (choć króluje oczywiście trójca Guetta/Black Eyed Peas/Rihanna).

Nazajutrz śniadanie w filipińskim stylu, czyli taho – coś w rodzaju naszej owsianki przygotowane z tapioki i tofu. Nie grzeszy wspaniałym smakiem, ale czyż nie można tego samego powiedzieć o naszej tradycyjnej zupie mlecznej? Jako uzupełnienie fundujemy sobie świeży shake u Jonah, bo tam bodaj najlepsze. Tłumy w tym barze mówią same za siebie. Shake z mango rzeczywiście wymiata, ale chciałoby się spróbować innych smaków. Trzeba tu kiedyś wrócić!

Boracay, Filipiny

Lazurowa i niezwykle czysta woda aż się prosi. Wskakujemy prosto z bambusowo-skalnego pokoju, bo ten akurat ma bezpośrednie zejście do morza (się płaci, się ma). Raj na ziemi i w wodzie. Nurkowanie z rurką przy skale, na której stoi nasz „gościniec” – bezcenne. Zaczepiamy kąpiące się filipińskie dzieci, które z uroków tego miejsca mogą korzystać codziennie. Uwiecznić na zdjęciu ich niepohamowany entuzjazm też okazuje się bezcenne.

Boracay, Filipiny

A plaża? To materiał na co najmniej kilka kolejnych akapitów. Ograniczę się do stwierdzenia, że piasek na Boracay jest tak drobny i miękki, że można się w nim zakochać od pierwszego wejrzenia. Tak, to już oficjalne – w moim subiektywnym rankingu wskakuje on na pierwsze miejsce, przeganiając z niego piasek na Maledywach.

Po takich wrażeniach wizualno-dotykowych kubki smakowe na języku, a zwłaszcza  żołądek, mają prawo czuć się niedocenione. Czas na świeże owoce morza, których na Boracay nie brakuje. Zapijamy najpopularniejszym lokalnym piwem, czyli San Miguel Light. Na horyzoncie coraz więcej żaglówek z turystami, a w międzyczasie na plaży zbierają się tłumy, aby podziwiać kolejny zachód słońca. Jest tak samo, jak dzień wcześniej. Jak w bajce. Piwo Red Horse okazuje się najlepszym sposobem na zakończenie tego dnia.

O poranku śniadanie z bekonem w roli głównej, a na deser świeże mango. Wynajmujemy łódkę ze skiperem i w kilka godzin opływamy wyspę dookoła. Podziwiam konstrukcję łódki, która jest, powiedziałbym, pacyficzna (podobne widziałem na Wyspach Marszalla). Podrównikowe słońce pali twarz. Nie mogę odpędzić od siebie myśli o tym, jak to się stało, że następnego dnia trzeba będzie z tego raju ruszać w drogę powrotną?

Boracay, Filipiny

Na pocieszenie wracamy do Jonah. Tym razem wybieram shake czekoladowo-bananowy z orzeszkami ziemnymi. Kubki smakowe szaleją. Brak słów.

Kolejny spacer plażą, kolejny bajkowy zachód słońca z żaglówkami w tle. Kolacja z wieprzowiną (też na pocieszenie, a jakże!). I coś na deser – taniec ognia – najlepszy jaki w życiu widziałem! Już nie chodzi o samą zręczność w wirowaniu ognistej kulki na łańcuchu, lecz całą otoczkę – nieźle skoordynowany taniec i nawet fabułę. Jednym słowem – show. Czy kogoś to zaskoczy, że w branży tej specjalizują się przede wszystkim filipińscy transwestyci? Nieżle im to wychodzi, co tu dużo mówić!

I w ten sposób wracamy do punktu wyjścia. Filipiny niejednego podróżnika zaskoczą. Warto było zahaczyć o Bacolod i festiwal masek oraz zobaczyć jak żyje „prowincja”. Koniecznie trzeba będzie wrócić na Boracay – aby zanurzyć palce w tym niezwykle drobnym piasku, skosztować kolejnej porcji czekoladowo-orzechowego shake’a u Jonah i … poimprezować.

Muszę również przyznać, że grilowany kurczak u Aidy w Bacolod podniósł poprzeczkę moich przyszłych doznań kulinarnych. I kto by się tego spodziewał, skoro Filipiny z kuchni swojej słyną, owszem, ale raczej w pejoratywnym znaczeniu?!

Więcej zdjęć na picasa.

Boracay, Filipiny

Miasto Uśmiechów i Masskara

Na filipińską wyspę Negros trafiam nieprzypadkowo. Okazją jest m.in. doroczny festiwal masek – Masskara, odbywający się w Bacolod, znanym jako City of Miles.

Festiwal Masskara, Bacolod, Filipiny

Całe miasto odświętnie udekorowane, festiwalowo-jarmarczna atmosfera. Najpierw parada dzieci-przebierańców reprezentujących własne szkoły. Oczekiwanie na defiladę w tym tropikalnym skwarze okazało się wykańczające, ale było warto! Kolorowe maski, stroje zaprojektowane i uszyte specjalnie na tę okazję. Poprzeczka rośnie w miarę, jak pojawiają się starsze klasy, które mają coraz lepiej dopracowane układy choreograficzne. Setki zdjęć zapełniają kartę aparatu, zachwytom nie ma końca.

Odświętny humor trzeba uzupełnić kaloriami. W menu większości filipińskich restauracji króluje wieprzowina w każdej postaci, a zwłaszcza grilowane szaszłyki w lokalnej marynacie (najlepsze u Aidy w centrum miasta). I dużo ryżu – na Filipinach są nawet sieci restauracji, które słyną z nieograniczonych darmowych dokładek ryżu w ramach zamówionego posiłku!

Bacolod, Filipiny

Po zmroku, podziwiamy kolejną paradę, tzw. Electric Masskara, bardziej w stylu – powiedzmy – brazylijskim, z wykorzystaniem scen na poruszających się ciężarówkach, wszystko w kolorowych światłach mrugających z każdej strony. Jednocześnie na kilkunastu (!) scenach ustawionych wzdłuż głównej ulicy odbywają się koncerty i pokazy didżejskie, a piwo i inne trunki leją się strumieniami. Niech żałują ci, których tam zabrakło!

Po krótkiej przerwie na sen przyszła pora na kontynuację przygód. Kolejny dzień zaczynamy od typowego filipińskiego śniadania. Porcja ryżu – a jakże!, smażona słodka kiełbasa – oczywiście, że wieprzowa (na styl chiński) oraz smażona ryba (bangus). Na deser owoce: soczyste plasterki mango, które wyjadam łyżką oraz małe banany (takich bananów w Europie raczej nie uświadczysz, bo ich krzywizna i rozmiar są niezgodne z europejskimi normami, a szkoda!).

Festiwal Masskara, Bacolod, Filipiny

Następnie, tak po azjatycku, obowiązkowa wizyta w centrum handlowym (przynajmniej mają toaletę). Później trafiamy w miejsce, z którego rusza kolejna parada – tym razem z dorosłymi uczestnikami. Bodajże dziesięć rywalizujących ze sobą grup (każda po kilkadziesiąt osób), reprezentujących poszczególne dzielnice. Przygotowania, poprawianie strojów, rozgrzewka i wreszcie wymarsz na paradę – obserwowanie tego wszystkiego z bliska jest fascynujące. To już nie są żarty, stawka jest większa, są więc i poważni sponsorzy, jeszcze bardziej wykwintne stroje i jeszcze dokładniej dopracowane ruchy tancerzy. Znamienne, że pośród tancerzy są mężczyźni, kobiety i … transwestyci. Takie stroje i maski stanowią dla każdego idealną okazję do pokazania talentów, bez względu na płeć czy orientację. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wręcz większość tancerzy stanowią transwestyci, co może nie powinno nikogo zaskakiwać, bo tychże na Filipinach nie brakuje.

Festiwal Masskara, Bacolod, Filipiny

Zwieńczeniem pobytu w Mieście Uśmiechów jest rodzinna impreza, na którą mam zaszczyt trafić. Zaserwowano m.in. pieczone prosię oraz zupę … z jego krwi (z imbirem, na kwaśno). Niezłe w smaku, ale dla własnej wygody zdecydowałem się zagryźć całość ryżem.

To jeszcze nie koniec przygód na Filipinach. Kolejny przystanek – słynne plaże na wyspie Boracay!

Więcej zdjęć wkrótce na picasa. Obiecuję!!

Filipiny

Pierwsze godziny po przylocie do tego wyspiarskiego kraju przyniosły kilka niespodzianek. Najpierw, gdy stałem w kolejce do kasy, punktualnie o 18, cały supermarket zamarł na 2-3 minuty, a z głośników popłynęło jakieś „przemówienie”. Zorientowałem się o co chodzi dopiero na koniec, tzn. w momencie, gdy ludzie wokół mnie zaczęli się żegnać. To była ogólnosklepowa modlitwa! Wnet zostałem uświadomiony, że oto jestem w kraju powszechnie katolickim, w którym religia ma większy wpływ na życie codzienne mieszkańców, niż w Polsce.

Następnie w (niedrogim) hotelu nieopodal lotniska mój błogi sen wielokrotnie przerywały głośne pukania do czyichś pokojów, okrzyki na korytarzu i recepcji oraz niekończące się trzaskanie drzwiami. Rano recepcjonistka wyjaśniła ze zdumiewającą szczerością: – Sorry, za dużo prostytutek.

Przypomniałem sobie, że nawet w najbardziej religijnych krajach znajdą się wyjątki wyznające moralność inaczej.

Tak zaczęła się moja przygoda z Filipinami. A co było potem? O tym już wkrótce!

Filipiny

Wizyta w krainie Persów

Sziraz okazał się idealnym miejscem na spędzenie weekendu. Położony jest w prawie tej samej odległości od Doha, co Dubaj, a więc byliśmy na miejscu już po niecałej godzinie w powietrzu.

Moje pierwsze wrażenia z Iranu opisałem szczegółowo już przy okazji weekendowego wypadu do Teheranu jakiś czas temu, tym razem moje impresje były podobne. W dużym skrócie – niezwykle przyjaźni ludzie, bogata kultura i pyszne jedzenie.

Każdy kto przybywa do Szirazu ma w planach zwiedzanie – to właśnie w tej okolicy znajdują się ruiny starożytnego miasta Persów – Persepolis. Spodobałoby się chyba wszystkim, a nie tylko miłośnikom historii czy archeologii. Miasto to zostało założone przez Dariusza Wielkiego w 518 r. p.n.e., a rozbudowę kontynuowali kolejni władcy Persji i stało się jednym z najważniejszych ośrodków imperium perskiego.

Potęga Persepolis skończyła się w momencie najazdu przez Rzymian dowodzonych ręką Aleksandra Wielkiego – plotka głosi, że decyzję o spaleniu miasta podjął w pijackim amoku, choć historycy udowodnili, że było to dobrze zaplanowane.

Lokalne władze dbają, by potęgę Persepolis mogły nadal podziwiać przyszłe pokolenia. Mimo, że jest to jedna z najważniejszych atrakcji turystycznych Iranu, liczba zwiedzających nie była powalająca, można było więc fotografować wszystko ze swobodą (takich warunków zwiedzania starożytnych ruin w Egipcie się nie uświadczy).

W okolicy znajduje się jeszcze kilka innych stanowisk archeologicznych, ale nie robią już takiego wrażenia, jak Persepolis. Wśród nich są ruiny Pasargady (pełniącej funkcję stolicy Persji do czasu wybudowania Persepolis) oraz groby perskich władców, m.in. Cyrusa II Wielkiego, Dariusza Wielkiego i Kserksesa.

Nie zabrakło również zwiedzania meczetu, zabytkowego bazaru (Bazar Vakeel, zarówno w wersji lokalnej, jak i dla turystów), był także spacer po ogrodach Eram (okazuje się, że dobrze pielęgnowanej zieleni jest w Szirazie całkiem sporo).

Żadna wizyta w Iranie nie obędzie się bez skosztowania lokalnych przysmaków, a zwłaszcza grilowanego mięsa w postaci kebabów/szaszłyków, ryżu (tak smacznego ryżu nie jadłem nigdzie indziej!), a także dużej ilości surowej i grilowanej cebuli oraz pomidorów. Aż chce się wracać!

Zdjęcia z Szirazu i Persepolis na picasa.

Ruiny Persepolis. Iran

Nic się nie zmieniło

Wszystkich niecierpliwych czytelników śpieszę zapewnić, że wszystko w jak najlepszym porządku. Dzieje się jak zwykle sporo, zwłaszcza w kwestii podróżniczej. Dowodem niech będzie to, że w ostatnich tygodniach w Doha bywam tylko w dni robocze (albo i nie …), a najbliższy weekend, który planuję spędzić w Katarze, wypada w połowie listopada (inszalla). Do opisania są dwie zaległe wycieczki, a kolejne dwie cały czas przede mną.

O Szirazie w Iranie już wkrótce. Stay tuned.

Ruiny Persepolis. Iran

Jeju! Ale wyspa!

Podobnie jak w zeszłych latach mieliśmy kilka dni wolnego w związku z końcem ramadanu. Takiej okazji oczywiście nie można było zmarnować, a wybór padł na odwiedzenie Korei Południowej.

Jeden dzień w samym Seulu wystarczył mi na odświeżenie wspomnień i odkrycie kilku nowych interesujących miejsc. Na przykład pewnej kawiarni (a są ich w Seulu chyba tysiące), w której zaserwowano mi kawę z mleczną pianką, z której spoglądał na mnie kotek, albo raczej kotka (biorąc pod uwagę, że akcja działa się w Azji można założyć z przekonaniem graniczącym z pewnością, że wzorowano się na Hello Kitty!).

Seul, Korea

Potem już czas na najważniejszą część wycieczki, czyli wyspę Dżedżu (Jeju!). Położona jest niecałą godzinę lotu na południe od Seulu i często określa się ją mianem „azjatyckich Hawajów” (określenie to funkcjonuje mimo, że wszyscy, włącznie z autochtonami, przyznają, że dużo w tym przesady). Swoją sławę wśród turystów (głównie Koreańczyków) zawdzięcza pięknym plażom, a także niezliczonym szlakom turystycznym prowadzącym wzdłuż pięknych wodospadów, górskich przepaści oraz pod szczyt wulkanu. Nie brakuje również innych atrakcji w postaci ogrodów botanicznych (bonsai!), torów gokartowych i muzeów, zwłaszcza muzeum seksu (sztuk dwa na jednej tylko wyspie!). Te ostatnie są wyjątkowo popularne wśród koreańskich nowożeńców (czy kogoś to dziwi?!), którzy na Dżedżu stanowią bodaj największą grupę turystów. Przewodniki turystyczne opisują tę wyspę jako przede wszystkim honeymoon destination. Swoją drogą trochę mnie zaskakuje to, że tak wiele par decyduje się spędzić tam miesiąc miodowy, bo żadne miejsce, do którego trafiłem, nie było w żaden sposób romantyczne. Co kraj, to obyczaj. Koniec końcow, bogatsi i bardziej romantyczni Koreańczycy wybierają na podróż poślubną amerykańskie Hawaje.

Jeju, Korea

Subtropikalny klimat i natura Dżedżu zauroczyły mnie. Góry, plaże, wszechobecne skały powulkaniczne, palmy – o tym już wspominałem. Przy okazji przejażdżki rowerem po rzadziej uczęszczanych drogach pośród łąk i pól uprawnych odkryłem coś, co pozwoliło się podwójnie zrelaksować – błogą ciszę o zapachu polskiego lasu iglastego. Inny kontynent, inna szerokość geograficzna, a tu jakby środek lipca na Kaszubach, równie palące słońce i te naturalne aromaty ulatniające się w powietrzu i chciwie przechwytywane przez moje nozdrza. Kaktusy rosnące wzdłuż brzegu pozwoliły przebudzić się z tego pięknego snu. Mimo wszystko, dla takiego widoku warto było się przebudzić. Podsumowując – pełen relaks i to przez trzy dni!

Jeju, Korea

Wycieczka bogata była również w doświadczenia lotnicze (czy mogło być inaczej?!), które są warte odnotowania. Oto pierwszy raz w życiu (prawdopodobnie i ostatni) miałem okazję lecieć Airbusem A300, czyli konstrukcją od której zaczęła się historia (i sukcesy) europejskiego producenta samolotów (a było to ponad 35 lat temu). Korean Air był pierwszym pozaeuropejskim użytkownikiem tego modelu i samoloty w odmłodzonej wersji A300-600 służą mu do dziś, głównie na trasach krajowych, takich jak Seul Gimpo-Jeju. Połączenia między tymi lotniskami zajmują drugie miejsce na świecie pod względem liczby oferowanych miejsc! W ciągu każdej godziny rejsów wykonywanych przez różne linie lotnicze jest tyle, że trudno się w tym zorientować spoglądając na tablicę odlotów (były rejsy tego samego przewoźnika pięć minut jeden po drugim, nie wspominając o konkurencji!)

Jeju, Korea

Wizytę na Dżedżu polecam wszystkim przybywającym do Korei, zwłaszcza tym, których nudzi zwiedzanie kolejnych świątyń albo inne standardowe punkty programu typu strefa zdemilitaryzowana, itp. A ponadto … można się przelecieć starym modelem samolotu, który niebawem trafi na złomowiska!

Więcej zdjęć na Picasa.

Cejlońska przygoda

Sri Lanka to jeden z najpopularniejszych dalekich kierunków wakacyjnych wśród Polaków. Potwierdzają to statystyki przewoźników lotniczych, a zwłaszcza linii bliskowschodnich, które jako jedne z niewielu oferują dogodne połączenia do Kolombo kilka razy dziennie. Również Rosjanie upodobali sobie tę wyspę w sposób szczególny. Turyści ze wschodu Europy w postaci grup zorganizowanych wydają się okupować całą wyspę, a to niestety nie wpływa zbyt dobrze na atmosferę zwiedzania (łatwo sobie wyobrazić dlaczego). Na szczęście ucieczka od tego nowobogackiego tłumu – z wyjątkiem najbardziej turystycznych atrakcji – nie była aż taka trudna. Przekonałem się, że podróżowanie w małej grupie na własną rękę najbardziej mi odpowiada.

Sri Lanka

Szczerze mówiąc, nie rozumiem Polaków, którzy wracają tam co roku (a wiem, że tacy są). Jest tyle innych (bardziej lub mniej) pięknych miejsc na świecie (w porównywalnej odległości od Polski i cenie), do których można by pojechać zamiast kolejnej wizyty na Sri Lance. Ale to tylko moja opinia. Skąd się wzięła? – o tym poniżej.

Moje doświadczenia podróżnicze oraz dość wygórowane oczekiwania przedwyjazdowe (głównie pod wpływem opowiadań dumnych Lankijczyków) sprawiły, że patrzyłem na Sri Lankę bardzo krytycznym okiem. To niewątpliwie piękny kraj, z bogatą historią, kulturą i wyjątkowym jedzeniem. Dużo częściej jednak dostrzegałem wady i one przesądziły o ostatecznej opinii.

Zabrakło mi przede wszystkim gościnności – tej szczerej, od serca, i nawet tej nieszczerej, kupowanej za pieniądze. To znaczy gościnne okazywały się niektóre jednostki, które spotykaliśmy na naszej drodze i były to niejednokrotnie wspaniałe momenty. Ogół miał nas jednak w nosie. Akceptuję fakt, że każdy biały turysta w Azji traktowany jest jak źródło łatwego dochodu, ale niech towarzyszy temu choćby nieszczery uśmiech i poczucie spełnienia. Zbyt dużo wymagam?

Ceny biletów wstępu do atrakcji turystycznych (nie licząc kosztów przejazdu) są na Sri Lance skandalicznie wysokie i – śmiem twierdzić – nieuzasadnione ekonomicznie 😉 20$, a czasem i 30$ od osoby za np. zobaczenie zniewolonych łańcuchami słoni kąpiących się w rzece to zdecydowana przesada (w Londynie czy Nowym Jorku trudno znaleźć atrakcję, do której bilety wstępu byłyby droższe od tego!). Do tego postawa niektórych restauratorów i hotelarzy pozostawiała wiele do życzenia (w dwóch z czterech hoteli próbowano nas mniej lub bardziej oszukać, m.in. zaprzeczając informacjom potwierdzonym w treści mejla, który do nas przysłali, a my przezornie wydrukowaliśmy!). Słowem – zabawa w kotka i myszkę, aż do znudzenia. Przedszkole jakieś. Mnie próbowali oszukać, mnie!?

Olbrzymia ilość czasu spędzona w podróży pomiędzy kolejnymi atrakcjami i hotelami (ze względu na fatalny stan dróg, bynajmniej nie ze względu na odległości) również miały wpływ na ogólne impresje z tego kraju.

Sri Lanka

Sri Lanka powoli wydobywa się ze stanu wojny, która ją niszczyła przez wiele lat. Turystyka rozwija się w bardzo szybkim tempie, liczba odwiedzających rośnie co roku o kilkanaście i więcej procent. Polepszająca się systematycznie infrastruktura każe patrzeć w przyszłość tego kraju optymistycznie. Moim zdaniem jednak, aby osiągnąć pełen sukces będą musieli polepszyć stosunek wartości do ceny i wyplenić „postawę przesadnie eksploatującą portfele przyjezdnych”.

Można łatwo domyślić się z powyższego, że Sri Lankę wrzucam do szuflady z kategorią „Nie będę żałować jeśli tam nie wrócę”. Nie wykluczam jednak, że w przyszłości zmienię zdanie.

Jedno doświadczenie ze Sri Lanki trafia także do kolekcji „bezcenne” – podróż lankijską koleją wzdłuż brzegu Oceanu Indyjskiego, z bryzą przenikającą wnętrze pociągu i kroplami wody z rozbijających się tuż pod nasypem fal. Na samo wspomnienie o tym chciałbym tam powrócić!

Zapraszam na relację foto na picasa.

Sri Lanka - krzew herbaty

Translate »