Prosto z dżungli

Jestem sobie na wakacjach. Jak to znowu?! Ostatnie prawdziwe, „zaplanowane” wakacje były na Bali, w lutym zeszłego roku. Najwyraźniej zasłużyłem na kolejne…

Jest dżungla, będzie plaża. I znakomite towarzystwo. Czegóż chcieć więcej?

Szczegóły po powrocie. Cierpliwości 🙂

Szczęśliwego Nowego Jorku

Po powrocie z Nowego Jorku zrozumiałem dlaczego mojej szefowej zdarza się tam polecieć nawet na dwa dni. Każdy ma pewnie swoją opinię na temat Big Apple – ja na przykład byłem sceptycznie nastawiony, ale właśnie zmieniłem zdanie.

To miasto mnie rzuciło na kolana pod wieloma względami. Bynajmniej nie chodzi o tempo życia mieszkańców czy ogrom drapaczy chmur na Manhattanie, lecz o mieszankę ras, języków, nieskończony wybór przyjemności kulinarnych – to po pierwsze. Ponadto w moim odczuciu nie jest to typowe miasto z wysokimi budynkami stanowiącymi o liczbie zlokalizowanych tam instytucji finansowych czy hoteli. Patrząc na te wszystkie wysokościowce widać historię całego XX wieku, a nie tylko kilku ostatnich dekad i to właśnie jest tak ekscytujące. Trudno nawet porównywać Manhattan z City w Londynie, La Defense w Paryżu czy – za przeproszeniem – Sheikh Zayed w Dubaju.

Cztery dni w jednym mieście i tyle wrażeń. Bezpośredni lot z Doha to przy dobrych wiatrach trzynaście godzin – mój najdłuższy lot w życiu. Pierwszy raz za Wielką Wodą. Bezcennie było cały czas, ale chyba nic nie przebije tych dwudziestu minut spędzonych w powietrzu nad Manhattanem. Tak, nadal spełniam marzenia! Jeśli chcecie podpatrzeć jak się to robi w Nowym Jorku, to zapraszam na zdjęcia.

Manhattan - widok na Empire State Building z wieży Rockefellera

Dolny Manhattan - widok z helikoptera

Malezja po raz n-ty

Kolejne kroki w Malezji postawiłem pod koniec marca. Zanosi się na konkretną powieść w odcinkach, bo przecież nadal marzy mi się tam wrócić.

Tym razem, poza kolejną porcją zakupów w Kuala Lumpur (shopping w KL to moja nowoodkryta druga natura!) udałem się do Melaki (w angielskiej – kolonialnej – wersji zwanej Malakką) oraz na Wyżynę Camerona. Ale Malezja to przede wszystkim jedzenie – tego w Melace bynajmniej nie brakowało – podczas zwiedzania miasta na każdym kroku kusiły stragany z najróżniejszymi przekąskami. Niech pozostanie tajemnicą to, ile razy im uległem. Czas spędzony na wyżynach będzie mi się za to zawsze kojarzył z niemalże odurzającym zapachem herbaty – zarówno na plantacji herbaty, jak i w fabryce znanego producenta Boh. Ciąg dalszy opowieści (kiedyś, inszalla) nastąpi.

Malakka, Malezja

Tym razem moją uwagę zwróciło raczej niewidoczne gołym okiem rozwarstwienie społeczne (rasowe) obecne również w innych krajach regionu (np. Singapur, Indonezja). Sytuację doskonale opisał Tiziano Terzano w książce „Powiedział mi wróżbita” – gospodarni Chińczycy (nie mylić z obywatelami Ch.R.L) z jednej strony, tuż obok nich mniejszość hinduska, z drugiej strony Malajowie (tj. w uproszczeniu Malezyjczycy-muzułmanie) uważani za leniwych, niezdolnych do prowadzenia biznesu, narzekający na dominację tych pierwszych w gospodarczej sferze. Nad wszystkim czuwa rząd reprezentujący większość coraz bardziej narzucający islamskie zasady na nie-muzułmanów. Władza broni interesów większości – niby nic w tym złego, ale bilans centralnego zarządzania własnością nie jest dodatni (biznes odbierany jest Chińczykom i przekazywany w ręce Malajów).

Malakka, Malezja

Okazuje się, że Malezja – powszechnie uważana za kraj liberalny – cenzuruje media i popkulturę. Ostatnio Beyonce odwołała swój koncert bo zastrzeżono, że powinna być ubrana po szyję. Ponadto filmy są cięte (zupełnie jak w katarskim kinie), a drażliwe dla muzułmańskiej społeczności fragmenty piosenek po prostu wyciszane. Nie wiem co prawda jak wygląda malezyjska wersja Kubusia Puchatka, lecz na własne oczy widziałem (i słyszałem), jak wyciszono fragment programu o gotowaniu na kanale Discovery, w którym sławny prezenter (Brytyjczyk, o którym powszechnie w Malezji wiadomo, że jest muzułmaninem) wspomniał o (wieprzowej) słoninie. Potrójna moralność. Najwyraźniej wedle cenzorów tylko nie-muzułmanie o wieprzowinie mogą w Malezji mówić na każdym kroku, ba!, nawet mogą ją spożywać. Przesada? Oto realia końca pierwszej dekady XXI wieku!

Mimo wszystko już nie mogę się doczekać kolejnej wizyty w tym fascynującym kraju (jakieś Borneo może w końcu!?)

Zdjęcia? Bardzo proszę.

Plantacja herbaty na Wyżynie Camerona, Malezja

Oman po raz n-ty

Sięgam myślami do weekendu trzy tygodnie temu. Wspomnienia te okazują się niełatwe – jak przez mgłę, bo z perspektywy tysięcy mil, które od tego czasu pokonałem w drodze do wielu innych miejsc. Kiedy ja znajdę czas, żeby to wszystko tu opisać? Przecież najbliższe tygodnie zapowiadają się równie intensywnie!

Mój jubileuszowy (bo piąty już!) pobyt w Omanie upłynął pod znakiem trekkingu po górach, których w tym kraju nie brakuje. Planowałem to od dawna, a realizacja pomysłu okazała się jak zwykle bardzo spontaniczna (czy rozważanie takiej wycieczki ledwo na 24 godziny przed wylotem bez jakiegokolwiek przygotowania to dużo?)

Gwoździem programu był tym razem Jebel Akhdar – słynny z bogatej roślinności oraz położonych malowniczo wysoko w górach wiosek. Trochę wstyd, bo na poziom ponad 2000 m n.p.m. wdrapaliśmy się w niecałe 10 minut z naszym przewodnikiem … na pokładzie wysokolitrażowego land cruzera – ze względów czasowo-logistycznych nie mogliśmy rozpocząć ani zakończyć trekkingu u podnóża.

Droga na Jebel Akhdar w Omanie

Jebel Akhdar w Omanie

Drugiego dnia przeprawa częścią łańcucha górskiego otaczającego Maskat. Niezapomniane widoki i cisza pomimo bliskości olbrzymiego miasta.

Mutrah - Muscat, Oman

Szlak trekkingowy otaczający Maskat

Zachód słońca przy aromacie najlepszej na świecie (ja nie żartuję!) sziszy o smaku pomarańczowo-pomarańczowym.

Najlepsza na świecie - szisza pomarańczowo-pomarańczowa w Omanie

Ot weekend, jeden z wielu!

Trekking w Omanie. Więcej zdjęć na picasie.

Mumbai, India!

Wybrałem się do Bombaju tuz po powrocie z Malezji. Doleciałem – zgodnie z ostatnią tendencją – bynajmniej niebezpośrednio. W czwartki wieczorem jak zwykle trudno o miejsce na tej trasie (mimo, że leciał Airbus 340). A więc jak? Najpierw z Doha do Ahmedabadu, a potem to już dane mi było spróbować jak smakuje przelot krajowy w Indiach. Do Bombaju doleciałem ostatecznie na pokładzie tanich linii SpiceJet – lot sam w sobie pozytywny (Boeing 737NG pilotowany przez Niemca…), ale wspomnienie o lotnisku w AMD wrzucam do szuflady pt. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Po takim doświadczeniu, terminal w Bombaju to już bezwzględna cywilizacja (do wszechobecnego smrodu, o którym w swoich skeczach wspominał Russell Peters, można się szybko przyzwyczaić!).

Do rzeczy! Eksploracja przedmieść Bombaju, w tym okolicy lotniska, okazała się niezbyt przyjemnym doświadczeniem organoleptycznym. Jak to w Indiach. Jednakże wjazd do centrum pozostawiło całkiem pozytywne wrażenia, przy czym biorąc pod uwagę wielkość i rozpiętość tego miasta (nawet niektórzy jego mieszkańcy nie wiedzą gdzie się kończy), centrum pozwoliłem sobie zdefiniować jako tę jego część, która pozostawia całkiem pozytywne wrażenia właśnie. W Excelu nazywa się to odwołaniem cyklicznym. I wszystko jasne.

Bombaj - hotel Taj Mahal i Brama Indii

Bulwar dokoła zatoki – niemal jak w Doha. Plaża – (prawie) jak w Miami. Kolonialna architektura i mnóstwo drzew wzdłuż ulic (lub wręcz alei) – zupełnie jak w Paryżu (tylko modele samochodów jakieś takie nie z tego świata). I ruch uliczny trudniej znieść (cóż za eufemizm! – w zasadzie miałem na myśli to, że trzeba się nieźle starać, aby uniknąć śmierci pod kołami samochodów, rikszy, motorowerów, itp.)

Zatłoczone ulice Bombaju po zmroku

Z Bombaju najbardziej zapamiętam przepiękną wyspę, na której znajdują się imponujące Elephanta caves – wyryte w skale hinduistyczne świątynie; przepyszne kebaby przyrządzane na ulicy; wizytę w hotelu Taj Mahal –  w trakcie renowacji po zamachach terrorystycznych z 2008 roku (wyobraźnia daje do myślenia!). A ponad wszystko imprezę w bodajże najdroższym klubie, w jakim mi było w całym dotychczasowym życiu być, przy czym nie wydałem ani grosza… Przyjemnie było zobaczyć jak bawi się wyższa półka klasy średniej w stolicy Bollywood. Teraz to wypadałoby zajrzeć na południe Indii. Tylko kiedy!?

Kebab w Bombaju - jeden z najlepszych na świecie!

Zapraszam na zdjęcia.

Do Penang za 3$

Wycieczkę do Malezji zaplanowałem już w sierpniu (uwierzyłby ktoś?), przy okazji szalonej wyprzedaży biletów Air Asia (południowoazjatycki Ryanair, wyprzedaż też zorganizowana na wzór europejskiego giganta). Wybór destynacji był bardzo prosty i ograniczał się do tych miast, do których oferowano najtańsze bilety. Kuala Lumpur – Penang kosztowało niecałe 3$, z opłatami. Było całe mnóstwo innych miast w regionie, do których mogłem polecieć z KL za 6$ albo i 9$, ale nie spełniały tego najważniejszego kryterium wycieczki, którym było właśnie polecieć byle gdzie, najtaniej jak to tylko możliwe i przy okazji wypróbować Air Asia (o której w świecie coraz głośniej).

Penang - Perła Orientu

Po sześciu miesiącach w końcu nadszedł ten długo oczekiwany wyjazd (zdążyłem o wszystkim zapomnieć kilka razy, w końcu to tylko 3$ w jedna stronę!). Szczegółowo obmyślony plan się trochę posypał – w pewien sobotni poranek miałem za 3$ pierwszy raz w życiu lecieć na pokładzie Air Asia z Kuala do Penang. Zamiast tego, pierwszy raz do samolotu Air Asia było mi dane wsiadać w Singapurze, w pewne piątkowe popołudnie poprzedzające ów – długo wyczekiwany – sobotni poranek. Doleciałem w końcu do KL, a przyjemność ta kosztowała całe 75$. Do dziś jednak nie mogę wybaczyć koledze z działu, który tak bardzo przesadził z overbookingiem na locie do Kuala, że zabrakło dla mnie miejsca. Dobrze, że chociaż na Singapur udało się dostać! Swoją drogą, historia lubi się powtarzać – półtora roku temu leciałem do Singapuru przez Kuala Lumpur (winny był ten sam kolega oczywiście). Elastyczność w takich podróżach to podstawa.

Penang - Perła Orientu

A Air Asia? Przyjemnie na pokładzie, przyjemnie na lotnisku – dosyć sprawni są i efektywni – trzeba to przyznać, choć mogliby zrobić porządek z rozkładami (inna godzina wylotu na bilecie, inna na lotniskowych tablicach, jeszcze inna na karcie pokładowej w dwóch na trzech przypadkach to w sumie lekka przesada…). Pomijam dwugodzinne opóźnienie z powodu awarii technicznej, bo za stawianie bezpieczeństwa ponad wszystko należy moim zdaniem pilotów oklaskiwać, a nie ganić. Olej kapał z silnika (!) – oto mam kolejne doświadczenie w biografii. Pozytywne myślenie to podstawa.

Świątynia Kek Lok Si w Penang w Malezji - dekoracja na chiński nowy rok

A Penang, czyli Perła Orientu? Cudne. Nie wszystko zdążyłem zwiedzić w ciągu dwu dni, ale było warto. Wyspa położona jest kilka kilometrów od zachodniego wybrzeża Półwyspu Malajskiego. Bogata historia pełna przeplatających się kultur: malajskiej, chińskiej, indyjskiej i europejskiej jest wystarczającym powodem do jej odwiedzenia. A ponad wszystko jest to raj dla miłośników smakowitego jedzenia, z którego słynie nawet pośród Malajów… Assam laksa (ze straganu na brudnej ulicy przy plastikowych stołach i rozpadających się krzesłach) i zimne teh tarik na deser potrafią człowieka uszczęśliwić! Człowieka takiego, jak ja – coraz bardziej zauroczonego Malezją (może i zabujanego?).

Malaysia – Truly Asia!

Zdjęcia powiedzą więcej. Zapraszam.

Wybierz Blog Roku 2009

Nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy, żeby zgłosić te wszystkie moje wypociny do konkursu na Blog Roku 2009. Kategoria: Podróże i szeroki świat. Cóż, trzeba dać sobie szansę, a szczęściu pomóc.

Aby przejść do kolejnego etapu konkursu, sam tej pomocy teraz od Ciebie właśnie potrzebuję.

Jeśli podoba Ci się Sky is NOT the limit to wyślij smsa, szczegóły tutaj. Masz czas do 21 stycznia.

Sam z zagranicy nie jestem w stanie wysłać ani jednego. To się nazywa gra fair! Dochód z smsów szczytny, więc bardzo proszę nie krępować zbytnio portfeli!

Blog biorący udział w konkursie Blog roku 2009

Weekend w Jemenie

Jemen zapiera dech w piersiach – dosłownie i w przenośni. Na wydolność płuc niewątpliwie wpływa położenie – ponad 2000 m n.p.m. (efekt zwielokrotniony w przypadku osoby żyjącej na co dzień na pustyni – ledwo 2 m n.p.m.) Przepiękna orientalna architektura, wszechobecne góry, różnorodność i unikalność lokalnej kuchni, atmosfera i zapachy na bazarach oraz – ponad wszystko – szaleni kierowcy nieprzestrzegający absolutnie żadnych zasad także nie pozostają bez wpływu na miarowość oddechu. A do tego wszystkiego ostrzeżenia przed zamachami terrorystycznymi.

Jemen - pałac imama niedaleko Sany

Nie ma co ukrywać, że Jemen to destynacja dla wytrwałych podróżników. Spotykając innego turystę po drodze można być prawie pewnym, że okaże się osobą równie pozytywnie zakręconą. Jest pomiędzy turystami w Jemenie jakaś niewypowiedziana więź.

Stolica Jemenu to jedno z najstarszych miast świata istniejących do dziś (obok Jerycha, Aleppo i Damaszku) – uważa się, że Sana została założona przez syna Noego! Stare miasto zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO – piękno starej Sany trudno opisać słowami, użyję zatem słów z przewodnika Lonely Planet: to jedno z najpiękniejszych miast na Ziemi! Nic dziwnego zatem, że znajdują się śmiałkowie chcący ten kraj zwiedzić pomimo istniejących zagrożeń. Ja też się odważyłem i – jak widać – wróciłem cały i zdrowy. Teraz mogę z czystym sumieniem polecać – dwa dni w Sanie i najbliższych okolicach. Bezcenne.

Zapraszam na zdjęcia.

Jemen - stare miasto w Sanie

Republika Chińska czyli Tajwan

Droga na Tajwan w czasie muzułmańskich świąt Eid-Al-Adha nie była najkrótsza, ale było warto. Ze względu na obłożenie niemal wszystkich lotów musiałem wykazać się myśleniem out of the box, w wyniku czego znalazłem się na pokładzie samolotu lecącego do Japonii. W ten oto sposób po niemal pięciu latach miałem okazję triumfalnie powrócić do kraju, od którego moja przygoda z dalekimi podróżami się zaczęła. Czy muszę dodawać, że wtedy przy wylatywaniu z Japonii miałem przeczucie, że już nigdy nie będzie mi dane tam powrócić? Jak bardzo się myliłem!

Przy okazji tej krótkiej i nieplanowanej wizyty zwiedziłem cud inżynierii przełomu tysiącleci – japońskie lotnisko Kansai koło Osaki. Niestety muszę przyznać, że bardziej zachwyciło mnie po obejrzeniu filmu na National Geographic niż w rzeczywistości.

A Tajwan? Zachwycił mnie bogactwem krajobrazu, zielenią, pysznym jedzonkiem, które okazało się lepsze i tańsze niż w Hong Kongu! W tym porównaniu Tajpej wypada lepiej także pod względem ilości i jakości przestrzeni miejskiej, przy czym wydaje się równie przyjazne dla turystów. Moim zdaniem jest to skrzyżowanie Hong Kongu (ciasne uliczki i wszechobecna komercja) z Singapurem (instrukcje obsługi i znaki zakazu dominują krajobraz miejski) oraz Pekinu (wspomniana przestrzeń miejska plus nutka socjalizmu – ależ to skojarzenie musi być obraźliwe dla Tajwańczyków!).

Taipei 101 - najwyższy użytkowany dziś budynek na świecie

Tajwan to doskonałe miejsce na wyprawy rowerowe i wycieczki po górach. Tylko trzy dni pobytu wystarczyły, abym stwierdził, że chcę do Republiki Chińskiej wrócić. I to jak najszybciej! Tylko skąd wziąć tyle urlopu?!

Zapraszam na zdjęcia.

Najlepsze chińskie pierogi są na Tajwanie!

Uganda – Perła Afryki

Jeśli wierzyć słowom Churchilla, Uganda to perła Afryki. Coś w tym chyba jest, bo ten kraj wydał mi się niezwykły już z lotu ptaka. Wszechobecna zieleń krajobrazu zapowiadała intensywność wrażeń wizualnych. Nawet lądowanie na lotnisku w Entebbe było niezapomnianym wydarzeniem ze względu na jego niezwykłe położenie – tuż nad brzegiem Jeziora Wiktorii.

Uganda - Jezioro Wiktorii

Uganda to skondensowana Afryka – podobno wszystko, co ten kontynent ma do zaoferowania, można znaleźć właśnie tu. Ze względu na niedawną przeszłość polityczną nie spieszno turystom do Ugandy. I dobrze, bo dzięki temu mieszkańcy tego kraju szanują każdego przybysza bardziej niż Kenijczycy. Zapraszam w podróż do Ugandy. Skondensowaną do tylko dwóch dni tym razem. Aż dwóch dni! W Ugandzie!

Uganda - dzieci w rybackiej wiosce nad Jez. Wiktorii

Translate »