Burj Khalifa czyli Burj Dubai

I znowu przychodzi mi pisać w temacie rzeczy bezcennych i kart płatniczych.

Burj Khalifa czyli Burj Dubai

Zwiedzanie – 30$

Koszt budowy – 1,5 mld $

Wsparcie od zamożniejszych sąsiadów z Abu Zabi – 10 mld $

Zmiana nazwy ikony Dubaju na Wieża Chalify – bezcenne!

Są rzeczy, których nawet twoja rodzina nie może kupić. Za całą resztę zapłaci Narodowy Bank Abu Zabi.

 

Otwarty kilkanaście dni temu najwyższy budynek świata, o którym głośno było już w fazie projektowej, znany i reklamowany dotąd (znaczy przez wiele lat!) jako Burj Dubai (Wieża Dubaju), został w ostatniej chwili przemianowany na Burj Khalifa (Wieża Chalify, z wdzięczności wobec prezydenta ZEA, szejka Chalify bin Zaida an-Nahajana). Fakt ten musiałem sprawdzić w kilku źródłach, zanim przestałem traktować tę wiadomość jako żart.

Mamy oto do czynienia ze szczytem absurdu, nawet jak na standardy obowiązujące nad Zatoką Perską. Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Trudno o lepszy przykład!

Relacja z otwarcia Burj Khalifa na blogu Ciekawej Świata. Polecam!

Bezcennie w 2009

Nowy rok to zwykle okazja do podsumowań. Ja też się skuszę, choć łatwo nie będzie. Bo jak niby podsumować rok, w czasie którego pokonało się dystans odpowiadający połowie drogi z Ziemi na Księżyc. Żeby tę trudność lepiej zobrazować dodam, że liczba bezcennych doświadczeń spowodowała, że zostałem zmuszony wprowadzić podział na podkategorie, za które nie zapłaci się: a) standardową, b) złotą, c) platynową Mastercard.

Kategoria złotej karty Mastercard - Oman

Rok dobrze się zaczął, bo całkowicie spontanicznie udało mi się pierwszy raz w życiu (!) zawitać do Londynu – miasta, w którym chyba każdy Polak w moim wieku bywał (najwyraźniej oprócz mnie). Potem nastała faza powrotów – po to przecież w tym szaleńczym tempie podróżuję, żeby właśnie przekonać się, czy warto w dane miejsce wrócić. Bangkok. Bali i Jawa – pierwszy bodajże w dorosłym życiu urlop z prawdziwego zdarzenia – od początku do końca. Wspinaczka na wulkan Bromo o świcie. Tego się nie zapomina.

Dalej narty w Alpach z przystankiem w Hong Kongu w celu spożycia lokalnych specjalności kulinarnych. Przed-przedostatni w historii koncert Tiny Turner, na który dojechałem utęsknionym rowerem – w końcu miało to miejsce w Holandii.

Wielbład na drodze. Bezcenne!

I ponownie z kategorii Wielkie Powroty: Stambuł i Paryż (salon w Le Bourget podpadający jednak w kategorię Dopiero pierwszy raz?!). Wreszcie triumfalny powrót do Omanu – w końcu celem wyprawy było jego podbicie. I się udało. W dobrym towarzystwie wszystko się udaje. Najnudniejsza droga świata wedle Lonely Planet. Wyprzedzanie policyjnej terenówki przy prędkości o 48 km/h większej niż dozwolona wpada do szuflady pt. Co bym dał, żeby to powtórzyć?

Odkrycie źródła Nilu i oko w oko z obżartymi lwiątkami, wino w masajskiej lepiance – Warto przeżyć taka chwilę. Następnie bardzo spontaniczna podróż na Tajwan (Poproszę o więcej urlopu żeby tam wrócić jak najszybciej). Przez Japonię (Wielkie powroty). Przy okazji pojawił się pomysł oblecenia świata dookoła w pięć dni – już sam fakt, że na to wpadłem, należy uznać za coś bezcennego. Wszystko przede mną!

Kategoria platynowej karty Mastercard - Jezioro Wiktorii w Ugandzie

A na deser? – Jemen. Nawet tam wszystko się udało. Spacer – w towarzystwie miejscowych przyjaciół – po najciemniejszych zaułkach stolicy państwa, w którym wedle doniesień rządzi Al Kaida. Platynowa Mastercard. Czego chcieć więcej?

Co w 2010 roku? Plan jest ambitny. Czy uda się pokonać drugą połowę drogi na Księżyc? Wyprawa dokoła świata w pięć dni na pewno w tym pomoże (aha, ja tak na poważnie! Kto mnie nie zna, niech śledzi bloga w oczekiwaniu na dowody – ta wycieczka też będzie spontaniczna!).

Nie zamierzam ścigać się sam ze sobą. To byłoby bez sensu (i coraz trudniejsze). Będę ścigał się z szefową – w końcu to ona – jak to szefowa – mnie do tego motywuje!

Na Nowy Rok – szczęśliwych powrotów i spontaniczności wszystkim życzę!

Weekend w Jemenie

Jemen zapiera dech w piersiach – dosłownie i w przenośni. Na wydolność płuc niewątpliwie wpływa położenie – ponad 2000 m n.p.m. (efekt zwielokrotniony w przypadku osoby żyjącej na co dzień na pustyni – ledwo 2 m n.p.m.) Przepiękna orientalna architektura, wszechobecne góry, różnorodność i unikalność lokalnej kuchni, atmosfera i zapachy na bazarach oraz – ponad wszystko – szaleni kierowcy nieprzestrzegający absolutnie żadnych zasad także nie pozostają bez wpływu na miarowość oddechu. A do tego wszystkiego ostrzeżenia przed zamachami terrorystycznymi.

Jemen - pałac imama niedaleko Sany

Nie ma co ukrywać, że Jemen to destynacja dla wytrwałych podróżników. Spotykając innego turystę po drodze można być prawie pewnym, że okaże się osobą równie pozytywnie zakręconą. Jest pomiędzy turystami w Jemenie jakaś niewypowiedziana więź.

Stolica Jemenu to jedno z najstarszych miast świata istniejących do dziś (obok Jerycha, Aleppo i Damaszku) – uważa się, że Sana została założona przez syna Noego! Stare miasto zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO – piękno starej Sany trudno opisać słowami, użyję zatem słów z przewodnika Lonely Planet: to jedno z najpiękniejszych miast na Ziemi! Nic dziwnego zatem, że znajdują się śmiałkowie chcący ten kraj zwiedzić pomimo istniejących zagrożeń. Ja też się odważyłem i – jak widać – wróciłem cały i zdrowy. Teraz mogę z czystym sumieniem polecać – dwa dni w Sanie i najbliższych okolicach. Bezcenne.

Zapraszam na zdjęcia.

Jemen - stare miasto w Sanie

Święto narodowe

18 grudnia wypadło w Katarze święto narodowe – niebywała okazja dla Katarczyków, aby pokazać swoją dumę, a dla obcokrajowców – aby zobaczyć, jak nietypowo święto takie można obchodzić.

Były parady (raczej na kołach), pokazy lotnicze, pokazy sztucznych ogni, wizerunki władcy na każdym kroku (a zwłaszcza na samochodach oczywiście), pojawił się nawet sam emir (w swoim mercedesie).

Zapraszam na filmik, który pomoże waszej wyobraźni. A o tym jak i gdzie ja obchodziłem to święto napiszę już wkrótce.

Wolność słowa inaczej

O wolności słowa w Katarze pisałem wielokrotnie. Do tematu powracam przy okazji wojny, która wybuchła na miejscowym portalu (qatarliving.com), a potem również w prasie. W jej wyniku o mały włos forum owego nie zamknięto!

Zaczęło się od tego, że jedna z użytkowniczek (notabene profesor historii sztuki) szyderczo skomentowała zachowanie miejscowej młodzieży w trakcie narodowego święta:

„[…]święto narodowe, które powinno być czasem świętowania i dumy, tymczasem zaprezentowano ten kraj i Katarczyków w strasznym świetle bezprawia, arogancji i braku szacunku dla innych, jak również własności […]Jeden idiota biegał w masce Osamy bin Ladena podbiegł do emigrantów w samochodzie i próbował ich przestraszyć. Katar, możesz dziś być z siebie dumny.”

Profesor Clayton, pisząca pod pseudonimem „PM”, dalej opisuje scenę, w której młodzi Katarczycy pędzili ulicami kierując stopami lub siedząc na przedniej szybie, opryskiwali samochody kremem do golenia, ogłuszając muzyką i biegając po ulicach z tradycyjnymi mieczami, bez policji w zasięgu wzroku i przy dźwięku syren karetki niebędącej w stanie przejechać.

A potem nastała lawina wypowiedzi innych sfrustrowanych, np.:

– Myślę, że Katar jest najgorszym, najbardziej nudnym miejscem do życia – napisał kanadyjski ekspat.

– Niewiele czasu zajęło mi zanim zdałem sobie sprawę, jakie to jest naprawdę straszne miejsce […] Nawet nie rozważajcie pomysłu przeprowadzki do Kataru. Jest nudno, rozczarowująco i obrzydliwie! – wtórował mu ktoś inny.

Komentarze nie spodobały się wielu Katarczykom (nic dziwnego), którzy zaczęli nawoływać reklamodawców do bojkotu portalu internetowego oraz przywoływali wiele innych niepochlebnych wypowiedzi, które pojawiały się na forum wcześniej.

Dyskusja zrobiła się na tyle gorąca, że właściciel forum postanowił prowokacyjny wątek usunąć! (czyżby z lęku przed cenzurą?) Autorka wypowiedzi, od której wszystko się zaczęło, przeprosiła wszystkich, którzy poczuli się dotknięci. To nie wystarczyło – najbardziej dotknięci Katarczycy dążą teraz do zamknięcia portalu. Założyli nawet w tym celu specjalną grupę na Facebooku. I zapowiadają, że użyją swoich wpływów. A jeśli w Katarze komuś się nie podoba, to zachęcają do opuszczenia kraju i zapewniają, że bez zagranicznej siły roboczej sobie poradzą. Czy ktoś traktuje ich serio?

A prawda – jak zwykle – leży po środku.

Ladies night po katarsku

Jak wygląda impreza pod hasłem ‘ladies night’ w Katarze? Interesująco.  Większość uczestników to mężczyźni, napaleni na to, że idąc na ‘ladies night’ spotkają dużo kobiet, tzn. więcej niż na innych imprezach „niekobiecych”. Tymczasem skutek jest odwrotny – proporcje płci są jeszcze gorsze niż w pozostałe dni tygodnia, bo na nie faceci owszem ciągną tłumami, ale nie aż tak, jak na ‘ladies night’.

Przyznaję, byłem na takiej imprezie raz, ale początkowo miałem spore opory. Przekonała mnie piękniejsza część mojej katarskiej rodziny, to znaczy siłą zostałem tam zaciągnięty, albo i zachęcony założeniem, że na imprezie będzie dużo (zgodnie z nazwą przecież!) kobiet!

A potem się zaczęło – przyznałem się w pracy, że byłem i oczywiście zaczęli się ze mnie śmiać, bo sugerowali, że byłem jedynym facetem na babskiej imprezie. Nic bardziej mylnego. Na ich miejscu też bym chyba nie dał wiary. Najwyraźniej nie znają katarskich realiów.

Na ‘ladies night’ w najbliższym (a może też i dalszym) czasie nie zamierzam się wybierać. Szkoda pieniędzy na wjazd – panowie płacą słono i w cenie nie ma nic, a panie nic nie płacą i dostają za darmo dwa drinki. Mechanizm jest banalny, sami przyznajcie. Tylko gdzie tu równość?! – to się nazywa subsydiowanie krzyżowe, w UE by tego zakazali! Poza tym proporcje płci – jak już wspomniałem – są lepsze na innych imprezach, ale wciąż do ideału im dużo brakuje. Da się przyzwyczaić – to w końcu Doha, Katar. Jak donoszą media osobników męskich jest na naszym półwyspie 75,7%!

Mandaty droższe od samochodów

No i stało się. Po raz kolejny w ciągu ostatnich lat katarski rząd wprowadził nowe przepisy dotyczące kar za wykroczenia na drogach. O ile poprzednie zmiany wywoływały wśród nas dreszczyk emocji i nieśmiałe oburzenie, o tyle tym razem reakcja ludu jest nieco odmienna – o dreszczyku nie ma już mowy, co najwyżej o dreszczowcu jakimś albo innym filmie grozy. Wyczuwa się w powietrzu bezsilność wobec naiwności władz połączoną z niedowierzaniem, że ktoś taką zmianę regulacji naprawdę zaaprobował. Ponadto śmiech i łzy.

Główna zmiana tyczy się kwot, jakie przyjdzie zapłacić tym, którzy łamać prawo się odważą. Najtaniej wyjdzie używanie telefonu komórkowego, które będzie kosztować 3-10 tys. rijali i/lub do jednego roku więzienia. Kary za wszystkie pozostałe wykroczenia wpadają do drugiego wora – 10-50 tys. rijali (3-15 tys. USD!!!) i/lub od jednego miesiąca do trzech lat więzienia (!!!). Nie wiadomo od czego będzie zależeć ostateczna kara. Wymieniono podstawowe wykroczenia – jazda bez prawa jazdy, na bani, pod prąd, bez zapiętych pasów, na czerwonym świetle, przekraczanie prędkości, ucieczka z miejsca wypadku, itd., itd. Na uwagę zasługują także – powodowanie hałasu i zanieczyszczanie środowiska, nieustąpienie pierwszeństwa policji i ambulansom (na sygnale lub bez? – tego nie sprecyzowano!). Jeśli ktoś chciałby się pogłowić nad tym, co autor przepisów miał na myśli to polecam ‘niepozostawienie wystarczającej ilości miejsca między pojazdami’ – za to również grozi kara pieniężna i/lub do trzech lat więzienia!!! A co powiecie na:

* nieprzestrzeganie norm moralności publicznej – tu niby w wersji angielskiej oficjalnego dokumentu jest literówka – mortality (śmiertelność) zamiast morality, ale może nie czepiajmy się szczegółów (za to tylko 3 punkty karne…)

* oddanie „licencji” osobie, która „licencji” nie posiada – 2 punkty (trudno o większy absurd!)

Czyż nie brzmi to jak jakiś horror?

Katarscy władcy po raz kolejny łudzą się, że łamanie przepisów drogowych uda się wyeliminować poprzez podnoszenie kar. Owszem, jest to wykonalne, jeśli tylko egzekucja tychże będzie na cywilizowanym poziomie (przoduje w tym bodajże Skandynawia). O jakiejże egzekucji prawa można w Katarze mówić skoro nawet policjanci rozmawiają przez komórkę w trakcie jazdy?! Poza tym trudno mi sobie wyobrazić policjanta – Katarczyka wręczającego mandat innemu Katarczykowi za to, że w trakcie prowadzenia błyszczącego land cruzera trzymał syna na kolanach, podczas gdy córka stała pomiędzy fotelami z głową wystającą przez szyberdach. I tak dalej, i tak dalej. A przecież taki obrazek jest zupełną codziennością w tym pustynnym kraju …

Jak już dostanie się mandat, trzeba będzie sprzedać samochód… Jak zauważył kolega w pracy, taniej byłoby jeździć taksówką, albo z prywatnym szoferem!

Zamki na piasku – w Dubaju

Ledwo zdążyłem napisać o leniwych Emiratczykach, a tu – proszę – kolejne wieści zza miedzy. I to jakie! Wszyscy już pewnie słyszeli o utracie płynności finansowej przez jedną z największych dubajskich firm, za którą stoją m.in. ekstrawaganckie inwestycje w nieruchomości (chociażby wyspy w kształcie palmy czy mapy świata).

Dubaj do tej pory był symbolem luksusu i bogactwa. I takim z pewnością pozostanie, w końcu zatrudniają tam najlepszych speców od marketingu! Teraz do tego wszystkiego doszło jeszcze jedno miano – niepewność o jutro. Cały świat wstrzymał oddech, okazało się, że wieści z tego malutkiego emiratu wpłynęły na notowania giełdowe na całym świecie! Jakby nie patrzeć, Dubaj osiągnął to, na co pracował przez ostatnie dwadzieścia lat – ważne miejsce na mapie świata. Ale jakim kosztem?
Czy jest jeszcze ktoś, kogo muszę dalej przekonywać, że Dubaj nie jest tym, na co się kreuje? Z Katarem nie jest lepiej, ale marketing jest jakiś taki kiepściejszy – niższe oczekiwania, a zatem mniejsze rozczarowanie.

Leniwi Emiratczycy

Prasa donosi, że pięciuset obywateli Zjednoczonych Emiratów Arabskich zostało wpisanych na czarną listę przez instytucję będącą w części odpowiednikiem urzędu pracy. Powodem było konsekwentne odrzucanie ofert pracy przez owych niegodnych obywateli ZEA. Aby dostać się na tę listę wystarczyło odmówić co najmniej sześciu potencjalnym pracodawcom, lub nie pojawiać się na rozmowach o pracę. Wśród ukaranych znaleźli się i tacy, którzy bronili się przed podjęciem pracy niemożnością noszenia munduru lub niedogodnością pracy zmianowej.

Wszystko to w ramach programu emiratyzacji, czyli zwiększania czynnego udziału rodzonych Emiratczyków w rynku pracy. Oficjel owego urzędu zaznaczył, że intencją bynajmniej nie było karanie obywateli. Pewnie że nie, przecież teraz „ukarani” mają oficjalną wymówkę żeby nie pracować! I dopięli swego!

A program emiratyzacji jak kwiczał, tak kwiczy! Z kataryzacją jest podobnie. Do sukcesu wprawdzie brakowało niewiele – przykład Omanu i tamtejszego programu omanizacji pokazuje, że wystarczyło mieć mniejsze złoża naftowe i trochę twardziej stąpać po ziemi. Kto był w Omanie temu zapewne nie raz było dane być obsługiwanym w warzywniaku przez „lokalsa”. Rzecz w krajach sąsiednich jak na razie nie do wyobrażenia! Może to i lepiej?

Mostem z Abu Zabi do Doha

Już całkowicie im się w d…ch poprzewracało. Most łączący stolice dwóch krajów regionu ma mieć 65 km długości i umożliwi podróżującym drogą „lądową” pominięcie Arabii Saudyjskiej. Już sam fakt, że ktoś wpadł na ten pomysł i poddał pod rozwagę biura projektowego zakrawa na jakiś dowcip, tudzież paranoję. W sumie to ja rozumiem, że w tym regionie panuje chroniczna nadpodaż pieniądza, więc wydanie 13 miliardów dolarów rzeczywiście może w tym problemie pomóc. Daty rozpoczęcia ani tym bardziej ukończenia projektu nie podano.

Translate »