Tbilisi! Gruzja!!!

Jak może się skończyć wystawienie do wiatru przez kumpla, który na 105 (!) minut przed wylotem wycofał się ze wspólnych weekendowych planów podróżniczych do dalekiej Azji?

Taka sytuacja wyjściowa, trzeźwość umysłu (niekoniecznie była to błahostka o pierwszej w nocy!), kilka nerwowych telefonów do przyjaciół i szczypta spontaniczności – tylko tyle i aż tyle wystarczyło, aby spędzić fantastyczne dwa dni na wschodnich krańcach … Europy i przy okazji dokonać odkrycia na wagę złota.

Cóż takiego jest w Gruzji, że większość turystów (jeśli nie każdy) wyjeżdża z niej zauroczona? Jak to się dzieje, że latać do Gruzji uwielbiają nasze załogi, w tym zazwyczaj wybredni Azjaci? Z kim w Katarze bym nie rozmawiał, chciałby do Tbilisi wrócić, i to jak najprędzej. Ostatnio też się do tej grupy zaliczam.

Autor jednego z przewodników po mieście ocenił, że Tbilisi jest odświeżająco ludzkie. Coś w tym jest. Znana z innych miejsc powszechna komercjalizacja, towarzyszące jej agresywny marketing, dbałość o spójność wizerunkową globalnych marek i cała reszta tej powtarzalnej nudy jeszcze się tu nie zadomowiły (Starbucks’a nie uświadczysz!). Powoli się to zmienia, ale to stare, bo założone ponad 1500 lat temu, miasto, tak łatwo globalizacji nie ulegnie, bo jego mieszkańcy noszą w sobie dumę. Z korzyścią dla nich samych i turystów. W tej samej publikacji doczytałem się stwierdzenia, że w Tbilisi panuje „szczere niedołęstwo”. Z jednej strony kosztowne renowacje starych budynków, których efektem jest przesadna sterylność, a z drugiej rudery o każdym możliwym stopniu (nie)używalności.

Tbilisi urzeka pod wieloma względami. Jak tu nie ulec zalotom tego stołecznego miasta, skoro na każdym kroku, w środku lata, można kupić świeże, dojrzałe pomidory, śliwki, arbuzy, morele, brzoskwinie…  I to wcale nie idealne z wyglądu, lecz z naturalnymi wadami – tu plamka, chropowatość, tam przypalenie słońcem, gdzie indziej ślad po robaku. Czym ja się zachwycam!? Zrozumieją ci, którzy tak jak ja mieszkają na pustyni i w sklepach do wyboru mają „plastikowe” warzywa i owoce bez smaku.

O zaletach gruzińskich napitków produkowanych z winogron rozpisywać się nie trzeba. Mnogość sklepów winiarskich z ofertą pod turystów początkowo mnie przeraziła, ale któż by się przejmował, skoro ceny są umiarkowane, a w Katarze trwa właśnie Ramadan?  Wino do obiadu, wino do deseru, wino do kolacji. Do wyboru, do koloru. W doborze pomógł nam Giorgi – świeżo upieczony magister o winnej specjalności (!), którego zapoznaliśmy na degustacji w sklepie, w którym pracował. Zaproponował, że w swoim wolnym dniu obwiezie naszą paczkę po okolicy. Zapaleni couchsurferzy takich ofert nie odrzucają!

Pomiędzy kolejnymi stakanami wina należało coś przegryźć. Również i pod tym względem Gruzja nie zawodzi. Chinkali (czyli mięsne pierożki z rosołkiem), chaczapuri (zapiekane placki z serem i innymi dodatkami), szaszłyki cielęce i wieprzowe, phali ze szpinakiem lub burakami z dodatkiem granatu i orzechów włoskich, do tego najróżniejsze sery, surówki. Prawdziwy raj dla kubków smakowych! Do wypróbowania pozostało wiele innych tradycyjnych dań gruzińskich. Nie mam wyjścia, muszę do Tbilisi wrócić!

Tak oto, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, niejako z rozbiegu (acz z międzylądowaniem w Baku), Gruzja wskoczyła na jedno z czołowych miejsc w moim plebiscycie na Odkrycie Dekady. Czy przyszłe doświadczenia potwierdzą, że zasługuje na tę silną pozycję?

Więcej zdjęć na Picasa.

Rowerem po Tajwanie

Już w trakcie mojej pierwszej wizyty na Tajwanie postanowiłem, że tam wrócę. Na każdym kroku przekonywano mnie, że jest to doskonałe miejsce na wyprawy rowerowe i wycieczki po górach. Różnorodność krajobrazu to bodaj najważniejszy atut, ale w miarę dobrze rozbudowana infrastruktura rowerowa niewątpliwie też przyczynia się do popularności turystyki rowerowej. Uprawiają ją Tajwańczycy, zagraniczni rezydenci, jak i turyści. W końcu i ja się temu poddałem i postanowiłem sprawdzić jak to jest podróżować rowerem po Tajwanie.

Po przylocie na Tajwan (z przygodami, a jakże!) daję sobie dwa dni na aklimatyzację. Delektowanie się lokalną kuchnią bardzo w tym pomaga, nie zapominając o lokalnych trunkach.

Tajwański znajomy pożycza mi swój rower, jedziemy na podstawowy przegląd sprzętu w serwisie. Następnie przy pakowaniu sakiew dwa razy upewniam się, co do prognozy pogody na trasie. Wychodzi na to, że trzeba wziąć ciuchy na każdą pogodę, włącznie z rękawiczkami i wełnianą czapką. Nieważne, że na starcie jest tropikalne 30 stopni…

Przede mną sześć samotnych dni na obcym rowerze, w obcym kraju. W plecaku mam mapę i nakreślony przez kolegę plan wyprawy z nic dla mnie nieznaczącymi nazwami miejscowości: tam się zatrzymać, tu spać tego dnia, a tego dnia „coś sobie znajdziesz, o tam”.

Mojej ekscytacji towarzyszy poddenerwowanie – przecież tak naprawdę, to ja nigdy na wyprawie rowerowej nie byłem! Owszem, jeździłem w życiu więcej niż przeciętny Polak, bywało i tak, że dzień w dzień, po kilkadziesiąt kilometrów, ale nigdy z bagażem, z A do B, z B do C, itd.

Otuchy dodaje fakt, że mój dwukołowiec jest bardziej wprawiony ode mnie – m.in. z sukcesem przebył trasę podobną do zamierzonej przeze mnie (czy ma znaczenie, że było to 8 lat temu i trochę się od tamtego czasu zestarzał?)

Jest piękna, słoneczna niedziela. Wczesna pobudka, porządne śniadanie i jestem gotowy do drogi. Pierwszego dnia do zrobienia jest 72 km, zaczynam w Taichung – aglomeracji położonej na południe od Tajpej, a moim celem jest Sun Moon Lake.

Ruszam.

Pierwsza niespodzianka zdarza się po stu metrach – odpinają się sakwy (konkretnie ich mocowanie do bagażnika) a rozpędzony rower ciągnie je po asfalcie do momentu zatrzymania. Niezły początek – myślę sobie. Szybko zakładam je z powrotem na rower i ruszam dalej.

Po kolejnych 20m sakwy spadają znowu. Początkowo nie rozumiem co się stało, ale problem wyjaśnia się bardzo szybko – moje europejskie stopy oparte na pedale są tak długie, że trącają sakwy przy kręceniu. Tylko tego brakowało!

Nie zamierzam się poddawać. Stosuję dodatkowe zapięcie i – nie tracąc czasu – ruszam ponownie. Próbuję pamiętać o odpowiednim ustawieniu stóp na pedale, choć nie jest to najwygodniejsze i nie wróży najlepiej na dłuższą metę. Przez kolejne dni, mimo moich najlepszych intencji, sakwy spadną dobre kilkanaście razy…

Początkowo trasa biegnie pod wiaduktem, na którym poprowadzona została autostrada. Brak możliwości zweryfikowania drogi z drogowskazami (takich przecież pod autostradą nie stawiają!) powoduje, że po godzinie jazdy się gubię. Zupełnie nieświadomie wróciłem do samego centrum Taichung, tyle, że od drugiej strony! Dwie godziny w plecy, i to pierwszego dnia! O stresie i zmęczeniu nie wspominam.

Mapa googla podpowiada alternatywną drogę do Sun Moon Lake, z której postanawiam skorzystać, bo odnalezienie pierwotnej trasy mogłoby być równie problematyczne jak wcześniej.

Okazuje się, że alternatywna trasa wiedzie przez góry i oznacza dla mnie trzy godziny morderczej wspinaczki, po której był 40-minutowy zjazd do wysokości wyjściowej. Jak ja mogłem tego nie przewidzieć patrząc na mapę google? Kłania się brak doświadczenia …

Jestem wykończony, słońce chyli się ku zachodowi, a ja – zamiast dojeżdżać do Sun Moon Lake, które położone jest na wysokości 800m, jestem u jego stóp i mam za sobą niepotrzebną wspinaczkę na 750m!

Na szczęście po drodze jest największe miasto w okolicy – Puli, do którego dojeżdżam o zmroku i z pomocą patrola policji znajduję nocleg. Prysznic, pyszna kolacja, spacer po mieście połączony z zakupami – jak ja znalazłem na to wszystko siły?

Pierwszy dzień postanawiam zakończyć tradycyjnym chińskim masażem stóp i ramion, który okazał się najlepszym, jaki w życiu miałem! Terapeutycznego masażu pośladków nie było w ofercie, a szkoda, bo chyba oczywistym jest, że po takim dniu na rowerze taka terapia by się przydała.

Przede mną kolejne dni, oby również były wypełnione przygodami i spotkaniami z nieprzeciętną ludzką serdecznością, jak do tej pory.

Początek wyprawy rowerowej nie odbył się zgodnie z planem. Ale któż by się przejmował?

 

W Rogu Afryki – Etiopia

Inspirująca, fascynująca, a czasem bolesna jest podróż przez Etiopię. Kościoły wykute w skale, tętniące życiem bazary, dziewicze pustkowia. Obszar Rogu Afryki jest naprawdę wyjątkowy – tak przynajmniej zapowiada przewodnik Lonely Planet. Miała być to podróż, której się nigdy nie zapomni. Do Etiopii chyba żaden turysta nie udaje się w celu relaksacji i wypoczynku pod palmą. Ci, którzy tu przybywają, oczekują „poruszenia”, i poruszeni stąd wyjeżdżają. Tak, jak my.

Osiołek miastowy. Etiopia

To było sześć dni przygody z historią. I to niebylejaką. Na terenie Etiopii znajdują się zabytki mające kilka tysięcy lat! Niewiele osób o tym wie, nic dziwnego zatem, że Etiopia zwana jest „najmniej odkrytym skarbem Afryki”.

Zwiedzanie Etiopii to podróż po historii chrześcijaństwa. Kraj ten (a konkretnie starożytne państwo Aksum) przyjął chrześcijaństwo już w IV wieku naszej ery. Od miasta Aksum właśnie rozpoczęliśmy wyprawę – znajdują się tam wysokie kamienne obeliski znaczące groby władców. Najważniejszy jest jednak Kościół Najświętszej Panny Syjonu – cel pielgrzymek etiopskich chrześcijan, gdyż tu właśnie, według legendy, znajduje się najświętsza relikwia Etiopii – oryginał Arki Przymierza.

Następnego dnia, w Lalibeli podążaliśmy śladem Martyny Wojciechowskiej, która kilka lat temu nagrywała tam program „Misja Martyna”. Dowiedzieliśmy się o tym od naszego przewodnika, to znaczy – jej przewodnika! To znaczy – naszego i jej 🙂

Przewodnik opowiedział nam historię ósmego cudu świata, czyli jedenastu kościołow wykutych  w skale. Do dziś pamiętam zapach kadzideł i to uczucie, gdy z każdym krokiem, stawianym na podłożu skalnym polerowanym stopami od setek lat, ukazywały się nam kolejne fragmenty historii… W trakcie oglądania lokalnych chrześcijańskich obrzędów, które nie uległy zmianie przez prawie dwa tysiące lat, niemal całkowicie rozmywała się granica między przeszłością a teraźniejszością. Było magicznie, ale czasem też i zatrważająco, zwłaszcza, gdy niepostrzeżenie staliśmy się świadkami egzorcyzmów odprawianych na poniewieranej przez złego ducha nastolatce. Bynajmniej nie wyglądało to na przedstawienie przygotowane pod turystów zwiedzających akurat tamten kościół. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju.

Kościoły skalne w Lalibela. Etiopia

Kolejnym przystankiem było Gonder, a w nim pełen historii gród królewski, kościół Debre Birhan Syllasje oraz przepiękne łaźnie cesarza Fasilidasa. Z tego miasta najlepiej jednakże zapamiętałem przepyszne makiato w jednej z lokalnych kawiarni, do której zaprowadził nas wynajęty przewodnik (ten z kolei był swego czasu oficjalnie polecany przez Lonely Planet). I ten postny obiad, też z przewodnikiem, w jego podobno ulubionej knajpie. Szwedzki stół, a na nim pełno warzyw, dania z ryżu i oczywiście obowiązkowa w Etiopii indżera.

W Bahar Dar do zwiedzania były klasztory zbudowane na wyspach na jeziorze Tana. Zobaczyliśmy również źródło Nilu Błękitnego – niestety nic szczególnego, zwłaszcza w porównaniu z tym w Ugandzie (a może ja się starzeję?).

Ponadto widzieliśmy słynne wodospady na tymże Nilu – dziś, ze względu na funkcjonującą od niedawna zaporę, o ich dawnej potędze świadczą tylko zdjęcia lub filmiki odtwarzane turystom na telefonach komórkowych przewodników. Bezcenne!

Ostatnia noc w Addis Abebie minęła pod znakiem imprezy oraz serfowania na kanapie u obcych ludzi, czyli couchsurfingu. Bezcennie, jak zwykle zresztą.

Susza w Etiopii

Podróżowanie po kraju, który od wielu lat walczy z głodem, a tegoroczna susza wcale mu w tym nie pomaga, nie było łatwe dla psychiki. Większość mieszkańców poza stolicą prowadzi pasterski tryb życia, z naszego punktu widzenia – niesłychanie prymitywny. Chciałoby się rzec, że chłopi u Reymonta mieli większe luksusy. Nigdy podczas moich dotychczasowych wypraw nie widziałem tak poruszających obrazków, które zobaczyłem w trakcie tych kilku dni w Etiopii.

Jednocześnie jednak to, czego doświadczyliśmy, było w pewnym sensie budujące. Dzięki wyprawie do Etiopii przypomniałem sobie, że człowiekowi tak naprawdę niewiele do szczęścia potrzeba. Niech świadczą o tym gościnność i uśmiech mieszkańców, który pewnie zauważycie na niejednym zdjęciu z tej wyprawy. Zapraszam na zdjęcia.

 Kawa tradycyjnie. Etiopia

P.S. Czy ktoś wie, że mimo trudności gospodarczych, Etiopia może się poszczycić jednymi z największych i najlepszych linii lotniczych na kontynencie? Ethiopian Airlines od kilku dobrych lat wyznaczają nowe standardy dla wielu przewoźników w Afryce i na świecie. Hm, może z wyjątkiem ręcznie wypisywanych kart pokładowych na rejsach krajowych, tzn. wpisywano na przykład skąd dokąd się leci, ale nazwisko pasażera czy numer lotu już uznawano za zbędne. Co tu nie mówić, przynajmniej wartość mojej kolekcji kart pokładowych znacząco się przy tym podniosła.

Plaża nie z tej ziemi czyli Boracay

Wyspa Boracay to destynacja sama w sobie, niemniej już sam dojazd na nią z Bacolod okazuje się dość ekscytujący. Najpierw, o wschodzie słońca, wsiadamy na prom–katamaran, który w ciągu godziny dowiezie nas, a także setki osób w drodze do pracy, na sąsiednią wyspę. Jak łatwo się domyślić, turystów na pokładzie jest garstka, więc czuję się trochę jak małpa w zoo. Kolejnych sześć godzin autokarem i ponowna przesiadka na wodny środek transportu – tym razem jest to wąska łódeczka, która po kilkunastu minutach przeprawy pośród lazurowych wód przycumowuje na Boracay. To jeszcze nie koniec – z portu trzeba wynająć motocyklo-tuktuk, który za horrendalną kwotę (jak na lokalne warunki) zawozi pod sam hotel. Nowoprzybywający turysta, podniecony przepięknymi widokami z łódki, zmuszony jest przedzierać się główną (i jedyną) drogą przez brudne i zasmrodzone spalinami zaplecze tego wyspiarskiego raju. Niby to Azja, ale tak przykrych wrażeń nie miałem nawet na Bali.

Nareszcie! Witamy w filipińskiej wersji raju na ziemi.

Zwiedzanie Boracay zaczynamy od zachódu słońca, który rzeczywiście daje radę. Nasuwa mi się porównanie z …, hm, niczym. Malowniczo jest jak w bajce. Raj na ziemi. Jak nigdzie indziej.

Boracay, Filipiny

Prawie cały dzień w podróży – mimo wielu wrażeń – okazuje się wykańczający. Szybka drzemka dodaje energii, a ta się przyda. Najlepszym zwieńczeniem jest impreza w jednym z bardzo wielu przybytków „popkulturalnych” wzdłuż plaży. Do wyboru wszystkie chyba rodzaje drinków i muzyki (choć króluje oczywiście trójca Guetta/Black Eyed Peas/Rihanna).

Nazajutrz śniadanie w filipińskim stylu, czyli taho – coś w rodzaju naszej owsianki przygotowane z tapioki i tofu. Nie grzeszy wspaniałym smakiem, ale czyż nie można tego samego powiedzieć o naszej tradycyjnej zupie mlecznej? Jako uzupełnienie fundujemy sobie świeży shake u Jonah, bo tam bodaj najlepsze. Tłumy w tym barze mówią same za siebie. Shake z mango rzeczywiście wymiata, ale chciałoby się spróbować innych smaków. Trzeba tu kiedyś wrócić!

Boracay, Filipiny

Lazurowa i niezwykle czysta woda aż się prosi. Wskakujemy prosto z bambusowo-skalnego pokoju, bo ten akurat ma bezpośrednie zejście do morza (się płaci, się ma). Raj na ziemi i w wodzie. Nurkowanie z rurką przy skale, na której stoi nasz „gościniec” – bezcenne. Zaczepiamy kąpiące się filipińskie dzieci, które z uroków tego miejsca mogą korzystać codziennie. Uwiecznić na zdjęciu ich niepohamowany entuzjazm też okazuje się bezcenne.

Boracay, Filipiny

A plaża? To materiał na co najmniej kilka kolejnych akapitów. Ograniczę się do stwierdzenia, że piasek na Boracay jest tak drobny i miękki, że można się w nim zakochać od pierwszego wejrzenia. Tak, to już oficjalne – w moim subiektywnym rankingu wskakuje on na pierwsze miejsce, przeganiając z niego piasek na Maledywach.

Po takich wrażeniach wizualno-dotykowych kubki smakowe na języku, a zwłaszcza  żołądek, mają prawo czuć się niedocenione. Czas na świeże owoce morza, których na Boracay nie brakuje. Zapijamy najpopularniejszym lokalnym piwem, czyli San Miguel Light. Na horyzoncie coraz więcej żaglówek z turystami, a w międzyczasie na plaży zbierają się tłumy, aby podziwiać kolejny zachód słońca. Jest tak samo, jak dzień wcześniej. Jak w bajce. Piwo Red Horse okazuje się najlepszym sposobem na zakończenie tego dnia.

O poranku śniadanie z bekonem w roli głównej, a na deser świeże mango. Wynajmujemy łódkę ze skiperem i w kilka godzin opływamy wyspę dookoła. Podziwiam konstrukcję łódki, która jest, powiedziałbym, pacyficzna (podobne widziałem na Wyspach Marszalla). Podrównikowe słońce pali twarz. Nie mogę odpędzić od siebie myśli o tym, jak to się stało, że następnego dnia trzeba będzie z tego raju ruszać w drogę powrotną?

Boracay, Filipiny

Na pocieszenie wracamy do Jonah. Tym razem wybieram shake czekoladowo-bananowy z orzeszkami ziemnymi. Kubki smakowe szaleją. Brak słów.

Kolejny spacer plażą, kolejny bajkowy zachód słońca z żaglówkami w tle. Kolacja z wieprzowiną (też na pocieszenie, a jakże!). I coś na deser – taniec ognia – najlepszy jaki w życiu widziałem! Już nie chodzi o samą zręczność w wirowaniu ognistej kulki na łańcuchu, lecz całą otoczkę – nieźle skoordynowany taniec i nawet fabułę. Jednym słowem – show. Czy kogoś to zaskoczy, że w branży tej specjalizują się przede wszystkim filipińscy transwestyci? Nieżle im to wychodzi, co tu dużo mówić!

I w ten sposób wracamy do punktu wyjścia. Filipiny niejednego podróżnika zaskoczą. Warto było zahaczyć o Bacolod i festiwal masek oraz zobaczyć jak żyje „prowincja”. Koniecznie trzeba będzie wrócić na Boracay – aby zanurzyć palce w tym niezwykle drobnym piasku, skosztować kolejnej porcji czekoladowo-orzechowego shake’a u Jonah i … poimprezować.

Muszę również przyznać, że grilowany kurczak u Aidy w Bacolod podniósł poprzeczkę moich przyszłych doznań kulinarnych. I kto by się tego spodziewał, skoro Filipiny z kuchni swojej słyną, owszem, ale raczej w pejoratywnym znaczeniu?!

Więcej zdjęć na picasa.

Boracay, Filipiny

Wczesną jesienią w Kapsztadzie

Drugi w moim życiu wyjazd na Czarny Ląd zdominowały … czarne myśli. W drodze do Południowej Afryki i już po wylądowaniu błąkały mi się z tyłu głowy wspomnienia o nieszczęsnej parze Brytyjczyków, których napadnięto i brutalnie zamordowano w jednej z biednych dzielnic Kapsztadu. Wydawałoby się, że w RPA, która była gospodarzem Mundialu, już takie rzeczy nie mają prawa się zdarzyć… A jednak.

Kapsztad, RPA

Czarne myśli towarzyszyły nam prawie wszędzie. W pewnym momencie zażartowałem nawet, że mogą się stać samospełniającą przepowiednią. I mimo, że wcale nie planowaliśmy się zapuszczać w jakieś niebezpieczne rejony, natychmiast zacząłem żałować wypowiedzenia tych słów. Przerażona mina współtowarzyszki podróży zdradzała wiele. Trudno się temu dziwić.

Z lotniska udaliśmy się prosto do hotelu, po czym planowaliśmy wybrać się na krótkie zwiedzanie najbliższej okolicy i przy okazji zjedzenie jakiejś smacznej afrykańskiej kolacji. Plan ten okazał się trudniejszy do zrealizowania niż gdziekolwiek indziej, bo w międzyczasie zapadł zmrok. Wyglądaliśmy przez okno hotelu w centrum jednego z największych miast w Afryce nie wierząc własnym oczom – nawet ruch uliczny zamarł! Głód okazał się jednakże silniejszy i odważyliśmy się przejść 300 metrów do poleconej przez hotel restauracji.

W połowie drogi pojawiły się wątpliwości, bo jedyną spotkaną osobą był czarnoskóry narkoman żebrzący o pieniądze, co przeważyło szalę paniki u koleżanki – o kontynuowaniu spaceru i rozważaniu za i przeciw na środku oświetlonej acz pustej ulicy nie było mowy i bardzo szybkim krokiem wróciliśmy na teren hotelu. Wszystkiemu towarzyszył bardzo silny, złowróżebny wiatr, wyginający palmy na pół! Nie wierzyłem już własnym słowom, gdy próbowałem przekonywać, że nic złego nie może się nam stać. Po chwili skonstatowaliśmy, że warto by jednak podjąć drugą próbę. Przeżyliśmy.

Kapsztad, RPA

Czego można się spodziewać następnego dnia jeśli początki bardziej przypominały scenariusz horroru niż wakacje? Kładliśmy się spać na środku jakiejś urbanistycznej pustyni (założę się, że słyszałem ziewnięcie lwa w krzakach, ot, moja wyobraźnia). Obudziliśmy się w środku żwawej metropolii, tuż pod bardzo ruchliwym rondem, przystankiem dla autobusów i taksówek, tłumem przechodniów i towarzyszącym temu nieprawdopodobnym gwarem (lew, nawet gdyby chciał ryknąć, nie miał w tym całym zgiełku szans). Ponownie nie wierzyliśmy własnym oczom.

Z pewną rezerwą ruszyliśmy w miasto. Z początkowego strachu, który towarzyszył nam nawet gdy pytaliśmy obcych o drogę długo się potem śmialiśmy. Cała reszta mojego pierwszego pobytu w Kapsztadzie upłynęła wzorcowo. Nad czym się tu rozpisywać? – oczywiście, że chcę tam kiedyś wrócić!

Tymczasem, zapraszam na wirtualną wycieczkę po Kapsztadzie na picasa.

Kapsztad, RPA

Moje Melbourne

Z powodzeniem mogłoby zapożyczyć slogan reklamowy Gdyni. Melbourne – moje miasto. Brzmi patetycznie, wiem, ale i autentycznie, bo taka właśnie myśl przychodzi mi do głowy gdy mam opowiedzieć o swoich wrażeniach z pierwszej w życiu wizyty na Antypodach.

Melbourne - a place to relax

Specjalne uczucie w stosunku do tego miasta kiełkowało już przed wyjazdem, pod wpływem niezwykle inspirujących opowieści znajomych. Moje oczekiwania zostały podkręcone najbardziej jak się da. Nie zawiodłem się! Klimat, bliskość morza i plaży, oferta kulturalna, przyjaźni mieszkańcy, architektura, a ponadto styl życia, którego symbolem stało się caffe latte – to wszystko ma prawo się podobać.

Melbourne - caffe latte

Nic dziwnego, że Melbourne pojawia się bardzo wysoko w rankingach na miasto, w którym żyje się najlepiej. Oczywiście, że chciałbym tam wrócić, a może i zamieszkać.

Zdjęcia na picasie.

Centrum Melbourne (CBD)

Republika Chińska czyli Tajwan

Droga na Tajwan w czasie muzułmańskich świąt Eid-Al-Adha nie była najkrótsza, ale było warto. Ze względu na obłożenie niemal wszystkich lotów musiałem wykazać się myśleniem out of the box, w wyniku czego znalazłem się na pokładzie samolotu lecącego do Japonii. W ten oto sposób po niemal pięciu latach miałem okazję triumfalnie powrócić do kraju, od którego moja przygoda z dalekimi podróżami się zaczęła. Czy muszę dodawać, że wtedy przy wylatywaniu z Japonii miałem przeczucie, że już nigdy nie będzie mi dane tam powrócić? Jak bardzo się myliłem!

Przy okazji tej krótkiej i nieplanowanej wizyty zwiedziłem cud inżynierii przełomu tysiącleci – japońskie lotnisko Kansai koło Osaki. Niestety muszę przyznać, że bardziej zachwyciło mnie po obejrzeniu filmu na National Geographic niż w rzeczywistości.

A Tajwan? Zachwycił mnie bogactwem krajobrazu, zielenią, pysznym jedzonkiem, które okazało się lepsze i tańsze niż w Hong Kongu! W tym porównaniu Tajpej wypada lepiej także pod względem ilości i jakości przestrzeni miejskiej, przy czym wydaje się równie przyjazne dla turystów. Moim zdaniem jest to skrzyżowanie Hong Kongu (ciasne uliczki i wszechobecna komercja) z Singapurem (instrukcje obsługi i znaki zakazu dominują krajobraz miejski) oraz Pekinu (wspomniana przestrzeń miejska plus nutka socjalizmu – ależ to skojarzenie musi być obraźliwe dla Tajwańczyków!).

Taipei 101 - najwyższy użytkowany dziś budynek na świecie

Tajwan to doskonałe miejsce na wyprawy rowerowe i wycieczki po górach. Tylko trzy dni pobytu wystarczyły, abym stwierdził, że chcę do Republiki Chińskiej wrócić. I to jak najszybciej! Tylko skąd wziąć tyle urlopu?!

Zapraszam na zdjęcia.

Najlepsze chińskie pierogi są na Tajwanie!

Gdzie pieprz rośnie

A rośnie na przykład na Bali.

To jest naprawdę na końcu świata, w każdym razie „pod Równikiem”. Podróż z Doha trwa 12-13 godzin, z międzylądowaniem w Kuala Lumpur, ale przecież to i tak bliżej niż gdyby lecieć z Polski. I bynajmniej nie dało się tego zrobić tylko w ciągu weekendu…

Na Bali pieprz rośnie!

Za bardzo nie ma co się na temat Bali rozpisywać, bo zdjęcia powiedzą zdecydowanie więcej. O tym, że jest to idealne miejsce do uprawiania turystyki aktywnej, zwłaszcza sportów wodnych, wiedzą chyba wszyscy. W ofercie jest również nocny trekking na jeden z wulkanów zakończony podziwianiem wschodu słońca (wpisane na listę rzeczy do zrobienia przy następnej wizycie).

Małpy w świątyni Ulu watu

Zwiedzać też jest co, gdyż tradycja i kultura na Bali jest bardzo bogata, wręcz nietypowa – praktykuje się tam lokalną odmianę hinduizmu – w formie różnej od tej spotykanej w Indiach. Na uwagę zasługuje Kecak Dance, czyli taniec ognia – przedstawienie, któremu towarzyszy chór złożony z kilkudziesięciu mężczyzn (chyba obowiązkowy punkt programu każdego turysty – do obejrzenia na youtube – początek i finał ).

Kecak Dance, taniec ognia

Bogactwo klubów nocnych na Bali pozwala mi chyba nazwać tę wyspę „azjatycką Ibizą”. Jednocześnie widok lokalnych panienek w tych dyskotekach przytulających się do zachodnich turystów niestety (lub stety) przywołuje skojarzenie z Bangkokiem…

Poza tym Bali może być też romantyczne, choć ta cecha wydaje mi się być przytłumiona przez wszechogarniającą to miejsce komercję i po prostu tłumy turystów.

Oczywiście, że polecam – co najmniej tydzień wakacji na Bali, z koniecznym kilkudniowym wypadem na okoliczne, mniej skomercjalizowane wyspy. Wydaje się, że lepiej wręcz zrobić z tego dwa tygodnie, bo to kawał drogi przecież, a po drodze można wstąpić do Singapuru, albo KL, bo … czemu nie? Ja niestety miałem tylko trzy dni, a w KL nawet z samolotu nosa nie miałem okazji wystawić. Ehhh ….

Zachód słońca na plaży w Kuta

Maskat rządzi!

Wymiata normalnie. Aż trudno opisać to słowami. A zdjęć tym razem niestety przywiozłem bardzo niewiele….

Truli emejzing!

Znowu naj. Naj naj po prostu.

Najczystsze miasto w całym regionie. Jedno z najczystszych na świecie (porównywalne do miast szwajcarskich, czy Singapuru).

Najrozsądniej planowane inwestycje (drogi mają znakomite w porównaniu z Doha). Całkowity brak megalomanii obserwowanej w Dubaju, gdzie – nie wiadomo po co – buduje się najwyższe budynki na świecie. Maskat nie ma ani jednego drapacza chmur i nie planuje mieć – chyba jest z tego dumny.

 

Stary Maskat - jeden z fortów

Najmniej arogancji wśród lokalnych mieszkańców. Wynikająca z tego niezmiernie pokojowa atmosfera na drogach (nawet ja tylko po sześciu miesiącach spędzonych w Katarze jeżdżę gorzej niż mieszkańcy Omanu).

 

Uliczna rzeczywistość mojego Orientu

zdjęcie pożyczone

Najpiękniejsze położenie. Malownicze góry po jednej stronie (skaliste, w kolorze brunatno-czerownym?), wody Zatoki Omańskiej po drugiej, a między nimi miasto ciągnące się na przestrzeni około 50 km (prawie jak Trójmiasto, prawie…)

I ta zieleń. Najbardziej naturalne drzewa i trawa, jakie widziałem w ciągu ostatniego półrocza.

 

Wszechobecny Sułtan i 'czajniczek'

Do tego zadziwiająca architektura, pełna zdobień. Orient z moich wyobrażeń w pełnym tego słowa znaczeniu. To tutaj powinien kursować legendarny Orient Express (gdyby tylko mieli tutaj tory…)

 

Pałac Sułtana w Maskacie

Na pewno tam kiedyś wrócę, żeby zobaczyć więcej, ale już prywatnie, a nie służbowo. W końcu to tylko niecała godzina lotu stąd.

Przy okazji dodam, że jest to chyba jedna z bardziej luksusowych destynacji turystycznych na rynku polskim – 7-dniowa wycieczka z biurem podróży do tego raju na ziemi kosztuje bowiem – uwaga –
9 700 PLN. W cenie śniadania, ale obiady już niekoniecznie 😛

 

Spragnionym większej liczby obrazków tymczasowo polecam zdjęcia zrobione przez innych turystów, np. tutaj.

Translate »