Borneo – nareszcie!

To jedna z największych wysp świata. Wiele jest w niej do odkrycia, zwłaszcza dla przeciętnego Europejczyka takiego jak ja. Nad całością góruje szczyt Kinabalu – dwudniowa wspinaczka na niego z lokalnym przewodnikiem mógłaby być celem podróży samym w sobie. Do tego niezliczone parki narodowe, w tym rezerwat z orangutanami – słowem – przyroda! To wszystko cały czas przede mną. I jak to wszystko pogodzić z faktem, że właśnie stamtąd wróciłem?

Był to jeden z tych wyjazdów zaplanowanych spontanicznie acz z dużym (bo 9-miesięcznym!) wyprzedzeniem ze względu na niezwykłą promocję Air Asia. Takich okazji się nie przepuszcza!

Moją pierwszą wyprawę na Borneo trzeba było zacząć od tego, z czego chyba słynie najbardziej – plemienia łowców głów. Tak się złożyło, że był to pierwszy i ostatni punkt zwiedzania sensu stricte. Resztę pierwszego dnia pobytu wypełniło wylegiwanie się na plaży wraz z lokalną rodziną, która mnie na czas pobytu adoptowała. Wyspa Mamutik, położona kilkanaście minut łódką od brzegu Kota Kinabalu, rozczarowała mnie – wspomnienie zeszłorocznych wakacji na Perhentianach nie pozostało bez wpływu na owoż rozczarowanie. Później było zwiedzanie pod kątem kulinarnym – w Malezji jak powszechnie wiadomo – wybór straw jest dalece satysfakcjonujący.

Borneo

Drugi i zarazem ostatni dzień upłynął pod znakiem pełnego „spontanu” i … pracy … charytatywnej. Prośbie ze strony malezyjskiego brata przyrodniego o pomoc w „projekcie fotograficznym” trudno było odmówić. Wspomniał tylko, że pstryknie mi kilka zdjęć i fajrant. Moja odpowiedź była całkiem rutynowa. – Dlaczego nie?! Tymczasem wyszła z tego profesjonalna sesja zdjęciowa ze stylistą, makijażystą i nawet asystentką makijażysty! Efekty będzie można zobaczyć bodajże w czerwcowym wydaniu lokalnej borneańskiej gazety. Cóż, trzeba być w życiu we właściwym miejscu i we właściwym czasie!

I dlatego właśnie moje dwa dni w malezyjskiej części Borneo traktować należy jako prolog. Szczyt Kinabalu nie ucieknie. Ciąg dalszy nastąpi w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Zdjęcia na Picasa.

Borneo

Białe szaleństwo nad Morzem Śródziemnym

Nie ma co ukrywać, że nasze pojęcie egzotyki jest dość wypaczone – weekend w Bieszczadach to niemalże szczyt marzeń. Naprawdę!

Wracamy do rzeczywistości. Przed nami dwa i pół dnia wolnego. Trzeba by je dobrze wykorzystać. W Libanie już byliśmy. Super sprawa, ale – wierzcie lub nie – mało oryginalna z perspektywy Kataru. A co, jeśli doprawić to szczyptą białego szaleństwa?

Narty w Libanie? – to dopiero brzmi egzotycznie! No to lecim!

Narty w Libanie

Gdzie jak gdzie, ale na stokach narciarskich w Libanie Polaków się nie spodziewaliśmy – miało być przecież oryginalnie! I tu niespodzianka – zanim jeszcze założyliśmy narty natknęliśmy się na grupkę młodych górali z … Zakopanego. Na pytanie o to, co robią w Libanie otrzymaliśmy z pozoru wymijającą odpowiedź. – A, filmy kręcimy. Daliśmy wiary dopiero, gdy zobaczyliśmy ich sprzęt – kamery wmontowane w kaski, jakieś dziwne kombinezony, paralotnie i inne takie takie. Odebrało mi mowę… Napotkana innym razem polska rodzina z dziećmi nie zrobiła na nas już takiego wrażenia, ale pozwoliła sobie uzmysłowić, że nie tylko my potrzebujemy egzotyki. Może to i dobrze?

Libańczycy szczycą się, że ich kraj jest wyjątkowy pod wieloma względami. To bodaj jedyne miejsce na świecie, gdzie dzień można zacząć od wylegiwania się na plaży i kąpieli w morzu, a następnie – po zaledwie pół godziny drogi – szaleć na nartach wysoko w górach (mowa o stokach z naturalnym śniegiem rzecz jasna). Zainteresowani takimi atrakcjami niech się śpieszą – wakacje na plaży i na nartach jednocześnie możliwe są tylko na wiosnę, czyli teraz, i to nie w każdym sezonie.

Narty w Libanie

Kurort Mzaar położony jest na ok. 2000 m n.p.m., dojazd z lotniska w Bejrucie zajmuje bez korków niecałą godzinę. Warto się tam wybrać również dla widoków – przy dobrej pogodzie widać oddalone o kilkanaście kilometrów Morze Śródziemne. Do wyboru jest masa pensjonatów i hoteli, nie wyłączając obiektu pięciogwiazdkowego z logo Intercontinental.

Przyjemnym zaskoczeniem były dla nas ceny, zwłaszcza jedzenia i wypożyczenia sprzętu (10$ za dzień!). Ceny wyciągów oscylują wokół średniej alpejskiej, co jest do zaakceptowania, bo wybór tras jest nienajgorszy. Polecam wszystkim tym, których nie bawi już kolejny wypad w Alpy. Przelot do Bejrutu kosztuje nieco więcej niż wypad samochodem do Austrii czy Włoch – to fakt, ale zasmakowanie w odrobinie egzotyki może być tego warte (również w sensie dosłownym – kuchnia libańska jest warta grzechu!).

Narty w Libanie

Weekend w Goa

Goa to bodaj jedyne miejsce w Indiach, w którym można natrafić na mieszkańców Zachodu spędzających miesiąc miodowy. Plaże Goa w szczycie sezonu zaludniają się całkowicie turystami o białej karnacji. Wśród nich nie brakuje również hipisów – gandzię (notabene słowo to jest zapożyczeniem z języka hindi) proponują tu na każdym kroku. W Polsce Goa wydaje się być propozycją dla zamożnych – ceny pakietów wakacyjnych kosztują nierzadko drożej niż wakacje w Kenii lub na Bali.

Goa to swego rodzaju państwo w państwie. O tym, że każdy stan w Indiach ma swój charakter, nikt nie zamierza się tu spierać, odnoszę jednak wrażenie, że Goa stoi niejako z boku, albo i ponadto. Hindusi urodzeni i wychowani w Goa, których znam, często podkreślają swoje pochodzenie (przy przedstawianiu się – obok lub wręcz zamiast nazwy kraju – podają nazwę tego stanu; fenomen, który wnikliwi obserwatorzy zauważą jeszcze co najwyżej pośród niektórych Hindusów z Kerali).

Plaża w Baga, Goa

Goa szczyci się swoistą odrębnością jeśli chodzi o architekturę, historię, religię, tradycje, jak też mentalność mieszkańców. A to wszystko w sumie wpływa na jej niezwykłą popularność w Indiach i za granicą. W ciągu zaledwie dwu dni naszego pobytu zauważyliśmy swego rodzaju pozytywne nastawienie do świata, jak i ludzi. Sposób, w jaki zwracali się do nas kelnerzy w restauracji nie zgadzał się ze stereotypem, do którego można było przywyknąć w innych regionach tego kraju. Nawet sprzedawcy w sklepach byli jakoś bardziej cywilizowani w tej swojej nachalności. A życie nocne? – mnogość klubów z najróżniejszą muzyką oraz alkohole z całego świata do wyboru przywołują skojarzenia z Bali lub poniekąd nawet … Ibizą. Dodatkowych atrakcji dostarczyły nagłe braki prądu w różnych miejscach (trzy w trakcie dwudniowego pobytu), w tym podczas tradycyjnego masażu z wykorzystaniem gorącego olejka (kto by się nie bał?)

Czy polecam Goa? Pewnie, zwłaszcza na weekend! Następnym razem jednak z egzotycznych destynacji plażowych wybrałbym Bali lub Perhentiany. Może zdjęcia z Goa będą dla niektórych bardziej przekonujące?

Goa, Indie

Moje Melbourne

Z powodzeniem mogłoby zapożyczyć slogan reklamowy Gdyni. Melbourne – moje miasto. Brzmi patetycznie, wiem, ale i autentycznie, bo taka właśnie myśl przychodzi mi do głowy gdy mam opowiedzieć o swoich wrażeniach z pierwszej w życiu wizyty na Antypodach.

Melbourne - a place to relax

Specjalne uczucie w stosunku do tego miasta kiełkowało już przed wyjazdem, pod wpływem niezwykle inspirujących opowieści znajomych. Moje oczekiwania zostały podkręcone najbardziej jak się da. Nie zawiodłem się! Klimat, bliskość morza i plaży, oferta kulturalna, przyjaźni mieszkańcy, architektura, a ponadto styl życia, którego symbolem stało się caffe latte – to wszystko ma prawo się podobać.

Melbourne - caffe latte

Nic dziwnego, że Melbourne pojawia się bardzo wysoko w rankingach na miasto, w którym żyje się najlepiej. Oczywiście, że chciałbym tam wrócić, a może i zamieszkać.

Zdjęcia na picasie.

Centrum Melbourne (CBD)

Seszele

Przede mną pierwszy od końca sierpnia weekend, który spędzę w Katarze. Dobrze to czy źle? Wiem jedno – nareszcie mam czas na nadrobienie zaległości. Po kolei – najpierw lądujemy na rajskim skrawku lądu pośród wód Oceanu Indyjskiego.

Weekend na Seszelach planowałem od dawna, ale brakowało dobrego towarzystwa. Idealna okazja pojawiła się znienacka, więc – jak zwykle spontanicznie – postanowiłem z niej skorzystać.

Mahe Island, Seszele

Seszele, mimo, że wrzucane są przez większość do jednego worka razem z Malediwami, są zupełnie inne. Krajobraz nie tak płaski (górzysty wręcz, z bujną tropikalną roślinnością), woda nie zawsze lazurowa, a piasek nie tak biały i miękki. I woda w morzu jakaś taka zimna! Wśród turystów przeważają oczywiście pary (w tym niezliczeni nowożeńcy z całego świata!), wybór atrakcji dla singli jest więc siłą rzeczy ograniczony. Jakieś tam imprezy w mieście stołecznym jednak się odbywają. Na przykład w klubie Tequila Boom w Victorii, gdzie akurat w dniu naszego przylotu odbywała się promocja wódki Sobieski o twarzy Bruce’a Willisa, o czym dowiedzieliśmy się z ulotki w sklepie monopolowym. Przylecieć na weekend do jednej z najmniejszych stolic świata położonej posród bezkresu oceanu, żeby napić się Sobieskiego za darmo? Bezcenne!

Wódka Sobieski i Bruce Willis w Victorii, na Seszelach

You’re probably wondering what Bruce willis would do in your situation. He would be drinking Sobieski Vodka for free with us at Tequila Boom!

Wedle niektórych zawodowych obieżyświatów, Seszele, a zwłaszcza przepięknie położona plaża Beau Vallon, to ścisła piątka pośród destynacji wyspowo-plażowych na świecie. Jakiej definicji by się nie użyło, jedno jest pewne – można się poczuć jak w raju. Ja jednak wolę Bali lub Perhentiany.

Obrazki pokażą więcej – zapraszam na weekend na Seszelach!

*Qatar Airways lata na Seszele 4 razy w tygodniu 😉

Kierunek: Bejrut

Idealna destynacja na weekend, wybrana bardzo dawno i – jak się okazało – droga do niej prowadziła przez kilkanaście innych miejsc na prawie wszystkich kontynentach, nie wyłączając subkontynentu.

Co tu dużo mówić – żałuję, że nie było mnie tam wcześniej. Liban to destynacja popularna wśród Arabów, którzy odnajdują w nim namiastkę wolności i luzu, nie mówiąc już o przyjemniejszych warunkach klimatycznych, zwłaszcza latem. Nic dziwnego, że samoloty ze wszystkich stolic nad Zatoką Perską – mimo że latają po kilka razy dziennie – wypełniają się aż po brzegi.

Byblos, Liban

Śródziemnomorski klimat i bogactwo antycznych zabytków przyciąga także Europejczyków, choć do tej pory większość wybierała ojczyznę faraonów o wiele częściej, niż ziemie Fenicjan. Niestabilna w ostatnich latach sytuacja polityczna nie zachęcała turystów do odwiedzin Libanu. Obecnie wszystko najwyraźniej idzie w dobrym kierunku i kraj ten staje na własne nogi. O nadziejach pokładanych na tym rynku świadczy także przywrócenie bezpośrednich połączeń PLL LOT z Warszawy do Bejrutu (szerzej na onet.pl).

Tak się złożyło, że nasz powrotny samolot do Doha odlatywał tuż przed samolotem lotowskim, nawet zaparkowane były obok siebie! Dla niepoznaki czas oczekiwania na boarding do Doha spędziliśmy tam, gdzie czekali pasażerowie odlatujący do Warszawy – chęć udania się nad Wisłę była w nas olbrzymia, zwłaszcza, że Bejrut leży w połowie drogi! Ileż poświecenia wymagało od nas to, żeby jednak wsiąść na pokład QR?

Liban

Już teraz planuję kolejne weekendy w Libanie  – w końcu to tylko dwie i pół godziny lotu, jak z Warszawy do Londynu. Narty w Libanie to też całkiem niegłupi pomysł! Może BEY będzie punktem przesiadkowym w drodze z Kataru do Polski! Lepiej utknąć w Bejrucie niż we Frankfurcie – imprezy gdzieś na Gemmayzeh w Bejrucie zrekompensują wszelkie niedogodności!

Więcej zdjęć na picasa.

Liban

Malezja po raz n-ty – epilog

Po pierwsze fakty. Była dżungla, była plaża. Było super towarzystwo. Było zajebiście!

Jak wyniknie z opisu poniżej wyprawa miała charakter typowo backpackerski. Hostele, karaluchy, zimna woda pod prysznicem, itp. Celowo jednak wprowadzaliśmy opinię publiczną w błąd ciągnąc za sobą takie oto walizeczki. Codzienna praktyka wzięła górę…

Walizki profesjonalnych backpackersów :)

Na skraj dżungli dotarliśmy łódką – trzy godziny po brunatnej wodzie i już byliśmy w dziczy. Taman Negara jest najstarszym lasem tropikalnym Malezji. W ciągu trzech dni zwiedziliśmy tylko jego niewielką część włączając w program wycieczki komercyjne atrakcje turystyczne: jaskinię pełną nietoperzy i ich odchodów, spacer po moście linowym, spływ motorówką w dół i w górę rzeki (hm, spływ w górę?), wspinaczkę na wysoką górę (300 metrów!), z której rozciągał się przepiękny widok, i nocny trekking po dżungli. Prawdziwa przygoda, zwłaszcza ze względu na niezliczone komary, pijawki atakujące nasze kostki i łydki, egzotyczne pająki, skorpiony, patyczaki (w naturze a nie w słoiku!) i – ponad wszystko – motyle!

Motyle w parku Taman Negara, Malezja

Profil naszej wyprawy na tym etapie nie każdemu miastowemu by się spodobał. Później jednak – mimo naszych oczekiwań – wcale nie było lepiej. Siedmiogodzinna przejażdżka lokalnym pociągiem „ekspresowym”, przez wsie i lasy (tropikalne!) z karaluchami. Były ich miliony. Egipcjanom na pewno by się to nie podobało. A nam i owszem. Przepiękne widoki, świetna atmosfera… Po trzech dniach spędzonych w dziczy klimatyzowany pociąg z plazmą Samsunga (przynajmniej w wagonie klasy superior), śmierdzącym Warsem, w którym serwuje się nudle i lokalną herbatę (teh tarik) i z zaprzyjaźnionymi już po kilku godzinach karaluchami był szczytem luksusu na jaki mogliśmy sobie pozwolić. Warto dodać, że owa plazma zaczęła w pewnym momencie wyświetlać malajskie karaoke, co niektóre uczestniczki wyprawy poderwało nawet do śpiewania!

Pasażerom pociągu dostarczyliśmy wrażeń również wtedy, gdy Mała A – w szortach, ciasnej bluzeczce i czapce z daszkiem – stojąc na początku wagonu, na oczach wszystkich, zrobiła profesjonalną samolotową demonstrację bezpieczeństwa. Są na to dowody, więc możemy ją tym szantażować do końca życia. Podróż zamiast sześciu godzin trwała godzin osiem, i po jej zakończeniu zrozumieliśmy, dlaczego prawie wszyscy w Malezji wolą jeździć autobusami.

Do pamięci przejdzie również przejazd taksówką do Kuala Besut – nie kosztowała wiele, ale kierowca powinien dać nam dużą zniżkę za stworzenie niepowtarzalnej atmosfery. Pięć osób w jego małym autku śpiewających „stokrotkę”, „hej, sokoły”, „wsiąść do pociągu”, „dziewczyny lubią brąz”, „jedzie pociąg z daleka”, „orkiestrę” i inne bardzo polskie przeboje pod wpływem trunków przywiezionych z muzułmańskiego Kataru… Będzie o tym opowiadał latami. My też! A co!

Na wyspy Perhentian dotarliśmy motorówką. A na wyspie… upał. Prąd tylko w określonych godzinach, przepiękne leśne chatki podcieniowe, ćwierkanie ptaków, wielkie pająki, duuużo komarów, i olbrzymie iguany, gekony, albo jakieś inne jaszczury – bezceremonialnie przechadzały się pod naszym domkiem! Żółwie, rekiny i olbrzymie brzydkie ryby (te już w wodzie, a nie przed domkiem). Pełnia księżyca na plaży, zielona woda i drobniutki piasek parzący stopy. Słowem – raj na ziemi. Niektórzy postanowili zostać w tym raju dłużej, co wywołało falę zazdrości wśród wyjeżdżających. Trudno sie dziwić …

Raj na ziemi - Perhentian Islands, Malezja

Po 10-cio dniowym pobycie w Malezji pogoda w Katarze okazała się być bardzo przyjazna… Zwłaszcza przy włączonej klimatyzacji.

Dlaczego epilog? Wszystkie miejsca, które chciałem odwiedzić w Malezji Zachodniej, zostały zaliczone. Następnym razem Borneo, już definitywnie. Bilety przecież kupione. Na luty 2011…

Współautor wpisu – Lena. Dzięki!

Zdjęcia jak zwykle na Picasa – starannie wyselekcjonowane spośród setek zdjęć zrobionych komunalno-rodzinnym wysiłkiem przez wszystkich uczestników wyprawy, a zwłaszcza tych posiadających aparat 🙂

Z niecierpliwością czekamy również na alternatywną wersję wydarzeń autorstwa pewnej blondyny, która szuka odpowiedzi na pytanie o to, gdzie jej nie ma. Obyśmy się doczekali…

[aktualizacja] I w końcu doczekaliśmy się. Oto Wersja wg Blondyny w odcinkach: Kuala Lumpur i Nowa Ekipa i kolejne wpisy.

Prosto z dżungli

Jestem sobie na wakacjach. Jak to znowu?! Ostatnie prawdziwe, „zaplanowane” wakacje były na Bali, w lutym zeszłego roku. Najwyraźniej zasłużyłem na kolejne…

Jest dżungla, będzie plaża. I znakomite towarzystwo. Czegóż chcieć więcej?

Szczegóły po powrocie. Cierpliwości 🙂

Szczęśliwego Nowego Jorku

Po powrocie z Nowego Jorku zrozumiałem dlaczego mojej szefowej zdarza się tam polecieć nawet na dwa dni. Każdy ma pewnie swoją opinię na temat Big Apple – ja na przykład byłem sceptycznie nastawiony, ale właśnie zmieniłem zdanie.

To miasto mnie rzuciło na kolana pod wieloma względami. Bynajmniej nie chodzi o tempo życia mieszkańców czy ogrom drapaczy chmur na Manhattanie, lecz o mieszankę ras, języków, nieskończony wybór przyjemności kulinarnych – to po pierwsze. Ponadto w moim odczuciu nie jest to typowe miasto z wysokimi budynkami stanowiącymi o liczbie zlokalizowanych tam instytucji finansowych czy hoteli. Patrząc na te wszystkie wysokościowce widać historię całego XX wieku, a nie tylko kilku ostatnich dekad i to właśnie jest tak ekscytujące. Trudno nawet porównywać Manhattan z City w Londynie, La Defense w Paryżu czy – za przeproszeniem – Sheikh Zayed w Dubaju.

Cztery dni w jednym mieście i tyle wrażeń. Bezpośredni lot z Doha to przy dobrych wiatrach trzynaście godzin – mój najdłuższy lot w życiu. Pierwszy raz za Wielką Wodą. Bezcennie było cały czas, ale chyba nic nie przebije tych dwudziestu minut spędzonych w powietrzu nad Manhattanem. Tak, nadal spełniam marzenia! Jeśli chcecie podpatrzeć jak się to robi w Nowym Jorku, to zapraszam na zdjęcia.

Manhattan - widok na Empire State Building z wieży Rockefellera

Dolny Manhattan - widok z helikoptera

Malezja po raz n-ty

Kolejne kroki w Malezji postawiłem pod koniec marca. Zanosi się na konkretną powieść w odcinkach, bo przecież nadal marzy mi się tam wrócić.

Tym razem, poza kolejną porcją zakupów w Kuala Lumpur (shopping w KL to moja nowoodkryta druga natura!) udałem się do Melaki (w angielskiej – kolonialnej – wersji zwanej Malakką) oraz na Wyżynę Camerona. Ale Malezja to przede wszystkim jedzenie – tego w Melace bynajmniej nie brakowało – podczas zwiedzania miasta na każdym kroku kusiły stragany z najróżniejszymi przekąskami. Niech pozostanie tajemnicą to, ile razy im uległem. Czas spędzony na wyżynach będzie mi się za to zawsze kojarzył z niemalże odurzającym zapachem herbaty – zarówno na plantacji herbaty, jak i w fabryce znanego producenta Boh. Ciąg dalszy opowieści (kiedyś, inszalla) nastąpi.

Malakka, Malezja

Tym razem moją uwagę zwróciło raczej niewidoczne gołym okiem rozwarstwienie społeczne (rasowe) obecne również w innych krajach regionu (np. Singapur, Indonezja). Sytuację doskonale opisał Tiziano Terzano w książce „Powiedział mi wróżbita” – gospodarni Chińczycy (nie mylić z obywatelami Ch.R.L) z jednej strony, tuż obok nich mniejszość hinduska, z drugiej strony Malajowie (tj. w uproszczeniu Malezyjczycy-muzułmanie) uważani za leniwych, niezdolnych do prowadzenia biznesu, narzekający na dominację tych pierwszych w gospodarczej sferze. Nad wszystkim czuwa rząd reprezentujący większość coraz bardziej narzucający islamskie zasady na nie-muzułmanów. Władza broni interesów większości – niby nic w tym złego, ale bilans centralnego zarządzania własnością nie jest dodatni (biznes odbierany jest Chińczykom i przekazywany w ręce Malajów).

Malakka, Malezja

Okazuje się, że Malezja – powszechnie uważana za kraj liberalny – cenzuruje media i popkulturę. Ostatnio Beyonce odwołała swój koncert bo zastrzeżono, że powinna być ubrana po szyję. Ponadto filmy są cięte (zupełnie jak w katarskim kinie), a drażliwe dla muzułmańskiej społeczności fragmenty piosenek po prostu wyciszane. Nie wiem co prawda jak wygląda malezyjska wersja Kubusia Puchatka, lecz na własne oczy widziałem (i słyszałem), jak wyciszono fragment programu o gotowaniu na kanale Discovery, w którym sławny prezenter (Brytyjczyk, o którym powszechnie w Malezji wiadomo, że jest muzułmaninem) wspomniał o (wieprzowej) słoninie. Potrójna moralność. Najwyraźniej wedle cenzorów tylko nie-muzułmanie o wieprzowinie mogą w Malezji mówić na każdym kroku, ba!, nawet mogą ją spożywać. Przesada? Oto realia końca pierwszej dekady XXI wieku!

Mimo wszystko już nie mogę się doczekać kolejnej wizyty w tym fascynującym kraju (jakieś Borneo może w końcu!?)

Zdjęcia? Bardzo proszę.

Plantacja herbaty na Wyżynie Camerona, Malezja

Translate »