Lotniczy dzień świstaka

Przy okazji opisywanego wcześniej szczytu szaleństwa w podróżach między Polską i Katarem odkryłem, jak bardzo pasjonujące może być obserwowanie powtarzających się zjawisk, a tym bardziej podążanie za nimi, nawet tysiące kilometrów.

UWAGA! Przed przeczytaniem kolejnych akapitów zaleca się zapięcie pasów bezpieczeństwa oraz zapoznanie z treścią wpisu ‘Co mi zrobisz jak mnie złapiesz’.

Gdy po siedmiu dniach znowu byłem w drodze na lotnisko w Doha, aby (ponownie) łapać rejs do Frankfurtu Lufthansy, nie zdawałem sobie sprawy, jak dalece los odważy się całą sytuację sprzed tygodnia powtórzyć.

Równie pośpieszne pakowanie po powrocie z pracy w czwartek, jakaś drzemka, lotniskowa rutyna dom-parking-terminal, ten sam stres przy oczekiwaniu na przydział miejsca – wszystko to upewniło mnie w przekonaniu, że uczestniczę w jakimś „dniu świstaka”. Rozwój wydarzeń na lotnisku – mimo mojej nadziei – też okazał się rutynowy. Wcale nie mam na myśli wchodzenia w glorii na pokład samolotu Lufthansy, bo – tak samo, jak tydzień wcześniej – miejsc niespodziewanie zabrakło i się nie zabrałem! I tak samo, po upewnieniu się, że ten nieprzyjemny werdykt jest ostateczny, grzecznie musiałem ciągnąć walizeczkę z powrotem przez terminal w stronę wyjścia, następnie przez cały lotniskowy parking, aż do samochodu. Po dotarciu do domu następowało tak samo pospieszne i skuteczne poszukiwanie alternatywnych sposobów jak najszybszego dostania się nad Wisłę.



O wiele bardziej pozytywny wydźwięk miała rutyna, którą zaobserwowałem w drodze powrotnej – na lotnisku w Gdańsku. W ramach owych szaleństw podróżniczych miałem lecieć z Gdańska przez Berlin do Doha. Najpierw w środę, a potem cztery dni później (w tych czterech dniach zmieścił się czwartek spędzony w pracy, lotniskowa rutyna w Doha opisana w paragrafie powyżej, pół dnia w Warszawie, dwa dni w w Trójmieście włącznie z weselem, …).

W drodze do Kataru w obu przypadkach nie musiałem wracać na tarczy, bo miejsc szczęśliwie wystarczyło, więc zamiast się stresować, obserwowałem i uczestniczyłem. Lotnisko to dość oczywiste miejsce do obserwowania powtarzalności zjawisk, ale uczestniczenie w takim spektaklu dwa razy w cztery dni, w ciągu których zdążyło się kilkukrotnie przekraczać kontynenty (a w perspektywie kilku godzin jest kolejny raz), to zupełnie inna kategoria wrażeń.

W środę i w niedzielę. Ten sam personel przy odprawie Air Berlin. Ten sam zestaw samolotów na płycie lotniska – Air Berlin w oddali, po lewej Wizz Air i Lufthansa, po prawej SAS i Eurolot. W tej samej kolejności i ustawieniu zaczną zaraz skoordynowany taniec po płycie lotniska. Gdy wsiadam do autobusu, Lufthansa zaczyna się wypychać. Wchodzę na pokład Air Berlin, a SAS wypycha w naszą stronę i zapuszcza silniki, a wyziew z nich znów leci prosto na mnie, stojącego na schodkach Bombardiera Q400.

A potem już tylko punktualne lądowanie w Berlinie, nad horyzontem widzę zachodzące słońce, przesiadka na późnowieczorny rejs Qatar Airways, ten sam personel przy odprawie, jedynie starszy o cztery dni. Zmęczona po całym dniu pracy obsługa sklepów wolnocłowych przygotowuje się do zamknięcia dnia, słyszę zasuwające się jedna za drugą rolety punktów usługowych.

Taka powtarzalność zjawisk, z którą często mamy do czynienia na lotniskach i w której sami możemy uczestniczyć, jest dla mnie fascynująca. Jest jak szczegółowo reżyserowany spektakl teatralny, np. musical – z obrotową sceną, w którym co piosenkę płynnie zmienia się scenografia. Grany co wieczór przez grupę tych samych aktorów.

A może to, co zaobserwowałem, było jedynie powtórzonym akurat w tych dniach wyjątkiem od rutyny, której inscenizacja zwykle wygląda zupełnie inaczej?

500 lotów na koncie

Mapa lotów za: flightdiary.net

To było do przewidzenia. Jeśli przez kilka lat samoloty traktuje się jak autobusy i z lotniska bazowego wylatuje się w świat przeciętnie co 16 dni, a w czasie każdej takiej wycieczki odbywa się średnio trzy loty (najmniej dwa, ale czasem aż dziewięć), to prędzej czy później na liczniku lotów pojawi się okrągła liczba i okazja do świętowania. Będzie pomocne, jeśli wszystkie rejsy zapisuje się i zlicza – to nic trudnego, gdy ma się słabość do statystyk, analizy trendów i wykresów.

Liczba lotów i odległość na przestrzeni lat

Panie i Panowie, Rejs MW500: wylądował!

Moi Drodzy, kilka tygodni temu stan licznika moich startów i lądowań przekroczył 500! Okazję tę postanowiłem uczcić na rejsie MW499, bo było na nim i towarzystwo, i szampan (niezastąpiony QR259, DOH-WAW), na co nie mogłem liczyć na faktycznie pięćsetnym rejsie – z Gdańska do Turku, Wizzairem, z wylotem o 6 rano…

Dziś, z nalotem ponad 2 tys. godzin, konstatuję, że latanie może być jak dla niektórych wódeczka: pierwsza setka na rozgrzewkę, a potem to już „się leci”. Jakby to było wczoraj, pamiętam mój setny w życiu lot w czasie urlopu w Indonezji. Potem były tylko kolejne setki, i kolejne…

Więc ile zajmuje mi do takiej setki? To zależy od formy i innych czynników. Przygotowany na tę okazję wykres pokazuje, że piąta setka była zdecydowanie najszybsza (423 dni). Praktyka czyni mistrza?

Ile dni do pierwszej, drugiej, …, piątej setki?

Jak wynika ze statystyk podliczonych przez flightdiary.net, najczęściej i najdalej latałem w roku 2011 (choć w 2013 roku niewiele brakowało by ten wynik doścignąć). Analizy te wzbogacę własnymi obliczeniami – najlepiej będzie porównać z poprzednią statystyką, którą podzieliłem się we wpisie na pięciolecie pobytu w Katarze. Gołym okiem widzę, jak bardzo niektóre wartości od tego czasu się zmieniły.

Częstotliwość wylotów z Doha: 16 dni (było: 19)

Offload (ile razy zabrakło miejsca): 35 (było: 13)

Liczba wycieczek do Polski z Doha: 39 (było: 19)

Najdłuższy pobyt w Doha: 73 dni (bez zmian)

Najkrótszy pobyt w Doha: ok. 12 godzin (bez zmian)

Wojaże z ostatnich dwóch lat znacząco wpłynęły na wieloletnią statystykę – latam coraz częściej i coraz dalej. Uruchomienie bezpośredniego połączenia z Doha do Warszawy w grudniu 2012 r. przyczyniło się również do częstszych wizyt w Polsce, co widać na wykresie. Od tego pamiętnego dnia leciałem do Polski 18 razy – prawie tyle samo razy, co przez poprzedzający okres pięciu lat! Oto najlepszy dowód na to, jak takie bezpośrednie połączenia lotnicze mogą stymulować wzrost popytu.

Na zakończenie zaznaczam, że jeśli trend tegoroczny utrzyma się, to zbiera się na kolejny rekord. Słowem – jestem fit to fly!

Przygodo, trwaj!

Loty od pierwszego do pięćsetnego, w tym loty do Polski (z emigracji)

Lądowanie z morza i marzeń

Jak się ląduje na plaży?

Dolecieć na Saint Martin niełatwo, zwłaszcza na biletach pracowniczych, co sam udowodniłem. W obie strony musiałem przetestować swoje umiejętności przewidywania i planowania sytuacji awaryjnych oraz uruchamiania i bieżącego modyfikowania tych planów w praktyce. Schematycznie wyglądało to tak:

DOH-AMS-SXM   /   AMS-LHR-MIA-SXM    /  MIA-SXM   /   SXM-CUR-AMSDOH   /   SXM-CDG-DOH

Już samo lądowanie na Saint Martin jest przeżyciem, jakich mało – uczestniczy się bowiem w niezwykłym przedstawieniu, które gromadzi na przylotniskowej plaży tłumy gapiów. Zaznaczyć warto, że scena jest tu jednocześnie widownią, a widownia sceną.

Praktycznie każde lądowanie na Princess Juliana International jest filmowane – zarówno przez podekscytowanych pasażerów w samolocie, jak i spotterów zgromadzonych na plaży. I właśnie wzięcie udziału w tym przedstawieniu było jednym z moich marzeń.

Moim planem było uczestniczyć w wyczekiwanym przez tłumy legendarnym lądowaniu Boeinga 747 pomalowanego w królewski błękit KLMu. Zamiast tego na Saint Martin przybyłem na pokładzie samolotu z kadłubem prawie niepomalowanym, czyli robiącego nieco mniejsze wrażenie Boeinga 757 w „barwach” American Airlines.

Jak to wyglądało z wewnątrz pokazuje film na youtube.

Fot. Kuba

Wylot z Princess Juliana również zapada w pamięć. Strasznie dziwne to uczucie, siedzieć w gigantycznym samolocie kołującym w kierunku progu pasa startowego i w momencie nawrotu zobaczyć te tłumy ludzi oczekujące pod płotem na nasz start. Nasz pilot z pewnością też im pomachał na pożeganenie.

Jak długo będzie czekał na zgodę na start?

Ruszy od razu czy zdążę cyknąć fotkę spod ogona nie ryzykując utraty zdrowia ani życia?

Co czują pasażerowie wewnątrz, dla których jest to najczęściej epilog wakacji na Karaibach?

Te pytania sam zadawałem sobie na plaży Maho kilka dni wcześniej, gdy obserwowałem przygotowania do startu Airbusa A340. Aż w końcu przyszła kolej na zamianę ról.

Szczęśliwie załapałem się na to właśnie wczesnowieczorne przedstawienie w wykonaniu Air France à destination de Paris Charles de Gaulle. Kilka godzin wcześniej okazało się, że – pomimo szczerych chęci – spektakl holenderski Bestemming Amsterdam Schiphol będę musiał oglądać z poziomu plaży, a nie samolotu. Trudno narzekać, gdy dostępne są takie alternatywy.

Airbus A340 ustawia się w osi pasa.

Piloci zaciągają hamulec ręczny.

Po chwii silniki przyspieszają. Samolot nadal stoi w miejscu.

Widownia na plaży doznaje ekscytacji. Jedni zapewne uciekają jak najdalej, inni zrywają się znad kufla piwa sączonego w plażowym barze i biegną w kierunku epicentrum wydarzeń. Wszyscy jednak mają w dłoniach aparaty fotograficzne i kamery.

Piasek na plaży ulega potężnej mocy silników odrzutowych i po raz kolejny tego dnia daje się odkurzyć.

Piloci zwalniają hamulce. Maszyna zrywa się do rozbiegu.

Poziom adrenaliny w żyłach pasażerów gwałtownie skacze. Czy pilotów też?

Cztery silniki rozpędzają się tak bardzo ile fabryka pozwoliła.

Full load. Masa startowa bliska maksymalnej w tym scenariuszu. Na osi pasa wzgórze. Do pokonania 6745 km nad Atlantykiem.

A później już tylko pyszne francuskie wino …

Kiedyś na Saint Martin wrócę!

Tego się nie zapomina. Podobnych emocji doświadczyłem dwa lata temu skacząc między wyspami na Pacyfiku.

Spotting na Maho Beach

Jest taka plaża, na której leżenie plackiem lub kąpiel w morzu do głównych atrakcji bynajmniej nie należą. Zapaleńcy z całego świata przybywający na Maho Beach na St. Martin cel mają jeden – godzinami oglądać lądujące i startujące samoloty, przy czym często bardziej o doświadczanie i przygodę niż o samo „podglądanie” chodzi.

Doświadczać można na plaży, w wodzie, albo stojąc pod płotem lotniska. Niektórzy nawet się na nim wieszają by odfrunąć na wyziewie ze startującego silnika.

Wizyta na Maho Beach to istotnie uczta dla zmysłów, spotting w najlepszym światowym wydaniu.

Wzrok. Nieźle trzeba go wytężyć, aby wyłapać na horyzoncie samolot wchodzący na prostą (chyba, że mowa o jumbo jecie, bo tego trudno przegapić). Jeśli się uda, satysfakcja gwarantowana.

Słuch – huk silników odrzutowych na początku rozbiegu przy tej bliskości plaży jest nie do opisania i może u niejednego wywołać palpitacje serca. Lądowania z kolei bywają magiczne – w miarę, gdy samolot zbliża się do plaży (tzn. do lotniska!) powoli natęża się gwar silników, aż w końcu – gdy maszyna przelatuje nad głowami – osiąga maksimum. Tuż po tym, w mgnieniu oka, następuje nieprawdopodobna cisza. I w tej ciszy, przy odrobinie szczęścia, można usłyszeć pisk przyziemiających w oddali opon. Pośród szumu fal. Bezcenne.

Węch. Po kilkunastu chwilach, przy sprzyjającym wietrze, zapach owych „przypalonych” opon dociera do plażowiczów. O zapachu benzyny lotniczej i emocjach z nią związanych wspominać chyba nie trzeba.

Dotyk. Niektóre maszyny przelatują tak nisko nad plażą, że prawie można je łapać za podwozie. Poza tym, w przypadku największych maszyn – coraz szybciej (subiektywnie) zbliżający się do pasa jumbo jet powiększa się w perspektywie do niewiarygodnych (tj. rzeczywistych!) rozmiarów, z których zdajemy sobie sprawę, gdy jest już za późno, żeby gdziekolwiek uciekać. Wrażenie bywa przeszywające.

Smak. Gdy wreszcie znudzi się stanie pod płotem lub kąpiel w wodzie, alternatywną perspektywę podglądania i doświadczania daje zlokalizowany tuż przy plaży legendany Sunset Bar, uznany przez Travel Channel za jeden z trzech najseksowniejszych barów plażowych na świecie. Tu, niejako przy okazji, można wzbogacać wrażenia o zmysł smaku – sącząc napoje z dolewką karaibskiego rumu.

O dominacji Maho Beach nad innymi plażami na wyspie świadczą gromadzące się dzień w dzień tłumy, zwłaszcza w godzinach popołudniowych, gdy na pasie 28 lotniska Princess Juliana siadają największe odrzutowce, tzn. Airbus A340 w barwach Air France i Boeing 747 KLMu. Sądząc po liczbie oczekujących na to wydarzenie, bez cienia przesady można by powiedzieć, że takie lądowanie to kulminacja dnia na tej małej karaibskiej wyspie.

Na małych wariatów z jednym lub dwoma śmigłami, nadlatujących niemal co chwilę z każdej strony, nikt tu prawie nie zwraca uwagi – chyba, że udowadniają właśnie, że są … wariatami. Na przykład gdy podchodzą naprawdę nisko (np. DHL na zdjęciu poniżej), albo gdy popisują się przed turystami na plaży – kołują do startu, zawracają tuż przy płocie prawie zahaczając o niego skrzydłem. Po ustawieniu się w linii pasa niespodziewanie zaczynają … cofać w stronę publiczności za płotem, co niechybnie wywołuje ekscytację. Zaciskają hamulec, zwiększają obroty silnika i, dopiero po kilku chwilach, ruszają z kopyta, pozostawiając po sobie tylko kurz w powietrzu, hałas i niniejsze wspomnienia.

Jak widać, nawet piloci chętnie urozmaicają całe to przedstawienie. Ci mniej wyczynowi sumiennie machają do publiczności przez okna w kokpicie podczas zawracania na pas.

Z wyjątkowości tego miejsca zdają sobie sprawę nie tylko ludzie – potrzebę adrenaliny w życiu wykazują również psy – choćby ten, który wybrał plażę Maho na miejsce codziennej toalety. Na jego pysku widać podwójne skupienie: na wykonywanej czynności per se oraz wnikliwej analizie sytuacji.

Zdążę, czy nie zdążę zanim ten gigantyczny trójnogi ptak za płotem zacznie się rozpędzać?

Ograniczoną z kolei świadomość sytuacji miewają mniej lub bardziej przypadkowi przechodnie na Maho Beach. Przelatujące tuż nad głową, albo, co gorsza, startujące samoloty stanowią zagrożenie dla zdrowia i życia, o czym wyraźnie informują znaki.

Na jednym z filmów uchwyciłem, jak rozpoczynający rozbieg MacDonnel Douglas zmiótł z plaży dwie niczego nieświadome starsze kobiety. Z jednej strony piach i gorący wyziew z ograniczoną ilością tlenu przez kilkanaście sekund, z drugiej fala wody.

Innym razem, pozbawiony wyobraźni (bo świadomość, że jest przy lotnisku, najwyraźniej miał) młodzieniec, który usiłował zrobić zdjęcie zza ruszającej do startu maszyny. Podmuch z silnika momentalnie zmiótł w stronę brzegu pozostawiony na piasku plecak, co zdezorientowany mocą silników właściciel zauważył, gdy plecak od dawna pływał w wodzie. Inna osoba próbowała schronić się od podmuchu uciekając w stronę brzegu, gdzie zaskoczyła ją … dwumetrowa fala. I strasznie, i śmiesznie.

Więcej filmów ze spottingu na Saint Martin znajdziecie na kanale youtube.

 Fot. Kuba

Podsumowując, przekonałem się na własnej skórze, że plaże na Saint Martin, a zwłaszcza ta przy lotnisku 😉 bynajmniej nie są przereklamowane. Liczba ludzi, którzy gromadzili się na Maho Beach, przerosła moje oczekiwania – to jedno z niewielu miejsc na świecie (jeśli nie jedyne), gdzie spotterami, obok starych wyjadaczy, stają się na masową skalę osoby niezainteresowane na co dzień lotnictwem. I potrafią czerpać z tego przyjemność!

Fantastyczne to uczucie stać się na kilka chwil częścią międzynarodowego tłumu, którego jednoczy taka przygoda (bardziej niż pod fontanną Di Trevi w Rzymie!). Tym bardziej, jeśli pośród tego wyborowego towarzystwa znajdują się motywujący do spełniania marzeń przyjaciele.

Marzenia się spełniają!

O tym jak się dostać na Karaiby oraz emocjach towarzyszącym lądowaniu i wylotowi z magicznego lotniska na Saint Martin czytaj tutaj.

Więcej dowodów zdjęciowych ze spottingu na Princess Juliana na picasa.

Projekt SXM

Sokrates stwierdził, że każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Ja bym poszedł o krok wstecz – każda podróż zaczyna się od marzenia.

Różne marzenia podróżnicze miewają ludzie. Dla jednych może to być zdobywanie górskich szczytów, dla innych maraton po muzeach czy piramidach, dla jeszcze innych – przemierzanie jezior lub oceanów na jachcie albo po prostu wygrzewanie się na pięknej plaży.

A co jeśli marzenie o takiej plaży uwzględnia drinka w jednej ręce, a w drugiej aparat fotograficzny? W plecaku przydałby się również odbiornik radiowy nastawiony na częstotliwość „tower” okolicznej wieży kontroli ruchu lotniczego (choć da się obejść i bez niego). A jeśli mamy na myśli Maho Beach, to w pakiecie dostaniemy hałas silników odrzutowych oraz zapach (przecież nie smród!) kerozyny.

Taki właśnie wyjazd wymarzyło sobie dwóch studentów zamieszkujących w owym czasie na ulicy Puławskiej w Warszawie. O tym, że są pozytywnie zakręceni w tematach transportowo-lotniczych dodawać nie trzeba.

Postanowili: Dajemy sobie 5 lat, żeby tam się znaleźć.

Czy dotrzymali słowa?



 

Spotting na Songshan

Spotting na Songshan



Najbardziej odpowiednim zwieńczeniem tygodniowego zwiedzania Tajwanu na rowerze w wersji na wheymana, jakie można sobie wyobrazić, było podglądanie … startujących i lądujących samolotów.

Miejskie lotnisko w Tajpej, czyli Songshan, jest jednym z niewielu na świecie położonych w samych centrum miasta. Londyńskie City się przy Songshan nie umywa, jeśli wziąć pod uwagę odległość pasa do wysokich zabudowań oraz rozmiary obsługiwanych samolotów (oczywiście, że rozmiar ma znaczenie!).

Wzdłuż pasa, po jednej stronie ogrodzenia, ciągnie się autostrada (na pilarach – kilka metrów nad ziemią – gdyby ktoś miał ochotę można by się ścigać ze startującymi maszynami). Po drugiej – niemalże za płotem – dzielnica biznesowa i m.in. najwyższy niegdyś budynek świata, czyli Taipei 101.

Spotting na Songshan

Widok z autostrady na lotnisko Songshan

Dla takiego spottera, jak ja, liczy się możliwość jak najbliższego podejścia do płotu i odległość tegoż od progu pasa. Dla porównania obliczyłem z pomocą map google’a, że na Okęciu próg pasa 11 jest w odległości 450m od płotu, tuż przy którym znajduje się dostępna dla wszystkich droga – to tu stojąc przy płocie niektórzy mają wrażenie, że jest ryzyko oberwania wysuniętym podwoziem w głowę. Na Songshan z kolei ta odległość wynosi tylko 120m, co oznacza, że samoloty mogą przelatywać nad głową aż 3-4 razy niżej, niż na Okęciu! Mając to na uwadze skuszę się nazwać TSA (czyli Songshan właśnie) miejską wersją legendarnego SXM, czyli Princess Juliana.

Songshan niejako w nienarzucający się sposób wpisuje się w mapę miasta i życie ich mieszkańców. Taki wniosek można przynajmniej wysnuć widząc takie oto obrazki.

Spotting na Songshan

Światła podejścia tylko pozornie ogrodzone, a pomiędzy nimi droga.

Spotting na Songshan

Wieża włączyła światła podejścia, spotterzy uruchamiają aparaty fotograficzne, samolot wchodzi na prostą, zbliża się do pasa, zewsząd słychać cykające lustrzanki spotterów, które wkrótce zostaną zagłuszone przez turbośmigłowe silniki ATRa, a pani ogrodniczka, pieląca właśnie swoje grządki, w całym tym zamieszaniu ani mrugnie okiem.


Tym, co wyróżnia miejskie lotnisko w Tajpej od London City i wielu podobnych jest fakt, że obługiwane są na nim szerokokadłubowe samoloty. I to zdecydowanie częściej, niż raz dziennie, co wpływa na jego popularność wśród spotterów. Większość szerokokadłubowców lata z Songshan na Hanedę – świadczy to o bliskości stosunków gospodarczych między Tajwanem i Japonią. Do wyboru mamy ANA (2x dziennie na 767), Japan Airlines (2x 767), EVA Air (2x na A330) oraz China Airlines (2x 330). Są również dwa dzienne połączenia do Szanghaju na A330.

ANA B767 - Spotting na Songshan

JAL - Spotting na Songshan

JAL - Spotting na Songshan

JAL - Spotting na Songshan



Bliskie spotkanie z lądującym tuż nad głowami B767 zapada w pamięć i jest zdecydowanie warte oczekiwania, zresztą zobaczcie sami.



Polecam również film z lądowania nakręcony przez pasażera (zwłaszcza ostatnie 2 minuty) – po jego obejrzeniu przestałem się dziwić, że niektórzy pasażerowie przy lądowaniu na Songshan podobno zaczynają się stresować, gdy widzą, że ich samolot tak bardzo zbliża się do zabudowań czy autostrady i aż do ostatniej chwili nic nie wskazuje na to, że pomiędzy nimi znajduje się lotnisko.

Spotting na Songshan okazał się prologiem do innego ekscytującego projektu na przeciwległym skraju mapy, o którym napiszę już wkrótce.

Liniowiec Marzeń czyli Dreamliner

Qatar Airways z równie wielką pompą jak PLL LOT (jeśli nie większą) odebrały pierwszego Boeinga 787 w zeszłym miesiącu, o czym nie zdążyłem napisać, ale właśnie nadarza się kolejna okazja, by do tematu jednak wrócić.

Qatar Airways - Boeing 787

Po kilku tygodniach lotów szkoleniowych w rejonie Zatoki Perskiej (np. do Dubaju i Kuwejtu), dziś rano Liniowiec Marzeń w barwach Oryksa wystartował w pierwszy komercyjny rejs do Londynu. Co najmniej jeden z pięciu codziennych rejsów do Londynu będzie osługiwany przez 787, pozostałe egzemplarze mają obsługiwać połączenia do Monachium, Frankfurtu, Zurychu oraz Perth. Ciekawostką może być to, że rozkład skonstruowano tak, że najwierniejsi fani B787 będą mogli się dostać z Londynu aż do Perth na pokładzie Dreamlinerów, z krótką przesiadką w Doha (QR obecnie oferuje najkrótszy czas podróży między tymi miastami spośród wszystkich przewoźników, podobnie jak w przypadku Melbourne).

Qatar Airways - Boeing 787 - Business Class

Klasa biznes

Jak przystało na najlepszą linię lotniczą świata, wyposażenie katarskiego Dreamlinera zostało zaprojektowane w taki sposób, aby wyprzedzać światowe standardy komfortu dalekich podróży. Brzmi jak kryptoreklama, ale wydaje się, że coś w tym jednak jest, skoro konfiguracja kabiny klasy biznes (1-2-1) przypomina bardziej klasę pierwszą u innych przewoźników. Szczegóły i trochę inspiracji o Katarze i jego lotniczych ambicjach znajdziecie na oficjalnej stronie katarskiego Boeinga 787.

Qatar Airways - Boeing 787 - Economy Class

Klasa ekonomiczna

To już chyba ostatnia notka o Qatar Airways w tym sezonie, nic szczególnego (wedle tutejszych standardów) raczej przez najbliższe kilka miesięcy się nie wydarzy. O tym, że w pierwszym półroczu 2013 Qatar Airways planuje uruchomić (co najmniej) 6 nowych kierunków nie będę pisał, bo … nic w tym szczególnego i byście się zanudzili. Pozwolę sobie jednak je wymienić: Gassim w Arabii Saudyjskiej, Najaf w Iraku, Phnom Penh w Kambodży, Chengdu w Chinach, Chicago w USA, Salalah w Omanie.

Zaraz zaraz, do tej pory nie napisałem nic o tym, co się szykuje we Wrocławiu! Czyli jednak trzeba wrócić do tematu QR, już wkrótce!

Qatar Airways wylądowały w Warszawie

Po wielu tygodniach odliczania, rejs QR980 wylądował dziś wczesnym popołudniem na lotnisku im. Fryderyka Chopina w Warszawie.

QR980 - boarding

Fot. Mateusz

Oczywiście śledziliśmy go z kolegami w internecie, od startu do lądowania, z przerwami na pracę 😉

QR980 - DOH-WAW

Pierwszy w historii QR980 – tuż po starcie

QR980 - DOH-WAW

Wiele „Qatari” przelatuje codziennie nad Polską, ten jest pierwszym, który ma zamiar w Warszawie lądować!

QR980 - DOH-WAW

3945 km / 2451 mil / jedyne 5 godzin i 46 minut

Jak donosi portal pasazer.com na pokładzie Airbusa A320 przyleciało 83 pasażerów, a wśród nich Akbar Al Baker, prezes katarskiej linii lotniczej oraz zagraniczni dziennikarze. Po przylocie miało miejsce oficjalne powitanie, w którym uczetniczyli ambasador Polski w Doha, ambasador Kataru w Warszawie i inni goście. Nie obyło się bez tradycyjnych występów. Jak donoszą z kolei źródła własne, ze względu na pogodę, nie powitano niestety kołującego samolotu tradycyjnym salutem wodnym. Wedle tychże samych źródeł, w maleńkim tylnym bufecie 320-ki była niezła impreza, typowo polska, a jakże!, a wódka lała się strumieniami.

Fot. pasazer.com

Oczekiwania wobec Qatar Airways w Warszawie są wysokie. Dowodem jest choćby dzisiejszy nagłówek na portalu onet.pl:

Przełomowe zmiany dla tysięcy klientów. Na polski rynek wkracza światowa ekstraklasa

Dzieje się tak nie bez powodu, skoro reklamy QR w Warszawie mówią wyraźnie – Lataj z najlepszą linią lotniczą na świecie. Ciekawe jakie będą oczekiwania wobec Emirates? I co będą mówiły reklamy na bilbordach?! (Lataj z ósmą najlepszą linią lotniczą na świecie, gorszą o jedną pozycję od Turkish Airlines? :P)

W tym szczególnym dla historii stosunków Polski z Katarem dniu lokalny dziennik The Peninsula wydał okolicznościowy dodatek przygotowany przez Ambasadę RP w Doha. Jak zauważył mój były szef, Qatar Airways otwiera kilkanaście nowych destynacji każdego roku, ale to bodaj pierwszy przypadek, gdy z tej okazji mamy do czynienia z przemyślaną promocją danego kraju w poczytnej gazecie pod auspicjami ambasady. Pomysł godny odnotowania!

Duma Qatar Airways

Qatar Airways z dumą prezentuje część swojej floty, w zaciszu domowego gniazda, czyli na lotnisku w Doha.

Na pierwszym zdjęciu siedem Boeingów 777 (ledwie ok. ćwiartka tego, co jest na stanie), a na drugim 14 Airbusów 320 (to też ułamek z całości tej floty 🙂

Niezorientowanym w branży podpowiadam, że zorganizowanie takiego zdjęcia było nie lada przedsięwzięciem. Samoloty z zasady mają latać i zarabiać pieniądze, a nie pozować do zdjęć i to jeszcze w takim zgrabnym ustawieniu na baczność. Kilka tygodni przygotowań, koordynacji między różnymi działami i odrobina szczęścia w kwestii pogody oraz np. punktualności przylotów i wreszcie możemy podziwiać efekty.

7x Boeing 777 by Qatar Airways in Doha

14x Airbus 320 by Qatar Airways in Doha

Między Katarem i Argentyną

Wycieczka do Buenos Aires oznaczała dla mnie spędzenie niemal 20 godzin w jednym samolocie bez przesiadek. Było co prawda międzylądowanie w Sao Paulo, ale bardzo krótkie i bez wysiadania. Warto wspomnieć, że Doha – Buenos Aires jest nadłuższym segmentem w siatce Qatar Airways. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale system rozrywki na pokładzie Boeingów 777 w katarskich barwach, a także wybór napojów (nie tylko bezalkoholowych 😉 sprawiły, że ten rejs – mimo, ze w klasie ekonomicznej, zleciał jakby w mgnieniu oka. Aha, dobrych kilka godzin wystałem w kuchni rozmawiając z załogą. Uwielbiam takie długie loty naszymi Triple Seven!

Dla większości pasażerów ten 20-godzinny odcinek stanowił część niewyobrażalnie długiej podróży – Doha była dla nich tylko punktem przesiadkowym, bo kilka chwil wcześniej przylecieli rejsami z Dalekiego Wschodu, zwłaszcza Chin i Japonii (co zajęło kolejne 10-14 godzin lotu!). Analiza powodów, dla których na locie między Katarem a Argentyną można spotkać tak wielu, a w zasadzie większość skośnookich pasażerów, jest podstawą mojej pracy. Podczas gdy odpowiedź na pytanie dlaczego wybierają Qatar Airways jest banalna (przede wszystkim bardzo mało alternatyw!), o wiele bardziej interesujące jest zrozumienie w jakim celu tam się udają, zwłaszcza z całymi rodzinami, a to bywa zaskakujące.

Jeśli któregoś z czytelników fascynuje to tak samo, jak mnie, to zachęcam do rozważenia kariery w dziale zarządzania przychodami w którejś z globalnych linii lotniczych, najlepiej w sekcji analiz popytu. Jest co analizować, zwłaszcza w naszym globalizującym się świecie!

Boeing 777 - Qatar Airways

Translate »