Qatar Airways uruchomi rejsy do Warszawy

Z przyjemnością donoszę, że wieloletnie spekulacje właśnie się potwierdziły. Otóż … Począwszy od 5 grudnia br. Qatar Airways uruchomi bezpośrednie połączenie między Warszawą a Doha!!!

Połączenie będzie obsługiwane cztery razy w tygodniu samolotem Airbus 320, a czas lotu wyniesie ok. 5 godzin.

Qatar Airways - Airbus 320

Qatar Airways – Airbus A320

To wiadomość dosłownie sprzed kilku godzin i z pewnością zdoła jeszcze zelektryzywać wiele osób – zaczynając od Polonii w Katarze, przez podróżnych, fanów branży, ekspertów a kończąc na … konkurencji, a zwłaszcza liniach Emirates. Nie trzeba być znawcą tematu, aby decyzję Qatar Airways uznać za inteligentne przytarcie nosa tego większego konkurenta. Kilka tygodni temu linie Emirates ogłosiły bowiem uruchomienie codziennych połączeń do Warszawy, ale od 6 lutego 2013 r., czyli całe dwa miesiące po liniach z Kataru.

Plotki na temat wejścia na polski rynek tych niezwykle szybko rozwijających się przewoźników z regionu Zatoki Perskiej pojawiały się i znikały jak bumerang odkąd pamiętam, czyli co najmniej od pięciu lat. Nikt chyba się jednak nie spodziewał, że dwóch przewoźników zrobi to niemal jednocześnie!

Co tu dużo mówić – Warszawa zasługiwała na to połączenie od dawna. Zaskakujące jest to, że była do tej pory jedną z kilku zaledwie stolic w UE (obok Bratysławy, Helsinek i stolic krajów nadbałtyckich), do której nie lata żaden przewoźnik z Zatoki Perskiej (Emirates, Etihad lub Qatar).

Wraz z wejściem Qatar Airways i Emirates Polacy, a zwłaszcza warszawiacy, dostają cały koszyk nowych opcji podróżowania po świecie. To będzie prawdziwa nowa jakość – wiele nowych destynacji w zasiegu i najczęściej tylko z jedną przesiadką (np. Australia, Sri Lanka czy Filipiny).

Jest jeszcze druga dobra wiadomość – z informacji uzyskanych od polskiego Ambasadora w Doha wynika, że zniesienie obowiazku wizowego dla Polakow przybywajacych do Kataru jest bliskie finalizacji. Szczegółow na razie nie znamy, ale prawdopodobnie oznaczać to będzie, że obywatele polscy będą mogli uzyskiwać wizy turystyczne na granicy po przylocie do Doha, w cenie 100 riali (ok. 90 zł) – czyli tak, jak obywatele wiekszości krajow UE.

Jesli tak się stanie, podróżowanie z Polski w świat przez Doha bedzie jeszcze łatwiejsze, a do tego będzie można bezstresowo zrobić sobie kilkudniową przerwę w podróży i przy okazji zobaczyć kolejny egzotyczny kraj, jakim jest Katar.

Teraz nikt już nie znajdzie wymówki – zapraszam do mnie w odwiedziny do Kataru (a już najlepiej będzie połączyć to z dalszą wyprawą do Afryki, Azji lub Australii).

Wyprzedzając potencjalne pytania czytelników, zapowiadam już teraz, że pierwszym rejsem Qatar Airways do Warszawy nie przylecę, bo wypada to w środku tygodnia. Przylecę natomiast rejsem drugim, tj. w piątek 7 grudnia. Komitet powitalny mile widziany…

 

Bezkres relaksacji w Hua Hin

Choć trudno w to uwierzyć, dopiero niedawno, krok po kroku, zacząłem odkrywać Tajlandię. Przyznaję, że do tej pory oferta turystyczna tego kraju była poza sferą moich zainteresowań – nawet nie pamiętam już skąd wzięło się takie przekonanie! Przecież Tajlandia zajmuje wysokie miejsce wśród najchętniej odwiedzanych przez turystów krajów na świecie! Aby tę tezę potwierdzić wystarczy przejść się po Bangkoku i policzyć mijanych farang’ów, zwłaszcza Europejczyków i Australijczyków, nie wspominając pozostałych ras i nacji.

Evason Spa - Hua Hin

I tak, po kilku latach szwendania się po świecie i jego różnych, nierzadko egzotycznych zakamarkach, dojrzałem – bo niby jak to inaczej określić – do odkrywania piękna Syjamu. Najwyższy czas!

Zacznijmy więc od plaż. Większość turystów z segmentu plażowego wypoczywa i bawi się na tajskich wyspach, zwłaszcza Puket, Krabi, Phi Phi, itp. Nie byłbym sobą, gdybym tej tendencji uległ.

Evason Spa - Hua Hin

Wybór padł na Hua Hin – turystyczne miasto położone na zachodnim wybrzeżu Zatoki Tajlandzkiej, ok. trzy godziny drogi od Bangkoku. Słynie ono z czterokilometrowej plaży położonej w samym mieście, wzdłuż której znajduje się mnóstwo drogich hoteli wszelkiego rodzaju. Może kogoś to ekscytuje, ale na pewno nie mnie.

Evason Spa - Hua Hin, Tajlandia

Warto było pofatygować się nieco dalej na południe, uciec od tłumów i zgiełku miasta. Na przykład do Evason Spa. Miejsce to okazało się niezwykłe – malowniczo położone wzdłuż plaży, z niesamowicie przyjazną obsługą, a do tego ekologiczne (przynajmniej tak się dumnie reklamują). Jest tam wszystko, czego potrzeba do regeneracji sił – woda, piasek, szum fal i wiatru, gwiazdy na niebie (!) i … rowery do wypożyczenia. Kto mnie zna, ten wie, że takich rowerowych okazji raczej nie przepuszczam. Do tego wyśmienite tajskie jedzenie w okolicznych restauracyjkach (do tych hotelowych raczej się nie zbliżam).

Tajlandia kulinarnie

Podróżowanie poza sezonem i na przekór większości po raz kolejny pokazało swoje plusy. Mamy środek sezonu, więc tymczasowo trzeba z podróżami nieco przyhamować. Tymczasem będę bardzo ukontentowany, jeśli ta relacja wraz ze zdjęciami kogoś zainspiruje.

Evason Spa - Hua Hin, Tajlandia

Qatar Airways znów numerem jeden!

Właśnie ogłoszono wyniki najważniejszego na świecie rankingu linii lotniczych, czyli Skytrax, w którym Qatar Airways drugi rok z rzędu zajęły pierwsze miejsce. Wspiąć się na sam szczyt to jedno, lecz utrzymanie się na nim to dopiero osiągniecie, zarówno niezwykle, jak i mało prawdopodobne!

Tym samym niemożliwe stało się możliwe. Z dumą donoszę, że moja przepowiednia sprzed roku o tym, że w kolejnych latach może być tylko gorzej, nie sprawdziła się.

Gratulacje dla wszystkich załóg, bo ich największa w tym zasługa!

A tak przy okazji, czy już chwalilem się, że w Qatar Airways mamy od kilku miesiecy pierwszą polską szefową pokładu? 😉

Qatar Airways Girl 2012

Robotnikom wstęp wzbroniony

Coraz rzadziej piszę o tym, co się wydarzyło w Katarze. Po prostu coraz mniej rzeczy mnie tu zaskakuje, nie chcę się powtarzać, najzwyczajniej w świecie brakuje inspiracji.

Takiej okazji jednak nie przepuszczę. Oto, pod drzwiami właśnie znalazłem gazetkę reklamową z jednego z „hipermarketów” w Katarze (w cudzysłowie, bo hipermarketami się tu nazywa sklepy mniejsze od przeciętnej polskiej Biedronki).

Masskar Hypermarket - Timings for bachelors

Wyjaśniam tym, którym się powyższe w głowie nie mieści – w Katarze i innych krajach nad Zatoką Perską bachelors, czyli samotni mężczyźni, a w szczególności tania siła robocza z Azji, mają ograniczone możliwości poruszania się po mieście. W określone dni tygodnia nie są wpuszczani do parków, centrów handlowych, nie mówiąc już o suku i innych przybytkach, w których ich obecność mogłaby przeszkodzić przebywającym tam samotnym kobietom, a także rodzinom z dziećmi. Do tego się już nawet wszyscy przyzwyczailiśmy.

Powyższy przykład jest jednak pierwszym, z którym się spotkałem, w którym otwarcie przyznano, że istnieje segregacja społeczna w katarskich centrach handlowych i – co więcej – wykorzystano to do celów reklamowych!

Idzie nowe. Co jeszcze wymyślą, żeby umilić życie jednej grupie społecznej i jednocześnie uprzykrzyć życie pozostałym, tzn. „tym gorszym”??

Więcej na temat życia taniej siły roboczej w Katarze pisałem we wcześniejszych notkach:

Duma Qatar Airways

Qatar Airways z dumą prezentuje część swojej floty, w zaciszu domowego gniazda, czyli na lotnisku w Doha.

Na pierwszym zdjęciu siedem Boeingów 777 (ledwie ok. ćwiartka tego, co jest na stanie), a na drugim 14 Airbusów 320 (to też ułamek z całości tej floty 🙂

Niezorientowanym w branży podpowiadam, że zorganizowanie takiego zdjęcia było nie lada przedsięwzięciem. Samoloty z zasady mają latać i zarabiać pieniądze, a nie pozować do zdjęć i to jeszcze w takim zgrabnym ustawieniu na baczność. Kilka tygodni przygotowań, koordynacji między różnymi działami i odrobina szczęścia w kwestii pogody oraz np. punktualności przylotów i wreszcie możemy podziwiać efekty.

7x Boeing 777 by Qatar Airways in Doha

14x Airbus 320 by Qatar Airways in Doha

5 lat w Katarze

Mija właśnie pięć lat, odkąd pytanie: co ja tu robię? padło na tym blogu po raz pierwszy. Od tego momentu nadal zdarza mi się je zadawać. Odpowiedź, po chwili namysłu, jest zawsze taka sama – ja tu spełniam marzenia! Przecież właśnie po to do Kataru przyjechałem.

Marzy mi się trafne podsumowanie czasu, który tu spędziłem, lecz nie przychodzi to łatwo. Wracam myślami do pierwszych dni i tygodni w Doha, pobieżna lektura zapisków na blogu z tego okresu pomaga odświeżyć pamięć. Szybko stwierdzam, że dzisiejsza perspektywa na wiele doświadczeń jest zgoła inna. Jedno jest pewne – początki w Katarze były pełne wrażeń, ale też i wyzwań, zresztą do dziś nie mogę narzekać na ich brak. To chyba dobrze, prawda?

Wracam też do podsumowań, które tu opublikowałem, bo celnie pokazują nastroje i to, jak zmieniało się moje spojrzenie na wiele spraw.

W pierwszym – po sześciu miesiącach od przyjazdu – zauważyłem, że mój świat stanął do góry nogami, bo po przeżyciu ekstremalnie gorącego lata zacząłem marznąć przy 25 st. Już wtedy tęskniłem za normalnością, za świeżym powietrzem, za lasem. Teraz mogę dodać, że nic się w tej kwestii do dziś nie zmieniło.

Po roku dumnie przyznawałem, że nadal włączam kierunkowskaz przy zmienianiu pasa. Ponadto doszedłem do wniosku, że niewiele wiem o świecie, o czym kolejne dni w Doha, a przede wszystkim podróże, niezawodnie mi przypominały (np. tam, gdzie pieprz rośnie).

Po kolejnych kilkunastu miesiącach życia na pustyni konstatowałem, że obfitość bezcennych doświadczeń w moim życiu wymaga wprowadzenia podziału na podkategorie, za które nie zapłaci się: a) standardową, b) złotą, c) platynową Mastercard.

Odkrywałem źródło Nilu, wspinałem się na wulkan, wyprzedzałem policyjną terenówkę z prędkością o wiele wyższą niż dozwolona na najnudniejszej drodze świata wg Lonely Planet. Obejrzałem na żywo jeden z ostatnich w historii koncertów Tiny Turner. Tego się nie zapomina! Co bym dał, żeby to powtórzyć?

Po trzech latach spędzonych w Katarze ostentacyjnie postanowiłem nie pytać co dalej? Marzenia dalej się spełniały, zwłaszcza przy odrobinie spontaniczności, która zawsze była u mnie w cenie. W takich właśnie okolicznościach pojawił się pomysł wycieczki dookoła świata w kilka dni, który wkrótce potem zrealizowałem. Tym samym, poprzeczkę spontaniczności, którą niejeden nazwałby wariactwem, ustawiłem sobie jeszcze wyżej. O tym, jak niewiele było trzeba, by do niej znowu dosięgnąć, przekonałem się pół roku później – przy okazji wyprawy po wyspach środkowego Pacyfiku.

I znowu w powietrzu zawisła myśl – co bym dał, żeby to powtórzyć?

W międzyczasie była praca na pełny etat – uwierzyłby kto? Jak ja zdołałem znaleźć na nią czas?! A przy okazji Qatar Airways rosły w rankingach, aby wreszcie osiągnąć ich szczyt z tytułem Linii Lotniczej Roku 2011. Czego chcieć więcej?

5 lat w Katarze

W ciągu tych pięciu lat poznałem mnóstwo fantastycznych ludzi z wielu stron świata, nawiązałem wiele wartościowych przyjaźni. Dostęp do zniżkowych biletów lotniczych oraz możliwość „serfowania na kanapie” bardzo w tym pomogły.

Były także niezapomniane spotkania z rządowymi delegacjami w polskiej ambasadzie. Znamienne, że wystarczyło zamieszkać w Doha, aby na przestrzeni kilku lat mieć możliwość uściśnięcia ręki, a czasem i krótkiej rozmowy z najważniejszymi osobami w Polsce.

Zasmakowałem życia w wielokulturowym otoczeniu, które okazało się wciągające. Także – a może przede wszystkim – w kulinarnym znaczeniu. Za polskimi smakami tęsknię codziennie, ale jestem przekonany, że gdy kiedyś nad Wisłę wrócę, to równie mocno będę tęsknić za kuchnią libańską, turecką, indyjską, tajską, które tu są częścią codzienności…

Doświadczenie życia na obczyźnie nauczyło mnie tak wielu rzeczy, że trudno to ogarnąć. Wymienię tylko umiejętność targowania się, przynajmniej po azjatycku, w której osiągnąłem najwyższy bodaj poziom zaawansowania, bo po prostu sprawia mi ono przyjemność.

Nie byłbym sobą, gdybym z tej podniosłej okazji nie zamieścił odrobiny statystyki. Minione pięć lat to ponad 1200 godz. spędzonych w powietrzu, czyli średnio 5 godz./weekend. Tu statystyka trochę przekłamuje, bo z Doha wylatywałem przeciętnie co 19 dni – ta miara pozostaje od dłuższego czasu na niezmienionym poziomie. Rodzinę i przyjaciół w Polsce odwiedzałem w sumie 19 razy (bardzo tęsknię, to chyba nie ulega wątpliwości!)

Ponadto niezliczona liczba godzin poświęcona temu blogu i ponad trzystu wpisom, które w sumie zawierają prawie 90 tys. wyrazów. Wyszłoby z tego kilka prac magisterskich … Oczywiście, że było warto!

Statystyki na bieżąco się aktualizują, tymczasem moja przygoda na pustyni trwa nadal. Na razie nie pytam co dalej?, ale jestem pewien, że odpowiedź prędzej czy później się pojawi. Jak zwykle w towarzystwie spontaniczności, której na co dzień sobie i wszystkim życzę!

5 lat w Katarze

Między Katarem i Argentyną

Wycieczka do Buenos Aires oznaczała dla mnie spędzenie niemal 20 godzin w jednym samolocie bez przesiadek. Było co prawda międzylądowanie w Sao Paulo, ale bardzo krótkie i bez wysiadania. Warto wspomnieć, że Doha – Buenos Aires jest nadłuższym segmentem w siatce Qatar Airways. Pewnie trudno w to uwierzyć, ale system rozrywki na pokładzie Boeingów 777 w katarskich barwach, a także wybór napojów (nie tylko bezalkoholowych 😉 sprawiły, że ten rejs – mimo, ze w klasie ekonomicznej, zleciał jakby w mgnieniu oka. Aha, dobrych kilka godzin wystałem w kuchni rozmawiając z załogą. Uwielbiam takie długie loty naszymi Triple Seven!

Dla większości pasażerów ten 20-godzinny odcinek stanowił część niewyobrażalnie długiej podróży – Doha była dla nich tylko punktem przesiadkowym, bo kilka chwil wcześniej przylecieli rejsami z Dalekiego Wschodu, zwłaszcza Chin i Japonii (co zajęło kolejne 10-14 godzin lotu!). Analiza powodów, dla których na locie między Katarem a Argentyną można spotkać tak wielu, a w zasadzie większość skośnookich pasażerów, jest podstawą mojej pracy. Podczas gdy odpowiedź na pytanie dlaczego wybierają Qatar Airways jest banalna (przede wszystkim bardzo mało alternatyw!), o wiele bardziej interesujące jest zrozumienie w jakim celu tam się udają, zwłaszcza z całymi rodzinami, a to bywa zaskakujące.

Jeśli któregoś z czytelników fascynuje to tak samo, jak mnie, to zachęcam do rozważenia kariery w dziale zarządzania przychodami w którejś z globalnych linii lotniczych, najlepiej w sekcji analiz popytu. Jest co analizować, zwłaszcza w naszym globalizującym się świecie!

Boeing 777 - Qatar Airways

Buenos Aires. Argentyna

Moje pierwsze kroki w Buenos Aires, czyli „mieście pomyślnych wiatrów”, były jednocześnie pierwszymi krokami w Ameryce Południowej. Był to przełomowy moment, gdyż tym samym domknęła się lista (zamieszkanych) kontynentów, które były do odkrycia. Nie spodziewałem się, że stanie się to tak szybko, ale to chyba dobrze – nadal twierdzę, że spontaniczność w podróżach i odchodzenie od utartych schematów to podstawa sukcesu.

Stolica Argentyny to fascynujące skrzyżowanie Madrytu, Rzymu, Paryża i kilku innych miast europejskich, co da się zauważyć w jej centralnych dzielnicach na każdym kroku. Oficjalnie jednak mówi się o Buenos Aires jako o „Paryżu Południa”. Jak na Latynosów przystało, przysłowiowa maniana też jest tam zauważalna, tyle, że niejako z większą intensywnością w porównaniu do południa Starego Kontynentu.

Buenos Aires, Argentyna

Obowiązkowym punktem programu był spacer po deptaku Florida i Lavalle, a także Plaza de Mayo, połączony z nieudaną próbą wmieszania się w tłum.

Potem przejażdżka linią A metra, która do dziś obsługiwana jest przez drewniane składy, co jest nie lada gratką dla turystów. Sieć podziemnej kolejki w Buenos Aires wybudowano w 1913r., co czyni ją najstarszą na całej półkuli południowej.

Nie obyło się bez wizyty w zamożnej dzielnicy Recoleta i wypicia cafe con leche w towarzystwie argentyńskich elit w jednej z klimatycznych kawiarni. W okolicy tej jest cmentarz, na którym znajdują się groby najbardziej zasłużonych obywateli Argentyny, w tym charyzmatycznej Evy Peron. Zaliczone.

Nekropolia Recoleta, Buenos Aires, Argentyna

W końcu wizyta w San Telmo – jednej z najładniejszych dzielnic Buenos Aires. Zachowana w secesyjnym stylu słynie przede wszystkim z niedzielnego targu staroci, który przyciąga mnóstwo turystów. San Telmo słynie również z pokazów tanga na ulicy. Wedle jednego z przewodników, większość par tańczy tam pod publiczkę, a dzielnica stała się w pewnym sensie metaforycznym muzeum tego tańca dla turystów. My takiego wrażenia nie mieliśmy.

Buenos Aires, Argentyna

Wybornie było pod względem kulinarnym. Na śniadanie przepyszne bułeczki i rogaliki – z marmoladą lub bez, ale koniecznie z dodatkiem dulce de leche – kremu karmelowo-mlecznego, który okazał się bardziej uzależniający od nutelli! W porze obiadowej pizza w argentyńskim wydaniu albo olbrzymie steki (zwłaszcza w wersji napolitana – z serem i szynką na wierzchu). Ślinka cieknie też na samą myśl o empanadach – pierożkach z najróżniejszym farszem – mięsem, warzywami, serem i cebulą, itp.

Dulce de leche i rogaliki, Buenos Aires

Na deser oczywiście lody – mówi się, że włoskie lody mogą konkurować tylko z argentyńskimi. Moje jednorazowe doświadczenie tezę tę potwierdza. Życie jak w Madrycie!

I ponad wszystko … wino. Z tej krótkiej wyprawy do Argentyny przywiozłem wiele wspomnień, ale najważniejsze z nich to zapach i smak dziesięciu gatunków wyśmienitych win, które dane mi było skosztować w sklepie Lo de Joaquin Alberdi. Oprócz wspomnień przywiozłem – raczkującą co prawda – umiejętność tych win oceniania.

Vinoteca Alberdi, Buenos Aires, Argentyna

Pierwsze koty za płoty. Do Ameryki Południowej wrócę, ale nieprędko. Ciągnie mnie do Azji, a konkretniej Dalekiego Wschodu. Przecież, gdyby przyjrzeć się dokładniej, oczy mam – jak na Europejczyka – nieprzeciętnie skośne. W ostatnich miesiącach było mi dane doświadczyć ponownie dzikiej Afryki, była również wyluzowana Australia, teraz doszła przepełniona „manianą” Ameryka Południowa. A jednak w głębi serca tęskniłem do moich „azjatyckich korzeni”.

I jak tu żyć, Panie Premierze?

Więcej zdjęć na picasa/google+

Etiopia – epilog

Krótki epilog o Etiopii pełniący jednocześnie funkcję prologu (ale nie teasera).

Uczestnicy wycieczki teraz się z tego wszystkiego śmieją, ale warto jednak przypomnieć, jakie emocje towarzyszyły początkowi naszej wyprawy. Ostatnio bowiem z Etiopii napływały nienajlepsze informacje jeśli chodzi o bezpieczeństwo turystów. Wiedzieliśmy jednak jakich regionów unikać, więc strachu niby nie było, ale – dopiero w drodze do Etiopii – wnikliwa lektura ostrzeżenia opublikowanego przez australijski MSZ (szef mi w trosce wydrukował!) spowodowała, że pół żartem, pół serio, w powietrzu zawisło pytanie:

– Kurde, dokąd my lecimy?!

Troskliwi urzędnicy z Antypodów prosili i błagali swoich obywateli, aby ze względów bezpieczeństwa przemyśleli dwa razy konieczność udawania się w ten rejon Afryki. Pod koniec tego przytłaczającego raportu pojawiła się sugestia, która po piętnastu stronach wnikliwej lektury mogła wywołać tylko szczery uśmiech:

– Sprawdź, czy jesteś ubiezpieczony na wypadek porwania.

Tja, wyskakiwanie ze spadochronem w razie, gdybyśmy się rozmyślili, nie było dobrym rozwiązaniem, bo właśnie przelatywaliśmy nad Jemenem. Zresztą, nie było to konieczne, czego dowodem jest niniejszy wpis i wiele innych pamiątek.

Lalibela, Etiopia

W Rogu Afryki – Etiopia

Inspirująca, fascynująca, a czasem bolesna jest podróż przez Etiopię. Kościoły wykute w skale, tętniące życiem bazary, dziewicze pustkowia. Obszar Rogu Afryki jest naprawdę wyjątkowy – tak przynajmniej zapowiada przewodnik Lonely Planet. Miała być to podróż, której się nigdy nie zapomni. Do Etiopii chyba żaden turysta nie udaje się w celu relaksacji i wypoczynku pod palmą. Ci, którzy tu przybywają, oczekują „poruszenia”, i poruszeni stąd wyjeżdżają. Tak, jak my.

Osiołek miastowy. Etiopia

To było sześć dni przygody z historią. I to niebylejaką. Na terenie Etiopii znajdują się zabytki mające kilka tysięcy lat! Niewiele osób o tym wie, nic dziwnego zatem, że Etiopia zwana jest „najmniej odkrytym skarbem Afryki”.

Zwiedzanie Etiopii to podróż po historii chrześcijaństwa. Kraj ten (a konkretnie starożytne państwo Aksum) przyjął chrześcijaństwo już w IV wieku naszej ery. Od miasta Aksum właśnie rozpoczęliśmy wyprawę – znajdują się tam wysokie kamienne obeliski znaczące groby władców. Najważniejszy jest jednak Kościół Najświętszej Panny Syjonu – cel pielgrzymek etiopskich chrześcijan, gdyż tu właśnie, według legendy, znajduje się najświętsza relikwia Etiopii – oryginał Arki Przymierza.

Następnego dnia, w Lalibeli podążaliśmy śladem Martyny Wojciechowskiej, która kilka lat temu nagrywała tam program „Misja Martyna”. Dowiedzieliśmy się o tym od naszego przewodnika, to znaczy – jej przewodnika! To znaczy – naszego i jej 🙂

Przewodnik opowiedział nam historię ósmego cudu świata, czyli jedenastu kościołow wykutych  w skale. Do dziś pamiętam zapach kadzideł i to uczucie, gdy z każdym krokiem, stawianym na podłożu skalnym polerowanym stopami od setek lat, ukazywały się nam kolejne fragmenty historii… W trakcie oglądania lokalnych chrześcijańskich obrzędów, które nie uległy zmianie przez prawie dwa tysiące lat, niemal całkowicie rozmywała się granica między przeszłością a teraźniejszością. Było magicznie, ale czasem też i zatrważająco, zwłaszcza, gdy niepostrzeżenie staliśmy się świadkami egzorcyzmów odprawianych na poniewieranej przez złego ducha nastolatce. Bynajmniej nie wyglądało to na przedstawienie przygotowane pod turystów zwiedzających akurat tamten kościół. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju.

Kościoły skalne w Lalibela. Etiopia

Kolejnym przystankiem było Gonder, a w nim pełen historii gród królewski, kościół Debre Birhan Syllasje oraz przepiękne łaźnie cesarza Fasilidasa. Z tego miasta najlepiej jednakże zapamiętałem przepyszne makiato w jednej z lokalnych kawiarni, do której zaprowadził nas wynajęty przewodnik (ten z kolei był swego czasu oficjalnie polecany przez Lonely Planet). I ten postny obiad, też z przewodnikiem, w jego podobno ulubionej knajpie. Szwedzki stół, a na nim pełno warzyw, dania z ryżu i oczywiście obowiązkowa w Etiopii indżera.

W Bahar Dar do zwiedzania były klasztory zbudowane na wyspach na jeziorze Tana. Zobaczyliśmy również źródło Nilu Błękitnego – niestety nic szczególnego, zwłaszcza w porównaniu z tym w Ugandzie (a może ja się starzeję?).

Ponadto widzieliśmy słynne wodospady na tymże Nilu – dziś, ze względu na funkcjonującą od niedawna zaporę, o ich dawnej potędze świadczą tylko zdjęcia lub filmiki odtwarzane turystom na telefonach komórkowych przewodników. Bezcenne!

Ostatnia noc w Addis Abebie minęła pod znakiem imprezy oraz serfowania na kanapie u obcych ludzi, czyli couchsurfingu. Bezcennie, jak zwykle zresztą.

Susza w Etiopii

Podróżowanie po kraju, który od wielu lat walczy z głodem, a tegoroczna susza wcale mu w tym nie pomaga, nie było łatwe dla psychiki. Większość mieszkańców poza stolicą prowadzi pasterski tryb życia, z naszego punktu widzenia – niesłychanie prymitywny. Chciałoby się rzec, że chłopi u Reymonta mieli większe luksusy. Nigdy podczas moich dotychczasowych wypraw nie widziałem tak poruszających obrazków, które zobaczyłem w trakcie tych kilku dni w Etiopii.

Jednocześnie jednak to, czego doświadczyliśmy, było w pewnym sensie budujące. Dzięki wyprawie do Etiopii przypomniałem sobie, że człowiekowi tak naprawdę niewiele do szczęścia potrzeba. Niech świadczą o tym gościnność i uśmiech mieszkańców, który pewnie zauważycie na niejednym zdjęciu z tej wyprawy. Zapraszam na zdjęcia.

 Kawa tradycyjnie. Etiopia

P.S. Czy ktoś wie, że mimo trudności gospodarczych, Etiopia może się poszczycić jednymi z największych i najlepszych linii lotniczych na kontynencie? Ethiopian Airlines od kilku dobrych lat wyznaczają nowe standardy dla wielu przewoźników w Afryce i na świecie. Hm, może z wyjątkiem ręcznie wypisywanych kart pokładowych na rejsach krajowych, tzn. wpisywano na przykład skąd dokąd się leci, ale nazwisko pasażera czy numer lotu już uznawano za zbędne. Co tu nie mówić, przynajmniej wartość mojej kolekcji kart pokładowych znacząco się przy tym podniosła.

Translate »