Zagubieni. Zapomnieni. Emigranci ze Wschodu

O losie azjatyckich emigrantów na Bliskim Wschodzie pisałem już wiele razy. Do kolejnej refleksji na ten temat skłonił mnie kolejny film niejakiego Omara Khalify.

Emigranci z najbiedniejszych krajów Azji przybywają do Kataru i innych krajów Zatoki Perskiej zwabieni perspektywą (względnie) dobrze płatnej, stałej pracy. Rzeczywistość dla niektórych z nich niestety bywa brutalna – na lotnisku w Doha nikt na nich nie oczekuje. Prawdopodobnie pracodawca – którego nawet nie potrafią zidentyfikować – o nich zapomniał. Nie od dziś wiadomo, że dla wielu firm budowlanych nad Zatoka Perską pojedynczy człowiek to jedynie personifikacja liczby naturalnej „jeden”. Są pozostawieni sami sobie, bez jedzenia, pieniędzy, aż w końcu trafią pod opiekę własnej ambasady. Pozbawieni już iluzji, która pojawiła się w ich głowach po tym, jak nieodpowiedzialni ludzie dali im obietnicę lepszego życia. Powrót do kraju, z którego pochodzą nie rozwiązuje problemu – oni tu przyjechali w celu zarobienia na spłatę długu, który zaciągnęli, aby tu przyjechać. Żal serce ściska.

Brawo dla autora filmu za odwagę pokazaniu światu tego problemu!

Lost in Migration from Omar Khalifa on Vimeo.

Burj Khalifa czyli Burj Dubai

I znowu przychodzi mi pisać w temacie rzeczy bezcennych i kart płatniczych.

Burj Khalifa czyli Burj Dubai

Zwiedzanie – 30$

Koszt budowy – 1,5 mld $

Wsparcie od zamożniejszych sąsiadów z Abu Zabi – 10 mld $

Zmiana nazwy ikony Dubaju na Wieża Chalify – bezcenne!

Są rzeczy, których nawet twoja rodzina nie może kupić. Za całą resztę zapłaci Narodowy Bank Abu Zabi.

 

Otwarty kilkanaście dni temu najwyższy budynek świata, o którym głośno było już w fazie projektowej, znany i reklamowany dotąd (znaczy przez wiele lat!) jako Burj Dubai (Wieża Dubaju), został w ostatniej chwili przemianowany na Burj Khalifa (Wieża Chalify, z wdzięczności wobec prezydenta ZEA, szejka Chalify bin Zaida an-Nahajana). Fakt ten musiałem sprawdzić w kilku źródłach, zanim przestałem traktować tę wiadomość jako żart.

Mamy oto do czynienia ze szczytem absurdu, nawet jak na standardy obowiązujące nad Zatoką Perską. Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Trudno o lepszy przykład!

Relacja z otwarcia Burj Khalifa na blogu Ciekawej Świata. Polecam!

Wybierz Blog Roku 2009

Nie wiem, skąd mi to przyszło do głowy, żeby zgłosić te wszystkie moje wypociny do konkursu na Blog Roku 2009. Kategoria: Podróże i szeroki świat. Cóż, trzeba dać sobie szansę, a szczęściu pomóc.

Aby przejść do kolejnego etapu konkursu, sam tej pomocy teraz od Ciebie właśnie potrzebuję.

Jeśli podoba Ci się Sky is NOT the limit to wyślij smsa, szczegóły tutaj. Masz czas do 21 stycznia.

Sam z zagranicy nie jestem w stanie wysłać ani jednego. To się nazywa gra fair! Dochód z smsów szczytny, więc bardzo proszę nie krępować zbytnio portfeli!

Blog biorący udział w konkursie Blog roku 2009

Bezcennie w 2009

Nowy rok to zwykle okazja do podsumowań. Ja też się skuszę, choć łatwo nie będzie. Bo jak niby podsumować rok, w czasie którego pokonało się dystans odpowiadający połowie drogi z Ziemi na Księżyc. Żeby tę trudność lepiej zobrazować dodam, że liczba bezcennych doświadczeń spowodowała, że zostałem zmuszony wprowadzić podział na podkategorie, za które nie zapłaci się: a) standardową, b) złotą, c) platynową Mastercard.

Kategoria złotej karty Mastercard - Oman

Rok dobrze się zaczął, bo całkowicie spontanicznie udało mi się pierwszy raz w życiu (!) zawitać do Londynu – miasta, w którym chyba każdy Polak w moim wieku bywał (najwyraźniej oprócz mnie). Potem nastała faza powrotów – po to przecież w tym szaleńczym tempie podróżuję, żeby właśnie przekonać się, czy warto w dane miejsce wrócić. Bangkok. Bali i Jawa – pierwszy bodajże w dorosłym życiu urlop z prawdziwego zdarzenia – od początku do końca. Wspinaczka na wulkan Bromo o świcie. Tego się nie zapomina.

Dalej narty w Alpach z przystankiem w Hong Kongu w celu spożycia lokalnych specjalności kulinarnych. Przed-przedostatni w historii koncert Tiny Turner, na który dojechałem utęsknionym rowerem – w końcu miało to miejsce w Holandii.

Wielbład na drodze. Bezcenne!

I ponownie z kategorii Wielkie Powroty: Stambuł i Paryż (salon w Le Bourget podpadający jednak w kategorię Dopiero pierwszy raz?!). Wreszcie triumfalny powrót do Omanu – w końcu celem wyprawy było jego podbicie. I się udało. W dobrym towarzystwie wszystko się udaje. Najnudniejsza droga świata wedle Lonely Planet. Wyprzedzanie policyjnej terenówki przy prędkości o 48 km/h większej niż dozwolona wpada do szuflady pt. Co bym dał, żeby to powtórzyć?

Odkrycie źródła Nilu i oko w oko z obżartymi lwiątkami, wino w masajskiej lepiance – Warto przeżyć taka chwilę. Następnie bardzo spontaniczna podróż na Tajwan (Poproszę o więcej urlopu żeby tam wrócić jak najszybciej). Przez Japonię (Wielkie powroty). Przy okazji pojawił się pomysł oblecenia świata dookoła w pięć dni – już sam fakt, że na to wpadłem, należy uznać za coś bezcennego. Wszystko przede mną!

Kategoria platynowej karty Mastercard - Jezioro Wiktorii w Ugandzie

A na deser? – Jemen. Nawet tam wszystko się udało. Spacer – w towarzystwie miejscowych przyjaciół – po najciemniejszych zaułkach stolicy państwa, w którym wedle doniesień rządzi Al Kaida. Platynowa Mastercard. Czego chcieć więcej?

Co w 2010 roku? Plan jest ambitny. Czy uda się pokonać drugą połowę drogi na Księżyc? Wyprawa dokoła świata w pięć dni na pewno w tym pomoże (aha, ja tak na poważnie! Kto mnie nie zna, niech śledzi bloga w oczekiwaniu na dowody – ta wycieczka też będzie spontaniczna!).

Nie zamierzam ścigać się sam ze sobą. To byłoby bez sensu (i coraz trudniejsze). Będę ścigał się z szefową – w końcu to ona – jak to szefowa – mnie do tego motywuje!

Na Nowy Rok – szczęśliwych powrotów i spontaniczności wszystkim życzę!

Weekend w Jemenie

Jemen zapiera dech w piersiach – dosłownie i w przenośni. Na wydolność płuc niewątpliwie wpływa położenie – ponad 2000 m n.p.m. (efekt zwielokrotniony w przypadku osoby żyjącej na co dzień na pustyni – ledwo 2 m n.p.m.) Przepiękna orientalna architektura, wszechobecne góry, różnorodność i unikalność lokalnej kuchni, atmosfera i zapachy na bazarach oraz – ponad wszystko – szaleni kierowcy nieprzestrzegający absolutnie żadnych zasad także nie pozostają bez wpływu na miarowość oddechu. A do tego wszystkiego ostrzeżenia przed zamachami terrorystycznymi.

Jemen - pałac imama niedaleko Sany

Nie ma co ukrywać, że Jemen to destynacja dla wytrwałych podróżników. Spotykając innego turystę po drodze można być prawie pewnym, że okaże się osobą równie pozytywnie zakręconą. Jest pomiędzy turystami w Jemenie jakaś niewypowiedziana więź.

Stolica Jemenu to jedno z najstarszych miast świata istniejących do dziś (obok Jerycha, Aleppo i Damaszku) – uważa się, że Sana została założona przez syna Noego! Stare miasto zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO – piękno starej Sany trudno opisać słowami, użyję zatem słów z przewodnika Lonely Planet: to jedno z najpiękniejszych miast na Ziemi! Nic dziwnego zatem, że znajdują się śmiałkowie chcący ten kraj zwiedzić pomimo istniejących zagrożeń. Ja też się odważyłem i – jak widać – wróciłem cały i zdrowy. Teraz mogę z czystym sumieniem polecać – dwa dni w Sanie i najbliższych okolicach. Bezcenne.

Zapraszam na zdjęcia.

Jemen - stare miasto w Sanie

Święto narodowe

18 grudnia wypadło w Katarze święto narodowe – niebywała okazja dla Katarczyków, aby pokazać swoją dumę, a dla obcokrajowców – aby zobaczyć, jak nietypowo święto takie można obchodzić.

Były parady (raczej na kołach), pokazy lotnicze, pokazy sztucznych ogni, wizerunki władcy na każdym kroku (a zwłaszcza na samochodach oczywiście), pojawił się nawet sam emir (w swoim mercedesie).

Zapraszam na filmik, który pomoże waszej wyobraźni. A o tym jak i gdzie ja obchodziłem to święto napiszę już wkrótce.

Wolność słowa inaczej

O wolności słowa w Katarze pisałem wielokrotnie. Do tematu powracam przy okazji wojny, która wybuchła na miejscowym portalu (qatarliving.com), a potem również w prasie. W jej wyniku o mały włos forum owego nie zamknięto!

Zaczęło się od tego, że jedna z użytkowniczek (notabene profesor historii sztuki) szyderczo skomentowała zachowanie miejscowej młodzieży w trakcie narodowego święta:

„[…]święto narodowe, które powinno być czasem świętowania i dumy, tymczasem zaprezentowano ten kraj i Katarczyków w strasznym świetle bezprawia, arogancji i braku szacunku dla innych, jak również własności […]Jeden idiota biegał w masce Osamy bin Ladena podbiegł do emigrantów w samochodzie i próbował ich przestraszyć. Katar, możesz dziś być z siebie dumny.”

Profesor Clayton, pisząca pod pseudonimem „PM”, dalej opisuje scenę, w której młodzi Katarczycy pędzili ulicami kierując stopami lub siedząc na przedniej szybie, opryskiwali samochody kremem do golenia, ogłuszając muzyką i biegając po ulicach z tradycyjnymi mieczami, bez policji w zasięgu wzroku i przy dźwięku syren karetki niebędącej w stanie przejechać.

A potem nastała lawina wypowiedzi innych sfrustrowanych, np.:

– Myślę, że Katar jest najgorszym, najbardziej nudnym miejscem do życia – napisał kanadyjski ekspat.

– Niewiele czasu zajęło mi zanim zdałem sobie sprawę, jakie to jest naprawdę straszne miejsce […] Nawet nie rozważajcie pomysłu przeprowadzki do Kataru. Jest nudno, rozczarowująco i obrzydliwie! – wtórował mu ktoś inny.

Komentarze nie spodobały się wielu Katarczykom (nic dziwnego), którzy zaczęli nawoływać reklamodawców do bojkotu portalu internetowego oraz przywoływali wiele innych niepochlebnych wypowiedzi, które pojawiały się na forum wcześniej.

Dyskusja zrobiła się na tyle gorąca, że właściciel forum postanowił prowokacyjny wątek usunąć! (czyżby z lęku przed cenzurą?) Autorka wypowiedzi, od której wszystko się zaczęło, przeprosiła wszystkich, którzy poczuli się dotknięci. To nie wystarczyło – najbardziej dotknięci Katarczycy dążą teraz do zamknięcia portalu. Założyli nawet w tym celu specjalną grupę na Facebooku. I zapowiadają, że użyją swoich wpływów. A jeśli w Katarze komuś się nie podoba, to zachęcają do opuszczenia kraju i zapewniają, że bez zagranicznej siły roboczej sobie poradzą. Czy ktoś traktuje ich serio?

A prawda – jak zwykle – leży po środku.

Feliz Navidad!

Święta w Polsce oczywiście, z rodziną. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej!

Boże Narodzenie w Katarze też jest obchodzone, w końcu chrześcijanie stanowią spory odsetek populacji. W naszym katarskim kościele pojawiły się już choinki, jest także stajenka i kolorowe światełka. W noc Bożego Narodzenia będzie i pasterka.

Zaskoczył mnie dziś kościelny chórek, który w trakcie mszy odśpiewał „Cichą Noc”. Do świąt jeszcze kilka dni więc trochę mnie to zaskoczyło. Nie tylko mnie – księdza również, w związku z czym na koniec zalecił wszystkim, żeby powstrzymać się od śpiewania kolęd w czasie Adwentu. A już myślałem, że będzie dobry temat na bloga z cyklu „co kraj, to obyczaj”.

Ale zaraz, zaraz, wiecie co ten amatorski chórek filipińsko-hinduski zaśpiewał na koniec po takiej reprymendzie? – „Feliz Navidad” właśnie!

Feliz Navidad, I wanna wish you a Merry Christmas from the bottom of my hear! Dobrze, że nie Last Christmas, I gave you my heart!

No to Wesołych!

Ladies night po katarsku

Jak wygląda impreza pod hasłem ‘ladies night’ w Katarze? Interesująco.  Większość uczestników to mężczyźni, napaleni na to, że idąc na ‘ladies night’ spotkają dużo kobiet, tzn. więcej niż na innych imprezach „niekobiecych”. Tymczasem skutek jest odwrotny – proporcje płci są jeszcze gorsze niż w pozostałe dni tygodnia, bo na nie faceci owszem ciągną tłumami, ale nie aż tak, jak na ‘ladies night’.

Przyznaję, byłem na takiej imprezie raz, ale początkowo miałem spore opory. Przekonała mnie piękniejsza część mojej katarskiej rodziny, to znaczy siłą zostałem tam zaciągnięty, albo i zachęcony założeniem, że na imprezie będzie dużo (zgodnie z nazwą przecież!) kobiet!

A potem się zaczęło – przyznałem się w pracy, że byłem i oczywiście zaczęli się ze mnie śmiać, bo sugerowali, że byłem jedynym facetem na babskiej imprezie. Nic bardziej mylnego. Na ich miejscu też bym chyba nie dał wiary. Najwyraźniej nie znają katarskich realiów.

Na ‘ladies night’ w najbliższym (a może też i dalszym) czasie nie zamierzam się wybierać. Szkoda pieniędzy na wjazd – panowie płacą słono i w cenie nie ma nic, a panie nic nie płacą i dostają za darmo dwa drinki. Mechanizm jest banalny, sami przyznajcie. Tylko gdzie tu równość?! – to się nazywa subsydiowanie krzyżowe, w UE by tego zakazali! Poza tym proporcje płci – jak już wspomniałem – są lepsze na innych imprezach, ale wciąż do ideału im dużo brakuje. Da się przyzwyczaić – to w końcu Doha, Katar. Jak donoszą media osobników męskich jest na naszym półwyspie 75,7%!

Republika Chińska czyli Tajwan

Droga na Tajwan w czasie muzułmańskich świąt Eid-Al-Adha nie była najkrótsza, ale było warto. Ze względu na obłożenie niemal wszystkich lotów musiałem wykazać się myśleniem out of the box, w wyniku czego znalazłem się na pokładzie samolotu lecącego do Japonii. W ten oto sposób po niemal pięciu latach miałem okazję triumfalnie powrócić do kraju, od którego moja przygoda z dalekimi podróżami się zaczęła. Czy muszę dodawać, że wtedy przy wylatywaniu z Japonii miałem przeczucie, że już nigdy nie będzie mi dane tam powrócić? Jak bardzo się myliłem!

Przy okazji tej krótkiej i nieplanowanej wizyty zwiedziłem cud inżynierii przełomu tysiącleci – japońskie lotnisko Kansai koło Osaki. Niestety muszę przyznać, że bardziej zachwyciło mnie po obejrzeniu filmu na National Geographic niż w rzeczywistości.

A Tajwan? Zachwycił mnie bogactwem krajobrazu, zielenią, pysznym jedzonkiem, które okazało się lepsze i tańsze niż w Hong Kongu! W tym porównaniu Tajpej wypada lepiej także pod względem ilości i jakości przestrzeni miejskiej, przy czym wydaje się równie przyjazne dla turystów. Moim zdaniem jest to skrzyżowanie Hong Kongu (ciasne uliczki i wszechobecna komercja) z Singapurem (instrukcje obsługi i znaki zakazu dominują krajobraz miejski) oraz Pekinu (wspomniana przestrzeń miejska plus nutka socjalizmu – ależ to skojarzenie musi być obraźliwe dla Tajwańczyków!).

Taipei 101 - najwyższy użytkowany dziś budynek na świecie

Tajwan to doskonałe miejsce na wyprawy rowerowe i wycieczki po górach. Tylko trzy dni pobytu wystarczyły, abym stwierdził, że chcę do Republiki Chińskiej wrócić. I to jak najszybciej! Tylko skąd wziąć tyle urlopu?!

Zapraszam na zdjęcia.

Najlepsze chińskie pierogi są na Tajwanie!

Translate »