Kryzys zawitał i tu

Po czym poznać, że nad Zatokę nadszedł kryzys ekonomiczny? A po tym, że wzrosła sprzedaż używanych samolotów odrzutowych. Czyżby na nowe samoloty prosto z fabryki nie było tu nikogo stać. W sumie to bardzo zła wiadomość dla producentów businessjetów takich jak, np. Gulfstream czy Learjet, bo jeśli szejkowie zaczynają oszczędzać, to co powiedzieć o reszcie świata?

O tym jak sytuacja wygląda w samym Dubaju opowiedział Financial Times w artykule pod tym linkiem.

Beznadziejna nadzieja w tej kataryzacji

Po wakacyjnych atrakcjach czas na powrót do szarej rzeczywistości. Projekt kataryzacja powraca na okładki. Tym razem ogłoszono, że pomysł musi zostać odłożony w czasie. Zgadnijcie dlaczego. Po prostu zabrakło dobrze wykwalifikowanej kadry z katarskim paszportem, od której – siłą rzeczy – zależało powodzenie przedsięwzięcia. Ciekawe wnioski, ale żeby dojście do nich zajęło tyle lat?

Setny start, setne lądowanie

Denpasar – Yogyakarta. GA255. Niby tylko 60 minut…

Mój setny lot w życiu, a przy okazji najbogatszy w przeżycia emocjonalno-duchowe. Znaczy się najgorszy pod względem turbulencji i lądowania – rzadko spotykaną siłę turbulencji potwierdziły nawet lecące ze mną znajome stewardesy. Doświadczenie wielu znajomych wskazuje, że okolice Indonezji gwarantuja przeżycie takich doświadczeń na porządku dziennym, zwłaszcza w czasie pory deszczowej. Robi się jeszcze ciekawiej, jeśli dodać do tego fakt, że lądowanie odbywało się na lotnisku słynącym z pasa o złym stanie technicznym (info zaczerpnięte z kolei od Indonezyjczyków z branży). Dość powiedzieć, że trzy lata temu uległ on zniszczeniu w czasie trzęsienia ziemi. W trakcie wyhamowywania już po dotknięciu kołami o pas sunęliśmy z olbrzymią prędkością po nawierzchni tak nierównej, że aż zacząłem się bać (to coś już chyba znaczy – ja zacząłem się bać!!!). Miałem wrażenie, że na naszej drodze pojawiły się hopki (tu należny ukłon w stronę Ślązaków:) tudzież „śpiący policjanci” – w każdym razie coś, czego na pasie startowym być nie powinno. Jedziemy, jedziemy, hop do góry, i znowu w dół, jedziemy i … znowu hop do góry…, itd. Ponadto ledwo dwa lata wcześniej przy podejściu na ten pas rozbił się samolot Garudy zabijając 22 osoby. Maszyna tego samego typu i tej samej kompanii, którą tego dnia właśnie leciałem.

Życie to suma doświadczeń. I to jakich!

PS. Tak, zapisuję sobie moje loty w zeszycie. Znaczy się w Excelu. Jak kilka innych osób z branży zresztą.
 
Udane lądowanie w JOG. Warto przeżyć taką chwilę! I jeszcze żeby strugi dobrze wyszły na zdjęciu w nocy!? Wow!

Jawa po raz pierwszy

Wycieczka na Bali nie byłaby tak udana, gdyby nie była jednocześnie wycieczką na Jawę. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w Dżogdżakarcie (Yogyakarcie) w środkowej części wyspy. To najczęściej odwiedzane przez turystów miasto na Jawie znane przede wszystkim ze sztuki ludowej, a zwłaszcza z batiku – tkanin o najróżniejszych wzorach i kolorach, które powstają w tradycyjnym procesie barwienia z użyciem gorącego wosku.

Borobudur

Po dwóch dniach cofnęliśmy się na wschód Jawy. Zaskakująco przyjemnie minęła sama podróż pociągiem do Surabaji w klasie eksekutif – marzy mi się, aby klasa 1 była tak samo popularna w polskich pociągach (ledwo dostaliśmy miejsce!).

Do Surabaji przyjeżdża wielu turystów, ale tylko niewielu decyduje się na zwiedzanie – traktują to miasto jako port przesiadkowy np. w drodze na Bali. Nam udało się odkryć kilka zakątków miasta, które jednak zbyt zachwycające nie były. Największe wrażenia pozostały po nocnej wycieczce na wulkan Bromo. Z okolicznej wioski wyrusza się ok. czwartej nad ranem, na kucykach. Współczułem temu, który musiał mnie na grzbiecie nieść. Sobie zresztą też współczułem do tego stopnia, że w drodze powrotnej wolałem uniknąć tej podwójnej męczarni i zdecydowałem stąpać na własnych nogach. Przeżycie wschodu słońca stojąc na brzegu krateru czynnego wulkanu jest niezapomniane. Zwłaszcza, że dopóki słońce nie wzejdzie nie widzimy co kryje się za zabezpieczającą barierką.

Jawa

Indonezja wcale nie okazała się tak biednym krajem jak sobie wyobrażałem. Owszem, żebrzących na ulicach się spotyka, a biedniejsze dzielnice wyglądają bardziej rozpaczliwie niż najgorsze zaułki warszawskiej Pragi – ale to przecież standard w Azji. Co mnie najbardziej zaskoczyło, to drogi – moglibyśmy im tylko pozazdrościć. Polemizować oczywiście można by o tym, że to co widziałem, to tylko mały skrawek olbrzymiego państwa – zgodzę się, ale gdyby porównać to z Sajgonem lub (nie daj Boże!) Nowym Delhi i ich okolicami, to Indonezja wygrywa w przedbiegach. W każdym razie co widziałem, to moje. A wy możecie zobaczyć to na zdjęciach.

Bali po raz drugi

Nie wiem od czego zacząć. Powinno być łatwiej, bo emocje za drugim razem nie powinny być tak duże, jak za pierwszym. Gdyby mi się ten wpis nie udał, to na wszelki wypadek zapraszam do ponownej lektury wpisu sprzed dziewięciu miesięcy pod tym odnośnikiem i przejrzenia zdjęć.

Mój powrót na Bali i poświęcenie aż tygodnia (!) urlopu na miejsce, w którym się już było (a jest przecież tyle innych miejsc w zasięgu naszych Airbusów), nie były przypadkowe.

Na Bali jakoś odnajduję wszystko, czego mi potrzeba w moim pustynnym życiu – dobre jedzenie, niezłe imprezy, plażowa atmosfera, możliwość aktywnego spędzenia czasu i intensywne zwiedzanie połączone z przeżyciami kulturowymi, nie zapominając o codziennej porcji deszczu (tropikalnego!).

Bali

Tym razem – zgodnie z planem – udało mi się odkryć to, co w Bali kochają chyba wszyscy przybywający tam Australijczycy czyli surfing. Próby ujeżdżenia fali i walka z prądami morskimi wciąga. Dosłownie.

Jedzenie na plaży smakowało mi jeszcze bardziej, niż poprzednio. Jako jeden z niewielu odważnych turystów przychodzi taki do lokalnej plażowej restauratorki i prosi o tuńczyka z ryżem w sosie curry. A na pytanie, czy zgadza się na dodanie sosu z czili odpowiada twierdząco. Gdy po chwili dosiada się równie odważny, acz bardziej siwy niemiecki dziadek z zapakowanym „po dach” rowerem i prosi o coś podobnego można poczuć jakąś niezwykłą więź. Ot, weterani się znaleźli. Jacy dumni weterani!

Ofiary dla bogów na plazy w Kuta

Pora deszczowa na Bali bywa kłopotliwa zwłaszcza w czasie zwiedzania. Nie oznacza to jednak, że nie można się opalić – słońce skryte za chmurami na tych szerokościach geograficznych bywa złudne. Trzeba się było regularnie smarować kremami przeciwsłonecznymi nawet w czasie deszczu i burz! Efekt? – wszyscy w pracy widząc mój nowy kolor skóry pytają, skąd przyjechałem, a opalenizny zazdrości nawet szefowa.

Podsumowując – odliczam czas do kolejnej wizyty. Kto się dołącza?

Więcej oczywiście powiedzą zdjęcia, to znaczy mam nadzieję, że tak właśnie będzie.

Zdjęcia? A! Zdjęcia! Zdjęcia będą jutro. Inszalla. Opóźnienie wyłącznie z winy współuczestniczek wycieczki (bo przecież nie z mojej), które tuż po powrocie z urlopu rozleciały się gdzieś po świecie zamykając zdjęcia za drzwiami swoich pilnie strzeżonych mieszkań.

Cierpliwości 🙂

Jedyny taki urlop

Wczoraj raniutko wróciło mi się z rajskich wakacji. Jako, że były bardzo udane, muszę trochę po nich odpocząć. Tak się złożyło, że najbardziej wyczerpujące były ostatnie dni. Przedostatniej nocy w ogóle nie spałem bo wspinałem się na jawajski wulkan, a ostatnia noc podobnie, tyle że spędzona w samolocie w drodze do Doha. I tu znowu były elementy rutyny – lądowaliśmy ok. 5.30, potem wsiadanie do stęsknionej i zakurzonej Suzi, szybki prysznic w domu i (po dwóch nieprzespanych nocach) … do pracy. Niespodziewanie w biurze byłem pięć minut przed czasem, tj. o 6.55. To się nazywa optymalne zarządzanie czasem.

Zdjęcia, dużo zdjęć, których już się tu niektórzy domagali, pojawią się wraz z szerszą relacją – obiecuję – pod koniec tygodnia. Póki co – jawajskie wulkany:

Bromo o wschodzie słońca

Kaliurang

Out of office

Właśnie bardzo dobrze się bawię z dala od Kataru, tj. jakieś 8 st. pod Równikiem. Rajska wyspa na Ziemi. Znaczy się Bali. Mam nadzieję, że chwilowy brak konkretniejszych wpisów zostanie mi wybaczony. Swoją drogą chyba zaczyna się właśnie faza (wielkich) powrotów do miejsc już zaliczonych. Dlaczego? – bo już wiem, że warto! I … czemu nie!?

Ptasie migracje

Widok ptaków w Doha jest dosyć rzadki, a zwłaszcza w takich ilościach. Wrażenia są tym większe, gdy klucze ptaków przelatują pośród naszych drapaczy chmur o zachodzie słońca. Nigdy w życiu nie widziałem tak długich kluczy ptaków. Jeden klucz z setkami ptaków „na pokładzie” za drugim. W równych odstępach co kilkadziesiąt sekund. Zupełnie jak samoloty lądujące na jakimś Heathrow. Człowiek od wieków pragnął unosić się w powietrzu jak ptaki, co po latach starań wreszcie się udało na początku ubiegłego wieku. Ale czy ktoś wtedy przewidział, że sterowanie ruchem lotniczym statków powietrznych na najbardziej zatłoczonych lotniskach na świecie też będzie wzorowane na naturze?

Ptasie migracje w Doha

Ptasie migracje w Doha

 Ptasie migracje w Doha

Ptasie migracje w Doha

Katar w Warszawie

Okazuje się, że w październiku zeszłego roku jakoś tak bez wielkiej pompy została otwarta ambasada Kataru w Warszawie. Nareszcie. Mieści się ona obecnie w hotelu Sheraton. Mam tylko nadzieję, że to kolejny krok w kierunku ułatwień wizowych, a także – co rozumie się samo przez się podobno – bezpośrednich lotów QR do stolicy Polski.

Flaga Kataru

Najwyraźniej relacje między obu państwami się zacieśniają, czego najlepszym dowodem była niedawna wizyta premiera Tuska w Dausze. Warto dodać, że Emir Kataru, JW Szejk Hamad bin Chalifa As-Sani złożył wizytę w Polsce już w 2002 roku i była to pierwsza oficjalna wizyta głowy jakiegokolwiek państwa znad Zatoki Perskiej w Polsce.

Pierwszy dzień wiosny

W tym roku wypada chyba 1 lutego. Przynajmniej w Katarze. Takie ciepełko, że w środku dnia ledwo wysiedziałem w samochodzie bez klimatyzacji, a to naprawdę coś – znacie mnie przecież – jeszcze kilka tygodni temu włączałem tu ogrzewanie w samochodzie w drodze do pracy rano, gdy temperatura spadała poniżej 20.

W ogóle tegoroczna zima była jakaś taka łagodna. Owszem, zmarzło się nie raz, nie dwa, ale jakoś tak bez przesady. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek w tym sezonie temperatura spadła poniżej 10 stopni, a to zdarzało się rok temu wiele razy. Te relatywnie wysokie temperatury nie oznaczają jednak, że mogłem zapomnieć o mojej farelce. Przydała się wielokrotnie. Wczoraj w nocy rozważałem włączenie klimatyzacji, więc doszedłem do wniosku, że mogę zacząć ją chować do szafy. Farelce więc mówimy od dziś stanowcze i zdecydowane NIE. Klimatyzacji też (tymczasowo) mówimy NIE.

Prawdziwa wiosna! Nareszcie!

Translate »