Tbilisi! Gruzja!!!

Jak może się skończyć wystawienie do wiatru przez kumpla, który na 105 (!) minut przed wylotem wycofał się ze wspólnych weekendowych planów podróżniczych do dalekiej Azji?

Taka sytuacja wyjściowa, trzeźwość umysłu (niekoniecznie była to błahostka o pierwszej w nocy!), kilka nerwowych telefonów do przyjaciół i szczypta spontaniczności – tylko tyle i aż tyle wystarczyło, aby spędzić fantastyczne dwa dni na wschodnich krańcach … Europy i przy okazji dokonać odkrycia na wagę złota.

Cóż takiego jest w Gruzji, że większość turystów (jeśli nie każdy) wyjeżdża z niej zauroczona? Jak to się dzieje, że latać do Gruzji uwielbiają nasze załogi, w tym zazwyczaj wybredni Azjaci? Z kim w Katarze bym nie rozmawiał, chciałby do Tbilisi wrócić, i to jak najprędzej. Ostatnio też się do tej grupy zaliczam.

Autor jednego z przewodników po mieście ocenił, że Tbilisi jest odświeżająco ludzkie. Coś w tym jest. Znana z innych miejsc powszechna komercjalizacja, towarzyszące jej agresywny marketing, dbałość o spójność wizerunkową globalnych marek i cała reszta tej powtarzalnej nudy jeszcze się tu nie zadomowiły (Starbucks’a nie uświadczysz!). Powoli się to zmienia, ale to stare, bo założone ponad 1500 lat temu, miasto, tak łatwo globalizacji nie ulegnie, bo jego mieszkańcy noszą w sobie dumę. Z korzyścią dla nich samych i turystów. W tej samej publikacji doczytałem się stwierdzenia, że w Tbilisi panuje „szczere niedołęstwo”. Z jednej strony kosztowne renowacje starych budynków, których efektem jest przesadna sterylność, a z drugiej rudery o każdym możliwym stopniu (nie)używalności.

Tbilisi urzeka pod wieloma względami. Jak tu nie ulec zalotom tego stołecznego miasta, skoro na każdym kroku, w środku lata, można kupić świeże, dojrzałe pomidory, śliwki, arbuzy, morele, brzoskwinie…  I to wcale nie idealne z wyglądu, lecz z naturalnymi wadami – tu plamka, chropowatość, tam przypalenie słońcem, gdzie indziej ślad po robaku. Czym ja się zachwycam!? Zrozumieją ci, którzy tak jak ja mieszkają na pustyni i w sklepach do wyboru mają „plastikowe” warzywa i owoce bez smaku.

O zaletach gruzińskich napitków produkowanych z winogron rozpisywać się nie trzeba. Mnogość sklepów winiarskich z ofertą pod turystów początkowo mnie przeraziła, ale któż by się przejmował, skoro ceny są umiarkowane, a w Katarze trwa właśnie Ramadan?  Wino do obiadu, wino do deseru, wino do kolacji. Do wyboru, do koloru. W doborze pomógł nam Giorgi – świeżo upieczony magister o winnej specjalności (!), którego zapoznaliśmy na degustacji w sklepie, w którym pracował. Zaproponował, że w swoim wolnym dniu obwiezie naszą paczkę po okolicy. Zapaleni couchsurferzy takich ofert nie odrzucają!

Pomiędzy kolejnymi stakanami wina należało coś przegryźć. Również i pod tym względem Gruzja nie zawodzi. Chinkali (czyli mięsne pierożki z rosołkiem), chaczapuri (zapiekane placki z serem i innymi dodatkami), szaszłyki cielęce i wieprzowe, phali ze szpinakiem lub burakami z dodatkiem granatu i orzechów włoskich, do tego najróżniejsze sery, surówki. Prawdziwy raj dla kubków smakowych! Do wypróbowania pozostało wiele innych tradycyjnych dań gruzińskich. Nie mam wyjścia, muszę do Tbilisi wrócić!

Tak oto, dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, niejako z rozbiegu (acz z międzylądowaniem w Baku), Gruzja wskoczyła na jedno z czołowych miejsc w moim plebiscycie na Odkrycie Dekady. Czy przyszłe doświadczenia potwierdzą, że zasługuje na tę silną pozycję?

Więcej zdjęć na Picasa.

Nieproszony gość

Rejs powrotny po jednym z weekendów poza Doha. Udaje mi się znaleźć rząd z trzema pustymi miejscami, więc mogę się wręcz rozłożyć i zrelaksować. Bez znaczenia, że to ostatni rząd na A320, więc tuż przy toalecie i bufecie. Liczy się wygoda.

Pierwsze cztery godziny mijają komfortowo, przez większość czasu oglądam filmy siedząc przy przejściu.

Wychodzę do łazienki. Gdy wracam okazuje się, że na siedzeniu, które dotychczas zajmowałem w „moim rzędzie”, siedzi pasażerka (z Japonii). Zdarzało mi się nie raz doświadczyć podobnych sytuacji tuż po starcie, ale nigdy na 40 minut przed lądowaniem!

Chwila konsternacji. Wyprosić? Japonkę? W tym uroczym słomkowym kapeluszu? Dla tych 40 minut „osobistej wygody”?

– Na pewno spoczęła tu tylko tymczasowo, w kolejce do łazienki – myślę sobie. – A nawet jeśli nie, to miło byłoby zobaczyć, co z tej sytuacji wyniknie – ciekawość bierze górę.

Podchodzę, uśmiecham się i pokazuję, że chciałbym przecisnąć się do siedzenia przy oknie. Zaczynam czytać gazetę, ale od czasu do czasu zerkam na współpasażerkę i sprawdzam, czy ma się dobrze w mojej gościnie.

Pilot anonsuje początek zniżania. Włącza się sygnalizacja „zapiąć pasy”. Załoga zabezpiecza kabinę do lądowania.

Mój nieproszony gość z kraju kwitnącej wiśni nadal siedzi obok mnie.

Lądujemy. Szefowa pokładu uprzejmie wita pasażerów w Katarze i dziękuje za wspólną podróż. Nie tylko ona zresztą – oto mój gość, urocza Japonka w średnim wieku, zwraca się do mnie bez słowa, trzymając w ręce świeżo poskładane origami. Demonstruje jak ten przepiękny ptak z papieru porusza skrzydłami.

Pełen podziwu i wdzięczności odbieram ten niezwykły i niespodziewany prezent.

Arigato! – wykrztuszam z uśmiechem na twarzy.

Okazuje się, że Japonka nie czekała jednak w kolejce do toalety. Co było jej motywacją do zmiany miejsca tuż przed lądowaniem, na zawsze pozostanie tajemnicą.

Nigdy również nie zrozumiem dlaczego akurat ja zostałem obdarowany tak niezwykłym prezentem.

Życie czasem sprawia miłe niespodzianki i to w najmniej oczekiwanych momentach. Nauczyłem się, że aby z nich skorzystać, trzeba się na nie otworzyć. Jak? Na przykład reagować przeciwnie do dotychczasowych nawyków: mówić sobie „tak” tam, gdzie wcześniej mówiło się „nie”, skręcać w prawo zamiast w lewo, akceptować zastaną sytuację zamiast się jej opierać…

Odkąd zacząłem to stosować okazało się, że za takim zakrętem o 180 stopni kryją się bezcenne doświadczenia. To z pozoru banalne rozwiązanie wcale nie jest takie proste do zastosowania, ale twierdzę, że warto próbować – zwłaszcza w czasie podróży po świecie.

Saint Martin

Saint Martin. Czyli Sint Maarten plus Saint-Martin. Wiele nazw, jedna wyspa a kilka innych wokół o równie skomplikowanym statusie politycznym, kilka tysięcy kilometrów od Europy. Jedyna bodajże granica lądowa między Francją i Królestwem Niderlandów i to poza strefą Schengen, a mimo to można ją swobodnie przekraczać (jednak równie trudno byłoby ją zauważyć).

Panie i Panowie. Witamy na Saint Martin, czyli jednej z wysp Małych Antyli na Karaibach!

Saint Martin to ponoć najmniejszy skrawek lądu dzielony pomiędzy większe państwa. Na południu osiedlili się Holendrzy (stąd nazwa Sint Maarten), a na północy rządzą Francuzi (Saint-Martin). Wyjaśnienia skomplikowanego statusu Sint Maarten się nie podejmuję (doskonale wyjaśnia to filmik na youtube), nadmienię jednak, że w 2010 roku stał się odrębnym państwem w ramach Królestwa Niderlandów.

Jak doszło do podziału tej małej wyspy na Karaibach pomiędzy dwa europejskie państwa? Holenderscy osadnicy na Saint Martin byli najbardziej zainteresowani wydobyciem soli i wysyłką jej do Europy. Wkrótce interes ten zwęszyli Hiszpanie i Holendrów przepędzili. Gdy ją opuścili, mieszkańcy wyspy ponownie przez pewien czas mogli cieszyć się spokojem. Po latach Holendrzy powrócili na wyspę i zbiegło się to w czasie, gdy próbowali osiedlać ją Francuzi, co doprowadziło do kilku potyczek zakończonych traktatem pokojowym z 1648r. Legenda mówi, że rzeczywista granica została ustanowiona w wyniku marszu dokoła wyspy w wykonaniu przedstawiciela Francuzów i Holendrów, który rozpoczęli ustawieni plecami do siebie. Tam gdzie spotkali się na koniec marszu, miała zostać ustanowiona oficjalna granica. Legenda dodaje, że część holenderska jest znacząco mniejsza, gdyż jej przedstawiciel niejako dla podtrzymania sił raczył się sporą ilością wysokoprocentowego trunku w trakcie marszu.

Mimo wszystko, mieszkańcy obu stron wyspy żyją w zgodzie. Oficjalnie wyspa jest podzielona do dziś, każda strona ma odrębny system prawny, a połączenia telefoniczne pomiędzy nimi traktowane są jak rozmowy międzynarodowe! Gdy dodać do tego obfitość innych wysp w najbliższj okolicy o odrębnym statusie państwowym i fakt, że każda z nich ma maszty nadawcze, można sobie tylko wyobrażać roamingowy bałagan. Uwierzyłby kto, że na St. Maarten są zarówno miejsca bez zasięgu, jak i takie, w których otrzymuje się wiadomość od operatora: „Witamy na Dominikanie”?!

O urokach wyspy rozpisywać się za bardzo nie będę. Wszak nie to było najważniejszym celem wyprawy.

Wypadałoby jednak wspomnieć, że jak na tak małą powierzchnię, St. Maarten / St. Martin może się poszczycić wspaniałą mieszanką kultur i ludzi. Foldery dla turystów używają nawet określeń typu unikalna i kosmopolityczna. Tak czy inaczej, skoro tyle tu kosmopolityzmu, to na pewno mało tu oczekiwanej egzotyki, przynajmniej wedle mojej definicji.

Przez stulecia krzyżowały się w tej okolicy drogi Europejczyków (Holendrów, Francuzów, Brytyjczyków) i ostatnio coraz wyraźniej – Amerykanów. I to właśnie ci ostatni dominują, co najbardziej widoczne moim zdaniem jest po liczbie kasyn, megahoteli z betonu (zwłaszcza część holenderska) i butików wolnocłowych, na które amerykańskich turystów i ich portfele wabić najłatwiej (przypominają mi się turyści japońscy na Guam).

Przybywają na wszelakie sposoby – od najbardziej masowych (codziennie kilka wycieczkowców z tysiącami turystów na każdym z nich cumuje na kilka godzin w porcie w Philipsburgu, dzięki czemu niejeden mieszkaniec wyspy ma za co wyżywić rodzinę), przez „mniej masowe” (turystyczne czartery i regularne połączenia lotnicze z USA i Kanady) aż do luksusowo prywatnych (chyba nigdy nie widziałem tylu prywatnych odrzutowców na tak małych lotnisku).

Na rosnącą popularność Saint Martin wpływa niewątpliwie mała odległość od USA. Europejczyków o wiele dłuższa podróż przez Atlantyk na szczęście aż tak nie odstrasza – dzięki temu zamiast zadowalać się codziennym tuzinem wąskokadłubowych Boeingów, Airbusów i Bombardierów spotterzy na legendarnym lotnisku Princess Juliana International kilka razy w tygodniu mogą rozkoszować się widokiem szerokokadłubowych A340 i B747 przybywających prosto z Paryża i Amsterdamu.

Miało być o urokach wyspy, a mimo wszystko zeszło na jeden temat. Nie pozostaje mi nic innego, jak go rozwinąć, co nastąpi już wkrótce.

Nawet kilka zdjęć nielotniczych się znalazło!

Szczyt spontaniczności

Podróże lotnicze rzadko kojarzą się ze spontanicznością. Wielu pasażerów dniami i nocami planuje zakup biletu, wreszcie go kupuje, a po kilku tygodniach lub miesiącach w końcu wyrusza w tę długo wyczekiwaną podróż.

Gdzie leży granica spontaniczności?

Co jeśli decyzja o podróży pojawia się na 60 minut przed godziną odlotu? Czy to już jest za późno? Oczywiście – odpowiedziałby niejeden.

A gdyby na te 60 minut przed odlotem siedzieć wygodnie w domu, w piżamie, będąc oswojonym z myślą, że nadchodzące dni spędzi się bez ruszania się z miejsca?

– Bez szans. A już tym bardziej bez biletu!

Miałem ostatnio okazję przetestować opisany powyżej scenariusz w wersji ekstremalnej, tzn. łóżko, piżama, relaks, brak biletu.

T: – 60 minut

Czwartkowy (tzn. weekendowy) wieczór. Dzwoni telefon. Koleżanka z pracy oznajmia, że właśnie się odprawiła na rejs do rodzinnego Kuala Lumpur i jest 45-minutowe opóźnienie. Miała nadzieję spotkać mnie na lotnisku w drodze „do Dokądś” (był przecież weekend…), a tu niespodzianka – wheyman siedzi w domu dobrze oswojony z myślą, że przed nim kolejny weekend w Doha.

– Dlaczego nie lecisz ze mną do KL? – pyta.

– Nie wiem – odpowiedam. Zamurowało mnie, bo naprawdę nie znam odpowiedzi na to wyjątkowo trudne pytanie.

– Baw się dobrze – życzę jej na zakończenie rozmowy, ale chwilę potem pojawia się burza myśli wraz z naczelnym pytaniem: – Dlaczego mnie tam nie ma?

Przez pięć minut walczę ze sobą w myślach.

T: – 55 minut (- 1h 40 minut uwzględniając opóźnienie)

Bez żadnej gwarancji, że z powodu opóźnienia odprawa nie została jeszcze zakończona, rzucam się w wir pakowania. Znajomość rutyny bardzo pomaga. Mały plecak, klapki, szczoteczka do zębów, bluza z długim rękawem do samolotu i paszport.

T: -45 minut (-1h 30 minut)

– Przecież ja nie mam biletu!

Na szczęście do tego potrzebny jest tylko komputer z internetem. Okazuje się, że nie można kupić biletu na mój rejs. Nic dziwnego – z rozkładu wynika, że właśnie powinien trwać boarding! Wybieram rejs na następny dzień. Pospiesznie robię telefonem komórkowym zdjęcie biletu wyświetlonego na ekranie.

T: -40 minut (-1h 25 minut)

Wybiegam z domu! Jedno rondo, dwa skrzyżowania ze światłami, które szczęśliwie przejeżdżam bez zatrzymywania, na zielonym 🙂 Parkuję jak zwykle przy hotelu Rotana pod lotniskiem. Klucze do plecaka, plecak na plecy. Rutynowy spacerek na terminal odlotów.

T: – 25 minut (-1h 10 minut)

Odprawa. Mimo moich obaw, nie ma najmniejszego problemu z tym, że przybyłem na tak krótko przed rozkładowym czasem odlotu (nie byłbym pewien, czy to kwestia procedury przy opóźnionych wylotach, czy jednak mojego szczęścia).

Kontrola paszportowa, kontrola bezpieczeństwa. Wolnocłówka.

T: -15 minut (-1h)

Spokojnym krokiem dochodzę do wyjścia do samolotu nr 10. Koleżanka oczom nie wierzy. Nie wierzyła, gdy jej mówiłem, że będę próbować.

Udało się! Jedziemy razem do Malezji!!!

Siadam i próbuję ogarnąć co się wydarzyło w ciągu ostatnich 40 minut. Próbuję sobie przypomnieć, czy zamknąłem samochód pozostawiony na parkingu. Żelazka na szczęście w ostatnich dniach nie używałem – przynajmniej w tej kwestii mam pewność…

Zaglądam do plecaka – wygląda na to, że mam wszystko, co potrzebne. Z dumą stwierdzam, że nawet o malezyjskiej walucie pamiętałem. A po chwili konstatuję:

– Przecież ja nie mam dolarów do wymiany! Ale mam kartę płatniczą. Uff.

A za moment drugi zonk:

– Nie mam absolutnie nic do czytania. Ale porażka! To będzie chyba pierwsza weekendowa podróż bez czytadeł, np. Tygodnika Polityka. Jak mogłem o tym zapomnieć?!?!

Tak wyglądał początek najbardziej spontanicznego weekendu poza Doha, jaki sobie sprezentowałem. Te 45 minut opóźnienia, dzięki którym to wszystko było możliwe, traktuję jako dar od losu. Tylko ode mnie zależało, czy zdecyduję się go wykorzystać.

Od lat udowadniam, że warto być w życiu spontanicznym. Tym razem przeszedłem samego siebie. Tegoż i Wam życzę!

Sky is the limit!

Tajwan na rowerze cz.4

Piątego dnia wyprawy stan moich kolan pozwala mi przerzucić się z powrotem na mojego dwukołowca, tym bardziej, że od teraz już będzie tylko z górki. I to konkretnie, bo różnica wysokości między Tienhsiang a Hualien, miastem na wschodnim wybrzeżu Tajwanu, wynosi ok. 500 m. W poziomie będzie to 40 km.

Jadę niespiesznie, gdyż według bardziej doświadczonych cyklistów droga wzdłuż wąwozu bywa śliska. Co chwilę zatrzymuję się na zdjęcia, bo za każdym zakrętem lub tunelem przed moimi oczyma pojawia się jeszcze bardziej olśniewający widok niż wcześniej.

Przy okazji pozwalam się bezpiecznie mijać autokarom z chińskimi turystami w kaskach. Wbrew pozorom, autokary nie jadą wiele szybciej ode mnie, zwłaszcza, że droga wzdłuż jest wąska, a jej niskie sklepienie wymaga od kierowców sporej zręczności i precyzji. Najciekawiej jest jednak w tunelach.

W Hualien – dużym mieście portowym – zostaję na jedną noc, aby kolejnego dnia z rana zrobić krótką przejażdżkę po okolicy.

Po południu wsiadam w pociąg, który ma mnie zawieźć do Tajpej. Jest to trudniejsze, niż się spodziewałem, lecz z pomocą tubylców jakoś się udaje (to „jakoś” oznacza późniejszym pociągiem i bez roweru, który w połowie drogi (!) zostałem niespodziewanie zmuszony nadać jako przesyłkę). Tajwańskie koleje okazują się chyba najsłabszym ogniwem w infrastrukturze rowerowej tego kraju.

 

Trudno uwierzyć, że to już prawie koniec. Najlepszym zwieńczeniem wycieczki, jakie mogłem sobie wyobrazić, była kolacja u mojej „tajwańskiej rodziny”. Wyśmienite towarzystwo, przepyszne, domowe jedzenie oraz lokalne trunki. Nawet do gotującej się w kociołku zupy co chwilę dolewano me gio, czyli ryżowe wino, zamiast wody – dla zdrowotności. Było też wino aborygeńskie (to już pite ze szklanki a nie łyżką z talerza), a także piwo lokalnej produkcji i whisky. W różnej kolejności. A w międzyczasie – wódka Belvedere, która – według gospodarza – mroziła się w zamrażalniku od pięciu lat (!) – najwyraźniej tylko czekała na moją wizytę i tę wyjątkową okazję.

Bezcenne.

Za mną sześć samodzielnych – ale nie samotnych – dni pełnych przygód w rowerowo-autostopowej przeprawie przez środkowy Tajwan. Podkreślam to pewnie do znudzenia – najważniejsze przeżycia z tej wyprawy wiążą się z niezwykle serdecznymi ludźmi, których spotkałem na swojej drodze – każdego dnia mogłem liczyć na ich bezinteresowną pomoc.

Tajwańczycy starają się wypaść w oczach turystów jak najlepiej. Władze otwarcie oczekują na komentarze i informacje zwrotne, bo doskonale zdają sobie sprawę, że jeszcze nie wszystko działa u nich idealnie. Tajwan pod wieloma względami przypomina mi Polskę, np. organizacyjnie – oto jest sporo biurokracji, z której mieszkańcy często zdają sobie sprawę. Rząd stara się jak może, choć nie wszystkie jego decyzje zalicza się do udanych. Obywatele zdają się trzymać reguł, ale są jednocześnie elastyczni w ich interpretowaniu. Bariera językowa poza większymi miastami jest bardziej widoczna, a mimo to turyści nie mają czego się obawiać, bo zawsze mogą liczyć na pomocną dłoń mieszkańców.

 Tajwan. Nad wąwozem Taroko

Taka intensywna i udana wyprawa bynajmniej nie zaspokoiła mojego tajwańskiego głodu. Przeciwnie, niedosyt jest większy niż był. Tak się składa, że doskonale się tam odnajduję.

Z tym większą pewnością więc stwierdzam, że na Tajwan chciałbym wrócić, i to jak najszybciej! I – podobnie, jak ostatnio – pytam: Tylko skąd wziąć tyle urlopu?!

Niech zdjęcia na picasa będą uzupełnieniem tego, czego nie udało mi się zawrzeć w słowach.

To była najdłuższa relacja z podróży, jaką kiedykolwiek spisałem (w czterech odcinkach!). Uff. Komentarze mile widziane.

Tajwan. W wąwozie Taroko

Tajwan na rowerze cz.3

Pozytywna energia w głowie i oczekiwanie na kolejne cuda towarzyszą mi kolejnego dnia rowerowej podróży po Tajwanie. To na dziś zaplanowana została przeprawa przez najwyższe partie gór środkowego Tajwanu. Dzień uznam za udany, jak dojadę do Tienhsiang – popularnej miejscowości położonej przy wąwozie Taroko. Poprzedniego dnia się to nie udało, gdyż autostop zacząłem łapać dopiero po południu. Według zaprzyjaźnionych Tajwańczyków, szanse na złapanie okazji na drugą stronę łańcucha górskiego są tylko z samego rana.

Gdy wychodzę przez drzwi mojego zakwaterowania, momentalnie mam ochotę się wycofać. Siąpi deszcz, jest bardzo wilgotno i zimno (na oko jakieś 5 stopni), a mgła ogranicza widzialność do jakichś 20 metrów. Pogoda idealna na autostop!

Robię krok wstecz do wnętrza domku. Nie wracam jednak do ciągle wygrzanego łóżka (jak w ogóle można mnie o takie zamiary podejrzewać?!). Nic nie może mnie zatrzymać! Dopinam kurtkę pod szyję, zakładam kaptur na głowę, rękawiczki na ręce i … pozwalam nieść się przygodzie.

Łapanie stopa we mgle do najłatwiejszych zadań nie należy. Zwłaszcza, gdy ma się rower w ramach bagażu. Po godzinie oczekiwania na tego jednego życzliwego kierowcę mgła się rozrzedza, wreszcie przestaje padać deszcz. Ruch jest niewielki, minęło mnie kilkadziesiąt samochodów, głównie minibusy oraz miniciężarówki. Jeden nawet się zatrzymał, ale się nie dogadaliśmy.

Czekam dalej. Po kolejnych 30 minutach zatrzymuje się minibus z kierowcą i dwiema emerytkami. Zawiozą mnie prosto do celu! Warto było wstać tak rano, zmoknąć i zmarznąć!

Droga jest kręta i coraz węższa i prowadzi coraz wyżej. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że Tajwańczycy wykazali się sporym sprytem budując drogi jednokierunkowe na takich półkach skalnych. Po kilku minutach okazuje się, jak bardzo się myliłem.



Po godzinie zatrzymujemy się na rozciągniecie kości w bodaj najwyższym punkcie przeprawy (3275 m n.p.m).

Zagaduje mnie kierowca minibusa zaparkowanego obok nas. Ni z gruszki, ni z pietruszki zaczyna mnie przepraszać za to, że się nie zatrzymał, gdy stałem na skraju drogi. Podobną empatię w stosunku do mnie wykazują pasażerowie jego busika. Nie rozumiem, o co chodzi. Wyjaśnia, że miał komplet pasażerów, więc jedyne, co mógł zrobić, to zadzwonić do kierowcy innego busika jadącego za nim, aby mnie wypatrywał na skraju drogi i koniecznie mnie stamtąd zabrał. Szczęka mi opada. Dziękuję mu z całego serca i wnet postanawiam, że muszę to koniecznie tu opisać – to jedyny sposób, w jaki mogę się tym wielce serdecznym ludziom odwdzięczyć.

Wąwóz Taroko okazuje się bardzo malowniczy. Po zakwaterowaniu w schronisku młodzieżowym udaję na popołudniowy spacer. Niestety tłumy turystów z Chin kontynentalnych przywożone autobusami odejmują temu miejscu uroku. Narzekają na nich wszyscy, włącznie z Tajwańczykami – sęk jednak w tym, że gospodarka regionu (a także cały kraj) w coraz większym stopniu jest od chińskich turystów zależny.

Mimo dobrych chęci, znowu kładę się spać z kurami. Podobnie jak w innych odwiedzonych na Tajwanie miejscowościach, większość atrakcji zamykana jest tu o zmroku, albo i wcześniej. Dłużej otwarte pozostają tylko niektóre restauracje, na jakąkolwiek inną rozrywkę trudno liczyć poza dużymi miastami. Nie ma tego złego – wczesne wstawanie bez budzika z ambitnym planem na dany dzień jest czystą przyjemnością.

Wakacje pełną gębą!

Tajwan. Droga do Sun Moon Lake.

Rowerem po Tajwanie cz.2

Drugi dzień wyprawy z zachodu na wschód Tajwanu zaczynam boleśnie. Nadzieję na to, że będzie lepiej, daje mi nowe, wygodniejsze siodełko, które dzień wcześniej pośpiesznie zakupiłem w centrum Puli.

Nie poddaję się, choć okazji ku temu było już po drodze kilka. Jestem na wakacjach, całe pięć wspaniałych dni przede mną! Już wiem, że cała wyprawa jest opóźniona o jeden dzień. Na razie nie mam za bardzo możliwości niczego przyspieszyć, bo nocleg w Sun Moon Lake, oddalonym o tylko 30 km, jest obowiązkowy. Dzień zapowiada się spokojnie, bo od celu na dziś dzieli mnie jedyne 400 m w pionie.



Wspinam się bezpośpiesznie jadąc poboczem drogi, po której co chwilę przejeżdżają autokary wypełnione turystami. Nachylenie odpowiednie dla autokarów, więc o ostrych wzniesieniach z dnia poprzedniego mogę tylko wspominać. Jest bezstresowo, więc podziwiam krajobraz.

W połowie drogi zatrzymuję się przy straganie ze świeżymi owocami i kupuję pęk przepysznych, małych bananów, które dadzą mi energię na resztę wspinaczki. Gdy właściciel straganu dodatkowo częstuje mnie świeżo pokrojonym ananasem, nie potrafię odmówić. Mój wdzięczny uśmiech (bo tylko takim językiem mogłem się z tym przemiłym panem komunikować) sprawia kolejny cud – wkrótce do moich rąk trafia gorąca zupa z ziół („na zimowe dni”). Bezcenne.



Sun Moon Lake to jezioro położone pomiędzy górami na wysokości 800 m n.p.m., prawie jak Morskie Oko. Jest celem wielu wycieczek, ale największą popularność zawdzięcza nowożeńcom. Po przyjeździe na miejsce znajduję tani hotelik pod wymowną nazwą Love Hotel. Na okrążenie jeziora potrzebne jest kilka godzin, a ja wolę oszczędzić siły na kolejne dni. Wybieram się więc na piesze zwiedzanie okolicy. Okolica jest przepiękna, zwłaszcza widziana z gondoli kolejki linowej, która łączy brzeg jeziora z okalającymi je górami.



Kolejny dzień zaczynam równie wcześnie rano. Na początek szybki i przyjemny zjazd z powrotem do Puli, a następnie obieram kierunek na Cingjing Farm. Ma być konkretna wspinaczka, której nawet jeszcze nie zacząłem, a kolano boli mnie coraz bardziej, najpierw jedno, potem drugie. Burza w myślach – ambicja właśnie stawia czoła zdrowemu rozsądkowi.

Poddaję się.

O wracaniu do Tajpej nie ma mowy. Z rowerem i dwiema sakwami na stanie próbuję więc łapać stopa. Taką opcję awaryjną miałem w zanadrzu, ale w trakcie planowania trudno ją było traktować poważnie. Przecież to jest ledwie moje drugie autostopowanie w życiu, przy czym pierwsze samodzielne, i to z takim bagażem!

Mimo, iż sytuacja wydaje się beznadziejna, próbuję uśmiechać się w kierunku przejeżdżających samochodów. Po pięciu minutach zatrzymuje się terenowe mitsubishi. Tłumaczę sympatycznemu panu w średnim wieku moją sytuację. O dziwo, zapakowanie roweru do samochodu nie stanowi problemu, a jakby cudów było mało, to okazuje się, że zostanę dowieziony bezpośrednio do dzisiejszego celu, czyli Cingjing Farm!

Z moim wybawcą porozumiewam się przy użyciu prostego angielskiego. Po drodze zostaję poczęstowany zielonymi pomarańczami z domowego ogrodu (kilogramową porcję „na zapas” też później dostałem!). – Gahm shiah, dziękuję!

Do Cingjing (Qingjing wedle alternatywnej pisowni) dojeżdżamy po prawie dwóch godzinach. Jest chłodno, bo znajdujemy się na wysokości ponad 1700 m n.p.m.; wokół góry i kotliny, w których nieśmiale zbierają się chmury.



Miejsce to słynie z rolnictwa – panujący tutaj wyjątkowy klimat pozwala na uprawy warzyw i owoców, m.in. brzoskwini, gruszek, śliwek oraz kiwi. Dla Polaka brzmieć to może mało egzotycznie, więc przypomnę, że mowa jest o tropikalnym Tajwanie!

Cingjing słynie również z najwyżej położonego sklepu sieci 7Eleven. Fakt ten jest godny odnotowania, bo wszechobecne sklepy tej sieci to jeden ze znaków rozpoznawczych Tajwanu. Podobnie jak w Bangkoku, każdy 7Eleven jest dla turystów jak oaza, tyle, że Tajwańczycy poszli o krok dalej – w tutejszych 7Eleven są toalety, stoliki z krzesłami, przy których można zjeść ciepłą strawę, bezprzewodowy internet, a w niektórych placówkach nawet … prysznic! To się nazywa rozbudowana infrastruktura!

W Cingjing kierowca proponuje wspólny obiad, za który próbowałem zapłacić, ale bezskutecznie. Na pożegnanie robimy wspólne zdjęcie.

W związku z tym, że pogoda nie jest najlepsza, postanawiam przeskoczyć autostopem do kolejnego celu, aby nadrobić stracony dzień, ale okazuje się to niemożliwe. Po ponad godzinie mojego wymachiwania ręką zatrzymuje się młody Tajwańczyk w starym leksusie ze skórzanymi siedzeniami i psem na przednim fotelu pasażera. Próbujemy się zrozumieć, lecz bezskutecznie; młodzieniec odjeżdza. Zaczyna kropić deszcz, a ja macham dalej, przecież nic innego nie przychodzi mi do głowy.



Po kilku minutach leksus powraca i jego kierowca bez słów przekazuje mi swój telefon, przez który kobiecy głos robi za tłumacza. Gdy po wielu wyjaśnieniach słyszę w słuchawce instrukcję, aby wsiąść do samochodu z rowerem, moje myśli bardziej skupiają się na „jak to zrobić”, niż „po co to zrobić” lub „dokąd chcieliby mnie zawozić”. Jak przygoda, to przygoda!

Później dopiero okazuje się, że młodzi Tajwańczycy doradzają łapanie stopa następnego dnia z samego rana i postanawiają mi pomóc w znalezieniu taniego noclegu, którym okazuje się pokój w czyimś domu. Jednak zanim ten będzie gotowy na moje przybycie, proponują mi przeczekanie w przydrożnej restauracji należącej do znajomych kierowcy leksusa.

Przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda!

Z właścicielami restauracji, do której w ciągu dwóch godzin mojego oczekiwania nie zajrzał żaden klient, rozmawiam za pomocą usługi Tłumacz Google. Okazuje się, że Google tłumaczy bez problemu na wiele języków, ale z tajwańskim chińskim nie radzi sobie prawie w ogóle.

Zamawiam posiłek mając nadzieję, że chociaż w taki sposób będę mógł ich wynagrodzić za poświęcony czas i pomoc. I po raz drugi tego dnia nie pozwolono mi zapłacić. Zastanawiam się jakich to dobrych uczynków musiałem nagromadzić, żeby z przypadku trafić na tak wspaniałych ludzi?

Wieczorem postanowiłem przejść się jeszcze po okolicy. Naiwnie liczyłem, że mimo późnej pory czeka mnie jeszcze kolejna przygoda. Nie przeliczyłem się.

Postanowiłem zajrzeć do jedynej otwartej restauracji. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że restauracja należy do rodziny kierowcy leksusa, który wcześniej, w ciągu dnia, nagle zniknął i nawet nie zdążyłem mu podziękować za okazaną mi pomoc! Czyżby przeznaczenie? Psinę, która woziła się luksusowym samochodem, też odnalazłem – tym razem dzielnie stróżowała w recepcji restauracji.



Szczególnie głodny nie jestem, więc zamawiam tylko piwo, a przyniesiono mi piwo i … dwudaniową kolację. Lokal (notabene o intrygującej nazwie – Native Chicken) okazuje się dość wytworny, co potwierdzają moje zmysły – chrupiący kurczak w panierce i pieprzopodobnymi ziarenkami, polany słodkawym sosem, trafia do mojego Topu Wszechczasów.

I w ten sposób spożyłem trzeci (TRZECI!) tego dnia posiłek, który zaoferowano mi bezpłatnie w zamian za serdeczny uśmiech i wdzięczność. Jak tylko zdaję sobie z tego sprawę, już wiem, że doświadczenia z tego dnia zapadną mi w pamięci na długo.

Lekcja na dziś? Podążać za intuicją, ufać obcym ludziom i dać się uwieść ich serdeczności. Mieć zawsze uśmiech na twarzy, pozytywną energię w głowie, a cuda będą działy się same.

Rowerem po Tajwanie

Już w trakcie mojej pierwszej wizyty na Tajwanie postanowiłem, że tam wrócę. Na każdym kroku przekonywano mnie, że jest to doskonałe miejsce na wyprawy rowerowe i wycieczki po górach. Różnorodność krajobrazu to bodaj najważniejszy atut, ale w miarę dobrze rozbudowana infrastruktura rowerowa niewątpliwie też przyczynia się do popularności turystyki rowerowej. Uprawiają ją Tajwańczycy, zagraniczni rezydenci, jak i turyści. W końcu i ja się temu poddałem i postanowiłem sprawdzić jak to jest podróżować rowerem po Tajwanie.

Po przylocie na Tajwan (z przygodami, a jakże!) daję sobie dwa dni na aklimatyzację. Delektowanie się lokalną kuchnią bardzo w tym pomaga, nie zapominając o lokalnych trunkach.

Tajwański znajomy pożycza mi swój rower, jedziemy na podstawowy przegląd sprzętu w serwisie. Następnie przy pakowaniu sakiew dwa razy upewniam się, co do prognozy pogody na trasie. Wychodzi na to, że trzeba wziąć ciuchy na każdą pogodę, włącznie z rękawiczkami i wełnianą czapką. Nieważne, że na starcie jest tropikalne 30 stopni…

Przede mną sześć samotnych dni na obcym rowerze, w obcym kraju. W plecaku mam mapę i nakreślony przez kolegę plan wyprawy z nic dla mnie nieznaczącymi nazwami miejscowości: tam się zatrzymać, tu spać tego dnia, a tego dnia „coś sobie znajdziesz, o tam”.

Mojej ekscytacji towarzyszy poddenerwowanie – przecież tak naprawdę, to ja nigdy na wyprawie rowerowej nie byłem! Owszem, jeździłem w życiu więcej niż przeciętny Polak, bywało i tak, że dzień w dzień, po kilkadziesiąt kilometrów, ale nigdy z bagażem, z A do B, z B do C, itd.

Otuchy dodaje fakt, że mój dwukołowiec jest bardziej wprawiony ode mnie – m.in. z sukcesem przebył trasę podobną do zamierzonej przeze mnie (czy ma znaczenie, że było to 8 lat temu i trochę się od tamtego czasu zestarzał?)

Jest piękna, słoneczna niedziela. Wczesna pobudka, porządne śniadanie i jestem gotowy do drogi. Pierwszego dnia do zrobienia jest 72 km, zaczynam w Taichung – aglomeracji położonej na południe od Tajpej, a moim celem jest Sun Moon Lake.

Ruszam.

Pierwsza niespodzianka zdarza się po stu metrach – odpinają się sakwy (konkretnie ich mocowanie do bagażnika) a rozpędzony rower ciągnie je po asfalcie do momentu zatrzymania. Niezły początek – myślę sobie. Szybko zakładam je z powrotem na rower i ruszam dalej.

Po kolejnych 20m sakwy spadają znowu. Początkowo nie rozumiem co się stało, ale problem wyjaśnia się bardzo szybko – moje europejskie stopy oparte na pedale są tak długie, że trącają sakwy przy kręceniu. Tylko tego brakowało!

Nie zamierzam się poddawać. Stosuję dodatkowe zapięcie i – nie tracąc czasu – ruszam ponownie. Próbuję pamiętać o odpowiednim ustawieniu stóp na pedale, choć nie jest to najwygodniejsze i nie wróży najlepiej na dłuższą metę. Przez kolejne dni, mimo moich najlepszych intencji, sakwy spadną dobre kilkanaście razy…

Początkowo trasa biegnie pod wiaduktem, na którym poprowadzona została autostrada. Brak możliwości zweryfikowania drogi z drogowskazami (takich przecież pod autostradą nie stawiają!) powoduje, że po godzinie jazdy się gubię. Zupełnie nieświadomie wróciłem do samego centrum Taichung, tyle, że od drugiej strony! Dwie godziny w plecy, i to pierwszego dnia! O stresie i zmęczeniu nie wspominam.

Mapa googla podpowiada alternatywną drogę do Sun Moon Lake, z której postanawiam skorzystać, bo odnalezienie pierwotnej trasy mogłoby być równie problematyczne jak wcześniej.

Okazuje się, że alternatywna trasa wiedzie przez góry i oznacza dla mnie trzy godziny morderczej wspinaczki, po której był 40-minutowy zjazd do wysokości wyjściowej. Jak ja mogłem tego nie przewidzieć patrząc na mapę google? Kłania się brak doświadczenia …

Jestem wykończony, słońce chyli się ku zachodowi, a ja – zamiast dojeżdżać do Sun Moon Lake, które położone jest na wysokości 800m, jestem u jego stóp i mam za sobą niepotrzebną wspinaczkę na 750m!

Na szczęście po drodze jest największe miasto w okolicy – Puli, do którego dojeżdżam o zmroku i z pomocą patrola policji znajduję nocleg. Prysznic, pyszna kolacja, spacer po mieście połączony z zakupami – jak ja znalazłem na to wszystko siły?

Pierwszy dzień postanawiam zakończyć tradycyjnym chińskim masażem stóp i ramion, który okazał się najlepszym, jaki w życiu miałem! Terapeutycznego masażu pośladków nie było w ofercie, a szkoda, bo chyba oczywistym jest, że po takim dniu na rowerze taka terapia by się przydała.

Przede mną kolejne dni, oby również były wypełnione przygodami i spotkaniami z nieprzeciętną ludzką serdecznością, jak do tej pory.

Początek wyprawy rowerowej nie odbył się zgodnie z planem. Ale któż by się przejmował?

 

Bezkres relaksacji w Hua Hin

Choć trudno w to uwierzyć, dopiero niedawno, krok po kroku, zacząłem odkrywać Tajlandię. Przyznaję, że do tej pory oferta turystyczna tego kraju była poza sferą moich zainteresowań – nawet nie pamiętam już skąd wzięło się takie przekonanie! Przecież Tajlandia zajmuje wysokie miejsce wśród najchętniej odwiedzanych przez turystów krajów na świecie! Aby tę tezę potwierdzić wystarczy przejść się po Bangkoku i policzyć mijanych farang’ów, zwłaszcza Europejczyków i Australijczyków, nie wspominając pozostałych ras i nacji.

Evason Spa - Hua Hin

I tak, po kilku latach szwendania się po świecie i jego różnych, nierzadko egzotycznych zakamarkach, dojrzałem – bo niby jak to inaczej określić – do odkrywania piękna Syjamu. Najwyższy czas!

Zacznijmy więc od plaż. Większość turystów z segmentu plażowego wypoczywa i bawi się na tajskich wyspach, zwłaszcza Puket, Krabi, Phi Phi, itp. Nie byłbym sobą, gdybym tej tendencji uległ.

Evason Spa - Hua Hin

Wybór padł na Hua Hin – turystyczne miasto położone na zachodnim wybrzeżu Zatoki Tajlandzkiej, ok. trzy godziny drogi od Bangkoku. Słynie ono z czterokilometrowej plaży położonej w samym mieście, wzdłuż której znajduje się mnóstwo drogich hoteli wszelkiego rodzaju. Może kogoś to ekscytuje, ale na pewno nie mnie.

Evason Spa - Hua Hin, Tajlandia

Warto było pofatygować się nieco dalej na południe, uciec od tłumów i zgiełku miasta. Na przykład do Evason Spa. Miejsce to okazało się niezwykłe – malowniczo położone wzdłuż plaży, z niesamowicie przyjazną obsługą, a do tego ekologiczne (przynajmniej tak się dumnie reklamują). Jest tam wszystko, czego potrzeba do regeneracji sił – woda, piasek, szum fal i wiatru, gwiazdy na niebie (!) i … rowery do wypożyczenia. Kto mnie zna, ten wie, że takich rowerowych okazji raczej nie przepuszczam. Do tego wyśmienite tajskie jedzenie w okolicznych restauracyjkach (do tych hotelowych raczej się nie zbliżam).

Tajlandia kulinarnie

Podróżowanie poza sezonem i na przekór większości po raz kolejny pokazało swoje plusy. Mamy środek sezonu, więc tymczasowo trzeba z podróżami nieco przyhamować. Tymczasem będę bardzo ukontentowany, jeśli ta relacja wraz ze zdjęciami kogoś zainspiruje.

Evason Spa - Hua Hin, Tajlandia

Buenos Aires. Argentyna

Moje pierwsze kroki w Buenos Aires, czyli „mieście pomyślnych wiatrów”, były jednocześnie pierwszymi krokami w Ameryce Południowej. Był to przełomowy moment, gdyż tym samym domknęła się lista (zamieszkanych) kontynentów, które były do odkrycia. Nie spodziewałem się, że stanie się to tak szybko, ale to chyba dobrze – nadal twierdzę, że spontaniczność w podróżach i odchodzenie od utartych schematów to podstawa sukcesu.

Stolica Argentyny to fascynujące skrzyżowanie Madrytu, Rzymu, Paryża i kilku innych miast europejskich, co da się zauważyć w jej centralnych dzielnicach na każdym kroku. Oficjalnie jednak mówi się o Buenos Aires jako o „Paryżu Południa”. Jak na Latynosów przystało, przysłowiowa maniana też jest tam zauważalna, tyle, że niejako z większą intensywnością w porównaniu do południa Starego Kontynentu.

Buenos Aires, Argentyna

Obowiązkowym punktem programu był spacer po deptaku Florida i Lavalle, a także Plaza de Mayo, połączony z nieudaną próbą wmieszania się w tłum.

Potem przejażdżka linią A metra, która do dziś obsługiwana jest przez drewniane składy, co jest nie lada gratką dla turystów. Sieć podziemnej kolejki w Buenos Aires wybudowano w 1913r., co czyni ją najstarszą na całej półkuli południowej.

Nie obyło się bez wizyty w zamożnej dzielnicy Recoleta i wypicia cafe con leche w towarzystwie argentyńskich elit w jednej z klimatycznych kawiarni. W okolicy tej jest cmentarz, na którym znajdują się groby najbardziej zasłużonych obywateli Argentyny, w tym charyzmatycznej Evy Peron. Zaliczone.

Nekropolia Recoleta, Buenos Aires, Argentyna

W końcu wizyta w San Telmo – jednej z najładniejszych dzielnic Buenos Aires. Zachowana w secesyjnym stylu słynie przede wszystkim z niedzielnego targu staroci, który przyciąga mnóstwo turystów. San Telmo słynie również z pokazów tanga na ulicy. Wedle jednego z przewodników, większość par tańczy tam pod publiczkę, a dzielnica stała się w pewnym sensie metaforycznym muzeum tego tańca dla turystów. My takiego wrażenia nie mieliśmy.

Buenos Aires, Argentyna

Wybornie było pod względem kulinarnym. Na śniadanie przepyszne bułeczki i rogaliki – z marmoladą lub bez, ale koniecznie z dodatkiem dulce de leche – kremu karmelowo-mlecznego, który okazał się bardziej uzależniający od nutelli! W porze obiadowej pizza w argentyńskim wydaniu albo olbrzymie steki (zwłaszcza w wersji napolitana – z serem i szynką na wierzchu). Ślinka cieknie też na samą myśl o empanadach – pierożkach z najróżniejszym farszem – mięsem, warzywami, serem i cebulą, itp.

Dulce de leche i rogaliki, Buenos Aires

Na deser oczywiście lody – mówi się, że włoskie lody mogą konkurować tylko z argentyńskimi. Moje jednorazowe doświadczenie tezę tę potwierdza. Życie jak w Madrycie!

I ponad wszystko … wino. Z tej krótkiej wyprawy do Argentyny przywiozłem wiele wspomnień, ale najważniejsze z nich to zapach i smak dziesięciu gatunków wyśmienitych win, które dane mi było skosztować w sklepie Lo de Joaquin Alberdi. Oprócz wspomnień przywiozłem – raczkującą co prawda – umiejętność tych win oceniania.

Vinoteca Alberdi, Buenos Aires, Argentyna

Pierwsze koty za płoty. Do Ameryki Południowej wrócę, ale nieprędko. Ciągnie mnie do Azji, a konkretniej Dalekiego Wschodu. Przecież, gdyby przyjrzeć się dokładniej, oczy mam – jak na Europejczyka – nieprzeciętnie skośne. W ostatnich miesiącach było mi dane doświadczyć ponownie dzikiej Afryki, była również wyluzowana Australia, teraz doszła przepełniona „manianą” Ameryka Południowa. A jednak w głębi serca tęskniłem do moich „azjatyckich korzeni”.

I jak tu żyć, Panie Premierze?

Więcej zdjęć na picasa/google+

Translate »