Nietypowo

Z testu osobowości, który sobie ostatnio zafundowałem wynikło, że nie lubię mieścić się w standardowych ramach.

[…] ten typ osobowości stanowi jedynie 3 proc. populacji, co jest dobrą wiadomością dla jego przedstawicieli, gdyż nic nie odbiera im radości tak bardzo, jak stwierdzenie, że są „pospolici”.

Niby zdawałem sobie z tego sprawę, jednak trafność tej diagnozy mnie uderzyła. I niech to będzie wstępem do relacji z kolejnej wycieczki, którą właśnie opisuję. Jak się okazuje – dość niestandardowej relacji z dość niestandardowej wycieczki, bo napiszę o tym, czego nie zrobiłem…

Zapraszam już wkrótce.



Kawka i kociaki 2.0

W Chiang Mai, mieście na północy Tajlandii, smakosze kawy mają w czym wybierać. Kawa jest znakomitej jakości, a personel nierzadko szkolony w samej Australii. Lokale konkurują ze sobą nie tylko kawą i ofertą kulinarną, lecz również nastrojem i wystrojem. Jedna z kawiarni wyróżnia się w szczególności.

Nie chodzi co prawda o Hello Kitty Cafe, jak w Seulu, jednak wielbiciele kotów wszelkiej maści nie powinni narzekać…



Żeby wejść do Catmosphere należy założyć przygotowane dla gości kapcie, dokładnie umyć ręce, a na koniec nałożyć żel przeciwbakteryjny. Siada się na podłodze na poduszkach. A pośród nas … koty na wybiegu. Żywe koty!



Na plakacie reklamowym spoglądało na mnie siedemnaście kocich mordek, lecz nie wszystkie dało się wokół zauważyć. Już w drzwiach widziałem, jak większość z nich była tak boleśnie leniwa i zaczynałem żałować, że dałem się skusić na taką kawowo-kocią ekstrawagancję.

Jak tylko zająłem miejsce, żal zastąpiło zaskoczenie – bez zawahania weszła na mnie Yoda i wyciągnęła szyję, jakby oczekiwała buziaka na przywitanie. Jej życie najwyraźniej nabrało sensu – w końcu bez zobowiązań mogła przyjemnie poleżeć na moim brzuchu. Co za kot!

 

Pozostałe koty nawet nie zauważyły obecności gości. Dopiero po podaniu wody jeden rudzielec po cichu skradł się, wskoczył na stolik i zaczął pić ze szklanki. Wnet zrozumiałem adnotację w karcie menu, że właściciel nie ponosi odpowiedzialności … za napoje nadpite przez zwierzaki. Myślę, że prawdziwych kociarzy i kociarki to i tak nie odstraszy przed odwiedzeniem kawiarni Catmosphere?

Gdy w końcu obsługa podała kawę, ze środka kubka spoglądał na mnie koci wzór ze spienionego mleka. Czy mogło być inaczej?

 





Zakwitły wiśnie

Na wiosnę do Japonii zjeżdżają istne tłumy, a magnesem są kwitnące wiśnie.

Jak to wygląda w praktyce?

Loty są przepełnione, że szpilki się nie wciśnie, chyba, że ma się tyle szczęścia, co ja.

Hotele są przepełnione, na kilka dni przed podróżą o wolny pokój bardzo trudno, do wyboru są jakieś resztki w horrendalnych cenach. Chyba, że ma się tyle odwagi, co ja i wybiera się z oferty airbnb miejsce na podłodze w przyjaznym domu (polecam Blendia). W tym gorącym okresie kosztowało to ponad dwadzieścia razy mniej niż ostatni pokój w najtańszym hotelu na obrzeżach miasta.

Wreszcie – przepełnione są parki. Na przykład olbrzymi park Yoyogi w samym centrum Tokio. Tradycyjnie młodzież zalewa wszelkie parki oraz własne gardła i świętuje. Piknik na pikniku, impreza na imprezie, głośna muzyka i morze głów pośród kwitnącej wiśni. Trudno o wolny skrawek ziemi, na którym można by usiąść. Wszystko w środku dnia… Miałem wrażenie, że w powietrzu bardziej było czuć zapach sake i taniego spirytu, niż kwiatów. Sytuacja w parkach jest jednak pod kontrolą, w końcu to Japonia. Zapewniona jest podstawowa infrastruktura imprezowa, czyli kosze na śmieci (a raczej kontenery) oraz toi-toi.



Do żadnej z imprez nie dołączyłem – wszechobecny, głośny amerykański akcent mnie do tego zniechęcił. To było zresztą sporym zaskoczeniem – wśród parkowych imprezowiczów niejako połowę stanowili biali Amerykanie! Jednakże nie potrafiłem sobie odmówić kieliszka czerwonego wina, oczywiście porządnie schłodzonego (!) przez sprzedawcę prowizorycznego stoiska w parku.

Znalazłem w końcu skrawek trawy, na którym dało się wygodnie położyć. Nieopodal na gitarach grała i śpiewała ballady japońska młodzież, w świetle zachodzącego słońca czytałem dobrą książkę. Przewracając kolejne kartki odmierzałem czas pozostały do lotu powrotnego do Kataru.

Weekend w Tokio? – moim zdaniem zawsze warto. Nawet, jeśli oznacza to w sumie ponad 20 godz. w powietrzu.

P.S. Suszi tym razem też nie zabrakło, oczywiście w moim ulubionym „barze z sushi na stojąco”, czyli Uogashi Nihon-Ichi – 元祖立ち喰い寿司 魚がし日本一 渋谷センター街店.



Wesele na Bali

Czy można odrzucić zaproszenie ślubne na Bali? Pewnie i można, ale nie warto, i to bez względu na koszt. Z tego właśnie założenia wyszedłem, gdy ku uciesze całej rodziny pana młodego potwierdzałem swój udział w tym wyjątkowym wydarzeniu. Czy ma znaczenie, że ani pana młodego, ani jego wybranki, w ogóle nie znałem?

Nie byłoby za bardzo o czym pisać, gdyby nie tło wydarzeń. Jak na filmach, tłem ceremonii zaślubin były: bezchmurny horyzont, zachodzące słońce i szum morza; ksiądz stojący tyłem do morza, młoda para przodem do księdza, za nimi elegancko ubrani goście – z wielu zakątków świata oraz przypatrujący się wszystkiemu ciekawscy goście hotelowi – leżący nad basenem w strojach kąpielowych. Tematem przewodnim była purpura, która okazała się całkiem fotogeniczna w tej scenerii.

Rozpisuję się tu o szczegółach scenografii, choć zupełnie nie o takie tło chodziło.

Najbardziej fascynujące było dla mnie to, jak się tam znalazłem i z kim miałem do czynienia.

Fot. Jaem Prueangwet

Po kolei. Rzecz działa się na Bali w Indonezji. Zaproszony zostałem jako przyjaciel rodziny przez brata pana młodego. A konkretniej – Hindusa z Malezji.

Zagadka nr 1: Jakim językiem porozumiewa się ze sobą rodzina pana młodego, na co dzień i od święta?

Odpowiedź do zagadki nr 1: Chińskim mandaryńskim.

Zagadka nr 2: Dlaczego „moja” rodzina Hindusów z Malezji nie porozumiewa się po tamilsku, czyli języku powszechnie używanym przez tę mniejszość?

Odpowiedź (banalna!): Ponieważ młode pokolenie w tej rodzinie tego języka akurat nie zna. Biegle posługuje się jedynie malajskim i angielskim. I chińskim, oczywiście! Ot, taka rodzinka. Wszelkie zarzuty o to, że idą na językową łatwiznę byłyby zatem niestosowne i ostrzegam, że będę takież odpierał własną piersią!

Wśród gości były różne nacje i grupy etniczne, w tym dwie sędziwe chińskie babcie. Wkrótce okazało się, że to one są kluczem do zagadki – jedna z nich jest babcią „z krwi i kości”, a druga – przyjacielem rodziny. Takich etnicznych kombinacji jest w tej części świata sporo, ale dopiero doświadczenie ich z pierwszej ręki uświadamia siłę takich rodzinnych więzów i co może z nich wynikać.

Zagadka nr 3: W jakim jeżyku odbywała się ceremonia zaślubin? Odpowiedź (oczywista dla osób obeznanych z azjatyckimi realiami): w rozumianym przez większość języku angielskim.

Fot. Jaem Prueangwet

Podsumowując – zachwycony jestem ich gościnnością – traktowany byłem jak członek rodziny. Nawet pan młody – mimo, że nie mieliśmy okazji się wcześniej poznać – osobiście troszczył się o dopięcie szczegółów mojej wizyty do ostatniej chwili.

Cieszy mnie i duma rozpiera, że miałem sposobność poznania tak interesującej rodziny. To też kolejny dowód na to, że wspaniale odnajduję się wśród Azjatów.

Fot. Jaem Prueangwet

Las, kawka i kociaki

W ostatni weekend obcowałem z naturą: góry, zielony las, wyśmienita kawa (naturalna!), kotki z lewej, kociaki z prawej, pośrodku przewijały się co chwilę pandy. Te ostatnie przede wszystkim zwizualizowane na gadżetach i np. skarpetkach w niezwykłe wzory, wystawione były na sprzedaż na każdym rogu ulicy.

Znowu spontanicznie, niemalże rok od ostatniej wizyty, udałem się na weekend do Seulu.

Któżby liczył godziny spędzone w powietrzu? Dla mnie to raczej inwestycja! Zwłaszcza, że po dotarciu do celu główną atrakcją był spacer (w klapkach) po parku narodowym Bukhansan – olbrzymim terenie zielonym na obrzeżach miasta, określanym często jako „płuca Seulu”. Wszyscy Koreańczycy, bez wyjątku, lansowali się w profesjonalnym sprzęcie trekkingowym. Klapek w takim miejscu powstydziłby się pewnie każdy, ale nie ja. Pragnienie dotlenienia się i poobcowania z naturą wygrało ten dylemat.

Energię po spacerze przywróciły koreańskie pierożki z wieprzowiną i kiszonką kimczi (Dwaeji Gogi & Kimchi Mandu).

Na deser … KOT! A raczej kotka, Hello Kitty – tak popularna w tej części świata, że doczekała się własnej sieci kawiarni. Zabrakło mi wymówek, więc postanowiłem sprawdzić co Hello Kitty Cafe ma w ofercie. Jak można się domyślać, dominują słodkości w kształcie tytułowej kotki, opatrzone – nie inaczej – charakterystyczną wstążką. I wszechobecny róż.

To teraz na przyszłość mam już wymówkę – zaliczyłem w życiu wizytę w Hello Kitty Cafe i drugi raz wybierać się tam nie muszę. Chyba, że w tak dobrym towarzystwie, jak ostatnio, eh …

 

Hello Kitty Cafe w Seulu (Hongik University)

 

Latte art Hello Kitty, Rare Cheesecake Hello Kitty i … stół Hello Kitty



Bye bye Kitty, Hello … Halloween!

7 lat w Azji

Siódmą rocznicę mojej pustynnej emigracji świętowałem właśnie w Singapurze. Myślałem, że wybór był przypadkowy, ale teraz, gdy o tym piszę, uświadamiam sobie, że ten region świata stał się po prostu bliski mojej duszy.

W zasadzie jedynym celem wizyty w Singapurze było odwiedzenie przyjaciół, z którymi pracowałem w Katarze. W ciągu tych kilku lat przewinęło się ich przez nasz dział może dziesięcioro, w większości Chińczyków. Ostatnio powoli się wykruszali, narzekając na wszechobecny w Katarze kurz, kiepską infrastrukturę, a także pogodę – zwłaszcza wysoką wilgotność (sic!). Aż w końcu, z tej katarskiej wilgotności ulotnili się wszyscy i nie pozostał nikt.

Już nawet nie pamiętam, jak zacząłem się kumplować z azjatycką mafią. Przełomowym momentem bodajże było, jak połowa tej mafii wylądowała w jednym zespole ze mną. Tak się akurat złożyło, że przy czteroosobowym biurku siedziało dwoje Singapurczyków, Malezyjka i ja. Miejsce Malezyjki po jakimś czasie zajął … kolejny Singapurczyk. Nie było dla mnie ucieczki …

Mój początkowy entuzjazm z przebywania w tak egzotycznym dla przeciętnego Polaka otoczeniu przeradzał się we frustrację, jak tylko różnice kulturowe i problemy w komunikacji brały górę. Łatwo to sobie zresztą wyobrazić… Wkrótce jednak, na szczęście, entuzjazm powracał – zwłaszcza, gdy uświadamiałem sobie, że dużo nas jednak łączy.

Nicią porozumienia była bez wątpienia przynależność do nie-hinduskiej mniejszości w biurze. Pomagało również obeznanie „moich Azjatów” z Europą – jej kulturą i stylem życia, a, nierzadko – oczarowanie nią, połączone z moją azjatycką fascynacją.

Umiłowanie jedzenia (mowa o Singapurczykach i Malezyjczykach przecież!) też wytworzyło między nami wieź.  Na bieżąco obserwowaliśmy reakcje przy smakowaniu potraw własnych krajów. Przeważała ekscytacja, choć oburzenie i zdegustowanie też się zdarzało i zdarza do dziś – wystarczy, abym wspomniał o ryżu z truskawkami i śmietaną – połączenie smaków, które niemal każdemu Azjacie wydaje się profanacją.

Opinia o ryżu na słodko to nie jedyna różnica między nami. Różne są strefy klimatyczne krajów, z których pochodzimy, a, co się z tym wiąże – odmienna percepcja pogody w Katarze. Azjatyckie uwielbienie dla klimatyzacji niemal codziennie konfrontowane było z jego brakiem.

Moje możliwości adaptowania testowane były na najróżniejsze sposoby. Nawet do zdejmowania butów u progu mieszkania zdołałem się przyzwyczaić, a po pewnym czasie wszedłem na kolejny poziom zaawansowania i przestałem nawet na to przeklinać (!). Jednak na prawdziwą próbę mojego zaawansowania zostałem wystawiony ja, pewny siebie członek azjatyckiej mafii, gdy w trakcie wspólnej wyprawy za granicę, zostałem zganiony za niezdjęcie butów tuż przy drzwiach pokoju hotelowego. Kto by się spodziewał, że azjatycki obyczaj zdejmowania butów w domu obowiązuje także w hotelu w Ameryce?! Barwna opowieść z tego niechlubnego zajścia (!) krąży w niektórych kręgach do dziś…



Moja „sieroca” przyjaźń z Azjatami do dziś owocuje. Nauczyłem się od nich wiele, oraz od siebie – dzięki samemu obcowaniu z nimi. Dzień w dzień bombardowany byłem azjatyckim spojrzeniem na świat, któremu początkowo stawiałem opór – przecież stały za mną stare, zachodnie prawdy życiowe, dodatkowo najczęściej podparte nauką. Z czasem zaczęłem to azjatyckie, „nienaukowe” spojrzenie tolerować, akceptować, pochłaniać …

Do dziś jednak nie rozumiem, dlaczego w trakcie przeziębienia nie należy pić kawy, ani jeść pieczonego mięsa! A przecież tyle czasu spędziłem na debatach na ten temat!

Czy muszę dodawać, że debaty odbywały się w niezwykle melodyjnym, „singielskim” lub „mangielskim” akcencie, który wkrótce sam przy różnych okazjach zacząłem naśladować?



Z dzisiejszej perspektywy oceniam, że była między nami doskonała symbioza, choć dla ludzi z zewnątrz mogło to wyglądać, jakbym był czarną (białą!) owcą w „żółtym stadzie”…  

Tak bardzo w tę symbiozę uwierzyłem, że w trakcie przedstawiania się obcym osobom nieraz tłumaczyłem, pół-żartem, pół-serio, że jestem pół-Polakiem, pół-Singapurczykiem i … pół-Malezyjczykiem. Że trzy połowy to niby niemożliwe? – doskonale oddawało to dziwność, ale i autentyczność sytuacji, w której się znalazłem! Gdy próbowano dopytywać o to, która połowa jest większa, szybko i dyplomatycznie rozwiewałem wątpliwości dyskutantów przypominając, że o to chodzi w połowach, że wszystkie są równe…(Co to pustynne słońce robi ludziom z mózgu!?)

Co, gdybym na początku kariery nie był zmuszony do zaprzyjaźnienia się z obcymi na pierwszy rzut oka Chińczykami? Naturalnym jest chyba, że swoi lgną do swoich i dziś obserwuję, jak większość młodych Europejczyków w moim biurze wybiera swoje towarzystwo wedle tego klucza. Ja w moich czasach takiego wyboru nie miałem i wcale tego nie żałuję! Cieszę się natomiast, że do południowoazjatyckiego stada zostałem przyjęty i do dziś, choć coraz częściej jedynie przy grupowym wspominaniu, mam w nim honorowe miejsce.

To wspaniałe uczucie mieć przyjaciół w wielu zakątkach świata. Z moją ekipą z Azji Południowo-Wschodniej łączy mnie więcej, niż dzieli, co udowodniłem właśnie w trakcie kolejnej już wizyty w Singapurze.

Fot. Jaem Prueangwet

Na sushi i z powrotem

Długi zimowy wieczór w Doha. Farelka, wino, kobiety i pustynna melancholia.

Cwaniak nr 1 (z Trójmiasta, żeby nie było!):

– Ej, o co kaman z tą twoją kartą Diners Club? Mówiłeś, że możesz na nią wchodzić do saloników lotniskowych na całym świecie, tak?

Cwaniak nr 2 (z Wrocławia, żeby nie było!):

– Ano tak.

– A możesz też zaprosić osobę towarzyszącą?

– To zależy, ale często tak właśnie jest.

– Hm, trzeba by z tego skorzystać kiedyś.

– Czemu nie, ale te saloniki są tylko na lotniskach, i to za granicą.

– Przecież w naszym przypadku to nic prostszego!

[po chwili namysłu] Czy w tym twoim saloniku na lotnisku Narita w Tokio mają sushi? Bo od jakiegoś czasu mam ochotę na dobre sushi właśnie.

– Nie wiem, ale możemy polecieć i sprawdzić.

I polecieli. Na weekend. Na sushi w Tokio.

5168 mil w każdą stronę. 9 godzin z wiatrem i 12 godzin pod wiatr.

Samego pobytu w centrum tej japońskiej metropolii wyszło ok. 22 godziny. To wystarczająco długo, aby przejść wzdłuż i wszerz Shibuyę, zaliczyć sushi, zrelaksować się w japońskiej łaźni i saunie. Kulminacją i niejako tematem przewodnim, obok sushi, okazało się japońskie wino śliwkowe, o które zaczęliśmy rozpytywać po barach tuż po przyjeździe. Wobec braku sukcesów zrealizowaliśmy Plan B i, po zakupieniu wina w małym sklepie, udaliśmy się do słynnego Starbucksa w celu spożycia tego bezcennego trunku (i zakupionej dla niepoznaki kawy).

Dochodziła 22, oto trzech cwaniaków z Polski, po dziewięciu godzinach w samolocie z Doha i dwóch kolejnych w pociągu z lotniska do centrum Tokio, siedząc w ukryciu tyłem do reszty gości przy stoliku wzdłuż szyby, z widokiem na słynne skrzyżowanie obok stacji metra Shibuya, sączyło z gwinta japońskie wino śliwkowe.

Tego się nie zapomina.

Nazajutrz, udało nam się zwiedzić świątynię Asakusa i jej okolice. Co nas rozgrzewało do zwiedzania w ten mroźny dzień niech pozostanie słodką (oj tak, słodką!) tajemnicą.

 I tak oto, kategoria opisywanych na tym blogu bezcennych doświadczeń, za które nie zapłaci się kartą Mastercard, właśnie zyskała konkurencję w postaci karty Diners Club.

Co to ludziom potrafi do głowy przyjść!? A co dopiero takim cwaniakom?!?!?

P.S. Do saloniku na lotnisku Narita zaszliśmy w drodze powrotnej do Doha. Zdążyliśmy na 15 minut przed jego zamknięciem, więc sushi już nie było. Może i mielibyśmy więcej czasu, gdyby nie konieczność opróżnienia przed kontrolą bezpieczeństwa zapasu słoików ze słodką cieczą i zielonymi śliwkami w środku.

P.P.S. Słoik i śliwki (nasączone prądem!) udało się przewieźć do Kataru. Określenie słoik dumnie zyskuje nowe znaczenie 🙂

Spotting na Songshan

Spotting na Songshan



Najbardziej odpowiednim zwieńczeniem tygodniowego zwiedzania Tajwanu na rowerze w wersji na wheymana, jakie można sobie wyobrazić, było podglądanie … startujących i lądujących samolotów.

Miejskie lotnisko w Tajpej, czyli Songshan, jest jednym z niewielu na świecie położonych w samych centrum miasta. Londyńskie City się przy Songshan nie umywa, jeśli wziąć pod uwagę odległość pasa do wysokich zabudowań oraz rozmiary obsługiwanych samolotów (oczywiście, że rozmiar ma znaczenie!).

Wzdłuż pasa, po jednej stronie ogrodzenia, ciągnie się autostrada (na pilarach – kilka metrów nad ziemią – gdyby ktoś miał ochotę można by się ścigać ze startującymi maszynami). Po drugiej – niemalże za płotem – dzielnica biznesowa i m.in. najwyższy niegdyś budynek świata, czyli Taipei 101.

Spotting na Songshan

Widok z autostrady na lotnisko Songshan

Dla takiego spottera, jak ja, liczy się możliwość jak najbliższego podejścia do płotu i odległość tegoż od progu pasa. Dla porównania obliczyłem z pomocą map google’a, że na Okęciu próg pasa 11 jest w odległości 450m od płotu, tuż przy którym znajduje się dostępna dla wszystkich droga – to tu stojąc przy płocie niektórzy mają wrażenie, że jest ryzyko oberwania wysuniętym podwoziem w głowę. Na Songshan z kolei ta odległość wynosi tylko 120m, co oznacza, że samoloty mogą przelatywać nad głową aż 3-4 razy niżej, niż na Okęciu! Mając to na uwadze skuszę się nazwać TSA (czyli Songshan właśnie) miejską wersją legendarnego SXM, czyli Princess Juliana.

Songshan niejako w nienarzucający się sposób wpisuje się w mapę miasta i życie ich mieszkańców. Taki wniosek można przynajmniej wysnuć widząc takie oto obrazki.

Spotting na Songshan

Światła podejścia tylko pozornie ogrodzone, a pomiędzy nimi droga.

Spotting na Songshan

Wieża włączyła światła podejścia, spotterzy uruchamiają aparaty fotograficzne, samolot wchodzi na prostą, zbliża się do pasa, zewsząd słychać cykające lustrzanki spotterów, które wkrótce zostaną zagłuszone przez turbośmigłowe silniki ATRa, a pani ogrodniczka, pieląca właśnie swoje grządki, w całym tym zamieszaniu ani mrugnie okiem.


Tym, co wyróżnia miejskie lotnisko w Tajpej od London City i wielu podobnych jest fakt, że obługiwane są na nim szerokokadłubowe samoloty. I to zdecydowanie częściej, niż raz dziennie, co wpływa na jego popularność wśród spotterów. Większość szerokokadłubowców lata z Songshan na Hanedę – świadczy to o bliskości stosunków gospodarczych między Tajwanem i Japonią. Do wyboru mamy ANA (2x dziennie na 767), Japan Airlines (2x 767), EVA Air (2x na A330) oraz China Airlines (2x 330). Są również dwa dzienne połączenia do Szanghaju na A330.

ANA B767 - Spotting na Songshan

JAL - Spotting na Songshan

JAL - Spotting na Songshan

JAL - Spotting na Songshan



Bliskie spotkanie z lądującym tuż nad głowami B767 zapada w pamięć i jest zdecydowanie warte oczekiwania, zresztą zobaczcie sami.



Polecam również film z lądowania nakręcony przez pasażera (zwłaszcza ostatnie 2 minuty) – po jego obejrzeniu przestałem się dziwić, że niektórzy pasażerowie przy lądowaniu na Songshan podobno zaczynają się stresować, gdy widzą, że ich samolot tak bardzo zbliża się do zabudowań czy autostrady i aż do ostatniej chwili nic nie wskazuje na to, że pomiędzy nimi znajduje się lotnisko.

Spotting na Songshan okazał się prologiem do innego ekscytującego projektu na przeciwległym skraju mapy, o którym napiszę już wkrótce.

Tajwan na rowerze cz.4

Piątego dnia wyprawy stan moich kolan pozwala mi przerzucić się z powrotem na mojego dwukołowca, tym bardziej, że od teraz już będzie tylko z górki. I to konkretnie, bo różnica wysokości między Tienhsiang a Hualien, miastem na wschodnim wybrzeżu Tajwanu, wynosi ok. 500 m. W poziomie będzie to 40 km.

Jadę niespiesznie, gdyż według bardziej doświadczonych cyklistów droga wzdłuż wąwozu bywa śliska. Co chwilę zatrzymuję się na zdjęcia, bo za każdym zakrętem lub tunelem przed moimi oczyma pojawia się jeszcze bardziej olśniewający widok niż wcześniej.

Przy okazji pozwalam się bezpiecznie mijać autokarom z chińskimi turystami w kaskach. Wbrew pozorom, autokary nie jadą wiele szybciej ode mnie, zwłaszcza, że droga wzdłuż jest wąska, a jej niskie sklepienie wymaga od kierowców sporej zręczności i precyzji. Najciekawiej jest jednak w tunelach.

W Hualien – dużym mieście portowym – zostaję na jedną noc, aby kolejnego dnia z rana zrobić krótką przejażdżkę po okolicy.

Po południu wsiadam w pociąg, który ma mnie zawieźć do Tajpej. Jest to trudniejsze, niż się spodziewałem, lecz z pomocą tubylców jakoś się udaje (to „jakoś” oznacza późniejszym pociągiem i bez roweru, który w połowie drogi (!) zostałem niespodziewanie zmuszony nadać jako przesyłkę). Tajwańskie koleje okazują się chyba najsłabszym ogniwem w infrastrukturze rowerowej tego kraju.

 

Trudno uwierzyć, że to już prawie koniec. Najlepszym zwieńczeniem wycieczki, jakie mogłem sobie wyobrazić, była kolacja u mojej „tajwańskiej rodziny”. Wyśmienite towarzystwo, przepyszne, domowe jedzenie oraz lokalne trunki. Nawet do gotującej się w kociołku zupy co chwilę dolewano me gio, czyli ryżowe wino, zamiast wody – dla zdrowotności. Było też wino aborygeńskie (to już pite ze szklanki a nie łyżką z talerza), a także piwo lokalnej produkcji i whisky. W różnej kolejności. A w międzyczasie – wódka Belvedere, która – według gospodarza – mroziła się w zamrażalniku od pięciu lat (!) – najwyraźniej tylko czekała na moją wizytę i tę wyjątkową okazję.

Bezcenne.

Za mną sześć samodzielnych – ale nie samotnych – dni pełnych przygód w rowerowo-autostopowej przeprawie przez środkowy Tajwan. Podkreślam to pewnie do znudzenia – najważniejsze przeżycia z tej wyprawy wiążą się z niezwykle serdecznymi ludźmi, których spotkałem na swojej drodze – każdego dnia mogłem liczyć na ich bezinteresowną pomoc.

Tajwańczycy starają się wypaść w oczach turystów jak najlepiej. Władze otwarcie oczekują na komentarze i informacje zwrotne, bo doskonale zdają sobie sprawę, że jeszcze nie wszystko działa u nich idealnie. Tajwan pod wieloma względami przypomina mi Polskę, np. organizacyjnie – oto jest sporo biurokracji, z której mieszkańcy często zdają sobie sprawę. Rząd stara się jak może, choć nie wszystkie jego decyzje zalicza się do udanych. Obywatele zdają się trzymać reguł, ale są jednocześnie elastyczni w ich interpretowaniu. Bariera językowa poza większymi miastami jest bardziej widoczna, a mimo to turyści nie mają czego się obawiać, bo zawsze mogą liczyć na pomocną dłoń mieszkańców.

 Tajwan. Nad wąwozem Taroko

Taka intensywna i udana wyprawa bynajmniej nie zaspokoiła mojego tajwańskiego głodu. Przeciwnie, niedosyt jest większy niż był. Tak się składa, że doskonale się tam odnajduję.

Z tym większą pewnością więc stwierdzam, że na Tajwan chciałbym wrócić, i to jak najszybciej! I – podobnie, jak ostatnio – pytam: Tylko skąd wziąć tyle urlopu?!

Niech zdjęcia na picasa będą uzupełnieniem tego, czego nie udało mi się zawrzeć w słowach.

To była najdłuższa relacja z podróży, jaką kiedykolwiek spisałem (w czterech odcinkach!). Uff. Komentarze mile widziane.

Tajwan. W wąwozie Taroko

Tajwan na rowerze cz.3

Pozytywna energia w głowie i oczekiwanie na kolejne cuda towarzyszą mi kolejnego dnia rowerowej podróży po Tajwanie. To na dziś zaplanowana została przeprawa przez najwyższe partie gór środkowego Tajwanu. Dzień uznam za udany, jak dojadę do Tienhsiang – popularnej miejscowości położonej przy wąwozie Taroko. Poprzedniego dnia się to nie udało, gdyż autostop zacząłem łapać dopiero po południu. Według zaprzyjaźnionych Tajwańczyków, szanse na złapanie okazji na drugą stronę łańcucha górskiego są tylko z samego rana.

Gdy wychodzę przez drzwi mojego zakwaterowania, momentalnie mam ochotę się wycofać. Siąpi deszcz, jest bardzo wilgotno i zimno (na oko jakieś 5 stopni), a mgła ogranicza widzialność do jakichś 20 metrów. Pogoda idealna na autostop!

Robię krok wstecz do wnętrza domku. Nie wracam jednak do ciągle wygrzanego łóżka (jak w ogóle można mnie o takie zamiary podejrzewać?!). Nic nie może mnie zatrzymać! Dopinam kurtkę pod szyję, zakładam kaptur na głowę, rękawiczki na ręce i … pozwalam nieść się przygodzie.

Łapanie stopa we mgle do najłatwiejszych zadań nie należy. Zwłaszcza, gdy ma się rower w ramach bagażu. Po godzinie oczekiwania na tego jednego życzliwego kierowcę mgła się rozrzedza, wreszcie przestaje padać deszcz. Ruch jest niewielki, minęło mnie kilkadziesiąt samochodów, głównie minibusy oraz miniciężarówki. Jeden nawet się zatrzymał, ale się nie dogadaliśmy.

Czekam dalej. Po kolejnych 30 minutach zatrzymuje się minibus z kierowcą i dwiema emerytkami. Zawiozą mnie prosto do celu! Warto było wstać tak rano, zmoknąć i zmarznąć!

Droga jest kręta i coraz węższa i prowadzi coraz wyżej. Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że Tajwańczycy wykazali się sporym sprytem budując drogi jednokierunkowe na takich półkach skalnych. Po kilku minutach okazuje się, jak bardzo się myliłem.



Po godzinie zatrzymujemy się na rozciągniecie kości w bodaj najwyższym punkcie przeprawy (3275 m n.p.m).

Zagaduje mnie kierowca minibusa zaparkowanego obok nas. Ni z gruszki, ni z pietruszki zaczyna mnie przepraszać za to, że się nie zatrzymał, gdy stałem na skraju drogi. Podobną empatię w stosunku do mnie wykazują pasażerowie jego busika. Nie rozumiem, o co chodzi. Wyjaśnia, że miał komplet pasażerów, więc jedyne, co mógł zrobić, to zadzwonić do kierowcy innego busika jadącego za nim, aby mnie wypatrywał na skraju drogi i koniecznie mnie stamtąd zabrał. Szczęka mi opada. Dziękuję mu z całego serca i wnet postanawiam, że muszę to koniecznie tu opisać – to jedyny sposób, w jaki mogę się tym wielce serdecznym ludziom odwdzięczyć.

Wąwóz Taroko okazuje się bardzo malowniczy. Po zakwaterowaniu w schronisku młodzieżowym udaję na popołudniowy spacer. Niestety tłumy turystów z Chin kontynentalnych przywożone autobusami odejmują temu miejscu uroku. Narzekają na nich wszyscy, włącznie z Tajwańczykami – sęk jednak w tym, że gospodarka regionu (a także cały kraj) w coraz większym stopniu jest od chińskich turystów zależny.

Mimo dobrych chęci, znowu kładę się spać z kurami. Podobnie jak w innych odwiedzonych na Tajwanie miejscowościach, większość atrakcji zamykana jest tu o zmroku, albo i wcześniej. Dłużej otwarte pozostają tylko niektóre restauracje, na jakąkolwiek inną rozrywkę trudno liczyć poza dużymi miastami. Nie ma tego złego – wczesne wstawanie bez budzika z ambitnym planem na dany dzień jest czystą przyjemnością.

Wakacje pełną gębą!

Tajwan. Droga do Sun Moon Lake.

Translate »