Brakuje im kobiet!

Zastanawialiście się kiedyś z czego słynie Katar? Poza kandydowaniem do organizowanie globalnych wydarzeń sportowych oczywiście, kwitnącą gospodarką i drugimi co do wielkości zasobami gazu naturalnego.

Otóż, wyróżnia się Katar w świecie najwyższym współczynnikiem mężczyzn do kobiet! Na każdych trzech mężczyzn przypada w Katarze jedna niewiasta. Struktura społeczna jest praktycznie wynikiem zapotrzebowania na płeć, a konkretnie siłę roboczą – bardziej lub mniej wykwalifikowaną. Ponadto tutejszy rząd jest niechętny do przyznawania wiz kobietom pochodzącym z „krajów nieuprzywilejowanych” (USA, Kanada, UE, itp.).

Jeśli dodać do tego fakt, że „randkowanie” jest zakazane przez obowiązujące tu islamskie prawo, to możemy zacząć zdawać sobie sprawę z wyjątkowości sytuacji. Wedle naukowców tak nierówna struktura płci może prowadzić do niepokojów społecznych!

Komitet ds. populacji nawołuje zatem do redukcji dysproporcji i zachęcenia większej liczby par małżeńskich do zamieszkania i podjęcia pracy w Katarze. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać – taka polityka oznaczałaby poważne zwiększenie kosztów dla firm (i problemów!). Trzeba by też tych przyjezdnych czymś zachęcić, ale czym?!

Wakacje w sułtanacie

Przepiękna kraina, niezapomniane wakacje. Od piekielnie wilgotnego Maskatu, poprzez jeszcze chyba gorętsze okolice miasteczka Nizwa, Al Hamra czy Bahla do chłodnawych klimatów górskich na zachodzie. Schłodzone bezalkoholowe piwo w jednym z palmowych gajowych. Nic dziwnego, że smakowało, skoro temperatura sięgała ponad 40 stopni. Posmakowało jeszcze bardziej, gdy znienacka pojawili się właściciele posesji … z talerzem świeżo zerwanych daktyli. Mieliśmy okazję poćwiczyć z nimi międzynarodową mowę ciała.

Zielona oaza - Wadi Bani Khalid w Omanie

Autostrada do Suru zbudowana między skalistym klifem a górami. Żółwie morskie składające jaja na plaży w naszej – niezauważalnej dla nich – obecności.

Potem najnudniejsza – według Lonely Planet – droga świata, czyli tysiąckilometrowa przeprawa na południe Omanu, gdzie czekały na nas zielone oazy i festiwal z okazji nadejścia pory deszczowej. Salalah to zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, na szczęście niezbyt jeszcze skomercjalizowane.

Jedna z wielu oaz w okolicach Salalah w Omanie

Wracało się z tego południa jakoś łatwiej, i szybciej. Na drodze o ograniczeniu 120 km/h zdołaliśmy wyprzedzić nieoznakowanego policyjnego Land Cruisera – jadącego jakieś 160 km/h – Toyotą Corolla, której maksymalna prędkość wynosi niewiele więcej. Należy to dodać do kategorii doświadczeń, których nie kupi się za pomocą karty Mastercard. Poczciwa wypożyczona Corolla w ogóle spisała się na medal – udało się wdrapać na 2000 metrów, a strome podjazdy i zakręty nad przepaścią pojawiły się bez uprzedzenia – na szczęście dzielny kierowca się ich nie przestraszył. Dzięki temu może być teraz dumny ze zdobytego doświadczenia. Podsumowując w ciągu 11 dni przejechaliśmy ponad 4500 km i jedyny problem jaki napotkaliśmy w tym pustynnym klimacie to wyczerpanie się płynu do wycieraczek!

Najnudniejsza droga na świecie - Maskat-Salalah

Teheran, IRAN

Miasto pięknie położone na zboczach masywu górskiego Elburs, znane ze smogu, ale także z licznych muzeów wystawiające eksponaty światowej klasy, których nie znajdziemy nigdzie indziej na świecie.

Już sam przylot i przejście granicy wydają się jakoś mistyczne. Rygorystyczna acz dość sprawna procedura wizowa (paszport z izraelską pieczątką nie przejdzie) od razu podnosi subiektywną wartość paszportu postrzeganą przez jego posiadacza. Irańska pieczątka na stronie 26. Wielkie łał! Skutek uboczny? Ubieganie się o wizę do USA będzie odtąd jeszcze bardziej problematyczne, jeśli nie niemożliwe.

Teheran - bynajmniej nie sprzed 20 lat, to jest zdjęcie współczesne!

Do pewnego stopnia turysta czuje się w Iranie tak jak małpa – mieszkańcy nie mogą się takim widokiem obcego nadziwić, obserwują, dyskutują, uśmiechają się zalotnie (obie płci!), a czasem wręcz zaczepiają klepiąc po ramieniu itp. Tak przyjaznego podejścia do turystów nie spotyka się w zbyt wielu miejscach na świecie, coż, jednym z powodów jest po prostu bardzo mała liczba obcokrajowców odwiedzających Iran. Najbardziej to było czuć, gdy wsiadaliśmy do (notabene bardzo sprawnego i nowoczesnego) teherańskiego metra.

Kilkoro Irańczyków, z którymi rozmawialiśmy dłużej już po kilku minutach otwarcie przyznawało się do niechęci do obecnego reżimu i z nostalgią wspominali czasy sprzed rewolucji 1979 roku. Jeden z naszych taksówkarzy (ok. 25 lat) z wielką dumą grał dla nas zachodnie przeboje sprzed … dziesięciu a czasem dwudziestu lat. Wyobraźcie sobie taką groteskową scenkę – jesteśmy w stolicy Osi Zła, jedziemy rozklekotaną taksówką po pięknej teherańskiej autostradzie, i przy otwartych oknach zasłuchujemy się w (raczej zakazanych) starych przebojach Modern Talking. Duma rozpierała zarówno nas i niego – tak też można manifestować, choć mogło się to skończyć spotkaniem z policją. Tajemnicą poliszynela jest to, że takich jak nasz taksówkarz jest w Teheranie wielu.

Szczegółową ocenę sytuacji politycznej pozostawiam ekspertom. Jedno jest pewne – obraz Iranu kreowany przez „nasze” media, a który siedzi w naszych głowach w dużym stopniu mija się z rzeczywistością. Podobnie zresztą wydaje się być po drugiej stronie – świat zachodni nie ma zbyt dobrej prasy w Iranie, co widać na załączonym obrazku.

Obraz wrogości Iranu wobec USA

Na uwagę zasługują jeszcze irańskie kobiety, które nie zakrywają swego ciała tak bardzo, jak kobiety w krajach arabskich. Obowiązkowa chusta na głowie – owszem, ale duża część włosów odkryta. Pozostała część ciała też niby przykryta czymś w rodzaju płaszczyka do kolan, spod którego wystają … obcisłe dżinsy! Efekt_ – Iranki bardzo się Europejczykom podobają. Mają tylko jedną wadę, z którą masowo walczą – duży nos. W ciągu dwóch dni widzieliśmy na ulicy kilkanaście kobiet z plastrami na nosie (widok dość nietypowy biorąc pod uwagę tak dużą próbę statystyczną) – okazało się, że powodem nie była bynajmniej zbyt słona zupa, lecz po prostu operacja plastyczna.

Długo można by pisać o Iranie, więc teraz zapraszam do obejrzenia zdjęć.

Kuwejt – fiesta!!

Wycieczka z kategorii Oczekiwania żadne – rozczarowanie żadne.

Dlaczego jechałem zatem? Bo jak nie teraz, to za pół roku, albo i później – zima się kończy, a wraz z nią pogoda, przy której da się zwiedzać region Zatoki Perskiej. Wystarczający powód?

Daulat al Kuwajt – państwo o połowę większe od Kataru, ponad dwa razy więcej mieszkańców; równie zamożne, choć wydaje się, że z tego bogactwa potrafi korzystać trochę dłużej. Z powodu bogactwa w przeszłości Kuwejt nieco cierpiał, np. w 1990 roku, gdy został najechany przez Irakijczyków. Pamięć o wojnie w Zatoce Perskiej i operacji Pustynna burza powoduje, że państwo to jest chyba lepiej rozpoznawalne na świecie, niż taki np. Katar. Tę pamięć o tej wojnie można zauważyć również w samym Kuwejcie, chociażby widząc takie tabliczki:

Schron publiczny w Kuwejcie

Co widziałem ponadto? W zasadzie nowoczesne państwo, z dobrze (lub wręcz bardzo dobrze jak na ten region) rozwiniętą siecią komunikacji publicznej – doliczyliśmy się kilkunastu linii autobusowych obsługiwanych przez dwie konkurencyjne firmy! Wieżowce, owszem, choć na szczęście nie tak liczne jak w Emiratach Arabskich. Sieć dróg też super. W ciągu całego dnia pobytu niestety nie dostrzegłem tego, czego się tam spodziewałem najbardziej, a co dyktowała mi moja (nadal bujna) wyobraźnia – złotych klamek, długich limuzyn itp. (fakt faktem – biedy nie było widać).

Z całej jednodniowej wycieczki nie zapomnę na pewnego jednego – sposobu celebrowania święta niepodległości przez Kuwejtczyków. Jakimś sposobem znaleźliśmy się w samym środku wielkiej fiesty. A warto dodać, że fiesta taka jest bardzo kolorowa.

Kolory! Fiesta! Kuwejt!

Symfonia klaksonów ogarnęła całe miasto od południa aż po samą noc. Samochody (w tym samochody obcokrajowców) dumnie paradowały ulicami, w tę i z powrotem. Nie mogło zabraknąć wszechobecnych wizerunków władców. Nawet na szybach samochodów.

Lud Kuwejtu kocha swych władców

O dobrej zabawie decydował jeszcze jeden mały szczegół – fieście towarzyszyła piana. Taka ze sprayu, którą zabawiały się nie tylko dzieci, ale również dorośli. Przejazd przez miasto z otwartą szybą lub – o zgrozo! – niezablokowanymi drzwiami mógł skończyć się źle dla pasażerów. Nawet dla pasażerów taksówki takich jak my. Momentami więc świętowanie przeradzało się w zwykłe chuligaństwo. Zauważam bardzo bliskie podobieństwo do naszego polskiego śmigusa-dyngusa.

Śmigus-dyngus po kuwejcku

Podsumowując – jeśli ktoś w ogóle zamierza jechać do Kuwejtu na jeden dzień, to niech to będzie właśnie 25 lutego, czyli święto niepodległości. Nudzić się nie będziecie, a przy okazji można przeżyć osobliwego śmigusa-dyngusa.

Chcących obejrzeć bardziej obszerny fotoreportaż z Kuwait City zapraszam jak zwykle do kliknięcia tutaj .

Maskat nadal rządzi

Nadal wręcz wymiata.

O Omanie już było, bo … w Omanie już byłem. Bajkowy obraz tamtego miejsca przywieziony w mojej pamięci stamtąd w październiku tym razem tylko się potwierdził.

Migawki z Maskatu

Raj na ziemi. Synonim Orientu. Miejsce z morza i marzeń.

Tym razem będzie jednak więcej zdjęć, z których – mam nadzieję – wyłoni się w waszych głowach obraz tego wyjątkowego miejsca. Bo dla mnie to właśnie jakaś bajka, np. z Księgi tysiąca i jednej nocy, albo i kilka bajek zlepionych w jedną.

Drogie dzieci, czas na bajkę. Oto ona wraz ze zdjęciami.

Piątek w Abu Zabi

Lub jak kto woli – Abu Dhabi. W każdym razie stolica Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Tym razem wycieczka była jednodniowa, a z Doha leci się całe 13 minut dłużej niż do Bahrajnu.

Jedno z ciekawszych miast w okolicy, choć ostatnio jego sława jest coraz bardziej przytłumiona przez nieodległy Dubaj. Nawet po wpisaniu Abu Dhabi w wyszukiwarkę Google – pojawiają się obrazki z Dubaju.

Meczet w centrum Abu Zabi

Miasto położone jest na wyspie w kształcie litery T. Krajobraz miejski przypomina (podobno) Hong Kong z tą różnicą, że jest tu więcej przestrzeni – spore odległości między budynkami, bardzo szerokie ulice, liczne parki. Poza tym wszędzie jest niewyobrażalnie zielono. Trawa, krzaczki, drzewa (nie tylko palmy!!) No i czysto.

Abu Dhabi = palmy, fontanny i nieskazitelna czystość chodnika

 

Miasto o wiele spokojniejsze od Dubaju, ale jednocześnie nie brakuje mu rozrywek wszelkiego rodzaju (od zbliżającego się koncertu Eltona Johna w najbliższy weekend po knajpy i dyskoteki).

Nie brakuje mu również luksusów podobnych do tych w Dubaju lub wręcz je przewyższających. Choć trudno to sobie wyobrazić, to właśnie w Abu Dhabi w 2005 roku powstał hotel jeszcze bardziej luksusowy od Burj Al Arab w Dubaju, o którym już wcześniej pisałem. Emirates Palace, bo o nim mowa, jest absolutnie najbardziej luksusowym hotelem świata – choć oficjalnie przyznano mu „tylko” pięć gwiazdek, dla celów marketingowych mówi się o siedmiu gwiazdkach…

 

Emirates Palace

 

Koszt budowy – jedyne 3 miliardy dolarów (czyli każda jego gwiazdka kosztowała mniej niż pół miliona dolarów). Zaliczany jest też do największych hoteli świata – posiada 302 pokoje pełne luksusu i 92 apartamenty, a każdemu z gości przydzielany jest osobisty kamerdyner. O cenach za pokój nie mam pojęcia, ale łatwo sobie je wyobrazić…

W Abu Dhabi napotkaliśmy tylko na jeden problem – brakowało nam miejsca, gdzie można by zapalić sziszę – miejsca podobnego do dohowego Souq Waqif czyli starego rynku. W końcu w beznadziei wylądowaliśmy na parkingu pod Carreefourem i Ikeą. Nagle poczuliśmy zapach fajki wodnej, dość intensywny – jabłkowy, i tylko dzięki niemu, krok po kroku, udało nam się trafić do szisza baru ukrytego między budynkami. Czy to już jest uzależnienie, że mój nos jest w stanie zwęszyć sziszę w tak trudnych okolicznościach?

Wydaje mi się, że nawet mógłbym w Abu Dhabi mieszkać. Chyba byłoby nawet przyjemniej, niż w Doha, która z dnia na dzień okazuje się coraz większą wiochą. Zwłaszcza, gdy zaczyna padać deszcz. Ale o tym to już następnym razem.

Maskat rządzi!

Wymiata normalnie. Aż trudno opisać to słowami. A zdjęć tym razem niestety przywiozłem bardzo niewiele….

Truli emejzing!

Znowu naj. Naj naj po prostu.

Najczystsze miasto w całym regionie. Jedno z najczystszych na świecie (porównywalne do miast szwajcarskich, czy Singapuru).

Najrozsądniej planowane inwestycje (drogi mają znakomite w porównaniu z Doha). Całkowity brak megalomanii obserwowanej w Dubaju, gdzie – nie wiadomo po co – buduje się najwyższe budynki na świecie. Maskat nie ma ani jednego drapacza chmur i nie planuje mieć – chyba jest z tego dumny.

 

Stary Maskat - jeden z fortów

Najmniej arogancji wśród lokalnych mieszkańców. Wynikająca z tego niezmiernie pokojowa atmosfera na drogach (nawet ja tylko po sześciu miesiącach spędzonych w Katarze jeżdżę gorzej niż mieszkańcy Omanu).

 

Uliczna rzeczywistość mojego Orientu

zdjęcie pożyczone

Najpiękniejsze położenie. Malownicze góry po jednej stronie (skaliste, w kolorze brunatno-czerownym?), wody Zatoki Omańskiej po drugiej, a między nimi miasto ciągnące się na przestrzeni około 50 km (prawie jak Trójmiasto, prawie…)

I ta zieleń. Najbardziej naturalne drzewa i trawa, jakie widziałem w ciągu ostatniego półrocza.

 

Wszechobecny Sułtan i 'czajniczek'

Do tego zadziwiająca architektura, pełna zdobień. Orient z moich wyobrażeń w pełnym tego słowa znaczeniu. To tutaj powinien kursować legendarny Orient Express (gdyby tylko mieli tutaj tory…)

 

Pałac Sułtana w Maskacie

Na pewno tam kiedyś wrócę, żeby zobaczyć więcej, ale już prywatnie, a nie służbowo. W końcu to tylko niecała godzina lotu stąd.

Przy okazji dodam, że jest to chyba jedna z bardziej luksusowych destynacji turystycznych na rynku polskim – 7-dniowa wycieczka z biurem podróży do tego raju na ziemi kosztuje bowiem – uwaga –
9 700 PLN. W cenie śniadania, ale obiady już niekoniecznie 😛

 

Spragnionym większej liczby obrazków tymczasowo polecam zdjęcia zrobione przez innych turystów, np. tutaj.

Destynacja Bahrajn

 

Bahrajn jest niesamowity. Wielu twierdzi, że żyje się w nim przyjemniej, niż w Katarze. Nawet imprezy mają jakieś takie normalne. Już sam fakt, że alkohol jest ogólnodostępny, a co za tym idzie – dość tani, wpływa na dobre samopoczucie mieszkańców i turystów. Moich gospodarzy uraczyłem ‘pściekymi bsami’ z Absolutem (polskiej wódki w wolnocłówce jeszcze nie mają…) – wypili na tyle dużo (smakowało), że kazali mi uczyć ich polskich przekleństw. I nazwy drinka (jak wyżej).

 

Bahrain Financial Centre

 

Impreza w klubie z filipińskim zespołem rockowym – w zasadzie już zapomniałem jak to jest bawić się w takiej atmosferze. Grali rewelacyjnie – od ‘Hotel California’, przez ‘Ironic’, ‘Enter Sandman’, a na Seanie Paulu kończąc – wykonania ‘Get busy’ na perkusję i dwie gitary elektryczne (!!) długo nie zapomnę.

Zdumiewające, że ponad połowa samochodów parkujących pod klubami ma rejestracje saudyjską – młodzi gniewni, pod przykryciem nocy przejeżdżają 26-kilometrowy most łączący Bahrajn z Arabią i korzystają z dobrodziejstw zdemoralizowanego świata Zachodu. Alkohol, panienki – hulaj dusza, piekła nie ma. Duża liczba hoteli w Bahrajnie określa się jednoznacznym mianem ‘no sleep’.

 

Gucci Ninja na bazarze

 

Ulice, bazary, czy ludzie wyglądają bardzo podobnie jak w pozostałych miastach regionu. Mnóstwo Hindusów, gdzieniegdzie ‘Gucci Ninja’, brud i rozpadające się budynki na tle nowoczesnych drapaczy chmur. Coś, do czego już dawno się przyzwyczaiłem.

 

Bahrajn - dwa światy

 

 

I podobnie jak w Dubaju znalazło się coś „naj” – najdziwniej umiejscowione wiatraki na świecie i najmniej szczere dążenie do wykorzystanie energii odnawialnej – gdzie jak gdzie, ale żeby je budować w regionie pełnym czarnego złota?

 

Bahrajn - wiatraki

 

I jeszcze najsmaczniejsze jedzenie tam mają – najbardziej polecam rozpływający się w ustach ‘coconut curry chicken’ w indyjskiej restauracji ‘Lantern’ na przedmieściach Manamy (gdyby ktoś się kiedyś wybierał).

Skok na Królestwo Bahrajnu

Skok samolotem. Dosłownie. Bardzo krótki skok. I szybki, bo odrzutowcem (produkcji europejskiej:)

Do tej pory myślałem, że mój dotychczasowy rekord krótkości lotu w postaci 33 minut w powietrzu między Gdańskiem a Warszawą będzie trudno pobić. A jednak się udało.

A320 Gulf Air

Odległość – tylko 91 mil. Block hours – 40 minut. Było jeszcze krócej, czyli mniej więcej tak:

18.33 – pushback

18.37 – kołowanie

18.44 – start (DOH)

18.50 – osiągnęliśmy wysokość przelotową (a raczej „przelotną”)

18.52 – top of descent, początek zniżania (osiem minut po starcie, haloooo!!!)

19.05 – lądowanie (BAH)

W sumie 21 minut w powietrzu. Według zapowiedzi załogi lot miał trwać 25 minut i już wtedy wydało mi się, że to i tak bardzo krótko.

To był absolutnie mój najkrótszy lot w życiu – nawet „Mój pierwszy własny krok w przestworzach” Cessną 150 dwa lata temu trwał dłużej (do dziś jestem wdzięczny darczyńcom). Tak czy inaczej – oba będą niezapomniane.

 

Ciekawie wyglądał serwis na pokładzie. Poczęstunek rozpoczęto i skończono jeszcze przed startem. Nic dziwnego, skoro „zapiąć pasy” obowiązywało przez cały lot (nawet dla stewardes). Ciekawe doświadczenie, zwłaszcza, że w trakcie lotu niektórzy pasażerowie nic sobie z tego nie robili i chodzili po kabinie, wypuszczali dzieci na korytarz („żeby sobie pobiegały”). Takie tam lokalne zachowania. Dodam, że cały czas trzęsło. Nawet załoga – nie chcąc ryzykować własnego zdrowia – nie wstawała z miejsc, tylko krzyczała na nieposłusznych na odległość. Najlepszy okazał się (dorosły) koleś, który próbował dostać się do toalety, gdy już skręcaliśmy na prostą! Na dwie minuty przed lądowaniem!!! Bez komentarza. Trzeba było widzieć zdumienie w oczach stewardesy i jednocześnie przerażenie w jej głosie gdy krzyczała jak do nierozumiejącego nic bachora: ‘go back to your seat, go back, go back’. Na szczęście posłuchał się (to wcale nie było oczywiste) – tak czy inaczej znowu zauważam absolutny brak instynktu samozachowawczego.

W ogóle dziwne rzeczy zaczęły się dziać na tej ostatniej prostej – z każdej strony słyszałem dzwonki włączanych nokii i otrzymywanych smsów. Akurat na chwilę przed lądowaniem. Pomimo zakazu używania telefonów w trakcie, gdy drzwi samolotu są zamknięte (w czasie lotu są zamknięte, sic!). Witamy nad Zatoką! chciałoby się krzyknąć… Łatwiej jest zmienić zasady, niż zmienić ludzi.

Jak widać już sama podróż do Bahrajnu była niezapomniana. Widokami podzielę się już niedługo.

PS. Dzisiejszy lot powrotny do Doha trwał aż 25 minut. Czy powinienem złożyć skargę na przewoźnika?

Translate »