Souq Waqif w Doha

Stary suk w Doha pięknieje z dnia na dzień. Kto jeszcze pamięta czasy, gdy łatwość znalezienia stolika w jednej z nielicznych kafejek nie była brana pod uwagę przy organizowaniu spotkania ze znajomymi? Ledwie kilka lat temu stoliki czekały na klientelę!

A dziś? Miejsce nie do poznania – kilkanaście (jeśli nie kilkadziesiąt) nowych restauracji i barów z sziszą i trudno o wolne miejsce! Świątek, piątek czy niedziela – tłumy jak na sopockim Monciaku! I tylko osiołek ze swoim panem biegają – jak niegdyś – w tę i z powrotem z dzieciakami na plecach.

Już dawniej twierdziłem, że Souq Waqif w Doha to najlepsze nad Zatoka Perską miejsce do spędzenia wieczoru w lokalnym stylu i atmosferze. Dziś jak najbardziej te słowa podtrzymuję! Przecież lansujemy się tam ze znajomymi regularnie! Nawet w ciągu dnia może być ładnie i przyjemnie, co widać na zdjęciach. I tak jakoś klasycznie…

Souq Waqif w Doha

Souq Waqif w Doha

Souq Waqif w Doha

Souq Waqif w Doha

Souq Waqif w Doha

Souq Waqif w Doha

Souq Waqif w Doha

Souq Waqif w Doha

Souq Waqif w Doha

Souq Waqif w Doha

Klasyka i tradycja jak najbardziej, choć w sklepach z pamiątkami nie brakuje lokalnej tandety, jak na przykład Barbie w lokalnym odzieniu …

Souq Waqif w Doha

… albo gipsowa parka gołębi z zegarem!

Souq Waqif w Doha

Aston Martin One-77 biorą hurtem

Na rynek wchodzi nowy model samochodu – Aston Martin One-77. Produkt z najwyższej półki jakościowej i cenowej. Nie wiadomo ile samochodów sprzedano do tej pory na całym świecie. Wieść niesie jednak, że dziesięć egzemplarzy tego modelu znajdzie się w rękach jednego nabywcy! Czy kogokolwiek zaskoczy to, że niezidentyfikowany kupiec pochodzi z regionu Zatoki Perskiej?

Oto jak zmienia się definicja samochodu dla dużej rodziny! Koszt transakcji szacowany jest na 15 mln funtów. W Katarze mówią, że to ktoś z Kataru, choć wyobrażam sobie, że w Dubaju mają własną wersję tej anegdotki.

Zapewne niewielu w ogóle o tym samochodzie słyszało, jeszcze mniejszej liczbie osób dane będzie zobaczyć go na ulicy, w akcji. Ale jeśli się mieszka w „szejklandzie”, to przy odrobinie szczęścia… Inszalla, inszalla dziesięć na raz!

Aston Martin One-77 - szejkowie biorą hurtem

Qatar Airways znowu do góry!

Powrót z wakacji (o których notka już wkrótce). Niby zwykły lot z Kuala Lumpur, odbyłem ich już kilka w tym roku. Było jednak jakoś inaczej – dopiero w Doha okazało się dlaczego.

Klasa ekonomiczna na pokładzie Qatar Airways wcale już nie jest najlepsza na świecie! Tę nagrodę w tegorocznej edycji rankingu Skytrax zdobyły Malaysia Airlines.

Ale za to – uwaga – Qatar Airways zdobyły tytuł najlepszej klasy biznes na świecie. Opisywana przez mnie historia podobnych nagród sprzed roku ma oto swoją – całkiem logiczną – kontynuację. Wszelkie dane o ruchu lotniczym wskazują bowiem, że kryzys w tej branży się skończył. Oznacza to, że pasażerowie, których o luksusach podróży na pokładzie QR  przekonywała reklama z okiem (zielonym), powrócili do latania w przedniej części samolotów. Lepszej wiadomości dla tego interesu nie można sobie wyobrazić!

Wspomnę jeszcze, że tytuł najlepszej pierwszej klasy przypadł naszym wrogom zza  miedzy, czyli z Abu Zabi.

Po raz kolejny spełniają się marzenia lokalnych wizjonerów o globalnym prestiżu Katarskich Linii Lotniczych. W najważniejszej kategorii – najlepszej linii lotniczej świata, Qatar Airways wskoczyły z czwartego na trzecie miejsce.

Miejsce na podium światowego rankingu to już naprawdę coś!

I znowu – brawo dla załóg! Debeściaki jesteście!!!

Qatar Airways - best business class in the world 2010

Muzyka w Arabii

Viva Polska to bynajmniej nie jedyna telewizja muzyczna, którą można oglądać w krajach arabskich. Współczesny arabski rynek muzyczny to olbrzymi przemysł, prawie w Polsce nieznany. Setki artystów, własna telewizja muzyczna, lokalne gwiazdy pop i przeboje sprzedawane prawdopodobnie w milionach nielegalnych kopii na bazarach wszystkich państw Bliskiego Wschodu. O Internecie nie wspominając.

Arabska muzyka popularna łączy w sobie elementy pop, lokalnego disco i tradycyjnych rytmów. Łatwo wpada w ucho, a teksty piosenek traktują o – niespodzianka! – spełnionych i niespełnionych miłościach – to dzięki nim większość niearabskojęzycznych słuchaczy wie, że habibi po arabsku to czuły zwrot kierowany to ukochanej osoby. Lokalni artyści (np. z Kataru czy z ZEA) praktycznie się nie liczą. Największe gwiazdy pop pochodzą z Egiptu, m. in. Amr Diab i Ehab Tafwik oraz z Libanu – Nancy Agram i Diana Haddad.

Amr Diab – Habibi ya nor el ayn – oto przebój wszechczasów (kto był na wczasach w Egipcie, ten zapewne wie)

Z nowszych rzeczy polecam hit lata 2009, przynajmniej wedle listy przebojów Niebieskiej Suzuki Swift: Amr Diab – Wayah

Wśród wątków libańskich proponuję:

Nancy Ajram – Ana yalli bahebak

albo

Nancy Ajram – Akhsmak Ah

Mamy tu nawet duety z zachodnimi artystami, które jak na moje ucho brzmią całkiem efektownie…

Akon & Melissa – Yalli Nassini

 

 

Katarska wiosna

Wiosna w Katarze w tym roku się przeciąga. Wedle największych wyjadaczy to zły znak – zapowiada się długie i/lub bardzo gorące lato. Najczęściej granicę między zimą i latem tu nad Zatoką wyznaczają gwałtowne burze, deszcze, zachmurzenie (!) wraz z zakurzeniem powietrza i generalnie nieprzyjemna pogoda.

Zwykle (odkąd pamiętam) trwało to kilka bądź kilkanaście dni, a w tym roku – już ponad miesiąc! W pewnym momencie już wszystko wskazywało na oficjalny początek lata – zanotowałem 38 stopni w środku dnia w samochodzie, czego nie zaliczyłbym ani do zimy, ani do wiosny, wyszło więc że to było lato. Przez kilka dni, w czasie których nareszcie nie trzeba było włączać bojlera z wodą pod prysznic, bo przyjemnie letnia woda leciała z zimnego kranu. A teraz znów – chmury, deszcze, brudny nie do poznania samochód, dla niektórych nawet sweter w ręce na wszelki wypadek (ja zrezygnowałem), słowem jedna wielka niewiadoma.

I jak długo jeszcze? Nie tylko w Polsce jest w marcu jak w garncu!

Ale cyrk! W Katarze!

Cyrk przyjechał! Do Doha! Inaczej niż poprzednio – rozstawili się w samym sercu miasta – na starym suku. A skoro wstęp był darmowy, to ludzie walili drzwiami i oknami. Wygląda na to, że nad wszystkim czuwała niewidzialna, acz hojna ręka Emira. Nie było nic do stracenia, więc i my spróbowaliśmy.

Darix Togni - Cyrk w Katarze

Cyrk okazał się cyrkiem włoskim, pomimo, że wystawione w stronę ulicy olbrzymie litery z jego nazwą wskazywały związki z Rosją, w której powszechna jest cyrylica. Ot, ktoś się pomylił i już. O co tyle hałasu?

Cyrk w Katarze

Cyrk jak cyrk. Był clown (udający clowna pijanego, lecz na użytek lokalnych wymagań wytrzeźwiał nieco, co sprawiło, że jego występ był w naszych – dorosłych jakby nie patrzeć – oczach mało śmieszny, żeby nie powiedzieć żałosny. Akrobaci zrobili olbrzymie wrażenie, ale dlaczego była wśród nich tylko jedna kobieta? Cóż, żeńska część publiczności nie narzekała, bo atletyczni Włosi w obcisłych strojach mieli prawo się podobać. Kobiety na arenie się pojawiały, owszem, ale raczej w charakterze hostess, których główną rolą było pokazanie skąpego stroju (czyżby cenzura zaspała?). Dobre i to.

Dostać się na pokaz nie było łatwo. Pokazy odbywały się dwa razy dziennie przez jakieś dwa tygodnie. Bilety za darmo. Można by sobie wyobrazić, że ostatniego dnia występów koordynacja pójdzie bardzo sprawnie, bo przecież organizatorzy zdążyli zdobyć przez te dwa tygodnie doświadczenie. Najwyraźniej nie w Katarze. Wejściówki na godzinę przed występem rozdawało tłumowi kilku „katarskich strażników”, przy czym trudno było zauważyć kolejkę do okienka (kolejka oczywiście początkowo grzecznie się stworzyła, ale rządza zdobycia biletu okazała się silniejsza dla tłumu). Horror. Albo i cyrk jakiś!

Darix Togni - Cyrk w Katarze

Darix Togni - Cyrk w Katarze

Sytuacji tej przyglądali się z boku umundurowani policjanci, którzy zmyli się po kilku chwilach. A wystarczyło ustawić barierki…Czy zdziwi kogoś to, że taki strażnik wyławiał w tłumie „fajniejszych ludzi” i przekazywał bilety ponad głowami tych którzy próbowali mu je wyrwać z ręki stojąc tuż przed nim? Wybrańcami okazywali się Katarczycy (trudno ich nie poznać w tłumie, w końcu noszą diszdasze, poza tym – „im się należy!”), a także … blondynki o niebieskich oczach (brawa za wzrokowe uwiedzenie biletera dla dzielnej Oli, dzięki której nasza przepychanka skończyła się bez zdobycia siniaków).

Co po wejściu do środka? – zupełnie jak w kinie w Katarze – ludzie wchodzili, ludzie wychodzili, zasłaniali, rozmawiali przez telefon w trakcie spektaklu, itd., itp. Szkoda słów.

Się wybraliśmy. Się dobrze bawiliśmy. I przynajmniej jest o czym pisać.

A przy okazji – kiedyż ja ostatnio w cyrku byłem?! I gdzie!?

Darix Togni - Cyrk w Katarze

Tu będzie trawnik

Zgadłby kto, że ta skomplikowana konstrukcja to nic innego jak fundamenty trawnika?! Nie bylejakiego wszak, bo chodzi o trawnik na pustyni!

Tu będzie trawnik - Doha, Katar

Tu będzie trawnik - Doha, Katar

Mumbai, India!

Wybrałem się do Bombaju tuz po powrocie z Malezji. Doleciałem – zgodnie z ostatnią tendencją – bynajmniej niebezpośrednio. W czwartki wieczorem jak zwykle trudno o miejsce na tej trasie (mimo, że leciał Airbus 340). A więc jak? Najpierw z Doha do Ahmedabadu, a potem to już dane mi było spróbować jak smakuje przelot krajowy w Indiach. Do Bombaju doleciałem ostatecznie na pokładzie tanich linii SpiceJet – lot sam w sobie pozytywny (Boeing 737NG pilotowany przez Niemca…), ale wspomnienie o lotnisku w AMD wrzucam do szuflady pt. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Po takim doświadczeniu, terminal w Bombaju to już bezwzględna cywilizacja (do wszechobecnego smrodu, o którym w swoich skeczach wspominał Russell Peters, można się szybko przyzwyczaić!).

Do rzeczy! Eksploracja przedmieść Bombaju, w tym okolicy lotniska, okazała się niezbyt przyjemnym doświadczeniem organoleptycznym. Jak to w Indiach. Jednakże wjazd do centrum pozostawiło całkiem pozytywne wrażenia, przy czym biorąc pod uwagę wielkość i rozpiętość tego miasta (nawet niektórzy jego mieszkańcy nie wiedzą gdzie się kończy), centrum pozwoliłem sobie zdefiniować jako tę jego część, która pozostawia całkiem pozytywne wrażenia właśnie. W Excelu nazywa się to odwołaniem cyklicznym. I wszystko jasne.

Bombaj - hotel Taj Mahal i Brama Indii

Bulwar dokoła zatoki – niemal jak w Doha. Plaża – (prawie) jak w Miami. Kolonialna architektura i mnóstwo drzew wzdłuż ulic (lub wręcz alei) – zupełnie jak w Paryżu (tylko modele samochodów jakieś takie nie z tego świata). I ruch uliczny trudniej znieść (cóż za eufemizm! – w zasadzie miałem na myśli to, że trzeba się nieźle starać, aby uniknąć śmierci pod kołami samochodów, rikszy, motorowerów, itp.)

Zatłoczone ulice Bombaju po zmroku

Z Bombaju najbardziej zapamiętam przepiękną wyspę, na której znajdują się imponujące Elephanta caves – wyryte w skale hinduistyczne świątynie; przepyszne kebaby przyrządzane na ulicy; wizytę w hotelu Taj Mahal –  w trakcie renowacji po zamachach terrorystycznych z 2008 roku (wyobraźnia daje do myślenia!). A ponad wszystko imprezę w bodajże najdroższym klubie, w jakim mi było w całym dotychczasowym życiu być, przy czym nie wydałem ani grosza… Przyjemnie było zobaczyć jak bawi się wyższa półka klasy średniej w stolicy Bollywood. Teraz to wypadałoby zajrzeć na południe Indii. Tylko kiedy!?

Kebab w Bombaju - jeden z najlepszych na świecie!

Zapraszam na zdjęcia.

Do Penang za 3$

Wycieczkę do Malezji zaplanowałem już w sierpniu (uwierzyłby ktoś?), przy okazji szalonej wyprzedaży biletów Air Asia (południowoazjatycki Ryanair, wyprzedaż też zorganizowana na wzór europejskiego giganta). Wybór destynacji był bardzo prosty i ograniczał się do tych miast, do których oferowano najtańsze bilety. Kuala Lumpur – Penang kosztowało niecałe 3$, z opłatami. Było całe mnóstwo innych miast w regionie, do których mogłem polecieć z KL za 6$ albo i 9$, ale nie spełniały tego najważniejszego kryterium wycieczki, którym było właśnie polecieć byle gdzie, najtaniej jak to tylko możliwe i przy okazji wypróbować Air Asia (o której w świecie coraz głośniej).

Penang - Perła Orientu

Po sześciu miesiącach w końcu nadszedł ten długo oczekiwany wyjazd (zdążyłem o wszystkim zapomnieć kilka razy, w końcu to tylko 3$ w jedna stronę!). Szczegółowo obmyślony plan się trochę posypał – w pewien sobotni poranek miałem za 3$ pierwszy raz w życiu lecieć na pokładzie Air Asia z Kuala do Penang. Zamiast tego, pierwszy raz do samolotu Air Asia było mi dane wsiadać w Singapurze, w pewne piątkowe popołudnie poprzedzające ów – długo wyczekiwany – sobotni poranek. Doleciałem w końcu do KL, a przyjemność ta kosztowała całe 75$. Do dziś jednak nie mogę wybaczyć koledze z działu, który tak bardzo przesadził z overbookingiem na locie do Kuala, że zabrakło dla mnie miejsca. Dobrze, że chociaż na Singapur udało się dostać! Swoją drogą, historia lubi się powtarzać – półtora roku temu leciałem do Singapuru przez Kuala Lumpur (winny był ten sam kolega oczywiście). Elastyczność w takich podróżach to podstawa.

Penang - Perła Orientu

A Air Asia? Przyjemnie na pokładzie, przyjemnie na lotnisku – dosyć sprawni są i efektywni – trzeba to przyznać, choć mogliby zrobić porządek z rozkładami (inna godzina wylotu na bilecie, inna na lotniskowych tablicach, jeszcze inna na karcie pokładowej w dwóch na trzech przypadkach to w sumie lekka przesada…). Pomijam dwugodzinne opóźnienie z powodu awarii technicznej, bo za stawianie bezpieczeństwa ponad wszystko należy moim zdaniem pilotów oklaskiwać, a nie ganić. Olej kapał z silnika (!) – oto mam kolejne doświadczenie w biografii. Pozytywne myślenie to podstawa.

Świątynia Kek Lok Si w Penang w Malezji - dekoracja na chiński nowy rok

A Penang, czyli Perła Orientu? Cudne. Nie wszystko zdążyłem zwiedzić w ciągu dwu dni, ale było warto. Wyspa położona jest kilka kilometrów od zachodniego wybrzeża Półwyspu Malajskiego. Bogata historia pełna przeplatających się kultur: malajskiej, chińskiej, indyjskiej i europejskiej jest wystarczającym powodem do jej odwiedzenia. A ponad wszystko jest to raj dla miłośników smakowitego jedzenia, z którego słynie nawet pośród Malajów… Assam laksa (ze straganu na brudnej ulicy przy plastikowych stołach i rozpadających się krzesłach) i zimne teh tarik na deser potrafią człowieka uszczęśliwić! Człowieka takiego, jak ja – coraz bardziej zauroczonego Malezją (może i zabujanego?).

Malaysia – Truly Asia!

Zdjęcia powiedzą więcej. Zapraszam.

Niewybrednie o Katarze

Jest pewna strona internetowa o Katarze, ale jest zablokowana przez katarską cenzurę. Gdyby ktoś miał wolną chwilę to bardzo proszę – odnośnik zakamuflowałem, żeby mi przypadkiem własnego bloga nie zablokowali:

katar jest do dupy tudzież ssie kropka kom

(jakby ktoś się nie domyślił jest to tłumaczenie autorskie dwóch angielskich słów – rzeczownika i czasownika w trzeciej osobie – przy czym jedno z nich to qatar)

Gdyby jeszcze chciało wam się streścić czy jest na niej coś ciekawego to zachęcam, bo umieram z ciekawości, a sam nie miałem „okazji”.

I po raz już kolejny zadaję sobie pytanie. Co ja tu robię – w kraju, który zasłużył sobie na taką stronę i który poprzez jej blokowanie tę opinię tylko potwierdza?

Translate »