Weekend na Phuket

Aby nastawić pobudkę w weekend na czwartą nad ranem trzeba mieć dobry powód i motywację. O w pół do siódmej (co za nieludzka godzina!) ma odlatywać bezpośredni rejs na Phuket…

Po sześciu godzinach w powietrzu z wymodlonego miejsca przy oknie podziwiam widoki na podejściu do tej tajskiej wyspy. Skrzętnie omijamy burzowe chmury, z daleka widać bujną roślinność i lazurową wodę wzdłuż plaż. Choćby dla tego widoku było warto poświecić trochę snu – kto rano wstaje temu Pan Bóg daje!

Po kontroli celnej przedzieram się przez tłum taksówkarzy-naganiaczy i wychodząc z terminalu przylotów obieram kierunek spaceru na okoliczną wioskę. Podobno można gdzieś tam wynająć skuter. Sympatyczny starszy pan prowadzący mikrowypożyczalnię (na oko w sumie 5 skuterów) bardzo się cieszy na prospekt zrobienia interesu. Odrobina negocjacji w prostej angielszczyźnie (wymagano pozostawienia paszportu pod zastaw, lecz jako alternatywę zasugerowałem 100 dol. w gotówce) i trochę po omacku ruszam skuterem do hotelu.

Wkrótce czuję wiatr we włosach i pełną wolność, ekscytację z której – mam nadzieję – zrozumieją motocykliści. Na niektórych prostych gnałem 60 km/godz.! Po niecałej godzinie jazdy jestem na miejscu w hotelu.

Jeśli chodzi o mnie to dzień jest już spełniony. Wczesna pobudka, kilka godzin w samolocie, pełna adrenaliny niezapomniana jazda skuterem.

A tu się okazuje, że dla niektórych dzień dopiero się zaczyna!

Kapitan naszego rejsu zarządza debriefing po kolacji dla całej załogi … w hotelowym basenie! Miejsce okazuje się nieprzypadkowe skoro do późnej nocy serwują w nim napoje po specjalenj cenie dla załóg. Jest przy tym okazja do wymiany doświadczeń między załogami innych linii – w tym samym basenie odbywa się debriefing załogi Virgin Australia. Brakuje jedynie załogi Etihadu, która tego wieczora zdecydowała się na wycieczkę fakultatywną na Patong.

Następnego dnia przyjemny relaks i kontynuacja debriefingu – tym razem obecność nieobowiązkowa: masaże, pływanie i opalanie. Po całym dniu nicnierobienia czeka na mnie deser, czyli pełna adrenaliny jazda powrotna skuterem! Na to czekałem najbardziej – już od poprzedniego dnia! Udaje się wyruszyć spod hotelu jednocześnie z busikiem z załogą, która kibicuje mi przez większość trasy obserwując moje dzielne zmagania z wiatrem i niezawsze prostą drogą. Skorzystałem na tym również tak, że goniąc ich nie mogłem się już zgubić – wszak kierowca busika musiał trasę na lotnisko mieć dobrze opanowaną! W końcu dojeżdżam do wioski obok lotniska i z olbrzymią satysfakcją oddaję skuter z powrotem do wypożyczalni. Triumfalnie spaceruję w stronę terminala odlotów i czuję się jakbym był panem świata –  nie dość, że zaoszczędziłem na taksówce, to jeszcze sprawiłem sobie kawał niezapomnianej przygody.

Gdy w końcu ponownie spotykam moją załogę na rejsie powrotnym do Doha niektórzy gratulują mi odwagi, a nawet zazdroszczą tej wolności i przygody z wiatrem, jaką dał mi niepozorny skuter za 200 baht za dobę.

Jest coś magicznego w takiej weekendowej ucieczce z surowego krajobrazu pustynnego do przygody po drugiej stronie oceanu. Jest coś magicznego w podróżowaniu w tempie załóg. Albo najlepiej razem z nimi!

W pogoni za słońcem

To miał być najdłuższy lot w moim życiu. I był, prawie. Do rekordu zabrakło kilkunastu minut. Wszystko przez wiatr i pilotów, którym prawdopodobnie spieszyło się na plażę i legendarny zachód słońca. Trudno się dziwić, bo w końcu chodzi o rejs z pustynnej Dohy do wymarzonego przez załogi Los Angeles.

Mimo wszystko nie żałuję – pocieszeniem niech będzie fakt, że siedziałem bliżej dziobu niż ogona, i to z widokiem – najpierw na zachód, a później na wschód. Jak to możliwe bez zmieniania miejsca w samolocie?

Bezpośrednie połączenie między Doha a Los Angeles to nowość w siatce Qatar Airways, uruchomione na początku roku. To jedno z najdłuższych rozkładowych połączeń na świecie – prawie szesnaście godzin w powietrzu. Jest to tzw. trasa polarna, która wiedzie przez Arktykę, w okolicy bieguna. Leci się najpierw na północ, a potem na południe.

Wylot z Doha jest przed ósmą rano. W drodze na lotnisko obserwuję wschód słońca nad pustynią.

Po niecałych ośmiu godzinach lotu zbliżamy się do północno-wschodnich wybrzeży Grenlandii. Słońce właśnie zachodzi, wszystkie grzeczne misie w okolicy (przepraszam, białe niedźwiedzie) wykonują pewnie codzienną rutynę: siusiu, paciorek i spać. A my? – lecimy dalej – dla nas ten dzień się jeszcze nie kończy. Ten dzień się dopiero zaczyna! – i to nie dlatego, że coraz bliżej mamy do L.A. …

Na zachodzie Grenlandii, niecałe dwie godziny później, budzi się do życia nowy dzień, a w zasadzie dzień wczorajszy. Widzę, jak ponad lodowy horyzont wschodzi leniwie słońce – trudno się dziwić, skoro robi to po raz drugi tego samego dnia! Bezskutecznie próbuje stopić iskierki lodu na oknie samolotu. Widoki zapierają dech w piersiach.

W południe czasu lokalnego lądujemy wreszcie w LAX. Po dwu przeżytych tego dnia wschodach słońca przydałby się drugi zachód do kolekcji. Najlepiej na płaży, z palmą w tle. Staje się to najważniejszym celem na resztę dnia.

Tymczasem po dojechaniu do hotelu ledwo zdążyłem wziąć prysznic, gdy się okazało, że słońce zaczyna się rumienić i schodzić coraz niżej. Biegniemy do samochodu w nadziei, że zdążymy na jedną z kalifornijskich plaż. Zachodzące słońce ledwo łapiemy w ujęcia aparatu przy wyjeździe z hotelowego parkingu.

Kto by się spodziewał, że słońce na południu Kaliforni może zajść przed 17.30?!

Niewiele brakowało, a byłbym zmuszony całą wycieczkę z dwoma wschodami i dwoma zachodami w ciągu tego samego dnia powtórzyć…

Udało się, lecz niewiele brakowało!

Lotniczy dzień świstaka

Przy okazji opisywanego wcześniej szczytu szaleństwa w podróżach między Polską i Katarem odkryłem, jak bardzo pasjonujące może być obserwowanie powtarzających się zjawisk, a tym bardziej podążanie za nimi, nawet tysiące kilometrów.

UWAGA! Przed przeczytaniem kolejnych akapitów zaleca się zapięcie pasów bezpieczeństwa oraz zapoznanie z treścią wpisu ‘Co mi zrobisz jak mnie złapiesz’.

Gdy po siedmiu dniach znowu byłem w drodze na lotnisko w Doha, aby (ponownie) łapać rejs do Frankfurtu Lufthansy, nie zdawałem sobie sprawy, jak dalece los odważy się całą sytuację sprzed tygodnia powtórzyć.

Równie pośpieszne pakowanie po powrocie z pracy w czwartek, jakaś drzemka, lotniskowa rutyna dom-parking-terminal, ten sam stres przy oczekiwaniu na przydział miejsca – wszystko to upewniło mnie w przekonaniu, że uczestniczę w jakimś „dniu świstaka”. Rozwój wydarzeń na lotnisku – mimo mojej nadziei – też okazał się rutynowy. Wcale nie mam na myśli wchodzenia w glorii na pokład samolotu Lufthansy, bo – tak samo, jak tydzień wcześniej – miejsc niespodziewanie zabrakło i się nie zabrałem! I tak samo, po upewnieniu się, że ten nieprzyjemny werdykt jest ostateczny, grzecznie musiałem ciągnąć walizeczkę z powrotem przez terminal w stronę wyjścia, następnie przez cały lotniskowy parking, aż do samochodu. Po dotarciu do domu następowało tak samo pospieszne i skuteczne poszukiwanie alternatywnych sposobów jak najszybszego dostania się nad Wisłę.



O wiele bardziej pozytywny wydźwięk miała rutyna, którą zaobserwowałem w drodze powrotnej – na lotnisku w Gdańsku. W ramach owych szaleństw podróżniczych miałem lecieć z Gdańska przez Berlin do Doha. Najpierw w środę, a potem cztery dni później (w tych czterech dniach zmieścił się czwartek spędzony w pracy, lotniskowa rutyna w Doha opisana w paragrafie powyżej, pół dnia w Warszawie, dwa dni w w Trójmieście włącznie z weselem, …).

W drodze do Kataru w obu przypadkach nie musiałem wracać na tarczy, bo miejsc szczęśliwie wystarczyło, więc zamiast się stresować, obserwowałem i uczestniczyłem. Lotnisko to dość oczywiste miejsce do obserwowania powtarzalności zjawisk, ale uczestniczenie w takim spektaklu dwa razy w cztery dni, w ciągu których zdążyło się kilkukrotnie przekraczać kontynenty (a w perspektywie kilku godzin jest kolejny raz), to zupełnie inna kategoria wrażeń.

W środę i w niedzielę. Ten sam personel przy odprawie Air Berlin. Ten sam zestaw samolotów na płycie lotniska – Air Berlin w oddali, po lewej Wizz Air i Lufthansa, po prawej SAS i Eurolot. W tej samej kolejności i ustawieniu zaczną zaraz skoordynowany taniec po płycie lotniska. Gdy wsiadam do autobusu, Lufthansa zaczyna się wypychać. Wchodzę na pokład Air Berlin, a SAS wypycha w naszą stronę i zapuszcza silniki, a wyziew z nich znów leci prosto na mnie, stojącego na schodkach Bombardiera Q400.

A potem już tylko punktualne lądowanie w Berlinie, nad horyzontem widzę zachodzące słońce, przesiadka na późnowieczorny rejs Qatar Airways, ten sam personel przy odprawie, jedynie starszy o cztery dni. Zmęczona po całym dniu pracy obsługa sklepów wolnocłowych przygotowuje się do zamknięcia dnia, słyszę zasuwające się jedna za drugą rolety punktów usługowych.

Taka powtarzalność zjawisk, z którą często mamy do czynienia na lotniskach i w której sami możemy uczestniczyć, jest dla mnie fascynująca. Jest jak szczegółowo reżyserowany spektakl teatralny, np. musical – z obrotową sceną, w którym co piosenkę płynnie zmienia się scenografia. Grany co wieczór przez grupę tych samych aktorów.

A może to, co zaobserwowałem, było jedynie powtórzonym akurat w tych dniach wyjątkiem od rutyny, której inscenizacja zwykle wygląda zupełnie inaczej?

Uwaga! Gryzące stewardessy!!!

Szefowa pokładu relacjonuje kolejny dzień w pracy:

– Dzisiaj prawie ugryzłam „klejenta”.

– Ugryzłaś klienta?!!!

– Prawie. Koleś robił zdjęcia załogi. Załoga przyszła i mi się poskarżyła. Zażartowałam, że jak zrobi jeszcze jedno, to pójdę i go ugryzę.

– I co dalej? Opowiadaj!

– Chwilę później znów przychodzi do mnie załoga i mówi, że facet, mimo ostrzeżenia, dalej robi im zdjęcia. No to ja w te pędy. Cała załoga stoi z tyłu i patrzy. Ja do gościa, że dzisiaj w naszych liniach jest taki specjalny dzień, kiedy zamiast dzwonić po ochronę możemy sami wymierzać kary i że nie przestrzega poleceń załogi, więc ja go ugryzę.

Załoga z tyłu w śmiech. A ja całkiem na poważnie pytam gościa czy jest praworęczny.

On, że tak. Więc ja do niego mówię, że poproszę o lewą rękę.

Załoga z tyłu prawie zwija się ze śmiechu. A gościu, kompletnie oszołomiony, wyciąga lewą rękę.

– Hahaha. Jakiej narodowości był ten pasażer?

– Omańczyk. I z daleka było widać, że taki z jajami.

Moi „klejenci” są w ogóle najlepsi. Inny poprosił gościa z załogi, żeby sprawdził czy któraś z nas nie szuka bogatego męża. Wesoły dzień w pracy… Facet był fajny, więc we dwie do niego poszłyśmy.

– O! To mam nadzieję, że się zgłosiłaś!!!

– Raczej! Ale okazało się, że trzeba by się przeprowadzić do Saudi. Obie zrezygnowałyśmy…

Nigdy nie miałem wątpliwości o tym, że praca na pokładzie samolotów jest bardzo ciekawa. Ta opowieść przebija jednak wszystkie poprzednie.

500 lotów na koncie

Mapa lotów za: flightdiary.net

To było do przewidzenia. Jeśli przez kilka lat samoloty traktuje się jak autobusy i z lotniska bazowego wylatuje się w świat przeciętnie co 16 dni, a w czasie każdej takiej wycieczki odbywa się średnio trzy loty (najmniej dwa, ale czasem aż dziewięć), to prędzej czy później na liczniku lotów pojawi się okrągła liczba i okazja do świętowania. Będzie pomocne, jeśli wszystkie rejsy zapisuje się i zlicza – to nic trudnego, gdy ma się słabość do statystyk, analizy trendów i wykresów.

Liczba lotów i odległość na przestrzeni lat

Panie i Panowie, Rejs MW500: wylądował!

Moi Drodzy, kilka tygodni temu stan licznika moich startów i lądowań przekroczył 500! Okazję tę postanowiłem uczcić na rejsie MW499, bo było na nim i towarzystwo, i szampan (niezastąpiony QR259, DOH-WAW), na co nie mogłem liczyć na faktycznie pięćsetnym rejsie – z Gdańska do Turku, Wizzairem, z wylotem o 6 rano…

Dziś, z nalotem ponad 2 tys. godzin, konstatuję, że latanie może być jak dla niektórych wódeczka: pierwsza setka na rozgrzewkę, a potem to już „się leci”. Jakby to było wczoraj, pamiętam mój setny w życiu lot w czasie urlopu w Indonezji. Potem były tylko kolejne setki, i kolejne…

Więc ile zajmuje mi do takiej setki? To zależy od formy i innych czynników. Przygotowany na tę okazję wykres pokazuje, że piąta setka była zdecydowanie najszybsza (423 dni). Praktyka czyni mistrza?

Ile dni do pierwszej, drugiej, …, piątej setki?

Jak wynika ze statystyk podliczonych przez flightdiary.net, najczęściej i najdalej latałem w roku 2011 (choć w 2013 roku niewiele brakowało by ten wynik doścignąć). Analizy te wzbogacę własnymi obliczeniami – najlepiej będzie porównać z poprzednią statystyką, którą podzieliłem się we wpisie na pięciolecie pobytu w Katarze. Gołym okiem widzę, jak bardzo niektóre wartości od tego czasu się zmieniły.

Częstotliwość wylotów z Doha: 16 dni (było: 19)

Offload (ile razy zabrakło miejsca): 35 (było: 13)

Liczba wycieczek do Polski z Doha: 39 (było: 19)

Najdłuższy pobyt w Doha: 73 dni (bez zmian)

Najkrótszy pobyt w Doha: ok. 12 godzin (bez zmian)

Wojaże z ostatnich dwóch lat znacząco wpłynęły na wieloletnią statystykę – latam coraz częściej i coraz dalej. Uruchomienie bezpośredniego połączenia z Doha do Warszawy w grudniu 2012 r. przyczyniło się również do częstszych wizyt w Polsce, co widać na wykresie. Od tego pamiętnego dnia leciałem do Polski 18 razy – prawie tyle samo razy, co przez poprzedzający okres pięciu lat! Oto najlepszy dowód na to, jak takie bezpośrednie połączenia lotnicze mogą stymulować wzrost popytu.

Na zakończenie zaznaczam, że jeśli trend tegoroczny utrzyma się, to zbiera się na kolejny rekord. Słowem – jestem fit to fly!

Przygodo, trwaj!

Loty od pierwszego do pięćsetnego, w tym loty do Polski (z emigracji)

Déjà vu jak bumerang

QR901 / Perth-Doha

W trakcie lotu podchodzi do mnie stewardesa, wyraźnie zakłopotana, lecz dociekliwa.

– Bardzo pana przepraszam, ale mam wrażenie, że już kiedyś razem lecieliśmy.

Uśmiechnąłem się. Rozumiem, że dla osoby w jej fachu zapamiętanie który pasażer, dokąd i kiedy leciał bywa niemożliwe. Pełen zrozumienia i z pewnością w głosie wypalam:

– Zgadza się. Wczoraj, w przeciwnym kierunku, czyli z Doha do Perth. Siedziałem tam z tyłu, po lewej stronie pod oknem.

Na jej twarzy zarysowuje się chwilowy uśmiech, nieśmiały i nieco skrępowany, z którego wyczytuję, że bierze mnie za żartownisia (”przecież to byłoby bez sensu!”). Po chwili jednak powraca zakłopotanie. Najwyraźniej chęć rozwikłania zagadki tego niezwykłego déjà vu jest w niej silniejsza, więc drąży temat dalej:

– Hm. Może do Dżakarty? Około miesiąc temu? Tak, tak, to musiała być Dżakarta!

– To byłoby niemożliwe, bo nigdy w Dżakarcie nie byłem. Ale wczoraj, w drodze do Perth, jak najbardziej – zgodnie z prawdą powtarzam się.

Cisza. Widzę, że z uporem skanuje w pamięci pasażerów napotkanych miesiąc temu. Co za udręka! Wiara w to, że ktoś zdobyłby się na jednodniową wycieczkę do Australii jest dla niej trudniejsza niż odtworzenie w pamięci twarzy pasażerów rejsu do Dżakarty sprzed miesiąca! W końcu dziewczyna poddaje się:

– Cóż, przepraszam, że zajęłam panu czas. Przyjemnego lotu życzę.

Odchodzi, bo najwyraźniej nie ma pomysłu jak kontynuować tę dyskusję. Wygląda na to, że jeszcze bardziej upewniła się w przekonaniu, że jestem jakimś kiepskim żartownisiem. Wariatka?

A może to ja jestem wariatem? Któż o zdrowych zmysłach leciałby do Australii na weekend, na jedną noc, jak bumerang? Z tą samą załogą w obie strony, a więc z pobytem na miejscu tak krótkim, jak prawnie wymagany odpoczynek dla pilotów i stewardes!?

Fot. A. Fritz-Nowojorska

Co mi zrobisz jak mnie złapiesz

Czwartek rano, tuż po świętach wielkanocnych.

Marusia: Hej, dzisiaj lecisz czy już jesteś na miejscu?

Wheyman: Co jest dzisiaj? Dokąd mam lecieć? I, wreszcie, gdzie jest to miejsce?

Marusia: Dżizas… Czyli gdzie teraz jesteś? 🙂 Już w Doha? 🙂

Wheyman: Już w Doha i jeszcze w Doha! Sam ledwo się w tym łapie…

Marusia: A gdzie lecisz w takim razie?

Wheyman: Otóż, prawda jest taka, że dziś leciałem i dziś jestem na miejscu. Dziś będę leciał i jutro też będę na miejscu. Tyle że innym, od dzisiejszego, ale tym samym, co wczorajsze.

Po kilku dniach odsypiania, wreszcie jestem w stanie odtworzyć bieg wydarzeń. Jest to problematyczne bynajmniej nie ze względu na konsekwencje dobrej zabawy na weselu kuzynki, w którym w międzyczasie uczestniczyłem, choć trzeba przyznać, że ono właśnie przyczyniło się do zamieszania.

Jak to się stało? Zasady obowiązujące w Katarze w pewnym stopniu karzą tych, którzy biorą urlop na tydzień lub dłużej. Najlepiej brać sześć dni lub mniej, w przeciwnym razie weekend jest również liczony jako urlop. Co z tego, że wszyscy uważają, że to bez sensu?

Po sześciu dniach w Polsce (licząc weekend…) postanowiłem więc zaoszczędzić dni urlopowych i wrócić do pracy na jeden dzień – czwartek. W Doha wylądowałem ok. piątej rano i po szybkim prysznicu w domu i przebraniu się byłem już na siódmą w pracy. Po pracy czekało mnie rozpakowanie (słoików ;), spakowanie i szybka wieczorna drzemka. Około północy wyjeżdżałem do Polski na kolejne trzy dni, w tym na rzeczone wesele.

Przedziwne to uczucie ponownie wejść na dziesięć dni w polski tryb życia z rowerem, bałtycką bryzą i błękitnym niebem w rolach głównych, z przerwą na osiem godzin pracy na innym kontynencie. Jeszcze dziwniej jest po tym okresie wrócić „na dobre” do Kataru. Czy było warto tych trzynastu godzin dodatkowo spędzonych w samolotach? Nie mam co do tego wątpliwości!

Nie pierwszy raz uraczyłem się takim podróżniczym maratonem, lecz nigdy wcześniej nie było to tak zaplanowane. Do dziś wspominam moją spontaniczną podróż na Malediwy. Zaczęło się od niewinnego powrotu z kilkudniowych wakacji w Polsce. Całonocny rejs z Mediolanu lądował w Doha w czwartek rano, po czym, niezbyt wyspany, udałem się do pracy. Na locie nie zmrużyłem oka, bo leciała nim w charakterze załogi Pani Truskawa, której sprawiłem niezłą niespodziankę pojawiając się – niby znikąd – na pokładzie. Jak tylko się okazało, że po krótkim odpoczynku w Doha udaje się ona na Malediwy z dwudniowym pobytem służbowym, postanowiłem skorzystać z okazji i dołączyć. Wylot do Male był ok. pierwszej w nocy, czyli ok. 20 godzin po naszym lądowaniu z Mediolanu. W czasie, gdy Pani Truskawa odpoczywała w pozycji horyzontalnej przed kolejnym rejsem, ja pracowałem, pakowałem się, biegałem kupować bilety, studiowałem przewodniki. Wszystko, prócz odpoczynku.

Czy muszę dodawać, że po dwóch nieprzespanych nocach z rzędu w pewnym momencie senność wzięła nade mną górę. Stało się to, jak tylko położyłem się na gorącym piasku. Pamiętam, lecz do dziś nie rozumiem, dlaczego, zasypiając, trzymałem ręcę wyciągnięte nad głową. W tej dziwacznej pozycji przebudziłem się po dwóch godzinach z przypalonymi pachami. Kto by się smarował, gdy niebo zachmurzone? Pod pachami?!

Mimo ogólnego zmęczenia, przeżycia były niezapomniane, skoro … do dziś je pamiętam jak żywe.

Najwyraźniej od czasu do czasu ma sobie człowiek potrzebę zdobycia kolejnego osobistego szczytu. Alpiniści mają swoje szczyty, podobnie jak maratończycy, czy morsy kąpiące się zimą w morzu. Moje mozolnie zdobywane szczyty są w kategorii szaleństw podróżniczych.

Więcej o tym swoistym dniu (tygodniu) świstaka w kolejnym wpisie.

Na sushi i z powrotem

Długi zimowy wieczór w Doha. Farelka, wino, kobiety i pustynna melancholia.

Cwaniak nr 1 (z Trójmiasta, żeby nie było!):

– Ej, o co kaman z tą twoją kartą Diners Club? Mówiłeś, że możesz na nią wchodzić do saloników lotniskowych na całym świecie, tak?

Cwaniak nr 2 (z Wrocławia, żeby nie było!):

– Ano tak.

– A możesz też zaprosić osobę towarzyszącą?

– To zależy, ale często tak właśnie jest.

– Hm, trzeba by z tego skorzystać kiedyś.

– Czemu nie, ale te saloniki są tylko na lotniskach, i to za granicą.

– Przecież w naszym przypadku to nic prostszego!

[po chwili namysłu] Czy w tym twoim saloniku na lotnisku Narita w Tokio mają sushi? Bo od jakiegoś czasu mam ochotę na dobre sushi właśnie.

– Nie wiem, ale możemy polecieć i sprawdzić.

I polecieli. Na weekend. Na sushi w Tokio.

5168 mil w każdą stronę. 9 godzin z wiatrem i 12 godzin pod wiatr.

Samego pobytu w centrum tej japońskiej metropolii wyszło ok. 22 godziny. To wystarczająco długo, aby przejść wzdłuż i wszerz Shibuyę, zaliczyć sushi, zrelaksować się w japońskiej łaźni i saunie. Kulminacją i niejako tematem przewodnim, obok sushi, okazało się japońskie wino śliwkowe, o które zaczęliśmy rozpytywać po barach tuż po przyjeździe. Wobec braku sukcesów zrealizowaliśmy Plan B i, po zakupieniu wina w małym sklepie, udaliśmy się do słynnego Starbucksa w celu spożycia tego bezcennego trunku (i zakupionej dla niepoznaki kawy).

Dochodziła 22, oto trzech cwaniaków z Polski, po dziewięciu godzinach w samolocie z Doha i dwóch kolejnych w pociągu z lotniska do centrum Tokio, siedząc w ukryciu tyłem do reszty gości przy stoliku wzdłuż szyby, z widokiem na słynne skrzyżowanie obok stacji metra Shibuya, sączyło z gwinta japońskie wino śliwkowe.

Tego się nie zapomina.

Nazajutrz, udało nam się zwiedzić świątynię Asakusa i jej okolice. Co nas rozgrzewało do zwiedzania w ten mroźny dzień niech pozostanie słodką (oj tak, słodką!) tajemnicą.

 I tak oto, kategoria opisywanych na tym blogu bezcennych doświadczeń, za które nie zapłaci się kartą Mastercard, właśnie zyskała konkurencję w postaci karty Diners Club.

Co to ludziom potrafi do głowy przyjść!? A co dopiero takim cwaniakom?!?!?

P.S. Do saloniku na lotnisku Narita zaszliśmy w drodze powrotnej do Doha. Zdążyliśmy na 15 minut przed jego zamknięciem, więc sushi już nie było. Może i mielibyśmy więcej czasu, gdyby nie konieczność opróżnienia przed kontrolą bezpieczeństwa zapasu słoików ze słodką cieczą i zielonymi śliwkami w środku.

P.P.S. Słoik i śliwki (nasączone prądem!) udało się przewieźć do Kataru. Określenie słoik dumnie zyskuje nowe znaczenie 🙂

Nieproszony gość

Rejs powrotny po jednym z weekendów poza Doha. Udaje mi się znaleźć rząd z trzema pustymi miejscami, więc mogę się wręcz rozłożyć i zrelaksować. Bez znaczenia, że to ostatni rząd na A320, więc tuż przy toalecie i bufecie. Liczy się wygoda.

Pierwsze cztery godziny mijają komfortowo, przez większość czasu oglądam filmy siedząc przy przejściu.

Wychodzę do łazienki. Gdy wracam okazuje się, że na siedzeniu, które dotychczas zajmowałem w „moim rzędzie”, siedzi pasażerka (z Japonii). Zdarzało mi się nie raz doświadczyć podobnych sytuacji tuż po starcie, ale nigdy na 40 minut przed lądowaniem!

Chwila konsternacji. Wyprosić? Japonkę? W tym uroczym słomkowym kapeluszu? Dla tych 40 minut „osobistej wygody”?

– Na pewno spoczęła tu tylko tymczasowo, w kolejce do łazienki – myślę sobie. – A nawet jeśli nie, to miło byłoby zobaczyć, co z tej sytuacji wyniknie – ciekawość bierze górę.

Podchodzę, uśmiecham się i pokazuję, że chciałbym przecisnąć się do siedzenia przy oknie. Zaczynam czytać gazetę, ale od czasu do czasu zerkam na współpasażerkę i sprawdzam, czy ma się dobrze w mojej gościnie.

Pilot anonsuje początek zniżania. Włącza się sygnalizacja „zapiąć pasy”. Załoga zabezpiecza kabinę do lądowania.

Mój nieproszony gość z kraju kwitnącej wiśni nadal siedzi obok mnie.

Lądujemy. Szefowa pokładu uprzejmie wita pasażerów w Katarze i dziękuje za wspólną podróż. Nie tylko ona zresztą – oto mój gość, urocza Japonka w średnim wieku, zwraca się do mnie bez słowa, trzymając w ręce świeżo poskładane origami. Demonstruje jak ten przepiękny ptak z papieru porusza skrzydłami.

Pełen podziwu i wdzięczności odbieram ten niezwykły i niespodziewany prezent.

Arigato! – wykrztuszam z uśmiechem na twarzy.

Okazuje się, że Japonka nie czekała jednak w kolejce do toalety. Co było jej motywacją do zmiany miejsca tuż przed lądowaniem, na zawsze pozostanie tajemnicą.

Nigdy również nie zrozumiem dlaczego akurat ja zostałem obdarowany tak niezwykłym prezentem.

Życie czasem sprawia miłe niespodzianki i to w najmniej oczekiwanych momentach. Nauczyłem się, że aby z nich skorzystać, trzeba się na nie otworzyć. Jak? Na przykład reagować przeciwnie do dotychczasowych nawyków: mówić sobie „tak” tam, gdzie wcześniej mówiło się „nie”, skręcać w prawo zamiast w lewo, akceptować zastaną sytuację zamiast się jej opierać…

Odkąd zacząłem to stosować okazało się, że za takim zakrętem o 180 stopni kryją się bezcenne doświadczenia. To z pozoru banalne rozwiązanie wcale nie jest takie proste do zastosowania, ale twierdzę, że warto próbować – zwłaszcza w czasie podróży po świecie.

Lądowanie z morza i marzeń

Jak się ląduje na plaży?

Dolecieć na Saint Martin niełatwo, zwłaszcza na biletach pracowniczych, co sam udowodniłem. W obie strony musiałem przetestować swoje umiejętności przewidywania i planowania sytuacji awaryjnych oraz uruchamiania i bieżącego modyfikowania tych planów w praktyce. Schematycznie wyglądało to tak:

DOH-AMS-SXM   /   AMS-LHR-MIA-SXM    /  MIA-SXM   /   SXM-CUR-AMSDOH   /   SXM-CDG-DOH

Już samo lądowanie na Saint Martin jest przeżyciem, jakich mało – uczestniczy się bowiem w niezwykłym przedstawieniu, które gromadzi na przylotniskowej plaży tłumy gapiów. Zaznaczyć warto, że scena jest tu jednocześnie widownią, a widownia sceną.

Praktycznie każde lądowanie na Princess Juliana International jest filmowane – zarówno przez podekscytowanych pasażerów w samolocie, jak i spotterów zgromadzonych na plaży. I właśnie wzięcie udziału w tym przedstawieniu było jednym z moich marzeń.

Moim planem było uczestniczyć w wyczekiwanym przez tłumy legendarnym lądowaniu Boeinga 747 pomalowanego w królewski błękit KLMu. Zamiast tego na Saint Martin przybyłem na pokładzie samolotu z kadłubem prawie niepomalowanym, czyli robiącego nieco mniejsze wrażenie Boeinga 757 w „barwach” American Airlines.

Jak to wyglądało z wewnątrz pokazuje film na youtube.

Fot. Kuba

Wylot z Princess Juliana również zapada w pamięć. Strasznie dziwne to uczucie, siedzieć w gigantycznym samolocie kołującym w kierunku progu pasa startowego i w momencie nawrotu zobaczyć te tłumy ludzi oczekujące pod płotem na nasz start. Nasz pilot z pewnością też im pomachał na pożeganenie.

Jak długo będzie czekał na zgodę na start?

Ruszy od razu czy zdążę cyknąć fotkę spod ogona nie ryzykując utraty zdrowia ani życia?

Co czują pasażerowie wewnątrz, dla których jest to najczęściej epilog wakacji na Karaibach?

Te pytania sam zadawałem sobie na plaży Maho kilka dni wcześniej, gdy obserwowałem przygotowania do startu Airbusa A340. Aż w końcu przyszła kolej na zamianę ról.

Szczęśliwie załapałem się na to właśnie wczesnowieczorne przedstawienie w wykonaniu Air France à destination de Paris Charles de Gaulle. Kilka godzin wcześniej okazało się, że – pomimo szczerych chęci – spektakl holenderski Bestemming Amsterdam Schiphol będę musiał oglądać z poziomu plaży, a nie samolotu. Trudno narzekać, gdy dostępne są takie alternatywy.

Airbus A340 ustawia się w osi pasa.

Piloci zaciągają hamulec ręczny.

Po chwii silniki przyspieszają. Samolot nadal stoi w miejscu.

Widownia na plaży doznaje ekscytacji. Jedni zapewne uciekają jak najdalej, inni zrywają się znad kufla piwa sączonego w plażowym barze i biegną w kierunku epicentrum wydarzeń. Wszyscy jednak mają w dłoniach aparaty fotograficzne i kamery.

Piasek na plaży ulega potężnej mocy silników odrzutowych i po raz kolejny tego dnia daje się odkurzyć.

Piloci zwalniają hamulce. Maszyna zrywa się do rozbiegu.

Poziom adrenaliny w żyłach pasażerów gwałtownie skacze. Czy pilotów też?

Cztery silniki rozpędzają się tak bardzo ile fabryka pozwoliła.

Full load. Masa startowa bliska maksymalnej w tym scenariuszu. Na osi pasa wzgórze. Do pokonania 6745 km nad Atlantykiem.

A później już tylko pyszne francuskie wino …

Kiedyś na Saint Martin wrócę!

Tego się nie zapomina. Podobnych emocji doświadczyłem dwa lata temu skacząc między wyspami na Pacyfiku.

Translate »