Z wizytą u wuja Ho

Wietnam to destynacja coraz popularniejsza wśród turystów, zwłaszcza z Polski. Do jego odwiedzenia zachęca nie tylko pokusa odpoczynku w mniej skomercjalizowanym (bo socjalistycznym?) otoczeniu, ale również ceny. Standardowy turysta z plecakiem spędza więc w Wietnamie aż miesiąc, czyli tyle, na ile wystawione są zwykle wizy. Tych, których miałem okazję spotkać po drodze podróżowali po południowym wschodzie Azji przeciętnie od trzech miesięcy i bynajmniej nie zamierzali na tym zaprzestać. Wietnam w pięć dni? – też tak można. I trzeba!
Delta Mekongu

Co pozostaje w pamięci po takiej krótkiej wizycie w Wietnamie? – na pewno słynny na całym świecie ruch uliczny w Sajgonie – swoisty chaos kontrolowany. Wbrew pozorom pieszym jest o wiele łatwiej przejść przez ulicę niż w wielu innych krajach. Jedzenie też niczego sobie, i niewiarygodnie tanie – miska ryżu na ulicy z kawałkiem wieprzowinki (!) i odrobiną zupy za niecałego dolara (znakomita opcja nie tylko dla odważnych).

Saigon

Uwagę zwraca muzeum wojny wietnamskiej w Sajgonie – okazuje się, że w propagandzie Wietnamczycy są lepsi od Sowietów! Ponadto przepiękne krajobrazy, nieprawdopodobnie zielona zieleń. I zawsze uśmiechnięci lokalni mieszkańcy.

Tylko na kieszonkowców i innych złodziejaszków trzeba uważać – podczas przymusowego postoju po tym jak nasz autokar się zepsuł, ukradziono dwa laptopy, aparat fotograficzny i komórkę. Psucie się autokarów jak również drobne i nie tylko kradzieże to niestety w tym kraju standard.

Wietnam należy polecać. Jak najbardziej! Tylko nie można odwracać wzroku od walizek. Bezwzględnie. Aż tyle i tylko tyle.

Pekin – tuż po Olimpiadzie

Jaki jest Pekin? Dość przygniatający – rozmiarami tłumu chociażby. I powalający. Rozmachem w gospodarowaniu przestrzenią między budynkami czy ulicami w prawdziwie komunistycznym stylu – prawie jak w socrealistycznej Warszawie (prawie!). Z ta różnicą, że im udało się wybudować podziemne metro jeszcze przed upadkiem komunizmu. Jeśli ten w ogóle kiedykolwiek w Chinach upadnie – na razie nic na to nie wskazuje.

Chiński Mur w okolicach Pekinu

Pekin to miasto jak każde inne na Zachodzie. O ustroju innym niż te powszechnie na świecie panujące przypomina turyście jedynie wzmożona obecność wojska na ulicach, policji, strażników wszelakiej maści odbywających właśnie marszobieg w samym centrum miasta między spacerującymi turystami, wszechobecna propaganda wychwalająca sukces chiński – w iście zachodnim stylu, tj. na bilbordach czy ekranach w pociągach metra (dziś powiedzielibyśmy, że to tylko pi-ar polityczny…). Przerost zatrudnienia, rozbudowana biurokracja to też jakoby cechy, które należałoby przypisać ustrojowi znanemu z niskiej produktywności (wymiana dolarów na lotnisku zajęła 7 minut z zegarkiem w ręku – nie obyło się bez kserowania paszportu, przybijania sześciu pieczątek na czterech różnych drukach i konieczności podpisania się na trzech innych świstkach papieru).

Mao na murach Zakazanego Miasta

No i olimpiada – to trzeba przyznać – udała im się. Nareszcie mieli okazję pokazać się światu z bardzo dobrej strony. W efekcie tłumy turystów z całego świata (choć tych się raczej nie zauważa w o wiele większej masie turystów chińskich) walą do Pekinu, żeby zwiedzić stadion narodowy w kształcie ptasiego gniazda. W ogóle Chińczycy – z prowincji i nie tylko – lubią zwiedzanie. O skali zjawiska niech zaświadczy choćby fakt, że w ciągu jednego dnia pekiński Pałac Letni odwiedzany jest przez około 30 tys. osób. Dokładnych statystyk z Zakazanego Miasta nie podano, ale pewnym jest, że swobodne zrobienie zdjęcia jest tam po prostu niemożliwe. Widzę w tym jeden problem – wszystkim – przepięknym skądinąd – zabytkom grozi po prostu zadeptanie.

 

Pekińskie szaszłyki :)

 

 

Z obejrzeniem tego, co Chiny mają do zaoferowania turystom należy się zatem śpieszyć. Szczerze polecam nawet na kilka dni! Qatar Airways lata po cztery razy w tygodniu do Pekinu, Szanghaju i Kantonu. Qatar Airways. The World’s Five Star Airline.

🙂

Przez KUL do SIN

Chętnych na lot QR638 do Singapuru i Dżakarty było 19, w tym ja. Miejsce wolne ostało się tylko jedno – jumpseat – i dostała je żona kapitana (naturalnie!!). Pozostałych zaproszono na pokład QR624 lecącego przez Kuala Lumpur na Bali. Też nieźle – w końcu KL to tylko 325 km od docelowego Singapuru. Tym wspaniałym sposobem po raz trzeci w życiu lądowałem na lotnisku w KL, lecz tym razem nareszcie miałem okazję stolicę Malezji zwiedzić (do trzech razy sztuka). Jak się lata na biletach pracowniczych to trzeba być elastycznym – najważniejsze, że walizka spakowana i auto zaparkowane w miejscu gwarantującym akceptację ze strony katarskiej policji, cała reszta – w tym gdzie wylądujemy – się tak bardzo nie liczy. No, byle była to podobna strefa klimatyczna.

Bliźniacze wieże Petronasu

KL to w moim odczuciu połączenie Singapuru i Bangkoku. Zachwycałem się nowoczesnością (pociągów na przykład, lub wieżowców). Zachwycałem się lokalnym jedzeniem po bardzo przyzwoitych cenach – serwowanym na ulicznych straganach podobnie jak w Bangkoku. I bardzo sympatyczni ludzie.

Przekraczanie granicy między Malezją i Singapurem ma wymiar trochę symboliczny. Strona malezyjska – terminal odpraw brudny jak sto pięćdziesiąt, dość chaotycznie, ale bardzo sprawnie i szybko. W sumie dwie minuty (wraz z czekaniem).

Strona singapurska – terminal wypucowany, z wieżyczkami wartowniczymi jak sto pięćdziesiąt, przypominający bardziej więzienie, niż przejście graniczne. Samego czekania było minut trzydzieści. A potem przyszedł czas na prześwietlanie bagażu (już raczej nie o czas tu chodziło, lecz strach że jednak coś znajdą np. liść marihuany, w który wdepnęła podeszwa buta – za to też grozi stryczek). A z tymi gumami do żucia, to jednak bardziej stereotyp niż absolutnie przestrzegane prawo – nikt tego nie sprawdza przy wjeździe, i nawet znajomi Singapurczycy sprawę bagatelizują. Co innego zaśmiecanie ulicy – tej reguły większość jednak przestrzega, choć podobnie jak wszędzie można by znaleźć wyjątki. Ogólnie wrażenia z Singapuru też bardzo pozytywne, choć ceny (w szczególności żarcia) nie zachwycają, zwłaszcza gdy się przybywa prosto z Malezji.

Singapur - drapacze chmur i morze

Aha, jeszcze jedno – Singapurki wydają się ładniejsze od Malajek, ale podobno mają skaszaniony charakter (komercjalizacja życia w Singapurze robi swoje…)

Malediwy – archipelag marzeń

Gdy po wielu godzinach lotu samolot zbliża się do lądowania na Maledywach, zawsze rozgrywa się podobna scena. Nagle wszyscy pasażerowie siedzący przy oknach zaczynają wydawać okrzyki zachwytu.

Maledywy z lotu ptaka

Potem wstają ci siedzący w środkowych rzędach. Nie reagując na wezwania stewardes, zbliżają się do okien i wyglądają przez ramiona współpasażerów. Wszędzie dokoła widać rozrzucone niczym piegi piaszczyste wysepki z ciemnozielonymi palmami w środku, otoczone płyciznami o intensywnie turkusowej barwie. A za moment na pokładzie robi się cicho. Lądowanie w MLE nawet doświadczonym turystom może napędzić strachu. Samolot opada na pas startowy będący paskiem betonu okrywającym rafę koralową. Zarówno jego początek, jak i koniec wybiega w ocean. Bywa, że turyści o słabych nerwach przy okazji ponownej wizyty w Male chcą lądować w nocy.

Tak początek przygody z Maledywami opisuje miesięcznik Voyage. I choć na moim locie okrzyków i masowego wstawania nie było, to jestem skłonny w tę historię uwierzyć. Bo Malediwy już z góry wyglądają pięknie. O tym, co można zobaczyć po wylądowaniu pokażą zdjęcia na picasa.

Maledywy - archipelag marzeń

Gdzie pieprz rośnie

A rośnie na przykład na Bali.

To jest naprawdę na końcu świata, w każdym razie „pod Równikiem”. Podróż z Doha trwa 12-13 godzin, z międzylądowaniem w Kuala Lumpur, ale przecież to i tak bliżej niż gdyby lecieć z Polski. I bynajmniej nie dało się tego zrobić tylko w ciągu weekendu…

Na Bali pieprz rośnie!

Za bardzo nie ma co się na temat Bali rozpisywać, bo zdjęcia powiedzą zdecydowanie więcej. O tym, że jest to idealne miejsce do uprawiania turystyki aktywnej, zwłaszcza sportów wodnych, wiedzą chyba wszyscy. W ofercie jest również nocny trekking na jeden z wulkanów zakończony podziwianiem wschodu słońca (wpisane na listę rzeczy do zrobienia przy następnej wizycie).

Małpy w świątyni Ulu watu

Zwiedzać też jest co, gdyż tradycja i kultura na Bali jest bardzo bogata, wręcz nietypowa – praktykuje się tam lokalną odmianę hinduizmu – w formie różnej od tej spotykanej w Indiach. Na uwagę zasługuje Kecak Dance, czyli taniec ognia – przedstawienie, któremu towarzyszy chór złożony z kilkudziesięciu mężczyzn (chyba obowiązkowy punkt programu każdego turysty – do obejrzenia na youtube – początek i finał ).

Kecak Dance, taniec ognia

Bogactwo klubów nocnych na Bali pozwala mi chyba nazwać tę wyspę „azjatycką Ibizą”. Jednocześnie widok lokalnych panienek w tych dyskotekach przytulających się do zachodnich turystów niestety (lub stety) przywołuje skojarzenie z Bangkokiem…

Poza tym Bali może być też romantyczne, choć ta cecha wydaje mi się być przytłumiona przez wszechogarniającą to miejsce komercję i po prostu tłumy turystów.

Oczywiście, że polecam – co najmniej tydzień wakacji na Bali, z koniecznym kilkudniowym wypadem na okoliczne, mniej skomercjalizowane wyspy. Wydaje się, że lepiej wręcz zrobić z tego dwa tygodnie, bo to kawał drogi przecież, a po drodze można wstąpić do Singapuru, albo KL, bo … czemu nie? Ja niestety miałem tylko trzy dni, a w KL nawet z samolotu nosa nie miałem okazji wystawić. Ehhh ….

Zachód słońca na plaży w Kuta

Teheran, IRAN

Miasto pięknie położone na zboczach masywu górskiego Elburs, znane ze smogu, ale także z licznych muzeów wystawiające eksponaty światowej klasy, których nie znajdziemy nigdzie indziej na świecie.

Już sam przylot i przejście granicy wydają się jakoś mistyczne. Rygorystyczna acz dość sprawna procedura wizowa (paszport z izraelską pieczątką nie przejdzie) od razu podnosi subiektywną wartość paszportu postrzeganą przez jego posiadacza. Irańska pieczątka na stronie 26. Wielkie łał! Skutek uboczny? Ubieganie się o wizę do USA będzie odtąd jeszcze bardziej problematyczne, jeśli nie niemożliwe.

Teheran - bynajmniej nie sprzed 20 lat, to jest zdjęcie współczesne!

Do pewnego stopnia turysta czuje się w Iranie tak jak małpa – mieszkańcy nie mogą się takim widokiem obcego nadziwić, obserwują, dyskutują, uśmiechają się zalotnie (obie płci!), a czasem wręcz zaczepiają klepiąc po ramieniu itp. Tak przyjaznego podejścia do turystów nie spotyka się w zbyt wielu miejscach na świecie, coż, jednym z powodów jest po prostu bardzo mała liczba obcokrajowców odwiedzających Iran. Najbardziej to było czuć, gdy wsiadaliśmy do (notabene bardzo sprawnego i nowoczesnego) teherańskiego metra.

Kilkoro Irańczyków, z którymi rozmawialiśmy dłużej już po kilku minutach otwarcie przyznawało się do niechęci do obecnego reżimu i z nostalgią wspominali czasy sprzed rewolucji 1979 roku. Jeden z naszych taksówkarzy (ok. 25 lat) z wielką dumą grał dla nas zachodnie przeboje sprzed … dziesięciu a czasem dwudziestu lat. Wyobraźcie sobie taką groteskową scenkę – jesteśmy w stolicy Osi Zła, jedziemy rozklekotaną taksówką po pięknej teherańskiej autostradzie, i przy otwartych oknach zasłuchujemy się w (raczej zakazanych) starych przebojach Modern Talking. Duma rozpierała zarówno nas i niego – tak też można manifestować, choć mogło się to skończyć spotkaniem z policją. Tajemnicą poliszynela jest to, że takich jak nasz taksówkarz jest w Teheranie wielu.

Szczegółową ocenę sytuacji politycznej pozostawiam ekspertom. Jedno jest pewne – obraz Iranu kreowany przez „nasze” media, a który siedzi w naszych głowach w dużym stopniu mija się z rzeczywistością. Podobnie zresztą wydaje się być po drugiej stronie – świat zachodni nie ma zbyt dobrej prasy w Iranie, co widać na załączonym obrazku.

Obraz wrogości Iranu wobec USA

Na uwagę zasługują jeszcze irańskie kobiety, które nie zakrywają swego ciała tak bardzo, jak kobiety w krajach arabskich. Obowiązkowa chusta na głowie – owszem, ale duża część włosów odkryta. Pozostała część ciała też niby przykryta czymś w rodzaju płaszczyka do kolan, spod którego wystają … obcisłe dżinsy! Efekt_ – Iranki bardzo się Europejczykom podobają. Mają tylko jedną wadę, z którą masowo walczą – duży nos. W ciągu dwóch dni widzieliśmy na ulicy kilkanaście kobiet z plastrami na nosie (widok dość nietypowy biorąc pod uwagę tak dużą próbę statystyczną) – okazało się, że powodem nie była bynajmniej zbyt słona zupa, lecz po prostu operacja plastyczna.

Długo można by pisać o Iranie, więc teraz zapraszam do obejrzenia zdjęć.

Nowy rok w Bangkoku

Kolejne miasto „naj”, które udało mi się odwiedzić. Według Światowej Organizacji Meteorologicznej Bangkok jest najgorętszym miastem świata – chyba całkiem słusznie to określenie kojarzy się nam dość niejednoznacznie. Przoduje też w innej kategorii – jest znany z tego, że jego pełna nazwa jest najdłuższa na świecie (co odnotowano w Księdze Guinessa):

„Miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Wisznu” (wg wikipedii).

Bangkok to szaleństwo kolorów. Nawet taksówki mają najróżniejsze barwy, włączając dziki róż! To też oaza uśmiechu od ucha do ucha. I życie ulicy – na każdym kroku rozmieszczone są stragany, na których można kupić wszystko wliczając oczywiście jedzenie. A do tego ten zapach tajskiej kuchni …

Zupa z ulicy

Znowu przypadkiem (naprawdę przypadkiem!) trafiłem na kolejny festiwal w stylu śmigusa-dyngusa.. . I znowu prawdziwe szaleństwo, o jakim nie śniło się filozofom. To, co się dzieje w Polsce w Lany Poniedziałek to nic w porównaniu ze świętowaniem nowego roku w Tajlandii i kilku innych krajach tego regionu. Przez trzy dni i trzy noce woda leje się strumieniami na przechodniów, pasażerów tuk tuków i rowerów, a twarze (zwłaszcza tych najbardziej opornych) maluje się rozpuszczoną w wodzie kredą. Nad wszystkim czuwa policja, choć czasem – tak jak w Polsce – sytuacja wymyka się spod kontroli. W tym roku całkowicie zakazano używania pistoletów z wodą pod wysokim ciśnieniem. Takich bardziej zwykłych zabawkowych na szczęście nie zakazano, a były ich najróżniejsze rodzaje – sikające jednym strumieniem, sikające wieloma strumieniami na raz, rozpylacze wody (na wzór ogrodowych), itd., itd… Były też proste w użyciu miski z wodą, lub wręcz wiadra. I oczywiście szlauchy.

Dodam, że temperatura zarówno w dzień i w nocy przekraczała 30/35 stopni, więc zmoczenie ciała było jak najbardziej wskazane. Oczywistym jest, że jako przechodzień, chcąc nie chcąc, brałem w tym wszystkim udział. Przyznam, że za każdym razem gdy oblano mnie wodą, która nie była wystarczająco lodowata, to byłem rozczarowany (najczęściej polewali na kark tak, że spływało pod koszulą!). Bo w Tajlandii, całkiem słusznie zresztą, wychodzą z założenia, że jak już oblewać, to wodą z lodem. Stąd każdego ranka na najważniejsze ulice bitew zjeżdżały olbrzymie ciężarówki z zapasem brył lodu na cały dzień. Ileż wysiłku, a jaka frajda – bawili się zarówno młodsi, jak i starsi, turyści i lokalni mieszkańcy.

Zapewne w całą opowieść o Songkran uwierzycie dopiero gdy zobaczycie zdjęcia, ale tych przywiozłem tym razem niewiele ze względu na mokry charakter imprezy i brak wodoodporności mojego aparatu. Dlatego podaję linki do zdjęć zrobionych przez innych fotoreporterów (sprawdźcie tu i tam ).

Wydaje się, że połowa kwietnia to absolutnie najlepszy moment na zwiedzanie Tajlandii – kto może niech już planuje podróż w to miejsce za niecałe 360 dni tak, aby wraz z lokalnymi mieszkańcami oraz tysiącami turystów z całego świata móc pożegnać właśnie kilka dni temu rozpoczęty rok 2551, a powitać rok 2552.

A tak było w Pattaya w zeszłym roku 🙂

Kuwejt – fiesta!!

Wycieczka z kategorii Oczekiwania żadne – rozczarowanie żadne.

Dlaczego jechałem zatem? Bo jak nie teraz, to za pół roku, albo i później – zima się kończy, a wraz z nią pogoda, przy której da się zwiedzać region Zatoki Perskiej. Wystarczający powód?

Daulat al Kuwajt – państwo o połowę większe od Kataru, ponad dwa razy więcej mieszkańców; równie zamożne, choć wydaje się, że z tego bogactwa potrafi korzystać trochę dłużej. Z powodu bogactwa w przeszłości Kuwejt nieco cierpiał, np. w 1990 roku, gdy został najechany przez Irakijczyków. Pamięć o wojnie w Zatoce Perskiej i operacji Pustynna burza powoduje, że państwo to jest chyba lepiej rozpoznawalne na świecie, niż taki np. Katar. Tę pamięć o tej wojnie można zauważyć również w samym Kuwejcie, chociażby widząc takie tabliczki:

Schron publiczny w Kuwejcie

Co widziałem ponadto? W zasadzie nowoczesne państwo, z dobrze (lub wręcz bardzo dobrze jak na ten region) rozwiniętą siecią komunikacji publicznej – doliczyliśmy się kilkunastu linii autobusowych obsługiwanych przez dwie konkurencyjne firmy! Wieżowce, owszem, choć na szczęście nie tak liczne jak w Emiratach Arabskich. Sieć dróg też super. W ciągu całego dnia pobytu niestety nie dostrzegłem tego, czego się tam spodziewałem najbardziej, a co dyktowała mi moja (nadal bujna) wyobraźnia – złotych klamek, długich limuzyn itp. (fakt faktem – biedy nie było widać).

Z całej jednodniowej wycieczki nie zapomnę na pewnego jednego – sposobu celebrowania święta niepodległości przez Kuwejtczyków. Jakimś sposobem znaleźliśmy się w samym środku wielkiej fiesty. A warto dodać, że fiesta taka jest bardzo kolorowa.

Kolory! Fiesta! Kuwejt!

Symfonia klaksonów ogarnęła całe miasto od południa aż po samą noc. Samochody (w tym samochody obcokrajowców) dumnie paradowały ulicami, w tę i z powrotem. Nie mogło zabraknąć wszechobecnych wizerunków władców. Nawet na szybach samochodów.

Lud Kuwejtu kocha swych władców

O dobrej zabawie decydował jeszcze jeden mały szczegół – fieście towarzyszyła piana. Taka ze sprayu, którą zabawiały się nie tylko dzieci, ale również dorośli. Przejazd przez miasto z otwartą szybą lub – o zgrozo! – niezablokowanymi drzwiami mógł skończyć się źle dla pasażerów. Nawet dla pasażerów taksówki takich jak my. Momentami więc świętowanie przeradzało się w zwykłe chuligaństwo. Zauważam bardzo bliskie podobieństwo do naszego polskiego śmigusa-dyngusa.

Śmigus-dyngus po kuwejcku

Podsumowując – jeśli ktoś w ogóle zamierza jechać do Kuwejtu na jeden dzień, to niech to będzie właśnie 25 lutego, czyli święto niepodległości. Nudzić się nie będziecie, a przy okazji można przeżyć osobliwego śmigusa-dyngusa.

Chcących obejrzeć bardziej obszerny fotoreportaż z Kuwait City zapraszam jak zwykle do kliknięcia tutaj .

Maskat nadal rządzi

Nadal wręcz wymiata.

O Omanie już było, bo … w Omanie już byłem. Bajkowy obraz tamtego miejsca przywieziony w mojej pamięci stamtąd w październiku tym razem tylko się potwierdził.

Migawki z Maskatu

Raj na ziemi. Synonim Orientu. Miejsce z morza i marzeń.

Tym razem będzie jednak więcej zdjęć, z których – mam nadzieję – wyłoni się w waszych głowach obraz tego wyjątkowego miejsca. Bo dla mnie to właśnie jakaś bajka, np. z Księgi tysiąca i jednej nocy, albo i kilka bajek zlepionych w jedną.

Drogie dzieci, czas na bajkę. Oto ona wraz ze zdjęciami.

Piątek w Abu Zabi

Lub jak kto woli – Abu Dhabi. W każdym razie stolica Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Tym razem wycieczka była jednodniowa, a z Doha leci się całe 13 minut dłużej niż do Bahrajnu.

Jedno z ciekawszych miast w okolicy, choć ostatnio jego sława jest coraz bardziej przytłumiona przez nieodległy Dubaj. Nawet po wpisaniu Abu Dhabi w wyszukiwarkę Google – pojawiają się obrazki z Dubaju.

Meczet w centrum Abu Zabi

Miasto położone jest na wyspie w kształcie litery T. Krajobraz miejski przypomina (podobno) Hong Kong z tą różnicą, że jest tu więcej przestrzeni – spore odległości między budynkami, bardzo szerokie ulice, liczne parki. Poza tym wszędzie jest niewyobrażalnie zielono. Trawa, krzaczki, drzewa (nie tylko palmy!!) No i czysto.

Abu Dhabi = palmy, fontanny i nieskazitelna czystość chodnika

 

Miasto o wiele spokojniejsze od Dubaju, ale jednocześnie nie brakuje mu rozrywek wszelkiego rodzaju (od zbliżającego się koncertu Eltona Johna w najbliższy weekend po knajpy i dyskoteki).

Nie brakuje mu również luksusów podobnych do tych w Dubaju lub wręcz je przewyższających. Choć trudno to sobie wyobrazić, to właśnie w Abu Dhabi w 2005 roku powstał hotel jeszcze bardziej luksusowy od Burj Al Arab w Dubaju, o którym już wcześniej pisałem. Emirates Palace, bo o nim mowa, jest absolutnie najbardziej luksusowym hotelem świata – choć oficjalnie przyznano mu „tylko” pięć gwiazdek, dla celów marketingowych mówi się o siedmiu gwiazdkach…

 

Emirates Palace

 

Koszt budowy – jedyne 3 miliardy dolarów (czyli każda jego gwiazdka kosztowała mniej niż pół miliona dolarów). Zaliczany jest też do największych hoteli świata – posiada 302 pokoje pełne luksusu i 92 apartamenty, a każdemu z gości przydzielany jest osobisty kamerdyner. O cenach za pokój nie mam pojęcia, ale łatwo sobie je wyobrazić…

W Abu Dhabi napotkaliśmy tylko na jeden problem – brakowało nam miejsca, gdzie można by zapalić sziszę – miejsca podobnego do dohowego Souq Waqif czyli starego rynku. W końcu w beznadziei wylądowaliśmy na parkingu pod Carreefourem i Ikeą. Nagle poczuliśmy zapach fajki wodnej, dość intensywny – jabłkowy, i tylko dzięki niemu, krok po kroku, udało nam się trafić do szisza baru ukrytego między budynkami. Czy to już jest uzależnienie, że mój nos jest w stanie zwęszyć sziszę w tak trudnych okolicznościach?

Wydaje mi się, że nawet mógłbym w Abu Dhabi mieszkać. Chyba byłoby nawet przyjemniej, niż w Doha, która z dnia na dzień okazuje się coraz większą wiochą. Zwłaszcza, gdy zaczyna padać deszcz. Ale o tym to już następnym razem.

Translate »