Zgubiłem paszport

Po powrocie z kolejnego weekendowego wyjazdu dostaję wiadomość, której tytuł oznajmia: znaleziono pański paszport o numerze … Wysłane przez biuro na lotnisku. Zastanawiam się o co im chodzi. Pewnie spam jakiś! Jestem o krok od przeniesienia wiadomości do kosza, ale numer paszportu się zgadza, więc (niechętnie) zaczynam drążyć w pamięci.

Dzień wcześniej szukałem w domu karty pokładowej z ostatniego lotu, by zapisać statystyki, ale jej nie znalazłem. Niby nic dziwnego, skoro nie zdążyłem się w pełni rozpakować. Pamiętam, że karta pokładowa była w paszporcie (jak zawsze), więc skoro jej nie mogłem znaleźć to …

CHOLERA! ONI MAJĄ MÓJ PASZPORT!!!!

Oto jak przyzwyczajenie do wieloletniej rutyny może człowieka zgubić, i to wraz z paszportem! I nawet nie zauważy!

Czas na zmiany?

P.S. Jestem niezmiernie wdzięczny załodze z mojego rejsu i służbom lotniskowym, które skrzętnie wykonały swoje obowiązki i przekazały zgubę do biura rzeczy znalezionych.

P.S.2 O paszportach, akcencie i tożsamościowych dylematach pisałem niedawno.

Moje odkrycia 2017

Każdy rok jest szczególny pod jakimś względem, co starałem się tu ukazywać w okolicznościowych wpisach. Lecz w porównaniu z poprzednimi latami 2017 był po prostu nadzwyczajny w wielu wymiarach. Już sam jego początek był wyjątkowy – buntowniczo spędzony Nowy Rok prognozował coś wielkiego i niekonwencjonalnego, ale jednocześnie nowy standard. Swoisty przełom? Co z tego wynikło?

Zacznijmy od podróży. Gdzie doleciałem w 2017?

Na Księżyc, a nawet dalej. Jak z każdym rokiem, i tym razem było i więcej, i szybciej, i dalej. W kończącym się roku doświadczyłem w sumie mniej startów i lądowań („tylko” 80), jednak pokonałem większą odległość niż w rekordowym 2016 (104 loty). Lotniczy dziennik podpowiada, że w powietrzu spędziłem 23 doby (549 godz.). Latałem bez wytchnienia, zwłaszcza między marcem i sierpniem – to był prawdziwy maraton lotniczy z 23 weekendami z rzędu poza Doha. Z łatwością pobiłem tym samym poprzedni rekord z 2016 (14 weekendów). Czy leci z nami lekarz psychiatra?

Co odkryłem w 2017?

Samochód kempingowy (kamper) – nowy ulubiony sposób podróżowania, do którego najwidoczniej trzeba dojrzeć. Wakacje w kamperze to kwintesencja obcowania z naturą i niezależności w przestrzeni. Idealnie, gdy nie ma zasięgu – można się odstresować i skupić na zadaniach krytycznych do przeżycia. Doceniam także elastyczność, jaką daje dach nad głową z całym dobytkiem (żadna pogoda mi niestraszna!) oraz doskonałą okazję do przećwiczenia kolaboracji i CRM w praktyce: koordynacja na ziemi i w kabinie (np.: „drzwi przygotowane i sprawdzone”), podział zadań w kokpicie (pilot lecący/pilot monitorujący). Pierwszą próbę miałem już rok wcześniej: w doskonałym towarzystwie (kobieta z kotem) wybraliśmy się na wycieczkę po Australii (z Adelajdy do Alice Springs – 2260 km przejechane w cztery dni). W tym roku byłem na aż trzech podobnych wycieczkach (1x Nowa Zelandia + 2x Australia) i marzą mi się kolejne.

Australia – w każdym aspekcie: krajobrazy, atmosfera, ludzie, wino… Australia ma osobliwe pole grawitacyjne, które przyciąga wybrane jednostki, w tym mnie. Taka swojska egzotyka, która sprawia, że czuję się tam jak w domu (zdarzał się ścisk w gardle, gdy przekraczałem granicę, naprawdę!). Choć trudno w to uwierzyć, ten kontynent odwiedziłem w 2017 r. aż osiem razy w osiem miesięcy (dziewięć, jeśli by uwzględnić wycieczkę z grudnia 2016). Oprócz wspomnianych wyjazdów w stylu kempingowym przez prerie i winnice, bywałem także w miastach, i to nawet na weekend (Sydnej, Adelajda). Takie spontaniczne wyprawy na drugi koniec świata na jedną dobę zawdzięczam mojej determinacji i sprzyjającemu rozkładowi lotów. Mimo zmęczenia (różnica czasu, długi lot) za każdym razem wracałem do domu i pracy naładowany pozytywną energią. Nigdy tego nie zapomnę!

Kangury celują w chłodnice samochodowe – odkrycie z kategorii śmiesznych po jakimś czasie. Wcale do śmiechu nam nie było, gdy uderzaliśmy frontem kampera w kangura (tzn. kangur uderzał w nas). Przestrogi mówiły by unikać jazdy przez australijską prerię o zmierzchu, a my raz jedyny zdaliśmy się na szczęście i od razu taki dramat. Zacznijmy od tego, że kangur przeżył – po chwili odkicał z powrotem do buszu. Nie przeżyła nasza chłodnica, dzięki czemu mieliśmy sponsorowaną przez ubezpieczenie przejażdżkę lawetą. Ale frajda!

 

Vancouver i Kanada – długo wyczekiwany wyjazd, po powrocie z którego opowiadałem o moich wrażeniach godzinami. Mnóstwo pozytywów (dużo podobieństw do Australii), na które w tym wpisie nie znajdę miejsca. Ze względu na odległość Kanada była dla mnie niezbadanym do tej pory terytorium, tym większym szokiem było doświadczenie jej w tak pozytywnym świetle. Jak to się stało, że wcześniej tam nie trafiłem?

Nowa Zelandia – zasługuje na wspomnienie bardziej jako anty-odkrycie. Uważam, że z perspektywy Europejczyka, (prawie) wszystko co Nowa Zelandia ma do zaoferowania nie jest warte wyprawy dookoła świata (koszt przelotu, wysokie ceny na miejscu, o wykańczającej różnicy czasu nie wspominając). Owce na zielonych pastwiskach można zobaczyć w Szkocji, fiordy w Norwegii, a jak komuś się marzy pustelnia to zapraszam w nasze Bieszczady. Nie mam nic przeciwko temu krajowi, ale w moim rankingu w tym regionie świata Australia wygrywa w przedbiegach.

Ile kosztuje godzina przyjemności (w powietrzu, rzecz jasna!) – do tego odkrycia wystarczyła empiria i kalkulator. Odpowiedź waha się między 30 a 50 dol. Tyle kosztuje przyjemność lotu klasą biznes na długich rejsach na biletach pracowniczych. Najtaniej wychodzi lot do Nowej Zelandii (ok. $30 na godz.), a najdrożej Adelajda ($50 – rejs trwa tylko 12-13 godz. więc jest krótszy od AKL prawie o 1/3, ale w sumie droższy ze względu na wysokie podatki lotniskowe). Warto być świadomym tej różnicy, gdy się planuje taką podróż tylko w celu doświadczenia klasy biznes.

Co za dużo, to niezdrowo – to odkrycie jest kwintesencją tego roku. Do tej konstatacji doszedłem, gdy przestało mi smakować wino i jedzenie w klasie biznes (bywały takie okresy, w których dwie noce (czasem nawet trzy!) w każdym tygodniu spędzałem w wygodnym łóżku w … samolocie). Jednocześnie zacząłem się interesować koncepcją minimalizmu, do którego jak ksiądz z ambony nawoływałem na ostatnim spotkaniu Toastmasters. Tak oto życie lubi sobie z nas zażartować …

 

Czego doświadczyłem w 2017?

Najdłuższy lot świata – historyczne wydarzenie dla branży, dla firmy oraz dla mnie jako zbieracza statystyk. Więcej szczegółów o moim rejsie z Auckland do Doha w dedykowanym wpisie sprzed kilku miesięcy.

Lądowania w Sydney, które o zachodzie słońca bywają po prostu magiczne. Na podejściu do pasa 16R, siedząc po lewej stronie, obserwowałem panoramę miasta: malownicze osiedla wzdłuż rzeki, porty jachtowe i wreszcie centrum miasta z operą i charakterystycznym mostem. Taki widok to swego rodzaju nagroda po długim locie, na którą warto było czekać. W 2017 zafundowałem sobie taką przyjemność pięć razy – w zależności od pory roku było to po zmroku, o zmierzchu albo niedługo przed zachodem słońca. Każde doświadczenie było lepsze od poprzedniego, uzależniające wręcz, nic dziwnego więc, że było ich aż tyle.

29 tęczy w tydzień (w tym dwie podwójne) – czy to w ogóle możliwe? Otóż tak – w Australii Zachodniej, w okolicy Albany, na płd.-wsch. od Perth. Nieświadomi do czego to zmierza, po trzeciej tęczy zaczęliśmy je liczyć. A potem było już z górki – okazało się, że podróżujemy po Tęczowym Wybrzeżu, którego mieszkańcy nawet na podwójne tęcze nie zwracają uwagi (potrójne to co innego). Po pewnym czasie nawet nauczyliśmy się je prognozować: jedziemy kamperem, przestało padać, więc jest potencjał na tęczę. – Sprawdź w bocznym lusterku. – O, znowu tęcza! Nauczeni, że tęcze są trudne do uchwycenia i ulotne, po tygodniu staliśmy się ignorantami. – Ile można patrzeć w tęczę? – Najlepiej tak długo, jak trwa. – W Polsce może i tak, ale nie w Zachodniej Australii, gdzie tęcza potrafi trwać pół godz.!

Plenery Nad Niemnem oraz innych wymagających dzieł: Pan Tadeusz, Stary człowiek i morze, jak również nadmorskich wątków u Agathy Christie. Znowu ta Australia … Krajobrazy w tym kraju zapierają dech w piersiach i najczęściej można je podziwiać w samotności (poza głównym turystycznym szlakiem jest tak mało turystów, że każdej napotkanej osobie wypada się ukłonić!)

Huragan Debbie (w zasadzie resztki po nim) –  trafił nas w trakcie wycieczki po Nowej Zelandii dość niespodziewanie. O tym, że mamy do czynienia z Debbie dowiedzieliśmy się przypadkiem, z gazet na stacji benzynowej, dopiero gdy sytuacja się poprawiała. Przez dwa dni doświadczaliśmy nieprzerwanej ulewy i porywistego wiatru, co wcale nie pokrzyżowało planów, bo naszym głównym celem było objechanie części wyspy i podziwianie widoków. Debbie zza okna kampera nie wyglądało tak groźnie, choć następnym razem przy parkowaniu na noc nad strumykiem będę pamiętać by oszacować ryzyko, że do rana może zamienić się w rwący potok.

Podróż w dziobie jumbo jeta – znów z Lufthansą w roli głównej (z Buenos Aires do Frankfurtu, miejsce 2A). Ta część samolotu jest szczególna, bo w pierwszych 2-3 rzędach siedzi się bliżej dziobu niż piloci w kokpicie powyżej; dodatkowo okna są zwrócone pod kątem w stosunku do kierunku lotu by tworzyć aerodynamicznie wyprofilowany opływ dla strug powietrza. Po wcześniejszych sukcesach z podróżami w garbie mogłem w końcu porównać te doświadczenia. Oba są równie ekskluzywne, jednak kabina w dziobie jest bardziej przestrzenna, więc następnym razem będę prosił o 1A albo 2A!

Co za rok!

Podróż w garbie jumbo jeta cd.

Długie lata rozważań i jeden dzień planowania wystarczyły, by przejść do realizacji mojego marzenia o podróży w garbie jumbo jeta.

Czwartek, po północy. Doha.

Ruszam z domu na lotnisko z małym plecakiem podręcznym i szkicem planu podróży w kieszeni. W najbliższych kilkudziesięciu godzinach zamierzam być w Bangkoku, Osace i Frankfurcie, więc przydadzą się zarówno klapki, jak i sweter.

Przede mną podróż, która rodzi się w głowie prawie na bieżąco. Celem jest przelot jumbo jetem Lufthansy z Osaki do Frankfurtu w piątek rano. Jeszcze kilka godzin temu szukałem optymalnego scenariusza: którędy dostać się z Doha do Osaki?; gdzie szukać noclegu? – Co zrobić po przylocie do Frankfurtu? – to pytanie pozostawiam na razie otwarte.

1. Doha-Bangkok Suvarnabhumi.

Qatar Airways. Airbus A380. Miejsce 15A.

Wylot o 2 rano. Przylot o 11 rano.

Czas w powietrzu: 6 godz. 21 min.

Na pierwszym locie – przez noc, z Doha do Bangkoku – śpię kilka godzin. Ląduję w południe, a przesiadkę mam przed północą, więc wybieram się do centrum miasta. Funduję sobie tajski masaż, który jest fantastycznym remedium dla zmęczonego podróżnika. To tak na zapas, bo o zmęczeniu nie może być mowy, skoro wycieczka dopiero się zaczęła. Dopiero późnym popołudniem dopada mnie senność, więc w zaprzyjaźnionym schronisku proszę o łóżko na kilka godzin i możliwość wzięcia prysznica.

Czwartek wieczór. Bangkok.

Wieczorem, w drodze powrotnej na lotnisko, dopada mnie tropikalna ulewa, czyli, jak na ironię, dopiero wtedy, gdy odświeżony i wypachniony po prysznicu, jestem przebrany w smart casual, czyli ubranie wymagane w podróży na biletach pracowniczych. Rutynowo doprowadzam się do porządku w lotniskowej toalecie (a propos rutyny: po czym poznać pracownika linii lotniczej w podróży? – po magicznej metamorfozie w lotniskowej toalecie: wchodzi w klapkach, szortach i koszulce, a po 10-15 min. wychodzi w eleganckich butach, długich spodniach i koszuli z kołnierzykiem).

W końcu melduję się do odprawy na rejs Japan Airlines do Osaki. Mimo obaw o obłożenie, dostaję wygodne miejsce przy wyjściu ewakuacyjnym.

2. Bangkok Suvarnabhumi – Osaka Kansai.

Japan Airlines. Boeing 787 Dreamliner. Miejsce 45A.

Wylot o 23. Przylot o 6 rano.

Czas w powietrzu: 5 godz. 1 min.

Drugi lot, również przez noc, odbywa się z efektami specjalnymi w cenie biletu. W okolicy Hong Kongu zauważam w oddali festiwal świateł – najbardziej intensywną burzę jaką w życiu widziałem. Trudno oderwać od niej wzrok – są to wielokrotne wyładowania pod olbrzymią chmurzastą pierzynką, przeradzające się w kolejne, i kolejne. Błyskawice bez słyszalnych grzmotów mają w sobie magię, zwłaszcza obserwowane z pokładu samolotu, którego silniki usypiająco buczą, ignorując powagę sytuacji atmosferycznej nieopodal. Jakież to szczęście w życiu siedzieć przy oknie w samolocie i kontemplować o siłach w przyrodzie: tych, które najlepiej obserwować z daleka, i tych, które takie obserwacje umożliwiają (przy okazji dostając szyjoskrętu).

Piątek rano. Osaka.

Lądowanie na położonym na sztucznej wyspie lotnisku Kansai w Osace jest zawsze zjawiskowe. W trakcie podejścia obserwuję, jak wschodzi słońce. To już drugi wschód od początku wycieczki, czyli niecałych 24 godz. Za mną dwie noce w samolocie, a to dopiero początek. Jestem w punkcie, w którym wycieczka miała się dopiero zacząć, a za mną już tyle przygód!

Po przejściu kontroli paszportowej niezwłocznie kieruję się do odprawy na rejs Lufthansy. Z ręką na sercu pytam agentkę, czy w ogóle są wolne miejsca. Okazuje się, że są. Co za ulga! Uśmiecham się i nabieram dużo powietrza, by na jednym wydechu wyjaśnić cel mojej wycieczki i wybłagać miejsce na górnym pokładzie (zwykle trudno je dostać, na dolnym pokładzie jest ich o wiele więcej).

– Czy pierwszy rząd, przy przejściu, Panu odpowiada?

– Jak najbardziej! Dziękuję, właśnie pomogła Pani spełnić moje marzenie!!!

Z dumą odbieram kartę pokładową na mój lot, z niepozornym numerem miejsca: 81H i, w co trudno uwierzyć, z moim nazwiskiem!

3. Osaka Kansai – Frankfurt.

Lufthansa. Boeing 747-400. Miejsce 81H.

Wylot o 10 rano. Przylot o 14.

Czas w powietrzu: 11 godz. 18 min.

Na ten moment czekałem od dawna, w zasadzie od kilku lat. Cały dzień i dwie noce zajęło mi przebycie pół świata, z Bliskiego Wschodu przez Tajlandię do Japonii, tylko po to, by teraz, wchodząc na pokład Boeinga 747-400, zostać skierowany do schodów prowadzących na górny pokład. I udać się w podróż do … Europy.

Grzecznie zajmuję moje miejsce, które okazuje się być tuż przy drzwiach do kokpitu. Próbuję obserwować wszystko, co się dzieje wokół mnie: współpasażerów, kokpit (gdy drzwi są otwarte), procedury naziemne. Jestem podekscytowany, chłonę każdą chwilę tego doświadczenia.

Startujemy. Czuję jakbym siedział na grzbiecie leniwego słonia (ponad 400t masy) rozpędzającego się z użyciem jakiejś magicznej siły (prawie nie słychać silników, które są daleko za mną). To ze względu na wysokość i bliskość dziobu samolotu wrażenia zmysłowe przy starcie na górnym pokładzie jumbo jeta są tak niezapomniane.

Wkrótce po udelektowaniu się niemieckim winem musującym łapie mnie senność. Mimo że lot odbywa się w ciągu dnia, przez bite 5 godz. doświadczam najlepszego snu na świecie. Ten model samolotu we flocie LH nie ma w klasie biznes foteli najnowszej generacji, jednak zwykłemu śmiertelnikowi to wystarcza, by zregenerować siły. Po raz kolejny mam okazję docenić prostotę i pragmatyczność wielu rozwiązań w tej flagowej, niemieckiej firmie. Ponadto, jestem zauroczony osobowością i zachowaniem stewardess; mimo że ich średnia wieku jest wiele wyższa niż w Qatar Airways, po prostu wieje od nich świeżością – po wielu latach przyzwyczajenia do jednej linii lotniczej w takich momentach po prostu docenia się inność.

Ponad 11 godz. w powietrzu zleciało zdecydowanie za szybko, a wino musujące było zbyt smaczne, by z jednego kieliszka starczyło na prolog i epilog zarazem. Podekscytowany, acz wypoczęty, podchodzę do lądowania we Frankfurcie. Lądowanie na górnym pokładzie jumbo jeta, podobnie jak start, też silnie oddziałuje na zmysły, nawet jeśli są nieco przytępione …

Po wyjściu z samolotu zatrzymuję się, by przez szybę terminala spojrzeć z podziwem na maszynę, od lat określaną jako Królowa Przestworzy, która w majestatycznym bezruchu właśnie studzi się przed kolejną misją w daleki świat. Dzięki niej właśnie spełniło się moje marzenie.

Piątek po południu. Frankfurt.

Trudno mi uwierzyć, że to niezwykłe doświadczenie mam już za sobą, i że poszło mi tak gładko. Co dalej? Do końca mini-urlopu pozostało mi półtora dnia. Jak najlepiej wykorzystać ten czas? Mogę zostać na noc we Frankfurcie, przecież mimo licznych wizyt na tutejszym lotnisku nigdy nie miałem okazji zwiedzić miasta. Mógłbym też powiedzieć sobie „khalas” i wrócić do Kataru najbliższym rejsem i jeszcze dziś zasnąć we własnym łóżku i odpocząć po tych wykańczających podróżach. Żadna z tych opcji mnie nie ekscytuje. Musi być jakaś trzecia, po prostu musi!

Ciąg dalszy w kolejnym wpisie 🙂

Podróż w garbie jumbo jeta

Od wielu lat marzyłem o podróży w garbie jumbo jeta. – W czym? – spytałby niejeden przedstawiciel najmłodszego pokolenia. – W garbie, czyli na charakterystycznym górnym pokładzie jumbo jeta, czyli legendarnego na całym świecie samolotu Boeing 747. – Co w tym szczególnego? – Jumbo jet był w swoim czasie flagowym modelem niemal wszystkich liczących się przewoźników lotniczych na świecie, a jego górny pokład ikoną luksusu, niedostępną dla mas. Garb rozciągał się od dziobu na ok. ¼ długości samolotu, a względnie mała (krótka) kabina dawała poczucie elitarności – w zależności od konfiguracji mieściły się tam fotele klasy pierwszej/biznesowej lub salonik dla pasażerów tych klas.

Spełnienie mojego marzenia z roku na rok stawało się coraz trudniejsze, gdyż jumbo jety są stopniowo wycofywane ze służby. Ze względu na dostępność zniżkowych biletów w grę wchodziła jedynie Lufthansa. Krok po kroku zatem.

Środa rano. W przerwie w pracy robię szybką analizę rozkładów Lufthansy (oczywiście w excelu, z wykorzystaniem tabeli przestawnej).

Boston? – odpada, bo to tylko 7-8 godzin z Frankfurtu. Na tak krótkim locie nie da się w pełni docenić takiego doświadczenia. Szanghaj? – dłuższy rejs, ale w wybranych przeze mnie dniach istnieje ryzyko dostania miejsca „z tyłu” zamiast w garbie. Osaka? – podobnie. Przezornie sprawdzam odwrotny kierunek, czyli z Osaki do Frankfurtu: sytuacja wygląda obiecująco! Tylko jak ja się dostanę do Osaki, skoro nie ma już bezpośredniego połączenia z Kataru?

Środa popołudnie. Właśnie skończyłem pracę, na czwartek mam wzięty dzień wolny, a potem dwa dni weekendu. Wiem już przynajmniej tyle, że z Osaki do Frankfurtu będę odlatywał w piątek o 10 rano. Nadal nie mam pojęcia jak się tam dostanę. Pozostaje mi tylko znaleźć się w Osace…

Pierwsza myśl to oczywiście przesiadka w Tokio – skomplikowana sprawa, bo trzeba zmieniać lotniska. Ruszałbym z Doha po północy, więc plusem tej opcji jest to, że miałbym jeszcze sporo czasu na spakowanie i porządniejsze zaplanowanie wycieczki. Jak nie Tokio, to może przez Seul, też po północy? Opcja niezła, ale wymaga znalezienia noclegu w Osace, na co nie mam teraz ani czasu, ani ochoty. Szukam dalej ….

Bangkok? Przecież to nie po drodze! – ta nieśmiała myśl próbuje oprzeć się nokautowi wydumanej racjonalności. Z drugiej strony pomysł wydaje się niezły: jest nowatorski, out of the box. Wywołany tymi myślami dyskomfort próbuję ujarzmić wracając do wyszukiwania noclegu w … Osace. Ale to przecież nie pomaga … Dobrze znam to uczucie. Wstaję więc od ekranu komputera, przy którym siedzę bez przerwy od dwóch godzin. Łapię oddech i po krótkim spacerze po budynku spoglądam na sytuację z nowej perspektywy.

Mógłbym wyruszyć z Doha do Bangkoku już za 4 godz., tylko, że ja wciąż jestem w biurze, w środku burzy mózgów, bez zaplanowanej trasy, o kupowaniu biletów i pakowaniu nie wspominając. Gdyby jednak poczekać na kolejny rejs (po północy), miałbym tyle samo czasu na przygotowania, co inne opcje.

Tranzyt w Bangkoku w końcu zwycięża, bo oznacza, że dodatkowo będę miał okazję przelecieć się Japan Airlines, o czym też marzyłem już od dawna. Spełniamy marzenia, dwa w jednym!

Nagle czuję, jak kamień spada mi z serca. Mam ustaloną trasę, nareszcie kupuję bilety. Do tej pory wszystko było tylko pomysłem-marzeniem. Teraz wygląda na to, że ten szalony wyjazd ma szanse dojść do skutku.

Jak było więc?

Podróżując do przeszłości

Latało się dookoła świata (w sześć dni), skakało się także między wyspami Pacyfiku – na pokładzie legendarnego rejsu CO957. Wśród lotniczych przygód przyszła teraz kolej na pokonanie jeszcze mniej zbadanych przestworzy: Południowy Pacyfik.

Ale czy to wystarczający powód by lecieć taki kawał drogi w celu pokonania skrawka oceanu? Jak by tu nadać temu przedsięwzięciu więcej „sensu”?

Od mojej pierwszej podróży dookoła świata minęło kilka lat. Podróżowałem wtedy nad Północnym Pacyfikiem w kierunku zachodnim, co oznacza, że straciłem przez to jeden dzień (ze względu na zmianę daty). Obecny pomysł byłby doskonałą okazją, abym go odzyskał, przemieszczając się w przeciwnym kierunku.

Południowy Pacyfik jest bodaj najbardziej dziewiczym regionem dla lotnictwa. Większość lotów odbywa się między małymi wyspami oceanu, których egzystencja w dużej mierze zależy od komunikacji lotniczej. Rejsy dalekodystansowe natomiast należą do rzadkości. Opcje na przemieszczanie się między tymi kontynentami można wręcz policzyć na palcach jednej dłoni.

Co łączy Australię czy nową Zelandię z Ameryką Południową? Jest to nawet 13 godz. różnicy czasu, do których pokonania potrzebne jest 12 godz. lotu. Oto sposób na odzyskanie utraconego kiedyś dnia i podróż do przeszłości!

Do wyboru tylko kilku przewoźników, m.in. Qantas, który lata między Sydnej i Santiago w Chile. Po dotarciu do Sydnej w piątkowy wieczór daję sobie półtora dnia na „odpoczynek” i aklimatyzację różnicy czasu (jestem 7 godz. do przodu w porównaniu do Doha). Klimat i atmosfera tego miasta stwarzają doskonałe warunki do regeneracji sił… W końcu w niedzielny poranek udaję się na lotnisko i dostaję miejsce na wymarzonym rejsie z Australii do Ameryki Południowej! Startuję w południe i po ponad 12 godz. w powietrzu ląduję po drugiej stronie oceanu o 11 rano tego samego dnia, czyli w przeszłości!

Taki lot przez Południowy Pacyfik łączy bardzo odległe światy, jest swoistym dowodem na kulistość naszej planety. Czuję się jak doświadczony w żegludze po innych zakątkach świata Kolumb, któremu w końcu udaje się opłynąć Ziemię dookoła, nieznanym dotąd sposobem. W Ameryce Południowej już kiedyś byłem, lecz tym razem docieram na ten znany mi ląd mało przetartym, nowym dla mnie szlakiem.

Po dotarciu do Santiago tą okrężną drogą mam wrażenie, że to koniec świata. A przecież stąd do Europy czy na Bliski Wschód to już rzut beretem!

Żeby nie było za łatwo, wracam do Doha przez Buenos Aires, Frankfurt, Zurich, Hong Kong, Chiang Mai i Bangkok. Dopiero po powrocie z tak intensywnej podróży, czyli po dziewięciu dniach niemal ciągłego latania, dopada mnie z opóźnieniem jetlag. Zmiany czasu w podróży z Doha do Santiago przez Sydnej obrazuje stworzony na tę okazję wykres, którego dumnie tutaj prezentuję.

Lądowanie z marzeń: Songshan

Od dawna planowałem zorganizować wyjazd, którego celem było lądowanie na miejskim lotnisku Songshan w Tajpej. O jego wyjątkowości świadczy fakt, że jest położone bardzo blisko centrum miasta. Przy poprzedniej wizycie w Tajpej miałem okazję udać się na spotting, czyli podglądanie lądujących i startujących samolotów, o czym wspomniałem na blogu pewien czas temu. Zafascynował mnie wtedy spektakl, w którym na wąskim pasku między autostradą a szeregiem wieżowców w ścisłym centrum miasta lądowały samoloty, od małych (o regionalnym zasięgu) po szerokokadłubowe.

Zamiast jak wtedy oglądać ten spektakl stojąc przy płocie lotniska, na widowni z ziemi, tym razem mogę uczestniczyć na scenie w jednym z jego ulotnych (lub raczej „przelotnych”) aktów, jako pasażer lądującego odrzutowca.

By spełnić to marzenie stawiam się z samego rana na rejs linią ANA z lotniska Haneda w Tokio. Już od samego startu na pokładzie Boeinga 787 Dreamliner wyczekuję lądowania. Przecież to jedyny cel mojej wycieczki!

W końcu się doczekuję. Wchodzimy na ostatnią prostą. Przez okno obserwuję jak w szybkim tempie zniżamy się wzdłuż wielkomiejskiej zabudowy. Co chwilę zerkam na ekranik wyświetlający mapę, która potwierdza, że to nie złudzenie – będziemy lądować w samym mieście!

Coraz bardziej przyspiesza mi puls – właśnie spełnia się wieloletnie marzenie. Samo przyziemienie zapiera mi dech w piersiach. Lądowanie na Songshan okazuje się dla mnie najbardziej intensywnym doświadczeniem lotniczym od wielu lat.

Po zaparkowaniu mapa na pokładowym ekraniku wskazuje, że samolot stoi … na ulicy w środku miasta! Fenomenalne! I jakże inspirujące?! Nie byłbym sobą gdybym nie poszedł za ciosem… Nie oznacza to bynajmniej, że po tak intensywnym lądowaniu spontanicznie postanawiam zaliczyć też i start. Wcale nie przesiadam się do innego samolotu bez wychodzenia z lotniska. Wręcz przeciwnie…

Będąc wciąż w oszołomieniu po lądowaniu wychodzę z budynku terminala i 100 m dalej widzę już ulicę, która wygląda prawie jak Manhattan. Naprawdę wylądowaliśmy w środku miasta!

– Jakim autobusem dojadę do hotelu? – prawie zadaję to pytanie, gdy do głowy wpada pomysł nie do odrzucenia:

– Pójdę do hotelu z lotniska, na piechotę! – odzywa się mój fetysz (po prostu lubię na lotniska chodzić – lub z nich wychodzić – spacerkiem; robiłem to już w kilku miejscach na świecie, włączając Warszawę, Dohę, Miami). Grzechem byłoby z takiej okazji nie skorzystać, skoro lotnisko jest w centrum. Tym samym upiekam dwie pieczenie na jednym ogniu, choć zupełnie tej pieszej wycieczki do hotelu nie planowałem – wystarczyło spojrzeć na mapę i zorientować się jak niewielka to odległość. Jestem z siebie dumny!

Dziś, mimo że lądowanie było bardzo szybkim, ulotnym doświadczeniem, wspominam je klatka po klatce … Z przyjemnością potwierdzam, że lądowanie na Songshan ma swój ciężar gatunkowy. Rzeczywiście warto było je mieć na bucket list.

Khasab, Oman

Półwysep Musandam oraz leżące na nim miasteczko Khasab to miejsce z legendy. Choć to prawdziwa perełka na turystycznej oraz geopolitycznej mapie świata niewiele osób o nich słyszało. Trudny, górzysty teren, pełen przepaści i wąwozów, sprawia, że okolica ta jest trudno dostępna, zwłaszcza dla przybyszów z oddali.

Skaliste brzegi półwyspu oblewane są wodą z Zatoki Perskiej po jednej stronie i Zatoki Omańskiej – po drugiej. Pomiędzy nimi znajduje się strategiczna dla całego świata Cieśnina Hormuz. Tą drogą, de facto dookoła płw. Musandam, każdego tygodnia przepływają setki tankowców zaopatrujących niemalże cały świat w ropę naftową i gaz z Bliskiego Wschodu. Wszystko to dodaje mu niezwykłej magii, nie powinno zatem dziwić, że przy moim logistyczno-transportowym „zboczeniu” doświadczenie tego miejsca na własne oczy znalazło się na mojej liście podróżniczych wyzwań.

Już od tysiącleci ten wąski przesmyk oraz okalający go ląd odgrywały ważną rolę w światowej żegludze i handlu. Niezwykłe góry, które się nad nim wznoszą, były świadkiem historii – to tu krzyżują się handlowe szlaki morskie pomiędzy Bliskim i Dalekim Wschodem oraz Afryką. Tędy właśnie przepływała flota Aleksandra Wielkiego w drodze na podbój Arabii. Zdając sobie sprawę ze strategicznej roli tego miejsca Portugalczycy postawili na pocz. XVII w. fortecę. Dziś półwysep Musandam jest w rękach Omanu i jest tak naprawdę jego enklawą, otoczoną całkowicie przez ZEA (granice lądowe) i wodę (cieśnina Hormuz).

Tę niezapomnianą wycieczkę zaczęliśmy od wylądowania w Szardży, emiracie graniczącym z Dubajem. Z lotniska wynajętym samochodem udaliśmy się na wschód, w stronę granicy z Omanem. Nie sposób było się zgubić, bo nawet znaki, zupełnie bez ogródek, wskazywały kierunek: „Oman – prosto”.

Już przekraczanie granicy lądowej było ekscytujące – towarzyszący mi globtroterzy ledwo byli sobie w stanie przypomnieć, kiedy ostatnio to robili (niech żyje Schengen!). Sam proces przekraczania granicy w takim miejscu zasługuje na oddzielny wpis, wspomnę więc tylko, że była to fantastyczna okazja na zdobycie punktów (dodatnich lub ujemnych) w naszej grze na … wyprzedzenie lokalnej logiki.

Z ZEA do miasteczka Khasab prowadzi malownicza droga wybudowana wzdłuż linii brzegowej na półce skalnej – pod wysokimi klifami. Jadąc takim bulwarem, zakręt za zakrętem, odkrywa się piękno tej mało znanej części Półwyspu Arabskiego.

Gdy w końcu dojechaliśmy do portu w Khasab zrozumieliśmy, dlaczego został on wybrany jako jeden z 7 najpiękniejszych na świecie (wg The Telegraph). Zbudowany jest wewnątrz fiordów, których są w okolicy dziesiątki. Wszystkie są przepiękne, choć wydają się mało gościnne, głównie zamieszkane jedynie przez rybaków oraz pasterzy.

Fot. Martin Adams / Unsplash

Podobnie jak w całym Omanie, życie w Khasabie jest proste, co częściowo wynika z uwarunkowań geograficznych. Nie umniejsza to jednak jego roli, współcześnie i w przeszłości. Gdy na pokładzie tradycyjnej, drewnianej łódki opływaliśmy fiord za fiordem, z każdej strony odczuwałem powiew historii. Tu – portugalska forteca. Tam – wyspa ze stacją telegraficzną (założoną przez Brytyjczyków). Gdy ze szczytu klifu obserwowałem malowniczą zatoczkę ukrytą pośród wysokich skał, wyobrażałem sobie jak idealnym schronieniem okazywała się dla żeglarzy przy niesprzyjającej pogodzie.

A dziś? Mimo naturalnego piękna Musandam pozostaje skarbem, o którym wiedzą tylko nieliczni. To prawdziwa idylla dla turystów oraz dla … irańskich przemytników, o których bez kozery wspomina wikitravel (jest więc i powiew nowoczesności). Niech tak pozostanie.

Więcej zdjęć pod tym linkiem.

Lotniskowe Spacery

Ostatnio podróżuję bardzo intensywnie. Od kilku miesięcy (od wiosny? już nawet przestałem dokładnie liczyć) nie spędziłem ani jednego weekendu w Doha. Ma to znaczący wpływ na sposób zarządzania czasem. Doskwiera brak regularnego snu w dni wolne, na co znalazłem ostatnio sposób (przede wszystkim regularny sen w dni pracujące).

Podróżując traci się czas nie tylko będąc w ruchu, w biegu, w powietrzu czy w autobusach z/na lotnisko. Stratą może być także czas spędzany na wszelkie oczekiwanie – na autobus/taxi/Uber, na kartę pokładową (ach, ten standby…), czy na kolejny rejs w tranzycie. Summa summarum, przy okazji każdej, cotygodniowej wycieczki można tracić olbrzymią ilość czasu, którego i tak zwykle w życiu brakuje. Jak mimo wszystko te straty zminimalizować? Czytanie książek, magazynów, nadrabianie zaległości poczty elektronicznej to moje wypróbowane sposoby (współczesne gadżety i powszechny dostęp do internetu bardzo to ostatnio ułatwiają). Przymierzam się do zakupu Kindle’a …



Charakterystyczny miś na lotnisku HIA w Doha

O regularnym uprawianiu sportu też można zapomnieć. Ale niezupełnie – tu pomaga kreatywność. Ostatnio ze znajomymi zaczęliśmy praktykować spacery po lotniczych terminalach. Lotnisko w Doha nadaje się do tego celu idealnie.

Zwykle zjawiam się na lotnisku na nieco ponad godzinę przed odlotem, co po odjęciu formalności, które zajmują kilka minut, daje około pół godz. na solidny spacerek przed zajęciem miejsca w szklanej puszce. Można przejść w tym czasie cały terminal C, D i E w Doha. Są to w sumie tysiące kroków, które skrupulatnie zlicza i dokumentuje mój telefon. W sam raz na odprężenie na koniec pracowitego tygodnia i przejście w tryb weekendowy. Co z tego, że odbywa się to na lotnisku? Ważne, że jest klimatyzacja, duża przestrzeń i względna cisza (nowe lotnisko „HIA” w Doha z ciszy właśnie słynie).

Ostatnio, tuż przed wylotem z Singapuru, również pokusiłem się o spacer – wzdłuż i wszerz Terminalu 3. Udało się złapać sygnał z satelity, dzięki czemu spacer został nagrany przez aplikację Endomondo. Wyszło tego prawie 5 km!

Okazuje się, że lotniska, zwłaszcza te duże, to idealne miejsce na polepszenie statystyki kroków. Przewrotnie, to dzięki częstym podróżom lotniczym spacery w tym gorącym klimacie są w ogóle możliwe.



 Spacer po Terminalu 3 – lotnisku Changi w Singapurze nagrany przez Endomondo

Kargeen Cafe

W jednej z dzielnic Maskatu (Oman) jest knajpa, w której gościłem przy okazji każdej wizyty w tym mieście. W ciągu ostatnich dziesięciu lat doliczyłem się ich aż siedemnaście dziewiętnaście, choć odbywały się z różną częstotliwością. Mam na myśli legendarną dla wielu Kargeen Cafe – restauracjo-kawiarnię, a w zasadzie cały kompleks knajpiany. Idealne miejsce na kolację i relaks przy sziszy, sprawdzało się dla mnie zwłaszcza w drodze na lotnisko. Miejsce to polecam niezmiennie od lat wszystkim wybierającym się do Maskatu. Ci, którzy z mojej rekomendacji skorzystali, po powrocie są mi za nią nadwyraz wdzięczni.

W Kargeen Cafe pracuje co najmniej dwóch kelnerów, których kojarzę już od wielu lat. Przy ostatniej wizycie jeden z nich, przechodząc koło stolika, rozpoznał moją twarz, co potwierdził sympatycznym skinięciem głowy. Poruszyło mnie to. Jeśli kelner rozpoznaje mnie w restauracji w kraju, w którym nigdy nie mieszkałem, to jest to co najmniej symboliczne.



Fot. Jaem Prueangwet

Uświadomiłem sobie, że podobnych punktów mam na świecie kilka. Ulubiony optyk w Kuala Lumpur (nie ma sobie równych) plus restauracja Tg’s Nasi Kandar (tamże). Jeden z barów w dzielnicy Itaewon w Seulu. Albo wypożyczalnia rowerów w Melbourne. We wszystkich tych miejscach jestem rozpoznawany przez pracowników z daleka. Należy tu również wspomnieć o niezwykle pomocnych i serdecznych pracownikach naziemnych Qatar Airways w Warszawie.

Częste podróże nauczyły mnie czuć się dobrze w każdym miejscu na świecie. Mimo „kosmopolitycznego” życia miło jest mieć takie miejsca, które można nazwać swoimi, do których z przyjemnością się wraca. Daje to poczucie przynależności, czyli jedną z podstawowych potrzeb człowieka.

Aż miło się robi na duszy. Bardzo miło …

Fot. Jaem Prueangwet

Czy Doha rozpieszcza?

Doha rozpieszcza ludzi, nawet w czasie kryzysu.

– Nie zdążę do fryzjera! – skomentowała przedstawicielka Polonii na wieść o tym, że jej rejs z Doha do Warszawy może lądować z kilkugodzinnym opóźnieniem z powodu blokady przestrzeni powietrznej.

W tym kontekście czuję się upoważniony, by powrócić do tematu rozpieszczania, mimo trwającego od ponad miesiąca „kryzysu”. Temat pojawił się w mojej głowie już przy okazji opisu przygody z lotniskowymi autobusami w Doha. Od dłuższego czasu bowiem obserwuję siebie i innych w Katarze i stwierdzam, że życie nas tutaj rozpieszcza, aż do nieprzyzwoitości.

Myślę, że wiele z tych obserwacji dotyczy również innych krajów nad Zatoką Perską. Wygoda, a czasem nawet i wygodnictwo są tu powszechne. Od wielu lat wszędzie poruszamy się własnymi samochodami, ewentualnie taksówkami. O przemieszczaniu się piechotą, nawet na mniejsze odległości, prawie się nie słyszy, a sugerowanie tego może się skończyć uznaniem za wariata. Taka postawa jest tu tak oczywista i powszechnie akceptowana, że prawie nikt nie kwapi się, by choć poszukać jakiejś wymówki.

Mój przyjaciel od ponad roku jeździ do pracy rowerem lub autobusem – pogoda lub warunki na drodze go nie zniechęcają. Nierzadko ma na sobie elegancką marynarkę … W Kopenhadze, a może nawet i ostatnio w Warszawie, byłoby to zupełnie normalne. Ale nie tutaj. Na jego widok ludzie do dziś otwierają oczy ze zdziwienia, nawet mi się zdarza wpadać w te pułapkę.

– Ten znowu na rowerze. Jeszcze mu się nie znudziło?!

Wśród krytykujących są nie tylko „wygodnisie”, lecz również osoby, które na wakacjach gonią przygodę za przygodą (w tym ja…) i wszelkie niewygody im niestraszne. Tyle, że poza Doha…

Jak to jest, że dopiero w trakcie podróży jesteśmy bardziej skłonni do wychodzenia poza strefę osobistego komfortu i stawiania czoła trudnym sytuacjom i potencjalnym niewygodom? Podróżowanie w nieznane i egzotyczne miejsca to przecież dla ekspatów w Katarze chleb powszedni.

Zwiedzamy obce miasta na piechotę, ewentualnie z pomocą autobusu lub metra (nie znam nikogo, kto by korzystał z taksówek w Paryżu, Londynie czy Tokio). Smażymy się na plaży tu i tam i wcale nie narzekamy, że jest za gorąco … W obliczu trudnych sytuacji podciągamy rękawy i szukamy rozwiązania. Wyszukujemy informacje w Internecie, podpytujemy znajomych lub po prostu prosimy obcych ludzi na ulicy o wskazówki. Większość z nas ma taką umiejętność we krwi.

Jednak gdy przychodzi do rozwiązywania podobnych sytuacji w Katarze nasz repertuar rozwiązań gwałtownie się kurczy. Do dziś nie mogę uwierzyć w to, jak męczyłem się próbując znaleźć informacje o autobusach lotniskowych w Doha (pisałem o tym niedawno). Choć z ostatecznego rozwiązania jestem dumny to nie mogę się nadziwić, że dotarcie do niego zajęło mi kilka tygodni. Ileż to razy w międzyczasie byłem gotowy się poddać?! Ten sam ja, który za granicą szuka każdej sposobności by przejechać się komunikacją miejską i poczuć się jak „lokals”!

Kto by sobie zawracał głowę autobusami w Doha, skoro są taksówki, które są tylko 10-20 razy droższe?! A wystarczyło sięgnąć po telefon i zadzwonić na informację…

Reakcja na moje poprzednie autobusowe wpisy sugeruje, że takich jak ja traktuje się tutaj jak ewenement, trochę jak małpę w zoo (nie twierdzę skądinąd, że tak to nie wygląda). Niektórzy potwierdzają, że słyszeli o innych entuzjastach autobusów podobnych do mnie, lecz na tym zwykle się kończy. Zdaje się to tylko potwierdzać moją tezę o rozpieszczeniu.

Natknąłem się ostatnio na takie stwierdzenie: bogaty kraj to nie taki, w którym biedota porusza się limuzynami, lecz taki, w którym najbogatsi korzystają z komunikacji publicznej. Można nie widzieć w naszym „rozpieszczeniu” niczego złego, ale w tym kontekście jest to co najmniej nurtujące …

Translate »