Koh Rong

Kambodża mnie zauroczyła, wszak nie bez mojego pozwolenia. Wizyta na Koh Rong tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto było poświęcić temu krajowi cały urlop.

Koh Rong to malownicza wyspa, której nie znajdziemy w planach wakacyjnych większości turystów przybywających do Azji Południowo-Wschodniej. Nawet odwiedzający Kambodżę rzadko do niej docierają i na plażową część wakacji wybierają skomercjalizowane Sihanoukville. Tymczasem tylko krótka przeprawa promem na Koh Rong gwarantuje ucieczkę od masowej i nastawionej na tanią rozrywkę turystyki obserwowanej w Sihanoukville właśnie.

W 2013 roku wyspa uznana została przez South East Asia’s Backpacker Magazine za destynację roku. Czy nam się to podoba, czy nie, sekret tym samym został wyjawiony i popularność wyspy będzie od tego momentu tylko rosła, z wszystkimi tego konsekwencjami. Tu porównania do tajskiej wyspy Phuket i jej niepohamowanego rozkwitu w ciągu ostatnich kilku dekad nasuwa się niemal samoistnie. A wraz z nimi obawy o to, jak Koh Rong poradzi sobie z zapewnieniem zrównoważonego rozwoju …



Koh Rong to m.in. wiele plaż (autorzy przewodników doliczyli się dwudziestu trzech!), w tym siedmiokilometrowa Long Beach, uznana za jedną z najpiękniejszych na świecie. Droga do niej z przystani promowej prowadzi przez dżunglę i obecnie nie ma przy niej żadnego hotelu czy baru. Nieprawdopodobne?! Gdy po godzinie marszu do niej dotarłem, zastałem całkowitą pustkę. Szum fal, biały piasek, lazurowa woda, kraby, komary i ja.

Samotność stała się tematem przewodnim mojego pobytu na Koh Rong. Choć samotny do końca nie byłem – drewnianą chatkę dzieliłem m.in. z gekonem, który o swojej obecności przypominał mi w środku nocy swoim nawoływaniem – długo zajęło mi zidentyfikowanie źródła tego unikalnego odgłosu – współlokator skrywał się w szczelinie pomiędzy deskami, tuż nad moją głową.



Tree House Bungalows to dość mały ośrodek na skraju najpopularniejszej plaży, nieco na „odludziu”, schowany w lesie, z bezpośrednim dostępem do własnej plaży. Tak można by to opisać w folderze dla turystów. Dla tych, którzy odwiedzili Koh Rong, wszystkie te zalety wydałyby się oczywiste …

Mój domek miał cudowną werandę z hamakiem i fotelami. Od komarów strzegły mnie co wieczór kadzidła. Energia elektryczna w ośrodku była, owszem, ale tylko między 18 a 23. Nie było to dla mnie żadnym problemem – moja podróż była w swej naturze unplugged. Udowodniłem sobie przy okazji, że potrafię żyć bez internetu (przynajmniej przez kilka dni…)

Co oznacza brak prądu w praktyce przekonałem się wracając z wieczornego spaceru – gdy wchodziłem do ośrodka ścieżkę przez las oświetlały małe latarnie. Gdy byłem już w połowie drogi do mojego domku, wszystkie światła w ośrodku nagle zgasły. Pierwszy raz od dawna zobaczyłem ciemność. Ale banał! Zrozumiałem, że wybiła właśnie dwudziesta trzecia… Trywialne z założenia trafienie do własnego łóżka, po tylko jednym piwku do kolacji, okazało się przygodą samą w sobie …

Miał być luz i odpoczynek – ten plan udał się na sto procent. Dobra książka. Długopis. Dobre towarzystwo dokoła (gekony, jaszczurki, różne owady). Czegóż chcieć więcej?

Polecam Kambodżę, wraz z wyspą Koh Rong! I polecam taki sposób podróżowania – niby poza głównym nurtem, choć czy to w ogóle dziś jeszcze możliwe? 







Czego nie robiłem w Kambodży

Dziwna to była wyprawa. Czego ja w Kambodży nie robiłem?!

Nie zaliczyłem ani jednej z dziesięciu największych atrakcji turystycznych tego kraju. Nie straciłem połowy cennego urlopu na wycieczkę do Siem Reap po to tylko, by zobaczyć świątynie Angkor Wat. W Phnom Penh, gdzie wylądowałem, nie skusiły mnie lokalne biura podróży, oferujące wycieczki na Pola Śmierci. Ominąłem nawet Foreign Correspondent Club w samym sercu miasta – lokal ponoć kultowy, choć wydaje się, że teraz już głównie na fali popularności podtrzymywanej przez Lonely Planet.

Stawiać tym wszystkim ofertom musiałem nieraz czynny opór! Wielu znajomych i przypadkowo napotkanych osób pytało jak to w ogóle możliwe, aby człowiek odwiedzał Kambodżę i pominął Angkor Wat i Pola Śmierci? Świadomie?! Skandal jakiś!

Co zatem na 9-dniowym urlopie w Kambodży robiłem?

Pozwalałem Kambodży, aby mnie zauroczyła. Chłonąłem każdą chwilę, każdy dzień.

A konkretniej? Odwiedzałem przyjaciół, poznawałem nowych ludzi. Przy okazji couchsurfingu obserwowałem, w jak nietypowych dla mnie warunkach niektórzy mieszkają i uczyłem się do nich adaptować. Doceniałem bezinteresowną gościnność. Czytałem poradnik, którego okładka obiecywała poprawę jakości życia. Dzień po dniu, rozdział po rozdziale, wprowadzałem te porady w życie.

Jeździłem rowerem pośród pól ryżowych. Znajomi z couchsurfingu zabrali mnie na jedną z ulubionych tras. Po drodze, na wioskach, spotykaliśmy dzieci, które na nasz widok wołały ‘hello’, a niektóre popisywały się tańcząc ‘gangnam style’. Wydostanie się rowerem z miasta w stronę pól ryżowych wymagało nie lada odwagi, uwagi i koordynacji ruchowej – pierwszy raz w życiu jeździłem na dwóch kołach po chaotycznych ulicach (i autostradach) Azji. Na początku było trochę stresu, ale w sumie okazało się to banalne. Bardzo płynny okazał się dla mnie ten uliczny chaos.

W czasie całego pobytu wystawiałem twarz i do słońca, i do deszczu. Była to akurat pora deszczowa i po raz pierwszy od bardzo dawna miałem okazję porządnie zmoknąć – jak się żyje od kilku lat na pustyni, to jest to niezła rozrywka! Ulewy, która złapała nas na rowerach na środku autostrady, długo nie zapomnę…

Żywność w Kambodży to interesujący temat – rolnictwo jest tam do dziś uprawiane w tradycyjny sposób, w związku z czym tutejsze świeże warzywa i owoce w innych miejscach na świecie wpadłyby w kategorie organicznych. Poza browarnictwem praktycznie nie istnieje tu przemysł spożywczy!

To chyba oczywiste, że codziennie raczyłem się pysznym khmerskim jedzeniem, zwłaszcza sałatkami z organicznych składników. Mniej oczywiste jest to, że przy kilku okazjach, skuszony przez przyjaciół, stołowałem się w wykwintnych restauracjach, których szefowie kuchni mają (lub mieli?) na koncie gwiazdki Michelina. Oczywiście z szerokim wyborem win do kolacji – Nederburg Pinotage z RPA to moje osobiste odkrycie z Kambodży właśnie. Fine dining w najlepszym wydaniu – za rozsądną cenę. Kto przyjeżdżający do Kambodży by się tego spodziewał?

Na koniec udałem się na Koh Rong, malowniczą wyspę, o której słyszeli nieliczni. Napiszę o tym już wkrótce.

Zdjęcia jak zwykle na picasa.

Nietypowo

Z testu osobowości, który sobie ostatnio zafundowałem wynikło, że nie lubię mieścić się w standardowych ramach.

[…] ten typ osobowości stanowi jedynie 3 proc. populacji, co jest dobrą wiadomością dla jego przedstawicieli, gdyż nic nie odbiera im radości tak bardzo, jak stwierdzenie, że są „pospolici”.

Niby zdawałem sobie z tego sprawę, jednak trafność tej diagnozy mnie uderzyła. I niech to będzie wstępem do relacji z kolejnej wycieczki, którą właśnie opisuję. Jak się okazuje – dość niestandardowej relacji z dość niestandardowej wycieczki, bo napiszę o tym, czego nie zrobiłem…

Zapraszam już wkrótce.



Kawka i kociaki 2.0

W Chiang Mai, mieście na północy Tajlandii, smakosze kawy mają w czym wybierać. Kawa jest znakomitej jakości, a personel nierzadko szkolony w samej Australii. Lokale konkurują ze sobą nie tylko kawą i ofertą kulinarną, lecz również nastrojem i wystrojem. Jedna z kawiarni wyróżnia się w szczególności.

Nie chodzi co prawda o Hello Kitty Cafe, jak w Seulu, jednak wielbiciele kotów wszelkiej maści nie powinni narzekać…



Żeby wejść do Catmosphere należy założyć przygotowane dla gości kapcie, dokładnie umyć ręce, a na koniec nałożyć żel przeciwbakteryjny. Siada się na podłodze na poduszkach. A pośród nas … koty na wybiegu. Żywe koty!



Na plakacie reklamowym spoglądało na mnie siedemnaście kocich mordek, lecz nie wszystkie dało się wokół zauważyć. Już w drzwiach widziałem, jak większość z nich była tak boleśnie leniwa i zaczynałem żałować, że dałem się skusić na taką kawowo-kocią ekstrawagancję.

Jak tylko zająłem miejsce, żal zastąpiło zaskoczenie – bez zawahania weszła na mnie Yoda i wyciągnęła szyję, jakby oczekiwała buziaka na przywitanie. Jej życie najwyraźniej nabrało sensu – w końcu bez zobowiązań mogła przyjemnie poleżeć na moim brzuchu. Co za kot!

 

Pozostałe koty nawet nie zauważyły obecności gości. Dopiero po podaniu wody jeden rudzielec po cichu skradł się, wskoczył na stolik i zaczął pić ze szklanki. Wnet zrozumiałem adnotację w karcie menu, że właściciel nie ponosi odpowiedzialności … za napoje nadpite przez zwierzaki. Myślę, że prawdziwych kociarzy i kociarki to i tak nie odstraszy przed odwiedzeniem kawiarni Catmosphere?

Gdy w końcu obsługa podała kawę, ze środka kubka spoglądał na mnie koci wzór ze spienionego mleka. Czy mogło być inaczej?

 





Zakwitły wiśnie

Na wiosnę do Japonii zjeżdżają istne tłumy, a magnesem są kwitnące wiśnie.

Jak to wygląda w praktyce?

Loty są przepełnione, że szpilki się nie wciśnie, chyba, że ma się tyle szczęścia, co ja.

Hotele są przepełnione, na kilka dni przed podróżą o wolny pokój bardzo trudno, do wyboru są jakieś resztki w horrendalnych cenach. Chyba, że ma się tyle odwagi, co ja i wybiera się z oferty airbnb miejsce na podłodze w przyjaznym domu (polecam Blendia). W tym gorącym okresie kosztowało to ponad dwadzieścia razy mniej niż ostatni pokój w najtańszym hotelu na obrzeżach miasta.

Wreszcie – przepełnione są parki. Na przykład olbrzymi park Yoyogi w samym centrum Tokio. Tradycyjnie młodzież zalewa wszelkie parki oraz własne gardła i świętuje. Piknik na pikniku, impreza na imprezie, głośna muzyka i morze głów pośród kwitnącej wiśni. Trudno o wolny skrawek ziemi, na którym można by usiąść. Wszystko w środku dnia… Miałem wrażenie, że w powietrzu bardziej było czuć zapach sake i taniego spirytu, niż kwiatów. Sytuacja w parkach jest jednak pod kontrolą, w końcu to Japonia. Zapewniona jest podstawowa infrastruktura imprezowa, czyli kosze na śmieci (a raczej kontenery) oraz toi-toi.



Do żadnej z imprez nie dołączyłem – wszechobecny, głośny amerykański akcent mnie do tego zniechęcił. To było zresztą sporym zaskoczeniem – wśród parkowych imprezowiczów niejako połowę stanowili biali Amerykanie! Jednakże nie potrafiłem sobie odmówić kieliszka czerwonego wina, oczywiście porządnie schłodzonego (!) przez sprzedawcę prowizorycznego stoiska w parku.

Znalazłem w końcu skrawek trawy, na którym dało się wygodnie położyć. Nieopodal na gitarach grała i śpiewała ballady japońska młodzież, w świetle zachodzącego słońca czytałem dobrą książkę. Przewracając kolejne kartki odmierzałem czas pozostały do lotu powrotnego do Kataru.

Weekend w Tokio? – moim zdaniem zawsze warto. Nawet, jeśli oznacza to w sumie ponad 20 godz. w powietrzu.

P.S. Suszi tym razem też nie zabrakło, oczywiście w moim ulubionym „barze z sushi na stojąco”, czyli Uogashi Nihon-Ichi – 元祖立ち喰い寿司 魚がし日本一 渋谷センター街店.



Bliskie spotkania z naturą w Salalah

Lądowanie o czwartej nad ranem, gdziekolwiek na świecie, nie musi należeć do przyjemności. W Salalah, na południowo-zachodnim krańcu Omanu, jest na to sposób.

Jak takie doświadczenie przekuć w coś pozytywnego? Wynająć samochód i prosto z lotniska udać się w okolice Taqah. Następnie w absolutnej ciszy i samotności poczekać na słońce, które wkrótce wzejdzie ponad majestatycznymi klifami. Drzemka w samochodzie nie zaszkodzi, a gdy wreszcie zbudzi nas głód żołądka, można rozkoszować się przywiezionym z domu śniadaniem.

Fot. A. Fritz-Nowojorska

Błogą drzemkę można następnie kontynuować nad basenem w jednym z okolicznych hoteli, nad brzegiem Oceanu Indyjskiego. Gdy udamy się na spacer po okolicznej plaży, zastanie nas zagadka do rozwikłania – dziesiątki, jeśli nie setki, piaskowych kopców, jeden obok drugiego, wzdłuż linii wody. Zaspane oczy zwątpią na ten niezwykły widok – czy to jawa, czy sen? Człowiekowi lata lecą, ale pewnych rzeczy z biologii zwierząt jak nie rozumiał, tak nadal nie rozumie.

Gdy wreszcie zajdzie słońce, grzechem byłoby nie usiąść na tak pięknej plaży i nie skosztować porządnie schłodzonego prosecco.

Fot. A. Fritz-Nowojorska

Na wschód od Mirbat prowadzi niezwykle malownicza droga – poprzez góry do Hadbin (albo Hadbeen) i dalej, wzdłuż błękitnych wód wybrzeża, do miejscowości Hasik. Wedle opinii w internecie, droga ta należy do najbardziej malowniczych na świecie – dwie godziny czystej przyjemności. Widoki istotnie zapierają dech w piersiach, ale doznania najbardziej potęguje fakt, że wokół praktycznie nie ma turystów. Są za to wielbłądy – na plażach i na drodze – podobnie jak turyści, przemierzają ten nadbrzeżny szlak asfaltową drogą, bo na jej skrajach są albo przepaście, albo strome klify, albo plaże. Takie leniwe, nierzadko niezdecydowane grupy wielbłądów nie ułatwiają życia kierowcom – trzeba między nimi delikatnie manewrować slalomem. W międzyczasie przystają, by zajadać się zielonymi i coraz częściej wypłowiałymi już na jesień liśćmi nielicznych drzewek i krzewów.

Droga do Hasik to prawdziwy skarb na turystycznej mapie świata. Tuż za Hasik znajdują się słynne wodospady Natif – w porze monsunu wody na skraju tego klifu nie ma prawa brakować.

Fot. A. Fritz-Nowojorska

W drodze powrotnej obiadek na trawce, która rośnie dzięki temu, że kilka tygodni wcześniej płynęła w tym miejscu rzeka (wadi). Jak to możliwe? – tu kłania się geografia … i biologia, bo w okolicy znowu te kopce na plażach, tym razem już w setkach, albo i tysiącach.

Następny w programie jest „punkt antygrawitacji”. Droga wydaje się lekko wznosić. Zatrzymujemy samochód, wrzucamy na luz i – po chwili- samochód sam zaczyna toczyć się … pod górę! Trudno w to uwierzyć, więc powtarzam próbę. Tym razem z utrudnieniem – ruszam powoli do tyłu, na wstecznym biegu, aby po chwili wrzucić z powrotem na luz.

Samochód wyhamowuje, staje, by po chwili ruszyć do przodu!

Ćwiczenie powtarzamy wielokrotnie, również po ustawieniu samochodu w przeciwnym kierunku. Jaka magiczna siła ciągnie go pod górę? Albo to cud, albo iluzja optyczna! Jakakolwiek byłaby prawda, można się przy tym nieźle bawić! Punkt ten nie jest łatwo znaleźć, zainteresowanym polecam użycie następujących współrzędnych w nawigacji: 17°2’12″N 54°36’46″E.

I wreszcie kulminacja – Salalah słynie z intensywnej zieleni. A wszystko za sprawą monsunu znad Oceanu Indyjskiego, który raz w roku nawiedza ten region. Krajobraz zmienia się wtedy zadziwiająco – kwitnie bujna roślinność, do życia powracają suche przez większą część roku wodospady, a koryta wadi wypełniają się wodą.

Droga do Wadi Darbat prowadzi przez skaliste góry, których zbocza, w miarę zbliżania, przekształcają się w oniemielającą, bujną zieleń. Po drodze mija się stada wielbłądów, beztrosko obcujących z wszechobecną zielenią. Innych zwierząt też nie brakuje, w tym podobno wyjątkowo dokuczliwych komarów, dla których ten unikalny mikroklimat jest rajem. Na szczęście pod koniec sezonu monsunowego bliskie spotkania z tymi insektami są rzadkością.

Fot. A. Fritz-Nowojorska

W drodze powrotnej do Salalah znowu zwierzęcy slalom – tym razem między krowami. Lenie, i to śmierdzące! – można trąbić im nad uchem, a i tak nie zauważą problemu zmniejszonej (do zera) przepustowości drogi. Nie mówiąc już o podjęciu współpracy w celu jego rozwiązania. Obfita trawa tłumaczy powszechność hodowli krów w tej okolicy.

Na deser – bajeczna plaża w Mughsayl. Oddalona od Salalah ok. 40 km, jest jednym z ulubionych miejsc na piknik wśród miejscowych. Nawiasem mówiąc, ogólnodostępna infrastruktura piknikowo-wypoczynkowa w Omanie jest imponująca, zwłaszcza w porównaniu z Katarem.

Plaża w Mughsayl to kilka kilometrów białego piasku, a na obu skrajach wyrastają tu klify. Dzień w dzień, noc w noc, walczą tu ze sobą żywioły – uderzające o klif fale nie poddają się tak łatwo przeszkodzie i przez szpary w skałach znajdują ujście swej energii na szczycie klifu. Nie obywa się bez złowrogiego syczenia. Śmiałkowie tacy, jak ja, rzucili wyzwanie temu wydmuchiwanemu siłą oceanu prysznicowi i wiedzą, że ice bucket challenge się przy nim nie umywa.

To dopiero nazywa się bliskie spotkanie z naturą!

I jak tu wciąż nie wracać do Omanu?

Więcej zdjęć na picasa.

P.S. Przepięknie o regionie Dhofar i okolicach Salalah opowiada niedawny dokument BBC (dostępny obecnie na pokładzie Qatar Airways)

Wesele na Bali

Czy można odrzucić zaproszenie ślubne na Bali? Pewnie i można, ale nie warto, i to bez względu na koszt. Z tego właśnie założenia wyszedłem, gdy ku uciesze całej rodziny pana młodego potwierdzałem swój udział w tym wyjątkowym wydarzeniu. Czy ma znaczenie, że ani pana młodego, ani jego wybranki, w ogóle nie znałem?

Nie byłoby za bardzo o czym pisać, gdyby nie tło wydarzeń. Jak na filmach, tłem ceremonii zaślubin były: bezchmurny horyzont, zachodzące słońce i szum morza; ksiądz stojący tyłem do morza, młoda para przodem do księdza, za nimi elegancko ubrani goście – z wielu zakątków świata oraz przypatrujący się wszystkiemu ciekawscy goście hotelowi – leżący nad basenem w strojach kąpielowych. Tematem przewodnim była purpura, która okazała się całkiem fotogeniczna w tej scenerii.

Rozpisuję się tu o szczegółach scenografii, choć zupełnie nie o takie tło chodziło.

Najbardziej fascynujące było dla mnie to, jak się tam znalazłem i z kim miałem do czynienia.

Fot. Jaem Prueangwet

Po kolei. Rzecz działa się na Bali w Indonezji. Zaproszony zostałem jako przyjaciel rodziny przez brata pana młodego. A konkretniej – Hindusa z Malezji.

Zagadka nr 1: Jakim językiem porozumiewa się ze sobą rodzina pana młodego, na co dzień i od święta?

Odpowiedź do zagadki nr 1: Chińskim mandaryńskim.

Zagadka nr 2: Dlaczego „moja” rodzina Hindusów z Malezji nie porozumiewa się po tamilsku, czyli języku powszechnie używanym przez tę mniejszość?

Odpowiedź (banalna!): Ponieważ młode pokolenie w tej rodzinie tego języka akurat nie zna. Biegle posługuje się jedynie malajskim i angielskim. I chińskim, oczywiście! Ot, taka rodzinka. Wszelkie zarzuty o to, że idą na językową łatwiznę byłyby zatem niestosowne i ostrzegam, że będę takież odpierał własną piersią!

Wśród gości były różne nacje i grupy etniczne, w tym dwie sędziwe chińskie babcie. Wkrótce okazało się, że to one są kluczem do zagadki – jedna z nich jest babcią „z krwi i kości”, a druga – przyjacielem rodziny. Takich etnicznych kombinacji jest w tej części świata sporo, ale dopiero doświadczenie ich z pierwszej ręki uświadamia siłę takich rodzinnych więzów i co może z nich wynikać.

Zagadka nr 3: W jakim jeżyku odbywała się ceremonia zaślubin? Odpowiedź (oczywista dla osób obeznanych z azjatyckimi realiami): w rozumianym przez większość języku angielskim.

Fot. Jaem Prueangwet

Podsumowując – zachwycony jestem ich gościnnością – traktowany byłem jak członek rodziny. Nawet pan młody – mimo, że nie mieliśmy okazji się wcześniej poznać – osobiście troszczył się o dopięcie szczegółów mojej wizyty do ostatniej chwili.

Cieszy mnie i duma rozpiera, że miałem sposobność poznania tak interesującej rodziny. To też kolejny dowód na to, że wspaniale odnajduję się wśród Azjatów.

Fot. Jaem Prueangwet

500 lotów na koncie

Mapa lotów za: flightdiary.net

To było do przewidzenia. Jeśli przez kilka lat samoloty traktuje się jak autobusy i z lotniska bazowego wylatuje się w świat przeciętnie co 16 dni, a w czasie każdej takiej wycieczki odbywa się średnio trzy loty (najmniej dwa, ale czasem aż dziewięć), to prędzej czy później na liczniku lotów pojawi się okrągła liczba i okazja do świętowania. Będzie pomocne, jeśli wszystkie rejsy zapisuje się i zlicza – to nic trudnego, gdy ma się słabość do statystyk, analizy trendów i wykresów.

Liczba lotów i odległość na przestrzeni lat

Panie i Panowie, Rejs MW500: wylądował!

Moi Drodzy, kilka tygodni temu stan licznika moich startów i lądowań przekroczył 500! Okazję tę postanowiłem uczcić na rejsie MW499, bo było na nim i towarzystwo, i szampan (niezastąpiony QR259, DOH-WAW), na co nie mogłem liczyć na faktycznie pięćsetnym rejsie – z Gdańska do Turku, Wizzairem, z wylotem o 6 rano…

Dziś, z nalotem ponad 2 tys. godzin, konstatuję, że latanie może być jak dla niektórych wódeczka: pierwsza setka na rozgrzewkę, a potem to już „się leci”. Jakby to było wczoraj, pamiętam mój setny w życiu lot w czasie urlopu w Indonezji. Potem były tylko kolejne setki, i kolejne…

Więc ile zajmuje mi do takiej setki? To zależy od formy i innych czynników. Przygotowany na tę okazję wykres pokazuje, że piąta setka była zdecydowanie najszybsza (423 dni). Praktyka czyni mistrza?

Ile dni do pierwszej, drugiej, …, piątej setki?

Jak wynika ze statystyk podliczonych przez flightdiary.net, najczęściej i najdalej latałem w roku 2011 (choć w 2013 roku niewiele brakowało by ten wynik doścignąć). Analizy te wzbogacę własnymi obliczeniami – najlepiej będzie porównać z poprzednią statystyką, którą podzieliłem się we wpisie na pięciolecie pobytu w Katarze. Gołym okiem widzę, jak bardzo niektóre wartości od tego czasu się zmieniły.

Częstotliwość wylotów z Doha: 16 dni (było: 19)

Offload (ile razy zabrakło miejsca): 35 (było: 13)

Liczba wycieczek do Polski z Doha: 39 (było: 19)

Najdłuższy pobyt w Doha: 73 dni (bez zmian)

Najkrótszy pobyt w Doha: ok. 12 godzin (bez zmian)

Wojaże z ostatnich dwóch lat znacząco wpłynęły na wieloletnią statystykę – latam coraz częściej i coraz dalej. Uruchomienie bezpośredniego połączenia z Doha do Warszawy w grudniu 2012 r. przyczyniło się również do częstszych wizyt w Polsce, co widać na wykresie. Od tego pamiętnego dnia leciałem do Polski 18 razy – prawie tyle samo razy, co przez poprzedzający okres pięciu lat! Oto najlepszy dowód na to, jak takie bezpośrednie połączenia lotnicze mogą stymulować wzrost popytu.

Na zakończenie zaznaczam, że jeśli trend tegoroczny utrzyma się, to zbiera się na kolejny rekord. Słowem – jestem fit to fly!

Przygodo, trwaj!

Loty od pierwszego do pięćsetnego, w tym loty do Polski (z emigracji)

Las, kawka i kociaki

W ostatni weekend obcowałem z naturą: góry, zielony las, wyśmienita kawa (naturalna!), kotki z lewej, kociaki z prawej, pośrodku przewijały się co chwilę pandy. Te ostatnie przede wszystkim zwizualizowane na gadżetach i np. skarpetkach w niezwykłe wzory, wystawione były na sprzedaż na każdym rogu ulicy.

Znowu spontanicznie, niemalże rok od ostatniej wizyty, udałem się na weekend do Seulu.

Któżby liczył godziny spędzone w powietrzu? Dla mnie to raczej inwestycja! Zwłaszcza, że po dotarciu do celu główną atrakcją był spacer (w klapkach) po parku narodowym Bukhansan – olbrzymim terenie zielonym na obrzeżach miasta, określanym często jako „płuca Seulu”. Wszyscy Koreańczycy, bez wyjątku, lansowali się w profesjonalnym sprzęcie trekkingowym. Klapek w takim miejscu powstydziłby się pewnie każdy, ale nie ja. Pragnienie dotlenienia się i poobcowania z naturą wygrało ten dylemat.

Energię po spacerze przywróciły koreańskie pierożki z wieprzowiną i kiszonką kimczi (Dwaeji Gogi & Kimchi Mandu).

Na deser … KOT! A raczej kotka, Hello Kitty – tak popularna w tej części świata, że doczekała się własnej sieci kawiarni. Zabrakło mi wymówek, więc postanowiłem sprawdzić co Hello Kitty Cafe ma w ofercie. Jak można się domyślać, dominują słodkości w kształcie tytułowej kotki, opatrzone – nie inaczej – charakterystyczną wstążką. I wszechobecny róż.

To teraz na przyszłość mam już wymówkę – zaliczyłem w życiu wizytę w Hello Kitty Cafe i drugi raz wybierać się tam nie muszę. Chyba, że w tak dobrym towarzystwie, jak ostatnio, eh …

 

Hello Kitty Cafe w Seulu (Hongik University)

 

Latte art Hello Kitty, Rare Cheesecake Hello Kitty i … stół Hello Kitty



Bye bye Kitty, Hello … Halloween!

Déjà vu jak bumerang

QR901 / Perth-Doha

W trakcie lotu podchodzi do mnie stewardesa, wyraźnie zakłopotana, lecz dociekliwa.

– Bardzo pana przepraszam, ale mam wrażenie, że już kiedyś razem lecieliśmy.

Uśmiechnąłem się. Rozumiem, że dla osoby w jej fachu zapamiętanie który pasażer, dokąd i kiedy leciał bywa niemożliwe. Pełen zrozumienia i z pewnością w głosie wypalam:

– Zgadza się. Wczoraj, w przeciwnym kierunku, czyli z Doha do Perth. Siedziałem tam z tyłu, po lewej stronie pod oknem.

Na jej twarzy zarysowuje się chwilowy uśmiech, nieśmiały i nieco skrępowany, z którego wyczytuję, że bierze mnie za żartownisia (”przecież to byłoby bez sensu!”). Po chwili jednak powraca zakłopotanie. Najwyraźniej chęć rozwikłania zagadki tego niezwykłego déjà vu jest w niej silniejsza, więc drąży temat dalej:

– Hm. Może do Dżakarty? Około miesiąc temu? Tak, tak, to musiała być Dżakarta!

– To byłoby niemożliwe, bo nigdy w Dżakarcie nie byłem. Ale wczoraj, w drodze do Perth, jak najbardziej – zgodnie z prawdą powtarzam się.

Cisza. Widzę, że z uporem skanuje w pamięci pasażerów napotkanych miesiąc temu. Co za udręka! Wiara w to, że ktoś zdobyłby się na jednodniową wycieczkę do Australii jest dla niej trudniejsza niż odtworzenie w pamięci twarzy pasażerów rejsu do Dżakarty sprzed miesiąca! W końcu dziewczyna poddaje się:

– Cóż, przepraszam, że zajęłam panu czas. Przyjemnego lotu życzę.

Odchodzi, bo najwyraźniej nie ma pomysłu jak kontynuować tę dyskusję. Wygląda na to, że jeszcze bardziej upewniła się w przekonaniu, że jestem jakimś kiepskim żartownisiem. Wariatka?

A może to ja jestem wariatem? Któż o zdrowych zmysłach leciałby do Australii na weekend, na jedną noc, jak bumerang? Z tą samą załogą w obie strony, a więc z pobytem na miejscu tak krótkim, jak prawnie wymagany odpoczynek dla pilotów i stewardes!?

Fot. A. Fritz-Nowojorska

Translate »