Farelka się przydaje

 

Powiedziałbym nawet, że nareszcie. W momencie, gdy ją zdobywałem (a było to w samym środku lata) nawet ja nie wierzyłem, że kiedyś jej tutaj użyję.

Istotnie – temperatury w Doha spadły tak bardzo w ostatnim czasie, że spokojnie można ogłosić wszem i wobec, że zima przyszła. Prawdziwa zima – ludzie zaczęli nosić szaliki, chusty, kozaki i inne buty do kolan, kurtki, płaszcze. Rękawiczek jeszcze nie widziałem. Do prawdziwej zimy tylko śniegu brakuje, ale tego to w tym roku nawet w Polsce nie ma, więc luzik.

 

Ja i moja farelka

 

Tak więc w dzień mamy około 20 st., ale chłodny wiatr powoduje, że jest nieprzyjemnie i chłodniej niż wskazuje termometr. W nocy teoretycznie 12/15 st., ale znów ten porywisty wiatr. Wiosenna kurtka na t-shirta to za mało, sam polar też nie wystarczy, wychodzi więc na to, że trzeba mieć na sobie i polar, i kurtkę, czyli dokładnie ten sam zestaw, który miałem na sobie gdy wylatywałem ostatnio z Polski (a temperatury były wtedy o 20 st. niższe).

Żeby było ciekawiej, mój samochód też źle to wszystko znosi – z rana nie włącza się od razu po przekręceniu kluczyka, lecz trzeba trochę odczekać. A jak już się włączy, to ledwo jedzie, bo silnik jest tak schłodzony, że jego rozgrzanie zajmuje więcej niż moja droga z domu do pracy. Na domiar złego, żeby nie zmarznąć w czasie prowadzenia muszę sobie ogrzewanie włączyć.

To jakieś oszustwo w ogóle – przecież ja nie przyjechałem na pustynię, żeby się dogrzewać we własnym samochodzie!! Muszę jakąś reklamację złożyć, tylko do kogo?

Pierwszy taki Sylwester

Wcale nie na pustyni (błędowskiej czy jakiejkolwiek innej). Wychodzi nawet na to, że bez kropli alkoholu. Z wyboru!!! Tak o! powiedziałby niejeden białostoczanin.

Więc jak się bawiliśmy? Wybornie wręcz. Zgodnie z zasadą, że ta jedyna noc w roku ma być wyjątkowa i niezapomniana. I była – wyjątkową była w skali – rzekłbym – życiowej. Zestaw podstawowy czyli szisza plus sok z cytryny z siekaną miętą (zestaw na upalne wieczory, ale zimą też wchodzi).

Szisze, dużo szisz

Potem krótki spacerek po dohowym starym mieście, tłumek zmarzniętych Arabów też spacerował całkowicie ignorując fakt, że 2008 już za chwil kilka

… z pobliskiej restauracji marokańskiej słychać …

… Sitta – Hamsa – Arba’a …

W tym momencie orientujemy się, że to właśnie jest końcowe odliczanie przed północą i że zostało tego odliczania mniej niż więcej …

 

… Thalatha – Ithnain – Wahad …

 

BOOOM!!!! HURRRAAA!!!!!!!!

 

Skłamałbym, gdybym napisał, że okrzyki ludzi na ulicy nie miały końca – niektórzy jak się przechadzali, tak się przechadzali dalej. Tak o! W restauracji zaczęli z kolei śpiewać ‘Happy birthday’.

shawerma sprzed roku

Tymczasem my wzięliśmy nasze ledwo ciepłe szałarmy kupione rok wcześniej i się nimi stuknęliśmy. Obyło się bez szampana. I bez wiecznie żywego przeboju „Final countdown” Europe. I bez bólu głowy.

Jakoś tak się złożyło (czy to naprawdę przypadek?!), że oferta atrakcji sylwestrowych w Katarze była dość uboga – trudno jest wybierać między kolacją w Sheratonie i imprezą w przepełnionym klubie, do którego chodzi się prawie co tydzień, zwłaszcza przy założeniu, że nie pijemy. No właśnie, o co chodzi?

 

Nowy Rok nie jest w Katarze dniem wolnym od pracy. Arabowie z założenia nie piją alkoholu, nie świętują też jakoś szczególnie nadejścia nowego roku (przynajmniej tego liczonego w kalendarzu zachodnich cywilizacji), a nawet jeśli świętują, to na trzeźwo. Dzień wolny po takim świętowaniu jest zatem niepotrzebny. Większość znajomych zaczynało pracę o siódmej rano, dość wcześnie jak na Nowy Rok, więc imprezy były odpowiednio krótkie. Dodatkowo starzy wyjadacze z Qatar Airways (tj. tacy, którzy legitymują się trzy- lub czterocyfrowymi numerami identyfikatorów) ostrzegli przed piciem w tę jedyną noc w roku, bo rano – jak zdarzało się w poprzednich latach – przy wejściu do biura należy się spodziewać (i bać zarazem) kontroli oddechu. Tak o! Luzik. Żadnej kontroli oczywiście nie było, ale nikt nie chciał ryzykować.

Nowe miejsca, nowi ludzie, nowe doświadczenia. Któżby się domyślił, że szałarma może smakować równie dobrze jak noworoczny szampan tudzież napój winny gazowany. Kto by pomyślał, że opisana powyżej historia może być prawdziwa?

Było super. Dzięki ziomom, oczywiście 🙂

Wszystkim znajomym i nieznajomym życzę szczęśliwego nowego roku!

Płacić za pozwolenie na wyjazd z Kataru

Z koniecznością uzyskania tzw. exit permit przy każdorazowym opuszczaniu kraju już chyba wszyscy ekspaci w Katarze się pogodzili. Wymóg beznadziejny w swej naturze, dotyczący rezydentów takich, jak ja, łamiący podstawowe prawa człowieka. Ostatnio pojawiały się nawet plotki, że w najbliższym czasie zostanie to zniesione wzorem innych państw w regionie oraz pod naciskiem organizacji międzynarodowych. Do tej pory dało się do tego przyzwyczaić, wypełnienie aplikacji zajmowało pięć minut, potem pół dnia czekania i odbierało się takie pozwolenie wystawione przez pracodawcę (jako sponsora pobytu w Katarze). Proces dosyć sprawny gdyby zapomnieć, że odnalezienie wydrukowanego i podpisanego papierka przeznaczonego dla mnie (dla innych zresztą też) stanowiło czasem dla pracowników w owym dziale HR duży problem (nie poznali jeszcze pojęcia układania stosów papierów według alfabetu tudzież wedle innych kryteriów… ) Dla ułatwienia procedur ledwo kilka miesięcy temu wprowadzono nawet elektroniczne exit permit, które po wypełnieniu aplikacji i akceptacji ze strony pracodawcy trafiało do komputera celnika. Rewelacja. Albo wręcz zło konieczne dopracowane do perfekcji. Sęk w tym, że system siadł i wrócili do wersji papierowej.

I dokąd to wszystko prowadzi?

Tym razem urzędnicy tutejszego MSW przeszli już samych siebie. Wprowadzono opłatę za każdorazowe wystawienie exit permit w wysokości 10 rijali, choć do tej pory nic to nie kosztowało.

I tu przechodzimy do sedna sprawy. Konieczność uzyskania pozwolenia na wyjazd z kraju jest nam narzucona przez państwo, w związku z tym państwo to powinno się liczyć z kosztami takiej biurokracji. A nie przerzucać je na niewinnych ludzi, rękami których to państwo się rozwija. Tylko ich rękami, bo przecież nie rękami rdzennych mieszkańców.

Na razie nie zostało określone, kto będzie ponosił koszt wydania pozwolenia – do tej pory wszelkie koszty związane z wizą itp. ponosił pracodawca. Myślę, że ludzie już niedługo się zbuntują, nie chodzi bowiem o koszt tych dziesięciu rijali (równowartość ok. 7 PLN), ale o sam fakt – aby wyjechać z Kataru trzeba zapłacić ministerstwu za to, że mój pracodawca wyda zgodę na mój wyjazd z kraju na weekend (po stronie ministerstwa nie ma żadnych kosztów, to pracodawca w istocie zatrudnia całą armię ludzi do przerzucania tych papierów – cały jeden dział zajmuje się tymi sprawami – naprawdę!).

Paranoja. XXI wiek. Bliski Wschód. Pustynia. Komuś chyba ekspozycja na słońce szkodzi. Więcej komentarzy nie potrzeba.

Turysci w Katarze

Przemysl turystyczny w Katarze niedawno bardzo adekwatnie podsumowano jednym zdaniem:

If there is a tourist in Qatar, he must have missed his connecting flight.

Dopatrywalbym sie tu nieskromnie odniesienia do roli Qatar Airways jako przewoznika sieciowego oferujacego loty np. z Europy na Daleki Wschod (np. Bali Denpasar, och, ach!) z przesiadka w Doha. Odsetek pasazerow ktorzy po wyladowaniu w Doha nie przesiadaja sie do kolejnego samolotu jest wrecz fenomenalny w skali swiatowej – widac to najlepiej po dlugosci (krotkosci raczej) kolejki do odprawy paszportowej dla osob wjezdzajacych do Kataru w porownaniu do kolejek do stanowisk transferowych dla lecacych dalej. Obserwacja amatorska wskazuje, ze na kazdym locie (np. z Europy) takich nieprzesiadajacyh sie jest nie wiecej niz kilkanascie osob. Az milo stawac do tej krotszej kolejki 🙂

Mimo to tutejsze wladze twierdza, ze turystyka w Katarze kwitnie.

Wspomnienie Indii

Prawie wszystko w Indiach jest duze i wysokie.

Grobowiec kogos waznego w dzisiejszym parku - Delhi

 

Bezpanskie psy wyleguja wszedzie. Byle na sloncu.
Psy w Delhi
Sprzedawcy wszystkiego, co reka uniesie probuja sprzedac to Tobie i innym. Bezskutecznie.
Uliczny sprzedawca wszystkiego

Krowy bladza wsrod ulicznych straganow miasta stolecznego New Delhi.

Swieta krowa w New Delhi

 

Ruch uliczny przyprawia o zawrot glowy, a czasami nawet o zawal serca.

Ruch uliczny w DEL - pieszy nie ma zadnych szans

 

Riksze – do wyboru do koloru. Kroluja nad przymalymi taksowkami. W czasie jazdy mozna w nich troche zmarznac – zwlaszcza podczas grudniowej nocy.

Rzad rikszy przy dworcu kolejowym w New Delhi

 

O! Tu jestem! W NEW DELHI!!!!

 

Od czegos trzeba bylo zaczac – ja zaczalem od New Delhi. Prawdziwy obrazek Indii mozna zobaczyc na prowincji, ale to juz chyba innym razem.

Weekend w DEL

Ostatnio mało piszę, bo bez dostępu do komputera nie jest to łatwe. Komputer oddałem do naprawy – w Polsce, a to oznacza, że już niedługo będę musiał po niego do Polski pojechać. Inszalla stanie się to na święta.

Tymczasem pisze skąd popadnie. Teraz mam dostęp do netu dzięki uprzejmości BORowikow pracujących w ambasadzie polskiej w Delhi. New Delhi. I szanownego kolegi Tchórzesa.

Tak, czas spontanicznych podróży właśnie się zaczął. No własnie, jestem w Indiach. Tych prawdziwych, tylko na dwa dni, ale dobre i to. Pierwsze wnioski są takie, że jutrzejszy powrót do Kataru uznaję za powrót do … cywilizacji. Do tej pory Katar wydawał mi sie takimi małymi Indiami, a od wczoraj miałem okazję przekonać się, że do Indii to mu jeszcze dużo brakuje.

Wniosek wysuwam tylko po krótkiej wizycie w mieście stołecznym, które jest podobno bardzo nowoczesne, a prawdziwego szoku turysta może dostać wyjeżdżając na prowincję. Przeżywanie takiego szoku odkładam na inny raz. Wszak weekend się kończy i trzeba by polecieć do pracy.

Fotki zapodam następnym razem (niestety nie wiem kiedy, znowu, ten brak komputra… przepraszam).

Nad Menem, nad Wisla

Przyjazd do Polski, choćby na kilka dni – byl bardzo mi potrzebny. Naładowanie baterii, chwila oddechu od pracy, która ostatnio jest niestety coraz bardziej stresująca, itd. Teraz juz wracam do codzienności – oczywiście nie jest latwo, ale przyjazna człowiekowi pogoda w Doha mnie znowu mobilizuje.
A w Europie? Teraz czas na … wspomnienia. W Europie dziwnie jakos. Tak dziwnie się czulem, nieswojo trochę – najwyraźniej zdazylem się juz odzwyczaić od tej normalności. Juz sam lot do FRA Lufthansa byl jakiś taki nietypowy – na pokładzie praktycznie sami biali, nikt się nie przepychał przy wejściu, nie bylo rowniez slychac dzwoniacych komórek na pokładzie – w ogóle!!! (na pokładach QR to niestety absolutna norma).
Dużym zaskoczeniem byl dla mnie widok ludzi w płaszczach, kurtkach, kozakach, itp. – tacy 'z innej planety’ zaczęli się pojawiać przed moimi oczyma juz na lotnisku w Frankfurcie. Szczerze mowiac nie moglem przyjac tego do wiadomości przez dobrych kilkanaście minut. Od niskich temperatur się odzwyczaiłem (bo marznę przy 25 stopniach), ale nie sadziłem ze noszenie przez ludzi czegoś więcej niz bluzka z krótkim lub nawet długim rękawem zniknie tak szybko nawet z mojej (bujnej 🙂 wyobraźni.
Definitywnie muszę takie podroze do cywilizacji odbywać czesciej, ale niekoniecznie do Polski za każdym razem.
Byle byla wieprzowinka, o, na przykład taka, która delektowałem się w ostatni wtorek w Lolku… Ehhh, zjadłbym sobie jeszcze raz cos takiego.
Niezapomniana kielba w Lolku
Uwaga znajomi rozjechani po całym swiecie! Kto chce żebym Was odwiedził w ktorys weekend?

Z ziemi katarskiej do Polski

ETD (estimated time of departure) ex DOH– piątek 23 listopada, 00:25LT

Pre-start check. Walizka – jest! (w tę stronę prawie pusta).

Bilety – są! – dużo ich, w sumie musiałem kupić ich dziesięć – tak na wszelki wypadek, bo do ostatniej chwili nie wiem jak polecę.

Pozwolenie na start – jest! – ‘exit permit’ wystawione przez pracodawcę odebrałem w ostatniej chwili (uff!!), a bez tego dokumentu nie można opuścić tego pięknego kraju.

Prognoza pogody na lotnisku docelowym? Sprawdzona – cały czas poszukuję chętnych, którzy mi dowiozą kurtkę zimową na lotnisko. I jakieś buty, choćby kalosze.

Pasy? – zapięte.

No to lecimy! Let’s fly! Jal-lan tir!

 

On a way to FRA

 

Najpierw czterema gwiazdkami, a potem przesiadka do trzech gwiazdek. Jak wszystko pójdzie sprawnie równo po dwunastu godzinach powinienem stanąć na ziemi polskiej.

Na śniadanie oczywiście jajecznica na bekonie (już zamówiona). Na obiad knedle ze śliwkami. Drugiego dnia schabowe. Następnego pewnie gołąbki. Tak, wiem, w planowaniu jestem całkiem dobry…

W planie, poza jedzeniem, jest również picie – polskiego piwa oczywiście. Od piątku w Gdyni (na plaży chyba trochę zimno…), a we wtorek w Warszawie (wieczorem mam nadzieję zobaczyć się z Państwem na Polu Mokotowskim).

To będzie dla mnie również odpoczynek od bloga – chyba mi się należy!?! Następny wpis po powrocie na pustynię, czyli za tydzień. Też sobie ode mnie odpocznijcie…

Mgła paraliżuje

Paraliżuje miasto na pustyni. Miasto stołeczne Doha.

Przyznam, że było to dość zaskakujące zobaczyć coś niby tak normalnego (jak na europejskie warunki) w miejscu, w którym od sześciu miesięcy nie dało się zauważyć ani jednej chmurki. Poniżej zdjęcie z innego bloga uchwycone w ostatnią niedzielę rano, gdy mgła już ustępowała.

Mgła w Doha - West Bay area


Pierwsza mgła poranna w tym sezonie (ma ich być podobno więcej w czasie 'zimy’), wszyscy w drodze do pracy, więc paraliż komunikacyjny był nieunikniony – to chyba oczywiste. Ciekawe, że większość kierowców nie wpadła na to, żeby włączyć światła przy tych warunkach pogodowych… Brak słów! (nic dziwnego, wielu kierowców nie włącza tu świateł nawet w nocy).

Wielki Brat patrzy

W Warszawie na Mysiej był kiedyś taki fajny urząd – cenzurą zwany. Myślicie zapewne, że wszyscy cenzorzy wyginęli, albo i zostali zmuszeni przez życie do przeniesienia się ze stołkiem do Chińskiej Republiki Ludowej? Otóż nic bardziej mylnego – w Katarze cenzura ma się bardzo dobrze. Pracy dla cenzorów jest jednak na pewno mniej niż kiedyś, bo przyszła automatyzacja. Ot, na przykład taka.

Wielki brat patrzy - blokada joemonstera w Katarze

Zaskakujące? Zadziwiające? A może wkurzające?? Frustrujące? Wyobraźcie sobie, jakie inne słowa przychodzą mi na język, gdy mi to wyskakuje. I wcale nie poszukuję pornosów… Komu odebrało mowę niech się wypowie!

Bardzo dużo stron jest zablokowanych, a popularny w Polsce – całkiem niewinny przecież – joemonster jest tylko jedną z wielu.

Niedawno jeszcze wielu Polaków narzekało na Kaczy-państwo i ślepą walkę z teletubisiem-niby-gejem i słusznymi czy nie atakami Bliźniaków na media, ale jak to porównać do całkowitej blokady takich stron jak joemonster w Katarze?

Następnym razem, gdy któreś z Was będzie podsyłać mi link do jakiegoś śmiesznego filmiku itp. to – błagam – dwa razy się zastanówcie, czy ja będę go mógł zobaczyć. No chyba, że niskim kosztem chcecie wyprowadzić mnie z równowagi. Jeśli tak, to proszę bardzo…. Czekam!

Translate »