Fifa dali jej na imię

Nayef Shayhan al-Shammary, dumna obywatelka Kataru, nadała swojej nowonarodzonej córcę imię Fifa. Chciała w ten sposób uczcić przyznanie swojej ukochanej ojczyźnie przez Fédération Internationale de Football Association praw do organizacji mundialu w 2022 roku. Początkowo rodzice planowali nazwać ją Dana, ale wieczorem 2 grudnia zmienili zdanie. Dziewczynka urodziła się w dniu i godzinie ogłoszenia tej radosnej i chwalebnej dla całego Kataru wiadomości.

Historia doprawdy wzruszająca! Podobny nastrój zapanował ostatnio we wszystkich katarskich gazetach, a nawet w centrach handlowych i na ulicach – kulminacją będą obchody święta narodowego w najbliższą sobotę 18 grudnia. Będzie m.in. parada wojskowa, pokazy sztucznych ogni i palenie opon na korniszu przez landcruzery!

Mundial w Katarze 2022

A jednak się udało! O tym, że FIFA przyznała Katarowi prawo do organizacji piłkarskich mistrzostw świata każdy już słyszał. Pozostaje mi krótkie podsumowanie wątku, który pojawiał się tu już wcześniej (Expect amazing, Chłodzenie słońcem oraz Qatar 2022).

Opinie na temat decyzji FIFA bywają oczywiście sprzeczne – tak było nawet przed jej ogłoszeniem. Warto tu jednak podkreślić, że w samym Katarze nie brakowało sceptyków – zarówno pośród rodzonych Katarczyków, jak i ekspatów. Ze zrozumiałych względów Doha oszalała po głosowaniu FIFA. Mimo, że sceptycy pozostali tamtego wieczoru w domach (zakładam, że tak właśnie było), na ulice wyszły tysiące ludzi, zwłaszcza na kornisz, który został podobno całkowicie zablokowany samochodami.

Oto spełnia się jedno z najśmielszych marzeń katarskiego emira. Czy się to komuś podoba czy nie, przed Katarem wielki prestiż, ale i także olbrzymie wyzwanie. Jestem pewny, że sobie z nim poradzą – zwłaszcza przy wykorzystaniu rąk zachodnich specjalistów, którzy zostaną sprowadzeni do pomocy w planowaniu i organizacji tego olbrzymiego przedsięwzięcia. Zamiast nazywać katarski mundial piłkarskim żartem wszechczasów, może warto zastanowić się jakie szanse stoją w związku z tym przed nami. Architekci, inżynierowie, specjaliści wszelkiej maści z całego świata – miejcie oczy szeroko otwarte! Możliwości zatrudnienia przy tak olbrzymim projekcie będą w zasadzie nieskończone, podobnie jak jego budżet. Na to chyba nie można narzekać!

Katar 2022. Zadziwisz się! Expect amazing!

Weekend w Goa

Goa to bodaj jedyne miejsce w Indiach, w którym można natrafić na mieszkańców Zachodu spędzających miesiąc miodowy. Plaże Goa w szczycie sezonu zaludniają się całkowicie turystami o białej karnacji. Wśród nich nie brakuje również hipisów – gandzię (notabene słowo to jest zapożyczeniem z języka hindi) proponują tu na każdym kroku. W Polsce Goa wydaje się być propozycją dla zamożnych – ceny pakietów wakacyjnych kosztują nierzadko drożej niż wakacje w Kenii lub na Bali.

Goa to swego rodzaju państwo w państwie. O tym, że każdy stan w Indiach ma swój charakter, nikt nie zamierza się tu spierać, odnoszę jednak wrażenie, że Goa stoi niejako z boku, albo i ponadto. Hindusi urodzeni i wychowani w Goa, których znam, często podkreślają swoje pochodzenie (przy przedstawianiu się – obok lub wręcz zamiast nazwy kraju – podają nazwę tego stanu; fenomen, który wnikliwi obserwatorzy zauważą jeszcze co najwyżej pośród niektórych Hindusów z Kerali).

Plaża w Baga, Goa

Goa szczyci się swoistą odrębnością jeśli chodzi o architekturę, historię, religię, tradycje, jak też mentalność mieszkańców. A to wszystko w sumie wpływa na jej niezwykłą popularność w Indiach i za granicą. W ciągu zaledwie dwu dni naszego pobytu zauważyliśmy swego rodzaju pozytywne nastawienie do świata, jak i ludzi. Sposób, w jaki zwracali się do nas kelnerzy w restauracji nie zgadzał się ze stereotypem, do którego można było przywyknąć w innych regionach tego kraju. Nawet sprzedawcy w sklepach byli jakoś bardziej cywilizowani w tej swojej nachalności. A życie nocne? – mnogość klubów z najróżniejszą muzyką oraz alkohole z całego świata do wyboru przywołują skojarzenia z Bali lub poniekąd nawet … Ibizą. Dodatkowych atrakcji dostarczyły nagłe braki prądu w różnych miejscach (trzy w trakcie dwudniowego pobytu), w tym podczas tradycyjnego masażu z wykorzystaniem gorącego olejka (kto by się nie bał?)

Czy polecam Goa? Pewnie, zwłaszcza na weekend! Następnym razem jednak z egzotycznych destynacji plażowych wybrałbym Bali lub Perhentiany. Może zdjęcia z Goa będą dla niektórych bardziej przekonujące?

Goa, Indie

Moje Melbourne

Z powodzeniem mogłoby zapożyczyć slogan reklamowy Gdyni. Melbourne – moje miasto. Brzmi patetycznie, wiem, ale i autentycznie, bo taka właśnie myśl przychodzi mi do głowy gdy mam opowiedzieć o swoich wrażeniach z pierwszej w życiu wizyty na Antypodach.

Melbourne - a place to relax

Specjalne uczucie w stosunku do tego miasta kiełkowało już przed wyjazdem, pod wpływem niezwykle inspirujących opowieści znajomych. Moje oczekiwania zostały podkręcone najbardziej jak się da. Nie zawiodłem się! Klimat, bliskość morza i plaży, oferta kulturalna, przyjaźni mieszkańcy, architektura, a ponadto styl życia, którego symbolem stało się caffe latte – to wszystko ma prawo się podobać.

Melbourne - caffe latte

Nic dziwnego, że Melbourne pojawia się bardzo wysoko w rankingach na miasto, w którym żyje się najlepiej. Oczywiście, że chciałbym tam wrócić, a może i zamieszkać.

Zdjęcia na picasie.

Centrum Melbourne (CBD)

Seszele

Przede mną pierwszy od końca sierpnia weekend, który spędzę w Katarze. Dobrze to czy źle? Wiem jedno – nareszcie mam czas na nadrobienie zaległości. Po kolei – najpierw lądujemy na rajskim skrawku lądu pośród wód Oceanu Indyjskiego.

Weekend na Seszelach planowałem od dawna, ale brakowało dobrego towarzystwa. Idealna okazja pojawiła się znienacka, więc – jak zwykle spontanicznie – postanowiłem z niej skorzystać.

Mahe Island, Seszele

Seszele, mimo, że wrzucane są przez większość do jednego worka razem z Malediwami, są zupełnie inne. Krajobraz nie tak płaski (górzysty wręcz, z bujną tropikalną roślinnością), woda nie zawsze lazurowa, a piasek nie tak biały i miękki. I woda w morzu jakaś taka zimna! Wśród turystów przeważają oczywiście pary (w tym niezliczeni nowożeńcy z całego świata!), wybór atrakcji dla singli jest więc siłą rzeczy ograniczony. Jakieś tam imprezy w mieście stołecznym jednak się odbywają. Na przykład w klubie Tequila Boom w Victorii, gdzie akurat w dniu naszego przylotu odbywała się promocja wódki Sobieski o twarzy Bruce’a Willisa, o czym dowiedzieliśmy się z ulotki w sklepie monopolowym. Przylecieć na weekend do jednej z najmniejszych stolic świata położonej posród bezkresu oceanu, żeby napić się Sobieskiego za darmo? Bezcenne!

Wódka Sobieski i Bruce Willis w Victorii, na Seszelach

You’re probably wondering what Bruce willis would do in your situation. He would be drinking Sobieski Vodka for free with us at Tequila Boom!

Wedle niektórych zawodowych obieżyświatów, Seszele, a zwłaszcza przepięknie położona plaża Beau Vallon, to ścisła piątka pośród destynacji wyspowo-plażowych na świecie. Jakiej definicji by się nie użyło, jedno jest pewne – można się poczuć jak w raju. Ja jednak wolę Bali lub Perhentiany.

Obrazki pokażą więcej – zapraszam na weekend na Seszelach!

*Qatar Airways lata na Seszele 4 razy w tygodniu 😉

I znowu po Ramadanie

Dużo się dzieje znowu. Wrzesień zapowiadał się gorąco, ale nie przypuszczałem, że aż tak!

Zeszły weekend niespodziewanie spędziłem na rajskim skrawku lądu pośród wód Oceanu Indyjskiego. O przejrzeniu zdjęć i wrzuceniu relacji na bloga nie było nawet mowy (cierpliwości!). Po powrocie do Doha – rutyna, czyli praca, znajomi, rozpakowanie walizki, pranie, kupienie biletów na kolejny wyjazd, pośpieszne szukanie noclegu, zebranie rekomendacji od znajomych, wydruk z wikitravel, spakowanie plecaka, drzemka po pracy i tuż przed północą biegiem na lotnisko (dwa ostatnie punkty cały czas przede mną, a potem to już tylko 14 godzin siedzenia w samolocie!). W międzyczasie mentalne przygotowania do temperatur poniżej 20 st. C. Wszystko to w warunkach totalnej niepewności – wzorem poprzedniego roku, o momencie rozpoczęcia wolnego decydują lokalni mędrcy od obserwacji Księżyca. Nic, że o braku szans na dopatrzenie się Księżyca na prawie całym ziemskim nieboskłonie w dniu wczorajszym było naukowcom wiadomo od dawna (co prezentują mapy poniżej). Jak zwykle jednak trzymano nas w niepewności – gdyby koniec Ramadanu obwieszczono wczoraj wieczorem, miałbym całe 4 godziny na spakowanie, wyjście z domu i złapanie samolotu. Luzik, dużo czasu! Na szczęście tak się jednak nie stało.

Mędrcy, zgodnie z oczekiwaniami Księżyca wczoraj nie dopatrzyli się, w związku z czym musiałem dziś iść do pracy. Nie narzekam! – przynajmniej miałem to jedno popołudnie więcej na przygotowania do wyjazdu do zimnych krajów (i napisanie tego tekstu!).

Wracam za tydzień i obiecuję nadrobić wszelkie braki.

 

Prognoza widzialności Księżyca na świecie w środę 8 września 2010:

Widzialność Księżyca na koniec Ramadanu 2010 (8.9.2010)

 

Prognoza widzialności Księżyca na świecie w czwartek 9 września 2010:

Widzialność Księżyca na koniec Ramadanu 2010 (9.9.2010)

Trefna opowieść

Gdzieś na wyspach Morza Południowochińskiego, przy blasku księżyca, pośród przechadzających się wokół jak gdyby nigdy nic iguan i chmary komarów w powietrzu, w umysłach odurzonych zapachem spreju przeciwkomarowego oraz zawartością plastikowej butelki szkockiej whisky oraz Malibu zmieszanego z mlekiem, powstała niezwykła opowieść. Wszystko zaczęło się od pierwszego zdania, które podał jeden z autorów, a dalszy ciąg został dopisany przez kolejnych, zdanie po zdaniu. Tak oto zrodziła się Trefna opowieść.

Publikacja opowieści w tym miejscu może mieć wpływ na życie (zwłaszcza kariery zawodowe) jej autorów – wpływ raczej negatywny, więc imion i nazwisk autorzy postanowili nie ujawniać. Dreszcz adrenaliny w takich momentach jest jednak niezastąpiony, stąd decyzja o publikacji.

Panie i Panowie – z niekłamaną przyjemnością prezentuję poniżej to niezwykłe dzieło zastrzegając jednocześnie, iż wszelkie podobieństwo zdarzeń i osób rzeczywistych jest przypadkowe. Historia ta bynajmniej nie odzwierciedla również najbardziej wyimaginowanych pragnień ani zamiarów jej autorów. Dozwolone od lat 18.

___

Trefna opowieść

Płynąc statkiem, Elizabeth myślała o spotkanym nieznajomym. Wciąż przeszywał ją dreszcz przerażenia. Ledwo uszła z życiem. Gdyby tylko wiedziała, że gdy ostatniej nocy opuszczała łóżko, zostawiła w nim dwóch Murzynów! Kiedy będzie mogła to powtórzyć?!

Gary i Mike pojawili się znikąd, choć sprawiali wrażenie, że znała ich wiele lat. Nigdy wcześniej nie fantazjowała nawet, że będą tacy giętcy. Trojaka tańczyli lepiej, niż niejeden Mulat. Byli niczego sobie… Kiedy wychodzili razem z klubu, nie mieli za bardzo o czym rozmawiać, ale już po kilku minutach okazało się, że rozmowa była zbędna. Czyny, a nie słowa… Hinduski taksówkarz ślinił się i niedwuznacznie zerkał w lusterko, obserwując rozwój akcji na tylnym siedzeniu. Białe ciało splatało się z czarnymi. Ciężkie oddechy, zaparowane szyby – to zbyt dużo dla skromnego kierowcy nowojorskiej taksówki.

Już było za późno. Zatrzymał się z piskiem opon, nie mogła czekać dłużej. Z trudem, dotarli do bramy. Po cichu zamknęła drzwi…

Wkrótce przyjechała Mary z dwiema butelkami szampana. Spytała ze swoim rosyjskim akcentem, czy zadanie zostało wykonane.

– Noszę w sobie czarne nasienie. [odparła Elizabeth]
– Nie poczekałaś na mnie, cholero jedna!

Cel uświęca środki, zresztą gorący seks nigdy nie był jej obcy…

Mike był gotowy jak tylko ją zobaczył, ale ona wolała Gary’ego. Obudziła go, rozwścieczając tym Mike’a.

– Nie chcesz mnie? [spytał]
– Ja chcę was obu! [odpowiedziała Mary]

Zabrała się za Gary’ego. Mike nie czerpał przyjemności z patrzenia. Wyszedł trzaskając drzwiami.
Po chwili z łazienki dobiegły krzyki Elizabeth. Mary była zbyt zajęta sobą. Na szczęście Elizabeth chwyciła za brzytwę. Zraniła – jak zwykle – tam, gdzie boli najbardziej. Nie potrafiła zadać ostatecznego ciosu. Czy coś się w niej odmieniło?

– Mary! Wiejemy!

Wspólniczka Elizabeth już wtedy nie żyła…

Na statek wbiegała zalana łzami. Modliła się, żeby ojciec dziecka nigdy ich nie odnalazł…

[KONIEC, albo i początek dopiero]

Autor: MADAM. Praca zbiorowa.

___

Jeśli ktoś ma ochotę dopisać dalszą część opowieści, to zachęcamy!

Azjatycka niedola

Okazuje się, że Katar nie jest jedynym krajem, w którym emigranci z Azji sprowadzeni jako pomoc domowa są niechlubnie traktowani. W Libanie, kraju uważanym za trochę bardziej „cywilizowany” niż Katar, wcale nie jest lepiej. Media donoszą o rosnącej fali samobójstw obywatelek Nepalu zatrudnionych w Bejrucie jako służące. W ostatnim roku takich przypadków odnotowano piętnaście. Kobiety te, najczęściej w wieku 20-30 lat, nie wytrzymują presji oraz nadużyć finansowych, psychicznych, fizycznych oraz seksualnych ze strony pracodawców. W wielu przypadkach samobójstwa popełniono w ciągu miesiąca od przyjazdu do Libanu.

Rząd libański niestety niewiele w tej sprawie robi – w ministerstwach brakuje nawet dokumentów, które ułatwiłyby podjęcie śledztw. Sprawniej działają organizacje pozarządowe, które postawiły sobie za cel ułatwienie asymilacji pracowników z zagranicy (oprócz Nepalu są to zwykle obywatele Filipin, Sri Lanki czy Erytrei) – promuje się kulturę i kuchnię tych państw, a także zachęca pracodawców do przydzielania służącym przynajmniej jednego dnia wolnego w ciągu tygodnia (!?!).

Rząd nepalski z kolei, starając się zapobiec podobnym nieszczęściom w przyszłości, zakazał swoim obywatelkom podróży do Libanu w celach zarobkowych. Niestety na niewiele taki zakaz się zdał – ponad 20 kobiet z Nepalu nadal wyrusza nielegalnymi kanałami do Bejrutu każdego dnia. Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja większości rodzin w Nepalu jest na tyle zła, że każdego dnia kraj ten opuszcza ok. 800 obywateli w poszukiwaniu pracy za granicą, a przelewy pieniężne z zagranicy szacowane są na 25% nepalskiego PKB!

Ramadan, który zaczał się tydzień temu, to taki szczególny czas, kiedy myśli się o bliźnich, zwłaszcza tych w gorszej sytuacji. Mam nadzieję, że przynajmniej w tym okresie obywatele trzeciej kategorii będą lepiej traktowani przez swoich pracodawców.

 

Życie emigrantek w Libanie ujął na zdjęciach Matthew Cassel – amerykański fotograf i dziennikarz mieszkający w tym kraju. Wywiad z nim można przeczytac na stronie www.migrant-rights.org


Unseen Lives: Migrant Domestic Workers in Lebanon – Images by Matthew Cassel

Pasażer hinduski

Załogi linii lotniczych z całego świata nieoficjalnie kategoryzują pasażerów, to oczywiste. Choć bazuje to na stereotypach, to trzeba przyznać, że w każdym stereotypie jest ziarnko prawdy. Takie szufladkowanie może być krzywdzące dla niektórych, ale uważam, że nie jest to jeszcze wystarczający powód, aby się obrażać – zdecydowanie lepiej się z tego pośmiać.

O pasażerach hinduskich (o innych nacjach zresztą też!) można by doktoraty pisać – najlepiej spytać o to załogi linii bliskowschodnich. Przykłady nietypowych sytuacji można mnożyć. Nieuprzejmość to podstawa. Sister sister, water! Albo: One, whisky, give! A co ma zrobić biedna stewardessa, która na zapytanie: Coffee or tea?, otrzymuje odpowiedź: Yes!? – oczywiście, że zmieszać oba napoje w jednym kubku! Nawet, jeśli nie o to pacjentowi chodziło, to raczej się nie poskarży, bo wielu z nich nie zna swoich praw. A co jeśli wybór ogranicza się do: Chicken or beef?, a odpowiedź brzmi: Meat!? Tu rozwiązanie zagadki też jest banalne – pacjent chce wołowinę! Dla Hindusów oraz Arabów drób to drób, a mięso to mięso czerwone. Co kraj to obyczaj…

Szczególnie wyróżnia się Hindusów z brytyjskim paszportem – to jakby zupełnie oddzielny segment pasażera. Nie bierze się to znikąd – to oni sami często chcą być inaczej traktowani. Anegdota głosi, że na rejsach do Londynu standardem jest Hindus pytający stewardessę o to, gdzie na pokładzie znajduje się toaleta dla osób z brytyjskim paszportem. I co tu odpowiedzieć!? Śmieszne? Doskonale podsumowali te wszystkie stereotypowe zachowania dwaj pracownicy Emirates Airline w piosence prezentowanej poniżej.

Swoją drogą, ciekawe jaki jest stereotypowy obraz Polaka w samolocie (i różne podkategorie – Polak na pokładzie Wizzaira lecący do Londynu albo Polak w drodze do Chicago na pokładzie LOTu). Pewnie można by się z tego nieźle pośmiać!

 

Toalety dla VIP-ów

Jest sobie normalne centrum handlowe. Sklepy różnych popularnych w świecie marek, Carrefour, ponadto food court i kino z wieloma salami do projekcji filmów. Jest również lodowisko dla dzieci i dorosłych (jak przystało na szanujące się centrum handlowe nad Zatoką Perską).

C.H. Villaggio w Doha

Ostatnio dobudowano nowe skrzydło – z markami z wyższej półki. Łatwo zauważyć, kiedy się tam wejdzie – wszystko lśni i jest bardzo dużo przestrzeni. Nawet marki samochodów wystawione na środku alejki (np. Porsche) zwracają nieco większą uwagę w porównaniu do tych w części dla „zwykłych ludzi” (Mercedes, a bywała i Toyota). Do nowego skrzydła można wejść oddzielnymi drzwiami (na wypadek gdyby ktoś chciał uniknąć kontaktu z plebsem). Czerwony dywan i na jego końcu odźwierny ochroniarz – to szczyt luksusu na który nie każdy może sobie pozwolić w drodze na zakupy. Gdy będzie taka potrzeba, można nawet z toalety skorzystać, lecz nie byle jakiej – oto toalety dla VIPów.

C.H. Villaggio w Doha

Przestronne wnętrza tak oszałamiają, że pokusa robienia zdjęć pojawia się natychmiast u wielu osób. Na uwagę zasługuje czystość tej luksusowej latryny (rzecz w zasadzie niespotykana w tym regionie świata), co można by wyjaśnić jedynie małą frekwencją – obecność dziadka klozetowego w tutejszych toaletach niewiele w kwestii ich czystości zmienia. Gdyby ktoś nadal miał wątpliwości czy to jawa, czy sen, to wyjaśnię, że z owych atrakcji jak najbardziej można skorzystać „w realu” – wystarczy wybrać się do C.H. Villaggio w Doha w Katarze (tego samego, które słynie z możliwości udania się w przejażdżkę prawdziwą gondolą po kanale w stylu weneckim – ten klimatyzowany aż do bólu budynek w ogóle udaje, że jest Wenecją, skutecznie bądź nie!). Nic to podobno w porównaniu z centrami handlowymi w Dubaju, lecz przecież nie moją rolą jest tu o tym pisać…

C.H. Villaggio w Doha

Translate »