Śpiewy pod balkonem

Tak się składa, że moje nieszczelne drzwi balkonowe wychodzą wprost na głośniki zamontowane na minarecie. Słychać więc dosyć głośno – do tego stopnia, że przy czytaniu książki nie bardzo potrafię się skupić. Pięć razy dziennie. Codziennie. Nie tylko w czasie ramadanu. Najgorzej jest w piątkowe południe, gdy – oprócz modlitwy – transmitowane jest „kazanie”, które najczęściej wcale nie jest wypowiadane, lecz wykrzykiwane przez prowadzącego. Każdy meczet ma swojego prowadzącego, a więc i odrębne kazanie! W ostatni piątek kazanie w moim meczecie trwało jakieś trzy kwadranse…

Zwracam uwagę, że dźwięk ma charakter „stereo-inaczej do kwadratu” – odbija się od ścian sąsiednich budynków, a ponadto słychać nawoływania z innych meczetów, które odbywają się w tym samym czasie (kto był w kraju muzułmańskim to choć trochę mnie zrozumie). Próbka widoku i dźwięków z mojego nowego balkonu na Nadżmie poniżej.

Malediwy – archipelag marzeń

Gdy po wielu godzinach lotu samolot zbliża się do lądowania na Maledywach, zawsze rozgrywa się podobna scena. Nagle wszyscy pasażerowie siedzący przy oknach zaczynają wydawać okrzyki zachwytu.

Maledywy z lotu ptaka

Potem wstają ci siedzący w środkowych rzędach. Nie reagując na wezwania stewardes, zbliżają się do okien i wyglądają przez ramiona współpasażerów. Wszędzie dokoła widać rozrzucone niczym piegi piaszczyste wysepki z ciemnozielonymi palmami w środku, otoczone płyciznami o intensywnie turkusowej barwie. A za moment na pokładzie robi się cicho. Lądowanie w MLE nawet doświadczonym turystom może napędzić strachu. Samolot opada na pas startowy będący paskiem betonu okrywającym rafę koralową. Zarówno jego początek, jak i koniec wybiega w ocean. Bywa, że turyści o słabych nerwach przy okazji ponownej wizyty w Male chcą lądować w nocy.

Tak początek przygody z Maledywami opisuje miesięcznik Voyage. I choć na moim locie okrzyków i masowego wstawania nie było, to jestem skłonny w tę historię uwierzyć. Bo Malediwy już z góry wyglądają pięknie. O tym, co można zobaczyć po wylądowaniu pokażą zdjęcia na picasa.

Maledywy - archipelag marzeń

Ramadan – drugie podejście

Jak ten czas leci. Znowu mamy Ramadan. Księżyc w pełni, a więc jesteśmy już w zasadzie za półmetkiem. W tym roku miesiąc postu upływa mi wyjątkowo leniwie. Sześciogodzinny dzień pracy wszak robi swoje. W drodze do biura trzeba pamiętać o kanapkach, bo okoliczne restauracje i dowoziciele żarcia maści wszelakiej w czasie dnia są w większości pozamykani. Jak się o kanapkach zapomni to albo jest się skazanym na głodowanie albo uśmiechanie do kolegów z pracy – jakoś mam wrażenie, że innowiercy w okresie muzułmańskiego postu przyłączyli się do akcji ‘podziel się posiłkiem’ i można liczyć na nich i ich raczej pikantną strawę przyniesioną w nadmiernej jak dla jednej osoby ilości (ukłony głównie w stronę moich Hindusów!).

RAMADAN MUBARAK!!!

Ramadan daje się we znaki również wieczorami, choć w trochę inny sposób. Zatłoczone są centra handlowe, restauracje, a nawet myjnie samochodowe, bo Ramadan to jak nasze święta i samochód akurat wypada mieć czysty. Skrócone godziny pracy w ciągu dnia w rozładowaniu tych nadmiernych kolejek bynajmniej nie pomagają. Aż dziw bierze, że w okresie zwiększonego popytu i ograniczonej podaży ceny nie rosną (spadają wręcz, bo powszechne są ramadanowe promocje!).

Moja niebieska rakieta wydana w nielimitowanej edycji nie-Joanny nie-Brodzik (!) zakurzona jest niemiłosiernie i takie mycie by się jej przydało. Dwa tygodnie stania na parkingu pod lotniskiem w czasie gdy spędzałem – bardzo udany – urlop w egzotycznym kraju nad Wisłą robi swoje. Co więcej, rano w dniu powrotu okazało się, że będzie musiał postać przez kolejne dwa dni, bo wieczorem wyleciało mi się na weekend na Malediwy. Nie muszę dodawać, że tego dnia, spośród sześciu godzin spędzonych w biurze, chyba z połowę poświęciłem na przygotowanie do wyjazdu, kupienie biletów, walkę (prawie dosłownie!) o exit permit (system im się popsuł…). Na kolejną godzinę (albo i dłużej) składało się kilka/kilkanaście wizyt w kuchni, która jest jedynym miejscem gdzie można się napić wody czy kawy lub zjeść kanapkę – sami przyznajcie – jest to całkiem skuteczna wymówka na nicnierobienie.

Pojechałoby się gdzieś znowu, ale aż szkoda mi tracić tę niezwykle błogą atmosferę w biurze. Taki jest właśnie Ramadan. Nie ma więc tego złego …

Areszt przez Skype’a

Aż trudno w to uwierzyć. Prawo komunikacyjne Kataru zakazuje taniego dzwonienia przez komputer! Używanie Skype’a do połączeń na telefony (lokalne lub zagraniczne) jest niezgodne z prawem, które przewiduje, że wyłączność na oferowanie tych usług ma jedyny operator telefoniczny w Katarze – znany i lubiany – Qtel. Za łamanie tych przepisów przewiduje się karę więzienia do jednego roku (!!!) oraz grzywnę do 50 tys. riali (ponad 13 tys. USD). Jednocześnie dozwolone jest dzwonienie z komputera na komputer. Ostatnie naloty na sklepy i kafejki internetowe oferujące tanie dzwonienie za granicę zakończone aresztowaniami i deportacją kilku nieszczęśników dowodzą, że władze poważnie egzekwują to prawo. Nasz monopolista walczy z tanią telefonią internetową jak może, ktoś tu jednak zapomniał, że dobiega właśnie końca pierwsza dekada dwudziestego pierwszego wieku.

Ostatnio coraz częściej dowiaduję się, że łamię prawo. Nieświadomie. Jestem więc nieświadomym kryminalistą. A po uświadomieniu takim jak to, staję się kryminalistą nieświadomym z wyboru. Jak większość, których tu znam. Jak do tej pory ta nieznajomość prawa mi nie zaszkodziła. Powtórzę się zatem – za coś muszą mnie przecież deportować, co nie!?

Kotom tak, psom niet

Koty tu są wszędzie. Na śmietnikach, pod śmietnikami, w śmietnikach, pod samochodami i na maskach samochodów. Przynajmniej nie ma tu problemu z myszami (szkoda, że koty nie tępią również karaluchów!). Zwykle są przeraźliwie chude, kościste. I raczej boją się ludzi – zupełnie nie wiem dlaczego, bo koty w krajach arabskich cieszą się sporym szacunkiem. W każdym razie większym, niż psy, które w islamie są uważane za nieczyste (psów tu prawie w ogóle nie ma – w ciągu 14 miesięcy spotkałem je trzy razy, dosłownie!).

Katarski kocurek pod śmietnikiem

Kotów jest tak dużo, że prawdopodobieństwo ich rozjechania jest statystycznie istotne, co potwierdzają zresztą obserwowane prawie codziennie leżące na ulicy szczątki organiczne będące bezpośrednim następstwem wypadków tego typu (na szczęście mi się to dotychczas nie przytrafiło, albo przynajmniej nie jestem tego świadomy).

Ładne oczy masz, komu je dasz?

Kotom sprzyja klimat i … rozwijająca się motoryzacja. Przepędzanie ich z dachu samochodu rozgrzanego do ponad 50 stopni nie ma sensu. Najczęściej zresztą siadają na nim za moimi plecami, a dowiaduję się o tym widząc ślady wytartego kurzu na masce w kształcie kota – czasem na dachu jest tych śladów kilka, co oznacza, że jest on jedynym (prawie) czystym elementem karoserii. Za co im jestem niezmiernie wdzięczny.

 

Czarne na białym ...
 
... i czarne na czarnym

 

Parujące ewryfin’n’ewryłer

W tym roku lato do Kataru przyszło wyjątkowo późno – ledwo kilka dni temu. Mam na myśli to prawdziwe lato – z odczuwalną temperaturą w nocy powyżej 45 stopni i wodą osiadającą na całym ciele w drodze z samochodu do sklepu czy biura (już myślałem, że się takiej pogody nie doczekam!).

50 stopni ten termometr do tej pory nie zarejestrował

Jest też nowość – wilgoć bywa tak wysoka, że okulary parują mi również po wyjściu z klimatyzowanego pokoju na korytarz mojego nowego mieszkania, do łazienki czy do kuchni. Normalnie rewelacja. Nic, tylko do Polski uciekać, przynajmniej na te 13 dni… Już za kilkadziesiąt godzin… Uciekamy też przed Ramadanem, jakoś tak wyszło…

Menedżerów też aresztują

Kolejne aresztowanie w moim bliskim otoczeniu. Trochę inny kaliber tym razem, ale również i w tym wypadku mam wątpliwości co do zgodności z prawami człowieka itp.

Tym razem 47-letni Brytyjczyk, były menedżer BA, a w owym czasie pracownik Qatar Airways w trakcie okresu wypowiedzenia. Jednocześnie przyszły pracownik linii BMI, do której po zakończeniu wspomnianego wypowiedzenia miał przejść na wysokie stanowisko zarządcze. I tu się sprawa komplikuje, podejrzewać można w sumie o wszystko, np. o szpiegostwo gospodarcze, tym bardziej, że obecna i przyszła firma działają w tej samej branży (powiedziałbym, że to standard – zwłaszcza w tak hermetycznej gałęzi jaką jest  lotnictwo). Wyniósł te dane, czy nie wyniósł? Co by to nie było, nie jest to powód, żeby zamykać kolesia na pięć dni bez kontaktu ze światem zewnętrznym, w szczególności z rodziną, dla której informacja o tym, co dzieję się z ojcem jest dość kluczowa. Przez pięć dni!! Sam areszt się wydłużył do ponad miesiąca, ale potem rodzina była na szczęście świadoma losów Pana X. Potem już tylko nie pozwalano mu opuścić Kataru do czasów wyjaśnienia sprawy. Nic dziwnego więc, ze sprawa trafiła na biurko Premiera Wielkiej Brytanii Gordona Browna, którego prawdopodobna bezpośrednia interwencja u przedstawicieli władz Kataru pomogła w rozwiązaniu sprawy.

Sprawę kilka tygodni temu rozdmuchała brytyjska gazeta Daily Mail, a podchwyciło ją wiele innych dzienników (nie wyłączając tych publikowanych w Katarze!).

Tym razem wszystko rozegrane zostało na najwyższym szczeblu, co tylko pomogło w zbudowaniu czarnego PR wokół Kataru i jego narodowego przewoźnika lotniczego. Jedno pytanie na koniec zadam – który z zachodnich top menedżerów zgodzi się na podjęcie pracy w takiej firmie po przeczytaniu tej opowieści? A propos – w Polsce chyba tez wystarczył telefon do Ministra Sprawiedliwości czy wręcz Premiera, aby aresztować tych, których się nie lubi, tak?

Komentarz jednego z czytelników na stronie BBC był dosadny: „trzeba było siedzieć w ojczyźnie niż poddać się pokusie pracy na chwałę obcego państwa a przy okazji czerpać korzyści z niskich podatków!"

Robotnicy czwartej kategorii

Gospodarki krajów regionu Zatoki Perskiej rozwijają się w superszybkim tempie. Czyim kosztem się rozwijają? – głównie robotników z bliższej i dalszej Azji. A w jaki sposób się ich traktuje w zamian? – otóż ogranicza się ich swobodę poruszania po mieście. Jak? Poprzez wprowadzanie zakazów wstępu skierowanych do tych najtańszych robotników właśnie!

Każdy taki robotnik po sześciu dniach spędzonych na budowie chciałby się trochę zrelaksować, w sumie nikogo to chyba nie dziwi. Do klimatyzowanego centrum handlowego nie mają prawa wstępu, zwłaszcza w piątek, czyli ich dzień wolny od pracy (sic!). Jedyne co im pozostaje to zwiedzanie targowiska i przesiadywanie przez cały upalny dzień na placach wokół meczetów w „starym” centrum miasta. Ostatnio policja zaczęła zabraniać większym grupkom robotników wchodzenia nawet do tych miejsc, w tym na teren suku – bazaru, co robotników rozjuszyło jeszcze bardziej, ale na szczęście nie doszło do zamieszek. Takie większe grupy robotników to standard, bo wszyscy niepracujący są po prostu każdego piątkowego poranka zwożeni autobusami ze swoich przedmiejskich kwater do centrum stolicy w celu spędzenia całego dnia w jakichś bardziej cywilizowanych warunkach.

Piątkowe tłumy robotników w centrum Doha

Zobaczenie tych niezliczonych tłumów nawet przez okno samochodu zwykle przywołuje u nas skrajne emocje. Widok  jest naprawdę przykry, ale jednocześnie czuje się ulgę, że w supermarkecie prawdopodobnie nie spotka się całego tego potoku ludzi (trudno to nawet nazwać potokiem, to jest całe jezioro wylewające z brzegów!).

Sondaż przeprowadzony wśród Katarczyków ujawnił, że większość z nich jest przeciwna ograniczeniom nakładanym na robotników w miejscach publicznych typu parki czy corniche. Podobny głos w tej kwestii zabierają arabscy naukowcy twierdząc, że takie postępowanie jest niecywilizowane. Łatwo się domyślić jednak, że każdy z nich w duchu ma nadzieję, że robiąc przy najbliższej okazji zakupy w carrefourze  ich rodzina nie będzie musiała mijać najtańszej siły roboczej między półkami. Dziwny jest ten świat. I brutalny.

Typowe skrzyżowanie w Doha

Poruszanie się samochodem po ulicach w Doha nadal jest sporym wyzwaniem, choć już nie takim jakim było dla mnie rok temu. Zwłaszcza jak się na własne oczy zobaczyło jak chaotyczny jest ruch uliczny w Indiach, Iranie czy południowej Azji.

Na skrzyżowaniach czy rondach w zasadzie częściej trzeba patrzeć w lusterka, niż przed siebie. Aby łatwiej wam było to sobie wyobrazić polecam krótką, prymitywną animację, którą tworzyłem w pocie czoła. Mam nadzieję, że się spodoba. Krytyka również mile widziana.

 

Samoloty w mojej dzielnicy

Po sześciu magicznych miesiącach spędzonych w superluksusowym mieszkaniu w dzielnicy tuż przy lotnisku przyszedł czas na kolejną przeprowadzkę. Trafiła mi się okazja, której się nie przepuszcza – za pokój będę płacił połowę dotychczasowej ceny! – standard na szczęście będzie niższy tylko o połowę. Oznacza to, że walizki będę niedługo pakować po raz czwarty w ciągu czternastu miesięcy. Wracam do dobrze mi znanej dzielnicy, w której znajdowały się dwa moje poprzednie mieszkania.

Do dzielnicy lotniskowej będzie mi trochę tęskno, z oczywistych względów. Choć może to i lepiej – widok lądujących, kołujących, startujących samolotów w drodze z domu do pracy, z pracy do domu itd. był dla mnie ekscytujący, wręcz niebezpiecznie rozpraszający. Dość niebezpieczny wręcz, gdy jakiś odrzutowiec pojawiał się po boku drogi, co znacząco odwracało moją uwagę od kierunku jazdy. Jak na przykładzie poniżej:

 

Qatar Airways w drodze na pas w Doha

 

 

Samoloty pojawiające się tuż obok mojego mieszkania dokładnie w osi osiedlowej drogi na wprost przede mną też rozpraszały uwagę. To było doskonałe ćwiczenie na podzielność uwagi – prowadzenie samochodu, patrzenie przed siebie (w stronę samolotu oczywiście) i cykanie zdjęcia jednocześnie, jak tutaj:

 

Samolot na horyzoncie! Lotnisko w Doha jest naprawdę w środku dzielnicy mieszkalnej

 

 

Już dziś wiem, że tej bliskości lotniska będzie mi brakowało.

Translate »