Ruskij pasport?

Ostatnio na lotnisku w Doha (odloty) zostałem zapytany przez pasażerkę o pochodzenie. Mój akcent podpowiadał jej, że jestem z Niemiec. Wiele razy już to słyszałem, przestało więc mnie to dziwić. Ciepło, ciepło … Moja korygujaca odpowiedź bardzo ją ucieszyła, gdyż miała polskie korzenie – rodzice pochodzili z Polski.

Dzień później, w drodze powrotnej, lotnisko w Larnace (Cypr). Pewnym krokiem wchodzę do kolejki do kontroli paszportowej przeznaczonej dla obywateli UE. Mężczyzna odpowiedzialny za porządek woła do mnie:

– Ruskij pasport?
– Nie!

Tym razem to ja się ucieszyłem – próbował skierować mnie do wiele dłuższej kolejki! Rosjanie musieli swoje odstać, a w okienku dla UE praktycznie nikt nie czekał…

O tym, że Rosjan na Cyprze jest bardzo dużo już pisałem wcześniej. Ale żeby nawet mnie – z niesłowiańskim nazwiskiem, niemieckim akcentem i zarostem na twarzy w stylu arabskim – brali za Rosjanina?!

P.S. Dziś przygód narodowościowo-tożsamościowych ciąg dalszy. Po dodzwonieniu się do serwisu Suzuki filipińska sekretarka wzięła mnie za Filipińczyka. Po tym jak się jej przedstawiłem z imienia („Majkel”) zapytała:

– Kabayan?

– Mafi kabayan! Bolanda!!! – pełen rozbawienia odpowiedziałem typowym filipińsko-arabskim sposobem.

Niewtajemniczonym wyjaśniam, że zapytaniem „kabayan” Filipińczycy zazwyczaj upewniają się, czy mają do czynienia ze swymi rodakami.



Jawa czy sen

Przebudziłem się po krótkiej drzemce na locie powrotnym do Kataru. Coś mi się chyba śniło… Zaraz mi się przypomni…

Spacerujemy jedną z przecznic wzdłuż Marszałkowskiej. Mijamy sklepy i sklepiki, restauracje i kawiarenki różnej maści. Po wielu dniach zachmurzenia w końcu wyszło słońce. Zbliża się południe, robi się wręcz duszno.

Nagle zauważam przed sobą znajomo wyglądające sylwetki. On – wysoki blondyn. Ona – brunetka w słomianym kapeluszu. Spacerują w tym samym kierunku, więc widzę tylko ich plecy, lecz po tylu latach znajomości trudno byłoby nie rozpoznać magicznej aury między nimi i tego charakterystycznego kroku. Podbiegam i łapię znienacka za ramię. Jacek i Karolina – przyjaciele z Warszawy!!!

Zaskoczenie byłoby mniejsze, gdyby wspomniana Marszałkowska nie była metaforą, której przez ostatnie kilka dni używaliśmy na określenie jednej z ulic w centrum … Hanoi.

Nie widzieliśmy się ponad rok, a tu taka niespodzianka, tak daleko od domu!

Całkiem przyjemny był to sen. Ale zaraz! Co jest jawą, a co snem? A może ja nadal śnię?

Dobrych kilka sekund zajmuje mi ustalenie faktów. Przecież to się zdarzyło naprawdę! Ale jak to?! Przecież przypadkowe spotkanie przyjaciół z Warszawy na ulicy w Hanoi graniczy z niemożliwością. Niech mnie ktoś uszczypnie, bo nadal w to nie wierzę!

Fot. Jaem Prueangwet

Na rower do Melbourne

Jadę tak i jadę ulubioną trasą rowerową w Melbourne. Po takiej dawce tlenu budzi się we mnie dusza statystyka. Zaczynam więc wyliczać w myślach: w ciągu ostatniego roku miałem przyjemność jeździć rowerem w co najmniej kilku miejscach na świecie – m.in. dwa dni w Trójmieście, po pół dnia w Warszawie i Chiang Mai w Tajlandii. Był nawet epizod rowerowy na Cyprze.

A w Australii? Na wiosnę były już dwa dni w Melbourne. Był również dzień w Perth na koniec zimy. I teraz ponownie Melbourne – w sumie czwarty rowerowy dzień w Australii, w ostatnich 12 miesiącach! Wychodzi zatem, że po tym kontynencie jeżdżę najwięcej, i to mimo olbrzymiej odległości od domu!

Liczby mówią same za siebie i mógłbym je pozostawić bez komentarza… Ale nie chcę!

Dlaczego Australia? Dlaczego Melbourne?

Wrażenie robi na mnie doskonała sieć ścieżek rowerowych, przynajmniej w miastach – jak to wygląda na prerii jeszcze nie sprawdzałem. Sprzyjająca pogoda przez niemal cały rok oraz przyjazna przybyszom kultura to kolejne plusy. Czuję się tam mile widziany.

Ceny wynajmu rowerów nie są niskie, ale za każdym razem udowadniam sobie, że warto. W Melbourne polecam wypożyczalnię Rentabike, w samym centrum miasta, przy ścieżce wzdłuż rz. Yarra (koszt 35$ na dzień).

Dzień zaczynam od malowniczej trasy w górę rzeki – 15 km aż do wodospadów (Dight Falls) i z powrotem. Gdybym kontynuował mógłbym okrążyć miasto. Decyduję się jednak wrócić w kierunku wybrzeża. Przechodzę spacerkiem przez polecone przez wypożyczalnię ogrody botaniczne, a dalej kieruję się do Albert Park. To tu corocznie odbywają się wyścigi F1, choć dziś to miejsce należy do fanów golfa i rugby. I do mnie!

 

W St. Kilda zahaczam w pośpiechu o polską cukiernię. Jak dowiedziałem się z ich strony internetowej, prowadzona jest przez polskich imigrantów od lat 80-tych. Europa Cake Shop to miejsce, o ugruntowanej pozycji w tej wyjątkowej dzielnicy i całym Melbourne. Pączki, przeróżne drożdżówki i ciasta na wystawie kuszą przechodniów apetycznym „polskim wyglądem”, dość egzotycznym z tej perspektywy. Sernik kakaowy domowej roboty doda mi energii na najbardziej wyczekiwaną część dnia – ścieżkę wzdłuż plaży z St. Kilda do Brighton. Kto zrozumie gdynianina?



Po drodze do Brighton mijam kilka knajpek, liczne kluby żeglarskie oraz marinę z molo, na które czasami wychodzą pingwiny. Dotleniam się za wszystkie czasy. Doświadczenie jest nie z tej ziemi, niemal mistyczne – mieszkam na pustyni, przeleciałem właśnie pół świata, aby najnormalniej w świecie, w wolne niedzielne popołudnie, razem z tubylcami, pojeździć rowerem wzdłuż wybrzeża!

Brighton słynie z malowniczych wielokolorowych domków ustawionych na plaży. Obserwuję jak w dali, na wietrze, szaleją kitesurferzy. Widok ten uzmysławia mi, że dotychczas w mojej niezbyt wymagającej przejażdżce byłem de facto wspomagany przez wiatr w plecy. Zupełnie o tym zapomniałem – dokładnie tak, jak ostatnio. Oto, co nadmiar tlenu robi z człowiekiem.

Przejechałem do tego momentu jakieś 50 km. Czas zawracać. Jazda pod wiatr, z Brighton do centrum Melbourne, to mimo dodatkowego wysiłku czysta przyjemność. Muszę się spieszyć, by oddać rower przed zamknięciem wypożyczalni. Ostatnio nie zdążyłem, jak będzie tym razem?



Turystów trzeba szanować

Gdańsk Oliwa. W zeszłym tygodniu, po załatwieniu spraw mój tata wpadł na pomysł.

– Tu niedaleko, przy pętli tramwajowej, była kiedyś budka z piwem. Wiele lat temu mieli tam bardzo dobre szaszłyki. Sprawdzimy?

Wchodzimy. Bar z piwem jak się patrzy, przy stolikach sami mężczyźni, dochodzi czternasta, po temacie rozmów domyślam się, że są już po ciężkim dniu w pracy. Wydaje się, że niektórzy mają już za sobą kilka piw. Może już długo tu siedzą, a może po prostu szybko piją? W końcu upał w pełni i ma człowiek prawo być spragnionym.

Wolnych stolików brak, więc dosiadamy się do dwóch jegomościów.

– Czy możemy tu usiąść, obok panów?

– A-lesz o-szy-wiś-sie.

Podchmielony jegomość zaczyna przygotowywać więcej miejsca dla nas, zgarnia puste kufle w swoją stronę.

– Nie ma problemu, zmieścimy się – oponujemy.

– Turystów trzeba szanować!

I tak oto zostaliśmy turystami we własnym mieście. Jak należy się ubrać, aby w piwnym barze w Oliwie być wziętym za turystę? Smart casual, czyli koszula, spodnie i torba na ramię z dokumentami.

Teraz, po krótkim rozeznaniu w internecie, widzę, że ten bar jest tak legendany, na jaki wygląda. Szaszłyki (wieprzowe!) w budce z piwem przy pętli w Oliwie polecam wszystkim żądnym przygody. Po 3 złote za 100g, do tego chlebek i musztarda.

Świat się zmienia, człowiek się zmienia, ale szaszłyki pozostały bez zmian. Piękna sprawa.

Poniżej fragment artykułu z Dziennika Bałtyckiego o tym legendarnym miejscu:

[…] Bar doczekał się swojego miejsca w literaturze. Tadeusz Dąbrowski napisał esej, w którym czytamy: „Ten bar się nie nazywa. Dzięki temu mężowie, którzy wracają stąd nonszalanckim krokiem Johna Wayne’a do swoich strapionych żon, zapytani przez nie: „Gdzie, do cholery, byłeś przez tyle godzin?”, ze spokojnym sumieniem mogą powiedzieć: „Nigdzie”. Bywalcy jednak dobrze wiedzą, gdzie byli, każdy z nich ochrzcił to centrum świata po swojemu. I tak jedni chodzą „do Maćka”, inni „do Jurka”, jeszcze inni „na rożen” albo po prostu do „budy”. Ja chodzę „na pętlę”, bo blaszany peerelowski barak w kolorze mordoklejki stoi właśnie przy pętli tramwajowej w Oliwie, kilka kroków dosłownie, jedno charyzmatyczne splunięcie od torów. Brak oficjalnej nazwy sprawia również, że jest to najbardziej demokratyczny i niestargetowany lokal, jaki znam. Choć gdy wiele lat temu, jadąc na uczelnię, odwiedziłem go po raz pierwszy, dotarło do mnie, że Foucault nie miał pojęcia, czym jest prawdziwa transgresja.” […]

Zdjęcie za: mojeosiedle.pl

Czego nie robiłem w Kambodży

Dziwna to była wyprawa. Czego ja w Kambodży nie robiłem?!

Nie zaliczyłem ani jednej z dziesięciu największych atrakcji turystycznych tego kraju. Nie straciłem połowy cennego urlopu na wycieczkę do Siem Reap po to tylko, by zobaczyć świątynie Angkor Wat. W Phnom Penh, gdzie wylądowałem, nie skusiły mnie lokalne biura podróży, oferujące wycieczki na Pola Śmierci. Ominąłem nawet Foreign Correspondent Club w samym sercu miasta – lokal ponoć kultowy, choć wydaje się, że teraz już głównie na fali popularności podtrzymywanej przez Lonely Planet.

Stawiać tym wszystkim ofertom musiałem nieraz czynny opór! Wielu znajomych i przypadkowo napotkanych osób pytało jak to w ogóle możliwe, aby człowiek odwiedzał Kambodżę i pominął Angkor Wat i Pola Śmierci? Świadomie?! Skandal jakiś!

Co zatem na 9-dniowym urlopie w Kambodży robiłem?

Pozwalałem Kambodży, aby mnie zauroczyła. Chłonąłem każdą chwilę, każdy dzień.

A konkretniej? Odwiedzałem przyjaciół, poznawałem nowych ludzi. Przy okazji couchsurfingu obserwowałem, w jak nietypowych dla mnie warunkach niektórzy mieszkają i uczyłem się do nich adaptować. Doceniałem bezinteresowną gościnność. Czytałem poradnik, którego okładka obiecywała poprawę jakości życia. Dzień po dniu, rozdział po rozdziale, wprowadzałem te porady w życie.

Jeździłem rowerem pośród pól ryżowych. Znajomi z couchsurfingu zabrali mnie na jedną z ulubionych tras. Po drodze, na wioskach, spotykaliśmy dzieci, które na nasz widok wołały ‘hello’, a niektóre popisywały się tańcząc ‘gangnam style’. Wydostanie się rowerem z miasta w stronę pól ryżowych wymagało nie lada odwagi, uwagi i koordynacji ruchowej – pierwszy raz w życiu jeździłem na dwóch kołach po chaotycznych ulicach (i autostradach) Azji. Na początku było trochę stresu, ale w sumie okazało się to banalne. Bardzo płynny okazał się dla mnie ten uliczny chaos.

W czasie całego pobytu wystawiałem twarz i do słońca, i do deszczu. Była to akurat pora deszczowa i po raz pierwszy od bardzo dawna miałem okazję porządnie zmoknąć – jak się żyje od kilku lat na pustyni, to jest to niezła rozrywka! Ulewy, która złapała nas na rowerach na środku autostrady, długo nie zapomnę…

Żywność w Kambodży to interesujący temat – rolnictwo jest tam do dziś uprawiane w tradycyjny sposób, w związku z czym tutejsze świeże warzywa i owoce w innych miejscach na świecie wpadłyby w kategorie organicznych. Poza browarnictwem praktycznie nie istnieje tu przemysł spożywczy!

To chyba oczywiste, że codziennie raczyłem się pysznym khmerskim jedzeniem, zwłaszcza sałatkami z organicznych składników. Mniej oczywiste jest to, że przy kilku okazjach, skuszony przez przyjaciół, stołowałem się w wykwintnych restauracjach, których szefowie kuchni mają (lub mieli?) na koncie gwiazdki Michelina. Oczywiście z szerokim wyborem win do kolacji – Nederburg Pinotage z RPA to moje osobiste odkrycie z Kambodży właśnie. Fine dining w najlepszym wydaniu – za rozsądną cenę. Kto przyjeżdżający do Kambodży by się tego spodziewał?

Na koniec udałem się na Koh Rong, malowniczą wyspę, o której słyszeli nieliczni. Napiszę o tym już wkrótce.

Zdjęcia jak zwykle na picasa.

Nietypowo

Z testu osobowości, który sobie ostatnio zafundowałem wynikło, że nie lubię mieścić się w standardowych ramach.

[…] ten typ osobowości stanowi jedynie 3 proc. populacji, co jest dobrą wiadomością dla jego przedstawicieli, gdyż nic nie odbiera im radości tak bardzo, jak stwierdzenie, że są „pospolici”.

Niby zdawałem sobie z tego sprawę, jednak trafność tej diagnozy mnie uderzyła. I niech to będzie wstępem do relacji z kolejnej wycieczki, którą właśnie opisuję. Jak się okazuje – dość niestandardowej relacji z dość niestandardowej wycieczki, bo napiszę o tym, czego nie zrobiłem…

Zapraszam już wkrótce.



Wesele na Bali

Czy można odrzucić zaproszenie ślubne na Bali? Pewnie i można, ale nie warto, i to bez względu na koszt. Z tego właśnie założenia wyszedłem, gdy ku uciesze całej rodziny pana młodego potwierdzałem swój udział w tym wyjątkowym wydarzeniu. Czy ma znaczenie, że ani pana młodego, ani jego wybranki, w ogóle nie znałem?

Nie byłoby za bardzo o czym pisać, gdyby nie tło wydarzeń. Jak na filmach, tłem ceremonii zaślubin były: bezchmurny horyzont, zachodzące słońce i szum morza; ksiądz stojący tyłem do morza, młoda para przodem do księdza, za nimi elegancko ubrani goście – z wielu zakątków świata oraz przypatrujący się wszystkiemu ciekawscy goście hotelowi – leżący nad basenem w strojach kąpielowych. Tematem przewodnim była purpura, która okazała się całkiem fotogeniczna w tej scenerii.

Rozpisuję się tu o szczegółach scenografii, choć zupełnie nie o takie tło chodziło.

Najbardziej fascynujące było dla mnie to, jak się tam znalazłem i z kim miałem do czynienia.

Fot. Jaem Prueangwet

Po kolei. Rzecz działa się na Bali w Indonezji. Zaproszony zostałem jako przyjaciel rodziny przez brata pana młodego. A konkretniej – Hindusa z Malezji.

Zagadka nr 1: Jakim językiem porozumiewa się ze sobą rodzina pana młodego, na co dzień i od święta?

Odpowiedź do zagadki nr 1: Chińskim mandaryńskim.

Zagadka nr 2: Dlaczego „moja” rodzina Hindusów z Malezji nie porozumiewa się po tamilsku, czyli języku powszechnie używanym przez tę mniejszość?

Odpowiedź (banalna!): Ponieważ młode pokolenie w tej rodzinie tego języka akurat nie zna. Biegle posługuje się jedynie malajskim i angielskim. I chińskim, oczywiście! Ot, taka rodzinka. Wszelkie zarzuty o to, że idą na językową łatwiznę byłyby zatem niestosowne i ostrzegam, że będę takież odpierał własną piersią!

Wśród gości były różne nacje i grupy etniczne, w tym dwie sędziwe chińskie babcie. Wkrótce okazało się, że to one są kluczem do zagadki – jedna z nich jest babcią „z krwi i kości”, a druga – przyjacielem rodziny. Takich etnicznych kombinacji jest w tej części świata sporo, ale dopiero doświadczenie ich z pierwszej ręki uświadamia siłę takich rodzinnych więzów i co może z nich wynikać.

Zagadka nr 3: W jakim jeżyku odbywała się ceremonia zaślubin? Odpowiedź (oczywista dla osób obeznanych z azjatyckimi realiami): w rozumianym przez większość języku angielskim.

Fot. Jaem Prueangwet

Podsumowując – zachwycony jestem ich gościnnością – traktowany byłem jak członek rodziny. Nawet pan młody – mimo, że nie mieliśmy okazji się wcześniej poznać – osobiście troszczył się o dopięcie szczegółów mojej wizyty do ostatniej chwili.

Cieszy mnie i duma rozpiera, że miałem sposobność poznania tak interesującej rodziny. To też kolejny dowód na to, że wspaniale odnajduję się wśród Azjatów.

Fot. Jaem Prueangwet

Wielkanoc za oknem



Wielkanoc to … mało powiedziane! Ta zdarza się co roku przecież, a to, co przytrafiło się mi, prawdopodobnie raz w życiu.

Ptaków w Katarze jest mało, choć przebiega tędy szlak ptasich migracji. Niecałe dwa tygodnie temu zauważyłem, że na moim zakurzonym parapecie jakiś ptak, z wyglądu gołąb, uwił sobie gniazdo. Jak na lokalne warunki to całkiem sympatyczne, choć Ikea to nie jest. A warunki lokalne ptactwo ma ograniczone – gniazdko zostało skrzętnie wykonane z cienkiego … drutu!

Niestety po zrobieniu zdjęcia ptak się wystraszył i odleciał. I wtedy zaniemówiłem, bo moim oczom ukazał się taki widok!

Miałem wrażenie, że to fatamorgana. Manna z nieba! Dwa jajka złożone na betonowym parapecie, otoczone drutem!!!

I tak mijały dni, aż o wszystkim sobie przypomniałem. Wyglądam za okno i? Dziś jajek już nie ma, w ich miejscu … siedzi sobie pisklak. Jakiś duży, jak on się w takim jajku zmieścił?

Taki zaszczyt mnie kopnął. Błogosławieństwo wręcz!

7 lat w Azji

Siódmą rocznicę mojej pustynnej emigracji świętowałem właśnie w Singapurze. Myślałem, że wybór był przypadkowy, ale teraz, gdy o tym piszę, uświadamiam sobie, że ten region świata stał się po prostu bliski mojej duszy.

W zasadzie jedynym celem wizyty w Singapurze było odwiedzenie przyjaciół, z którymi pracowałem w Katarze. W ciągu tych kilku lat przewinęło się ich przez nasz dział może dziesięcioro, w większości Chińczyków. Ostatnio powoli się wykruszali, narzekając na wszechobecny w Katarze kurz, kiepską infrastrukturę, a także pogodę – zwłaszcza wysoką wilgotność (sic!). Aż w końcu, z tej katarskiej wilgotności ulotnili się wszyscy i nie pozostał nikt.

Już nawet nie pamiętam, jak zacząłem się kumplować z azjatycką mafią. Przełomowym momentem bodajże było, jak połowa tej mafii wylądowała w jednym zespole ze mną. Tak się akurat złożyło, że przy czteroosobowym biurku siedziało dwoje Singapurczyków, Malezyjka i ja. Miejsce Malezyjki po jakimś czasie zajął … kolejny Singapurczyk. Nie było dla mnie ucieczki …

Mój początkowy entuzjazm z przebywania w tak egzotycznym dla przeciętnego Polaka otoczeniu przeradzał się we frustrację, jak tylko różnice kulturowe i problemy w komunikacji brały górę. Łatwo to sobie zresztą wyobrazić… Wkrótce jednak, na szczęście, entuzjazm powracał – zwłaszcza, gdy uświadamiałem sobie, że dużo nas jednak łączy.

Nicią porozumienia była bez wątpienia przynależność do nie-hinduskiej mniejszości w biurze. Pomagało również obeznanie „moich Azjatów” z Europą – jej kulturą i stylem życia, a, nierzadko – oczarowanie nią, połączone z moją azjatycką fascynacją.

Umiłowanie jedzenia (mowa o Singapurczykach i Malezyjczykach przecież!) też wytworzyło między nami wieź.  Na bieżąco obserwowaliśmy reakcje przy smakowaniu potraw własnych krajów. Przeważała ekscytacja, choć oburzenie i zdegustowanie też się zdarzało i zdarza do dziś – wystarczy, abym wspomniał o ryżu z truskawkami i śmietaną – połączenie smaków, które niemal każdemu Azjacie wydaje się profanacją.

Opinia o ryżu na słodko to nie jedyna różnica między nami. Różne są strefy klimatyczne krajów, z których pochodzimy, a, co się z tym wiąże – odmienna percepcja pogody w Katarze. Azjatyckie uwielbienie dla klimatyzacji niemal codziennie konfrontowane było z jego brakiem.

Moje możliwości adaptowania testowane były na najróżniejsze sposoby. Nawet do zdejmowania butów u progu mieszkania zdołałem się przyzwyczaić, a po pewnym czasie wszedłem na kolejny poziom zaawansowania i przestałem nawet na to przeklinać (!). Jednak na prawdziwą próbę mojego zaawansowania zostałem wystawiony ja, pewny siebie członek azjatyckiej mafii, gdy w trakcie wspólnej wyprawy za granicę, zostałem zganiony za niezdjęcie butów tuż przy drzwiach pokoju hotelowego. Kto by się spodziewał, że azjatycki obyczaj zdejmowania butów w domu obowiązuje także w hotelu w Ameryce?! Barwna opowieść z tego niechlubnego zajścia (!) krąży w niektórych kręgach do dziś…



Moja „sieroca” przyjaźń z Azjatami do dziś owocuje. Nauczyłem się od nich wiele, oraz od siebie – dzięki samemu obcowaniu z nimi. Dzień w dzień bombardowany byłem azjatyckim spojrzeniem na świat, któremu początkowo stawiałem opór – przecież stały za mną stare, zachodnie prawdy życiowe, dodatkowo najczęściej podparte nauką. Z czasem zaczęłem to azjatyckie, „nienaukowe” spojrzenie tolerować, akceptować, pochłaniać …

Do dziś jednak nie rozumiem, dlaczego w trakcie przeziębienia nie należy pić kawy, ani jeść pieczonego mięsa! A przecież tyle czasu spędziłem na debatach na ten temat!

Czy muszę dodawać, że debaty odbywały się w niezwykle melodyjnym, „singielskim” lub „mangielskim” akcencie, który wkrótce sam przy różnych okazjach zacząłem naśladować?



Z dzisiejszej perspektywy oceniam, że była między nami doskonała symbioza, choć dla ludzi z zewnątrz mogło to wyglądać, jakbym był czarną (białą!) owcą w „żółtym stadzie”…  

Tak bardzo w tę symbiozę uwierzyłem, że w trakcie przedstawiania się obcym osobom nieraz tłumaczyłem, pół-żartem, pół-serio, że jestem pół-Polakiem, pół-Singapurczykiem i … pół-Malezyjczykiem. Że trzy połowy to niby niemożliwe? – doskonale oddawało to dziwność, ale i autentyczność sytuacji, w której się znalazłem! Gdy próbowano dopytywać o to, która połowa jest większa, szybko i dyplomatycznie rozwiewałem wątpliwości dyskutantów przypominając, że o to chodzi w połowach, że wszystkie są równe…(Co to pustynne słońce robi ludziom z mózgu!?)

Co, gdybym na początku kariery nie był zmuszony do zaprzyjaźnienia się z obcymi na pierwszy rzut oka Chińczykami? Naturalnym jest chyba, że swoi lgną do swoich i dziś obserwuję, jak większość młodych Europejczyków w moim biurze wybiera swoje towarzystwo wedle tego klucza. Ja w moich czasach takiego wyboru nie miałem i wcale tego nie żałuję! Cieszę się natomiast, że do południowoazjatyckiego stada zostałem przyjęty i do dziś, choć coraz częściej jedynie przy grupowym wspominaniu, mam w nim honorowe miejsce.

To wspaniałe uczucie mieć przyjaciół w wielu zakątkach świata. Z moją ekipą z Azji Południowo-Wschodniej łączy mnie więcej, niż dzieli, co udowodniłem właśnie w trakcie kolejnej już wizyty w Singapurze.

Fot. Jaem Prueangwet

Co mi zrobisz jak mnie złapiesz

Czwartek rano, tuż po świętach wielkanocnych.

Marusia: Hej, dzisiaj lecisz czy już jesteś na miejscu?

Wheyman: Co jest dzisiaj? Dokąd mam lecieć? I, wreszcie, gdzie jest to miejsce?

Marusia: Dżizas… Czyli gdzie teraz jesteś? 🙂 Już w Doha? 🙂

Wheyman: Już w Doha i jeszcze w Doha! Sam ledwo się w tym łapie…

Marusia: A gdzie lecisz w takim razie?

Wheyman: Otóż, prawda jest taka, że dziś leciałem i dziś jestem na miejscu. Dziś będę leciał i jutro też będę na miejscu. Tyle że innym, od dzisiejszego, ale tym samym, co wczorajsze.

Po kilku dniach odsypiania, wreszcie jestem w stanie odtworzyć bieg wydarzeń. Jest to problematyczne bynajmniej nie ze względu na konsekwencje dobrej zabawy na weselu kuzynki, w którym w międzyczasie uczestniczyłem, choć trzeba przyznać, że ono właśnie przyczyniło się do zamieszania.

Jak to się stało? Zasady obowiązujące w Katarze w pewnym stopniu karzą tych, którzy biorą urlop na tydzień lub dłużej. Najlepiej brać sześć dni lub mniej, w przeciwnym razie weekend jest również liczony jako urlop. Co z tego, że wszyscy uważają, że to bez sensu?

Po sześciu dniach w Polsce (licząc weekend…) postanowiłem więc zaoszczędzić dni urlopowych i wrócić do pracy na jeden dzień – czwartek. W Doha wylądowałem ok. piątej rano i po szybkim prysznicu w domu i przebraniu się byłem już na siódmą w pracy. Po pracy czekało mnie rozpakowanie (słoików ;), spakowanie i szybka wieczorna drzemka. Około północy wyjeżdżałem do Polski na kolejne trzy dni, w tym na rzeczone wesele.

Przedziwne to uczucie ponownie wejść na dziesięć dni w polski tryb życia z rowerem, bałtycką bryzą i błękitnym niebem w rolach głównych, z przerwą na osiem godzin pracy na innym kontynencie. Jeszcze dziwniej jest po tym okresie wrócić „na dobre” do Kataru. Czy było warto tych trzynastu godzin dodatkowo spędzonych w samolotach? Nie mam co do tego wątpliwości!

Nie pierwszy raz uraczyłem się takim podróżniczym maratonem, lecz nigdy wcześniej nie było to tak zaplanowane. Do dziś wspominam moją spontaniczną podróż na Malediwy. Zaczęło się od niewinnego powrotu z kilkudniowych wakacji w Polsce. Całonocny rejs z Mediolanu lądował w Doha w czwartek rano, po czym, niezbyt wyspany, udałem się do pracy. Na locie nie zmrużyłem oka, bo leciała nim w charakterze załogi Pani Truskawa, której sprawiłem niezłą niespodziankę pojawiając się – niby znikąd – na pokładzie. Jak tylko się okazało, że po krótkim odpoczynku w Doha udaje się ona na Malediwy z dwudniowym pobytem służbowym, postanowiłem skorzystać z okazji i dołączyć. Wylot do Male był ok. pierwszej w nocy, czyli ok. 20 godzin po naszym lądowaniu z Mediolanu. W czasie, gdy Pani Truskawa odpoczywała w pozycji horyzontalnej przed kolejnym rejsem, ja pracowałem, pakowałem się, biegałem kupować bilety, studiowałem przewodniki. Wszystko, prócz odpoczynku.

Czy muszę dodawać, że po dwóch nieprzespanych nocach z rzędu w pewnym momencie senność wzięła nade mną górę. Stało się to, jak tylko położyłem się na gorącym piasku. Pamiętam, lecz do dziś nie rozumiem, dlaczego, zasypiając, trzymałem ręcę wyciągnięte nad głową. W tej dziwacznej pozycji przebudziłem się po dwóch godzinach z przypalonymi pachami. Kto by się smarował, gdy niebo zachmurzone? Pod pachami?!

Mimo ogólnego zmęczenia, przeżycia były niezapomniane, skoro … do dziś je pamiętam jak żywe.

Najwyraźniej od czasu do czasu ma sobie człowiek potrzebę zdobycia kolejnego osobistego szczytu. Alpiniści mają swoje szczyty, podobnie jak maratończycy, czy morsy kąpiące się zimą w morzu. Moje mozolnie zdobywane szczyty są w kategorii szaleństw podróżniczych.

Więcej o tym swoistym dniu (tygodniu) świstaka w kolejnym wpisie.

Translate »