Piszę o tym Katarze i piszę. Rzeczy ważne i mniej ważne. Czas na trochę kultury i patriotyczną nutę. Poniżej hymn Kataru odśpiewany przy okazji wspomnianego już otwarcia igrzysk azjatyckich półtora roku temu. Zwracam uwagę na wykonanie, a zwłaszcza uroczyste stroje.
Igrzyska po azjatycku
Trochę wspomnień. Tym razem bynajmniej nie moich, bo gdy Doha była gospodarzem Asian Games w grudniu 2006 roku, ja o Katarze nawet jeszcze nie myślałem.
Z tamtego wydarzenia wszystkim najbardziej w pamięć zapadła ceremonia otwarcia igrzysk a zwłaszcza moment zapalenia znicza. Wszystko w pięknej oprawie, niestety (podobno) w smugach deszczu. Efekt? Mordercza walka konia szejka Mohammeda z mokrymi schodami. Wszystko na oczach milionów widzów na stadionie i przed telewizorami. Fascynujące!
Niecierpliwym polecam rozpoczęcie oglądania filmu od trzeciej minuty 🙂 Byleście wytrzymali do końca! Warto!
MotoGP na żywo
Znowu się dzieje. I znowu relacje idą na cały świat. Podobno. Niejeden fan sportów motorowych o tym marzy. Światowej klasy wyścigi motorów oglądane na żywo. Słowem Grand Prix Kataru. Ja mimo że o tym nie marzyłem doświadczenie to mam zaliczone. Gratka tym większa, że były to wyścigi przy sztucznym oświetleniu – po raz pierwszy na świecie. Podobno.
Tor Losail, który położony jest 30 km na północ od Doha, trzeba było do nocnej jazdy specjalnie przygotować – wymagało to m.in. zainstalowania 3600 latarni o całkowitej mocy 5.4 mln watów!!! Wszystko oczywiście na środku pustyni. Mimo tych wysiłków nie było możliwe idealne odtworzenie warunków panujących przy świetle słonecznym – wedle kierowców widzialność na torze była trochę gorsza niż za dnia, ale na szczęście traktowali to raczej jako dodatkowe wyzwanie. Podobno narzekali również na wilgotność w powietrzu oraz … chłód – mimo że w ciągu dnia mamy w Katarze ostatnio prawdziwą wiosnę rzędu 30 stopni, to nocą temperatury spadają poniżej 20 st. (plus przenikliwy chłodny wiatr). Nic dziwnego, że kierowcy narzekają. My zresztą też.
Wrażenia z wyścigów? Z góry proszę o wybaczenie, jeśli w poniższych słowach zawrze się jakaś ignorancja w stronę tego sportu. Więc … po pierwsze moim zdaniem trudno to nazwać sportem (naprawdę padam na kolana prosząc o wybaczenie!). Jedyny sportowy element dostrzegłem na trybunach – regularne obracanie szyi z prawej na lewą w momencie gdy motory śmigały obok nas. Równo co 1 minutę i 55 sekund. Nawet oglądając mecz tenisa można zmęczyć się (szyję) o wiele bardziej 😛 Trzeba było ponadto użyć sporo siły (własnych bicepsów i mięsni palca wskazującego) przy zatykaniu uszu, bo przy odgłosie silników o pojemności 500 cc przejeżdżających z prędkością ponad 250 km/h ogłuchnąć jest bardzo łatwo. Tyle sportu w sporcie.

Błagam, nie każcie mi podawać szczegółów wyścigów, bo nie wiem nic ponad to, że wygrał motor koloru czerwonego.
Podsumowując – za mną kolejna impreza, dzięki której o Katarze słyszą ludzie na całym świecie. Jak widać, władze Kataru ostatnio bardzo aktywnie promują ojczyznę. W sumie ciekawe doświadczenie, więcej na podobne wyścigi nie czuję potrzeby chodzić. Czy aby na pewno? – już za miesiąc Formuła 1 w Bahrajnie. Znajomi kuszą, żeby do nich dołączyć, oj kuszą ….
Zwierzenia Araba
Jeden z moich byłych współlokatorów, z pochodzenia Jordańczyk, zaczął mi się żalić, że mi zazdrości. Zazdrości tego, że jestem z Europy. Po pierwsze, takim jak ja lepiej płacą – w Katarze i prawdopodobnie wszędzie indziej na świecie też. Drugi argument – jesteśmy lepiej wykształceni, lepiej wychowani, bardziej niezależni od innych ludzi, włączając własnych rodziców. Europejczycy są według niego w ogóle lepiej przygotowani do życia i w związku z tym żyje im się przyjemniej. Stwierdzenie to mnie dosyć zaskoczyło, ale zgodnie z jego prośbą nie traktowałem tego jako zarzutu do mojej osoby. On bowiem – jako Arab – bez ogródek narzekał na … świat arabski.
Zacząłem drążyć temat. No bo jak można narzekać na wykształcenie, skoro taka Jordania do biednych krajów nie należy i edukację po prostu musi mieć na porównywalnym poziomie? – podobnie jak większość krajów arabskich zresztą. Zarobki? Owszem wyższe w Katarze dla Europejczyków, ale przecież czymś ich trzeba zachęcać do przyjazdu na pustynię (Arabów zachęcać pensją tak bardzo nie trzeba – sami przyjeżdżają). Powodów do frustracji wymieniał więcej. Wśród nich znalazła się oczywiście kwestia konieczności akceptacji decyzji własnej rodziny w sprawach, które młodzi Europejczycy rzekomo podejmują samodzielnie (studia, praca, małżeństwo, mieszkanie, itd.). Ewentualny brak wymuszonej uległości może się wszak zakończyć ostracyzmem rodzinnym. Próbowałem go przekonać, że wszyscy mamy równe szanse, i że los człowieka zależy w największym stopniu od niego samego. Zasugerowałem, że jeśli całej tej sytuacji już nie może wytrzymać to jedynym rozwiązaniem, które mi przyszło na myśl to po prostu „róbta co chceta”. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że to przerastało jego siły.
Na koniec na szczęście wyjaśniło się, jakie jest źródło tych wszystkich frustracji – w istocie jest ono banalne. Jordańczyk zazdrościł mi, że mam taki mały skromny samochód, a konkretniej o to, że … mam odwagę się w nim pokazywać. On siebie w takim nie widzi, bo co powiedzieliby jego znajomi, a co dopiero rodzina!? (przy okazji – pamiętacie serial „Co ludzie powiedzą? – no właśnie, oni tam jeździli volvo – rozgruchotanym chyba…) W istocie porażający powód do zazdrości. Widzi siebie natomiast w mercedesie – problem jednak w tym, że go na mercedesa nie stać. Nie stać go, bo mało zarabia, w każdym razie rzekomo mniej niż ja. Mniej zarabia, bo nie jest Europejczykiem. Obniżenie oczekiwań co do samochodu itp. nie wchodziło w grę, a takie właśnie rozwiązanie odważyłem się zaproponować na – jak się okazało – wszystkie wyżej wymienione frustracje.
Dziwną mentalność niektórzy mają. Mój rozmówca stwierdził, że takie podejście jest charakterystyczne dla wszystkich Arabów. Na szczęście nie wszyscy Arabowie których do tej pory spotkałem to potwierdzają.
Turyści tylko pięciogwiazdkowi
Jak jest w rzeczywistości? Okazuje się, że nie każdy potencjalny turysta zwabiony taką reklamówką może Katar odwiedzić. Wszystko komplikują ograniczenia wizowe. Wizę turystyczną owszem, można dostać, ale najczęściej tylko z pomocą hotelu, w którym nocleg zarezerwujemy i za niego z góry zapłacimy. Żeby jeszcze bardziej utrudnić życie entuzjastom podróżowania, lista takich hoteli jest dość krótka i ograniczona do tych najdroższych, czyli 4- lub 5-gwiazdkowych. Zapomnieć należy o spaniu u znajomych lub w schronisku młodzieżowym (istnieje takie, a jakże, tylko po co, skoro grupa docelowa w postaci studentów nie ma szans na dostanie wizy???!!!). Co więcej, o ewentualnym wydaniu wizy turystycznej dla członków rodziny ekspatów decyduje najpierw pracodawca, a potem urzędnicy imigracyjni. Koszmar. I w ten oto bardzo zgrabny sposób do zwiedzenia Kataru wybiera się tylko tych z najgrubszymi portfelami. Dość skuteczna polityka. Ludowi pospolitemu krajów wszelkich mówi się „nie”! Liczą się tylko bogacze, tacy pięciogwiazdkowi, wszak sam dowozca też wieloma gwiazdkami się szczyci. A prawdziwe tłumy turystów (plebs?!) walą do Dubaju – klimat ten sam, atrakcje w sumie też. W sumie to nie narzekam – bez tych tłumów turystów przynajmniej łatwiej znaleźć stolik w tych najpopularniejszych miejscach, np. na suku. Gdzie im tu Dubaj przyszło próbować dogonić, się pytam?!
Likier na Katar
Czy można być wsadzonym do więzienia i zwolnionym z pracy za posiadanie alkoholu w bagażniku samochodu? Wychodzi na to, że tak. I wcale nie w Arabii Saudyjskiej, lecz tu w liberalnym całkiem Katarze.
Historia przydarzyła się kilku katarskim ekspatom kilka miesięcy temu. A zakończyła się nie tylko zwolnieniem z pracy, lecz również deportacją. Zawinili, więc ponieśli konsekwencje. Ale jak niby zawinili? Otóż w czasie przerwy na lunch udali się na zakupy do sklepu alkoholowego (dosłownie monopolowego, bo jedynego w Katarze), a po powrocie przenieśli część zakupów z bagażnika jednego samochodu do drugiego. Niestety ktoś to zauważył i zgłosił na policję. Khalas. Koniec historii.
Aby kupować alkohol w Katarze na potrzeby domowe, trzeba mieć specjalne zezwolenie nazywane liquer permit, przy czym z założenia nie jest ono wydawane muzułmanom (informację o religii każdy ma wpisaną do wizy, więc nie da jej się zmienić w międzyczasie). Na wydanie zezwolenia potrzebne jest … pozwolenie pracodawcy i oświadczenie o zarobkach. Prawo do kupowania jest równoznaczne z prawem do posiadania alkoholu. Alkoholu zakupionego w sklepie nie można nikomu odsprzedać (ani też oddać, o częstowaniu na imprezie są sprzeczne opinie). Co więcej, zakupy należy bezzwłocznie dowieźć do domu, nie można rozbijać się z nimi po mieście (niewinne wyskoczenie do warzywniaka lub pralni po drodze również jest wykluczone!). Jednocześnie butelki w czasie takiej podróży należy starannie ukryć, a przy przenoszeniu do domu uważać i się z nimi nie afiszować (głupie to niesamowicie – praktyka sugeruje, że najlepiej przenosić pod zasłoną nocy).
Prawo prawem, ale niestety niewiele osób jest świadomych tych wszystkich ograniczeń. Dowodzi temu przypadek opisany na wstępie – ludzie ci niestety popełnili kilka błędów na raz, primo – przenosili alkohol między samochodami za dnia na widoku innych, sekundo – nie zawieźli procentowych zakupów prosto do domu. Mieli też pecha, że ktoś odpowiednio życzliwy to widział i na nich doniósł (o to w tym kraju akurat nietrudno, bo lojalność Katarczyków wobec lokalnego prawa jest bardzo wysoka – broń Panie Boże od wszelkich rozmów o rzeczach półlegalnych takich, jak szmuglowanie wieprzowiny czy sprzedawanie alkoholu na anonimowej, zdawałoby się, ulicy w Doha!)
Oczywiście do tej pory nikt z „użytkowników” o tych absurdalnych przepisach nie słyszał, a nawet jeśli słyszał to ich tak surowo nie respektował, bo to po prostu chore jest. To się może jednak zmienić odkąd tę sprawę nagłośniono – strach przed deportacją to chyba najmniejszy pikuś (każdy powód jest dobry do opuszczenia Kataru?!). Większy problem chyba stanowi konieczność spędzenia w katarskim więzieniu kilku dni lub tygodni poprzedzających deportację, co do przyjemności podobno nie należy.
Raz się żyje. Mędrcy mawiają, że na coś trzeba umrzeć. Dodałbym również, że za coś trzeba być z tej pustyni deportowanym.*
* Powyższe rozważania są czysto teoretyczne i bynajmniej nie odzwierciedlają faktycznych czynów bądź zamiarów autora. [Tu niby chciałem wstawić „uśmieszek”, ale wtedy zabrzmiałoby to zbyt jednoznacznie. A jak brzmi teraz?]
Kuwejt – fiesta!!
Wycieczka z kategorii Oczekiwania żadne – rozczarowanie żadne.
Dlaczego jechałem zatem? Bo jak nie teraz, to za pół roku, albo i później – zima się kończy, a wraz z nią pogoda, przy której da się zwiedzać region Zatoki Perskiej. Wystarczający powód?
Daulat al Kuwajt – państwo o połowę większe od Kataru, ponad dwa razy więcej mieszkańców; równie zamożne, choć wydaje się, że z tego bogactwa potrafi korzystać trochę dłużej. Z powodu bogactwa w przeszłości Kuwejt nieco cierpiał, np. w 1990 roku, gdy został najechany przez Irakijczyków. Pamięć o wojnie w Zatoce Perskiej i operacji Pustynna burza powoduje, że państwo to jest chyba lepiej rozpoznawalne na świecie, niż taki np. Katar. Tę pamięć o tej wojnie można zauważyć również w samym Kuwejcie, chociażby widząc takie tabliczki:

Co widziałem ponadto? W zasadzie nowoczesne państwo, z dobrze (lub wręcz bardzo dobrze jak na ten region) rozwiniętą siecią komunikacji publicznej – doliczyliśmy się kilkunastu linii autobusowych obsługiwanych przez dwie konkurencyjne firmy! Wieżowce, owszem, choć na szczęście nie tak liczne jak w Emiratach Arabskich. Sieć dróg też super. W ciągu całego dnia pobytu niestety nie dostrzegłem tego, czego się tam spodziewałem najbardziej, a co dyktowała mi moja (nadal bujna) wyobraźnia – złotych klamek, długich limuzyn itp. (fakt faktem – biedy nie było widać).
Z całej jednodniowej wycieczki nie zapomnę na pewnego jednego – sposobu celebrowania święta niepodległości przez Kuwejtczyków. Jakimś sposobem znaleźliśmy się w samym środku wielkiej fiesty. A warto dodać, że fiesta taka jest bardzo kolorowa.

Symfonia klaksonów ogarnęła całe miasto od południa aż po samą noc. Samochody (w tym samochody obcokrajowców) dumnie paradowały ulicami, w tę i z powrotem. Nie mogło zabraknąć wszechobecnych wizerunków władców. Nawet na szybach samochodów.

O dobrej zabawie decydował jeszcze jeden mały szczegół – fieście towarzyszyła piana. Taka ze sprayu, którą zabawiały się nie tylko dzieci, ale również dorośli. Przejazd przez miasto z otwartą szybą lub – o zgrozo! – niezablokowanymi drzwiami mógł skończyć się źle dla pasażerów. Nawet dla pasażerów taksówki takich jak my. Momentami więc świętowanie przeradzało się w zwykłe chuligaństwo. Zauważam bardzo bliskie podobieństwo do naszego polskiego śmigusa-dyngusa.

Podsumowując – jeśli ktoś w ogóle zamierza jechać do Kuwejtu na jeden dzień, to niech to będzie właśnie 25 lutego, czyli święto niepodległości. Nudzić się nie będziecie, a przy okazji można przeżyć osobliwego śmigusa-dyngusa.
Chcących obejrzeć bardziej obszerny fotoreportaż z Kuwait City zapraszam jak zwykle do kliknięcia tutaj .
Szarapowa za mocna na Radwańską
Za mocna tym razem tylko. Bo ten ich wczorajszy mecz to był jedynie rewanż za mecz na zeszłorocznym US Open, który wygrała nasza Isia. Powiedziałbym, że wczoraj przegrała w dobrym stylu (4:6 3:6 to chyba dobry wynik?). Wybaczcie, że znowu o tenisie, ale my tu tym żyjemy i jeszcze długo żyć będziemy….

Okazało się, że nie wszyscy kibicowali rosyjskiej blond-piękności. Polka zdobyła całkiem sporo fanów, którzy czasem wspierali ją okrzykami i oklaskami (Polaków też było sporo, choć mniej niż na ostatnim meczu reprezentacji piłkarzy). Wśród kibiców znaleźli się więc Arabowie, Azjaci, Francuzi, Brytyjczycy. Szarapowa ze względu na sławę miała kibiców liczniejszych i głośniejszych. Długo nie zapomnę kolesia (Rosjanina), który siedział tuż obok mnie i przed prawie każdą piłką krzyczał na cały głos: „Masza wierim!", „Masza dawaj”, itd. Sędzia próbowała go uspokoić wiele razy, bezskutecznie… Ciekawe czy było to słychać (i widać) w telewizji. Mam wrażenie, że w związku z tym, że siedział dosłownie obok mnie, wszyscy myśleli, że to akurat ja robię wiochę. Ale wiocha!
W ogóle zaskakująca była ilość Rosjan na trybunach – skąd oni się tu nagle wzięli? Znajomi w pracy sugerowali, że po prostu jeżdżą tak za Szarapową po całym świecie (jestem w stanie w to uwierzyć, zwłaszcza biorąc pod uwagę liczbę „noworuskich" latających z nami na Seszele, Malediwy i inne takie tam – jest ich tak dużo, że na każdym locie potrzebna jest co najmniej jedna stewardesa mówiąca po rosyjsku).

Tak sobie myślę, że może to i dobrze, że Radwańska już dzisiaj nie gra w finale, bo to codzienne chodzenie na mecze prosto z pracy trochę mnie już zmęczyło. A dodatkowo przez tą pogodę nabawiłem się przeziębienia (cały posiadany arsenał swetrów nie wystarczył, a rękawiczek i czapki nie miałem czasu poszukać w szafie (naprawdę je tu mam, i na stadionie im. Khalifa w Dausze 🙂 byłyby jak znalazł, serio). A do Dubaju, w którym Isia już od dziś rozgrywa kolejny turniej (idzie jak burza podobno) na razie się nie wybieram.
I znowu coś się działo. I znowu na nudę w Katarze nie można narzekać. Poczekajmy do lata (czyli miesiąc jakiś), wtedy w Katarze nastanie znowu prawdziwy marazm.
BTW (jak to się tłumaczy na polski? – może „a propos”?, pomóżcie, bo już głupieje!). Tak czy inaczej – BTW:
Gdy pisałem to, co właśnie przeczytaliście, to jednocześnie oglądałem Vivę Polska (nadal niezastąpiona) i leciała reklama Lady Speed Stick z … Szarapową. Znam tę reklamę od dawna, prawie na pamięć. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że ta panienka na ekranie to ta sama, którą wczoraj widziałem na żywo walczącą na korcie. Niby fajnie, ale co z tego? No właśnie…
Dauha: Radwańska w półfinale
Zaczęło się niewinnie:
Radwańska gra w super-turnieju w Katarze
Radwańska pomściła siostrę
Radwańska lepsza od Amelie Mauresmo
WTA w Dausze – Radwańska w ćwierćfinale!
Doha: niesamowity bój, Radwańska w półfinale! Teraz Szarapowa!
Takie właśnie nagłówki pojawiają się w ostatnich kilku dniach w Polsce. Wszyscy się pewnie zastanawiają, co to za Katar i gdzie on w ogóle jest. I co to jest ta Dauha. Oto śpieszę wyjaśnić (uwaga, relacja z pierwszej ręki).
Dauha, czy też Ad-Dauha to spolszczona nazwa stolicy Kataru zwanej powszechnie Doha (spolszczona po arabsku). I do tej Ad-Dauhy właśnie zleciały się gwiazdy światowego tenisa, w tym Amelie Mauresmo, Maria Szarapowa, Venus Williams i … Agnieszka Radwańska. Ta ostatnia świeci coraz jaśniej. Aż miło popatrzeć. Dowód? Wystarczy spojrzeć na wspomniane nagłówki – dzień po dniu coraz większe napięcie i zaskoczenie. Z olbrzymią satysfakcją przyznaję, że mam okazję te sukcesy śledzić na żywo. Dwie z tych gwiazd nie doszły nawet do ćwierćfinałów. A nasza?
Dziś Radwańska weszła do półfinału po fascynującym trwającym trzy godziny (wiem bo swoje zmarzłem) meczu z Dominką Cibulkovą. Jakoś tak się złożyło, że siedziałem obok kibiców słowackich trzymających olbrzymią flagę, co niestety zarejestrowały kamery Al Jazeery (mam nadzieję, że nikt nie dojrzał w tym zdrady narodowej…). Porażki też widzieliśmy – na przykład wczorajszą zaskakującą przegraną Venus Williams – pokonała ją w pięknym stylu dzisiejsza partnerka Polki. Pokonała Venus, żeby przegrać z Radwańską. Wow!
W sobotę Radwańska będzie grać w półfinale z Szarapową. Której z nich niesamowicie wietrzna pogoda będzie sprzyjać bardziej?
Jaki nagłówek będzie jutro? A jaki w niedzielę, gdy poznamy wyniki meczu finałowego?
Do boju Agnieszka! Agnieszka Radwańska! My tu w Katarze w Ciebie wierzymy! I urywamy się z pracy, żeby zobaczyć Ciebie na żywo.
Oj, dzieje się, dzieje, nawet tu – na końcu świata.
Kto wygra mecz? Polska!
Kto?! Polska! Kto???!!! Polska, Polska, Polska!!! Do boju, do boju, do boju Polacy!!!!
O co chodzi w ogóle? Ano o to, że takie właśnie okrzyki można było usłyszeć ostatnio na jednym z dohowych stadionów (stadionami, kilkunastoma chyba, to Doha akurat może się pochwalić, serio!!!). Mieliśmy tu w Katarze zaszczyt gościć reprezentację Polski juniorów w piłkę nożną, która brała udział w międzynarodowym turnieju towarzyskim o puchar Emira czy coś takiego.
Z ośmiu zgłoszonych drużyn (w tym Niemcy) nasi reprezentanci doszli do półfinału, w którym wygrali z Uzbekistanem. Sukces należy zawdzięczać między innymi gorącemu dopingowi licznie zgromadzonej Polonii. Chyba wszyscy byli tym dopingiem na obczyźnie zaskoczeni – piłkarze, działacze, sama Polonia, no i ja. Nie spodziewałem się, że jest nas tu aż tak dużo i że tak się potrafimy zebrać (pomogła koordynacja akcji przez ambasadę). Około osiemdziesiąt osób praktycznie bez przerwy przez cały mecz zdzierało gardła skandując najróżniejsze profesjonalne okrzyki stadionowe (nie obyło się nawet bez zaskakująco wzruszającej w tych okolicznościach przyśpiewki „…bo wszyscy Polacy to jedna rodzina, starszy czy młodszy, chłopak czy dziewczyna …” – odśpiewana na szczęście tylko raz …). Drużyna przeciwna nie miała praktycznie żadnej widowni (a nawet jeśli miała, to była ona absolutnie niewidoczna i niesłyszalna).
Tym naszym zachowaniem zaskoczeni, lub wręcz przerażeni, byli stadionowi ochroniarze, którzy zaczęli od wąchania butelek z napojami przy wejściu do obiektu (chyba w poszukiwaniu procentów :), w czasie meczu w miarę gdy entuzjazm naszych okrzyków nie siadał, zaczęła się koncentracja sił ochroniarskich wokół naszego (jedynego) sektora, a tuż przed ostatnim gwizdkiem sędziego stworzyli swoisty kordon w (nieuzasadnionej przecież) obawie, że podnieceni na maksa wtargniemy na płytę stadionu.
Skąd to podniecenie? – wygraliśmy 1:0 i tym samym weszliśmy do finału turnieju.
O samym finale to już jednak może lepiej nie opowiadać, bo młodzi Japończycy byli wyraźnie lepsi od młodych Polaków (technicznie i strategicznie). W każdym razie nasz szczery doping nie pomógł. Strzelili nam aż sześć goli – to były jedyne gole w polskiej bramce w czasie całego turnieju! Tak sobie trochę tłumaczymy, że wszystko to wina głównego sędziego, który miał na imię Banjor, czy jakoś tak … [czyta się „bandzior”].
Ciekawe, czy juniorzy w drodze do Kataru, poza myślami typu „gdzie my kurde lecimy?”, mieli w swoich głowach wyobrażenie o tym, jak wielu będą mieli polskich kibiców na trybunach stadionu w takiej-sobie klasy turnieju odbywającego się 4000 km na południe od Warszawy. Okazało się w ogóle, że informacje o sukcesach naszych U-19 w tym dalekim kraju regularnie trafiały do polskiej prasy, sam PZPN też się tym wszystkim chwilił np. tu
Jeszcze zanim dowiedzieliśmy się o takiej imprezie, zupełnie przypadkiem w jednym z hoteli natknęliśmy się na tłumy ludzi ubranych w biało-czerwone dresiki. Tłumy dosłowne – opanowali całą recepcję hotelu, lobby, windy – podjeżdża winda, do której chcemy wsiąść na parterze, a z niej wysiadają akurat Polacy; winda zatrzymuje się w połowie drogi, dosiadają się do nas … Polacy! Oni tego dnia byli po prostu wszędzie. Cała ekipa (wraz z działaczami PZPN oczywiście) liczyła chyba z pięćdziesiąt osób. Przy założeniu, że w Katarze przebywa na stałe około stu Polaków, ci dodatkowi goście spowodowali wzrost naszej populacji o 50%. Jak widać, nie mamy tu powodów do narzekania, że mało się dzieje. Tymczasowo.
