Rok po egzotycznej wycieczce

Pamiętam jakby to było wczoraj (to nie było wczoraj?!). Równo rok temu w sobotę o 6.30 rano wsiadłem do samolotu Polskich Linii Lotniczych i pofrunąłem sobie na weekend. Tak o. Nie jest łatwo obudzić się tak wcześnie rano pierwszego dnia weekendu po całym tygodniu ciężkiej pracy i stresujących przygotowań do wyjazdu. Nie jest łatwo też usnąć ostatniego wieczora przed takim wyjazdem.

Pierwsza w życiu przesiadka na mega-lotnisku we Frankfurcie. W sumie straszne rozczarowanie, zwłaszcza, że miałem już za sobą doświadczenia z bardziej przyjaznym dla pasażerów Amsterdamem. O trudach przepychania się przez terminale szybko się jednak zapomina w momencie gdy przy rękawie oczom ukazuje się takie cacko produkcji europejskiej.

Airbus 330 QR we Frankfurcie

Jest jeszcze przyjemniej, gdy człowiek sobie uświadomi, że zaraz będzie do tego pięciogwiazdkowego cuda wsiadał i leciał dalej zwiedzać świat. Pierwsza przygoda z Airbusem A330, pierwsza podróż w tamtą (nieznaną) stronę świata. Kolejna w moim życiu podróż samolotem sponsorowana przez kogoś innego. Głównie na tym skupiały się moje myśli.

Jako że byłem wtedy jeszcze niezbyt doświadczony w lataniu urzekało mnie absolutnie wszystko, co się działo na pokładzie. Zwłaszcza, gdy w klasie ekonomicznej dostałem do ręki menu z wyborem dań…

A potem już tylko lądowanie na pustyni w kraju, o którym jeśli ktoś w ogóle słyszał to praktycznie tylko dzięki telewizji Al Jazeera. Do dziś mam wrażenie, że tamto lądowanie było jakieś takie mistyczne (zwłaszcza, że światła w kabinie przytłumiono tak, że świeciły na niebiesko, wow!). To co po lądowaniu też było z lekka mistyczne – drogę z lotniska do hotelu na środku pustyni w autobusie marki japońskiej kierowanym przez Hindusa, obywatel polski usłyszał sączącą się muzykę Mozarta!!! Muzykę bądź co bądź z Europy. Pamiętam, że ponadto moją uwagę przykuło wtedy wszechobecne trąbienie samochodów, olbrzymi salon Lexusa tuż przy lotnisku, na ulicach mnóstwo białych terenówek i pick-up’y, a także kobiety z zasłoniętą twarzą – nawet bez dziury na oczy (dziś już sam nie wiem jak mnie to mogło wtedy dziwić?!)

Pół dnia spędziłem w Qatar Airways na rozmowach, a potem przyszedł czas na zwiedzanie. Niewiele zdążyłem zobaczyć – w pamięci pozostały palmy przy drogach, olbrzymie ronda i rozkopy na każdym kroku.

Już wtedy pomyślałem, że przyjemnie byłoby tam wrócić, a nawet zamieszkać na jakiś czas, ale nie było w tych myślach ani odrobiny wiary w to, że powrót kiedyś nastąpi. Brzmiało to wszystko zbyt mało prawdopodobnie. Jak już wcześniej wspomniałem ja tam poleciałem zwiedzać świat – bez najmniejszej nadziei, że coś z tego wyjdzie. Sam fakt odwiedzenia kolejnego zakątka globu za darmo był wystarczająco satysfakcjonujący.

W zasadzie to wtedy się wszystko zaczęło. I trwa do dziś. Dalszą część historii już znacie, a jeśli nie to polecam lekturę wpisów z maja 2007.

Wiele się zmieniło od lutego zeszłego roku – również w Doha. Tam gdzie ulica była rozkopana, dziś już najczęściej budowa jest zakończona i czasem nawet kwiaty (prawdziwe pachnące!) rosną na trawniku. Tam, gdzie nie było rozkopane rok temu, z pewnością rozkopane jest dziś lub będzie jutro… I tylko o przystanku pod budynkiem technicznym QR ktoś zapomniał – w sumie to jedno z wielu miejsc gdzie prawie żadnego postępu nie widać.

Przystanek w lutym 2007 Ten sam przystanek w lutym 2008

 

Jak niepostrzeżenie wyleciałem, tak i wróciłem. O mojej egzotycznie szalonej wycieczce większość znajomych dowiedziała się wiele tygodni później. A może nawet dopiero dziś?

Rok temu… Łał! To była daleka podróż jak na podróż weekendową tylko… Jednocześnie daleki krok w przyszłość. Powinienem tę okazję jakoś uczcić? Mam nieśmiałe plany pojechać za tydzień na jeden dzień do Kuwejtu. Jeszcze tylko nie wiem po co.

Sprzątanie po katarsku

Mój nowy budynek ma jedną, ale za to olbrzymią klatkę schodową, którą w warunkach polskich, albo np. singapurskich, można by spokojnie przerobić na co najmniej dwa dodatkowe mieszkania na każdym piętrze (a piętra są trzy). Tak tu się po prostu buduje, a mieszkań cały czas brakuje i ceny idą w górę. Ale nie o tym, nie o tym …

Widziałem całą ekipę sprzątającą wchodzącą do tej olbrzymiej przestrzennie klatki – pięciu Hindusów (pięciu na trzy piętra!) – z mopami, wiadrami, smrodami typu środki czyszczące marki Dettol, itp. To jeszcze nie koniec opowieści – oni najnormalniej w świecie zdjęli buty (sandały raczej) przed wejściem do klatki i weszli do niej boso. Jak do własnego mieszkania. Tylko, że klatka była wtedy jeszcze nieposprzątana – ja rozumiem chodzenie na boso tuz po sprzątaniu, ale przed sprzątaniem? Czyjejś klatki schodowej? A mamy sam środek zimy…

Obuwie zostawili oczywiście na samym środku w drzwiach. Miałem w sumie spory problem, żeby taką stertę pięciu par butów ominąć.

Nareszcie coś mnie tu znowu zaskoczyło…

Doha, codziennie lepiej

To Danone był kiedyś codziennie lepszy. Ale okazuje się, że życie w Doha też takie jest. Przynajmniej w kwestii mieszkania.

Przeprowadzka poszła sprawnie dzięki pomocy przyjaciół (pomoc fizyczna i psychiczna też). Mój nowy pokój zalicza się do kategorii luksusowych. Dlaczego? – bo ma cichą klimę, meble jakby z epoki wiktoriańskiej, pozłacane (to udawanie słabo wygląda, ale na zwiedzających robi wrażenie). Jest także … toaletka z lustrem, hmm…

Przepych or what??

W kuchni jest pralka (automatyczna – jak ja się za nią stęskniłem! – stara ale dobra Frania została na starym mieszkaniu, już teraz w zasadzie jest mi jej żal). Do tego mikrofala, zmywarka, okna (!), otwierające się (!) na świat, z moskitierą. Łazienka też ma normalne okno, w związku z czym stoi przede mną kolejne wyzwanie – przyzwyczaić się do światła dziennego w kuchni i łazience i do nadzwyczaj świeżego powietrza wlatującego przez wspomniane otwarte okna – moje współlokatorki chyba lubią się wietrzyć. Zapewne do czasu, gdy skończy się zima. Dobre i to.

Jakiś taki powrót do normalności odczuwam, ale co z tego wyjdzie?

To dodam tylko, że ta normalność kosztuje ekstra – o 75% więcej niż na starym miejscu (naprawdę nic tańszego i akceptowalnego nie udało mi się znaleźć, a moje wymagania wcale nie wzrosły). Porównanie z polskimi realiami? – za miesięczny wynajem niespełna 20-metrowego pokoju w Doha płacę teraz tyle, co za pięć miesięcy wynajmowania podobnego pokoju  na Mokotowie. I wcale nie zarabiam pięć razy więcej.

Pozdrawiam serdecznie.

Znowu mieszkanie

Mieszkaniowe historie powracają. Z hukiem wręcz.

Za dobrze (i za tanio 🙂 mi się chyba mieszkało na dotychczasowym miejscu, przyszedł więc czas na wyprowadzkę. Przymusową oczywiście. Tak to już w Doha jest, że wielu rzeczy można być pewnym, ale jeśli chodzi o mieszkanie to niekoniecznie. Firma będąca właścicielem mieszkania postanowiła wypowiedzieć umowę wynajmu nam i innym w naszym budynku. Oficjalny powód? Będą tu od początku lutego, zamiast wynajmować obcym, kwaterować swoich pracowników. Dali nam dwa tygodnie. Mało to czasu, i dużo zarazem …

Znalezienie czegoś zastępczego tym razem było koszmarem, który trwał półtora tygodnia. Poprzednim razem przynajmniej ogłoszeń było względne mnóstwo, ale jak się dzwoniło to były już nieaktualne. Tym razem nie było wręcz  dokąd dzwonić. W czasie poszukiwań obejrzałem różne pokoje, ale do dziś nie potrafię uwierzyć, że pokazywano mi do wynajęcia rząd murowanych baraków wzdłuż rzędu luksusowych willi. Baraki miały drzwi wejściowe bezpośrednio na podwórko (willi), z przylegającą łazienką, nieumeblowane, przeznaczone z pewnością dla służących. Co więcej, były w stanie bardzo surowym – w trakcie mojego oglądania jacyś panowie właśnie kładli kafelki na podłogę. Jednocześnie właściciel zapewniał, że za trzy dni wszystko będzie gotowe (jjjasne!). Cena? 2500 rijali za pokój ok. 15-metrowy i 3500 rijali (czyli równo 1000 dolarów!!!) za pokój25-metrowy. Oszaleli.

Jedno się nie zmieniło od moich ostatnich poszukiwań w sierpniu – ogłoszenia miały znowu dziwne ograniczenia: tylko rodziny filipińskie z jednym dzieckiem, Hindusi z południa, wszelcy muzułmanie z wykluczeniem Egipcjan i Hindusów z Kerali (tym razem też nie żartuje!), i wiele innych. Znowu oszaleli! Na szczęście ja nie oszalałem.

W końcu się udało. Na równo dwa dni przed tym, jak perspektywa przeprowadzki pod most miała się urzeczywistnić (jaki most!?, tu nie ma mostów!!!). Jutro, po raz trzeci od przyjazdu do Doha osiem miesięcy temu, będę pakował walizki. I po raz czwarty będę je rozpakowywał (ilość dobytku się za każdym razem podwaja). Będę mieszkał z Hiszpanką, Hinduską z Tajlandii i Australijczykiem. Fajna mieszanka, trzy kontynenty i jeden subkontynent, zobaczymy co z tego wyjdzie.

Maskat nadal rządzi

Nadal wręcz wymiata.

O Omanie już było, bo … w Omanie już byłem. Bajkowy obraz tamtego miejsca przywieziony w mojej pamięci stamtąd w październiku tym razem tylko się potwierdził.

Migawki z Maskatu

Raj na ziemi. Synonim Orientu. Miejsce z morza i marzeń.

Tym razem będzie jednak więcej zdjęć, z których – mam nadzieję – wyłoni się w waszych głowach obraz tego wyjątkowego miejsca. Bo dla mnie to właśnie jakaś bajka, np. z Księgi tysiąca i jednej nocy, albo i kilka bajek zlepionych w jedną.

Drogie dzieci, czas na bajkę. Oto ona wraz ze zdjęciami.

Kałużowo Wielkie

Zapomniałem dodać, że w czasie pory deszczowej kałuże były wszędzie, bo drogi owszem są, ale bardzo nierówne (chyba nie znają tu narzędzia zwanego poziomicą).

Głębokie kałuże. A w nich wszelki syf, który na nie czekał od ostatniego roku. Kolejny powód do frustracji – gdy musiałem przez jedną taką kałużę przejść w drodze do pracy – hm, szeroka jak brama, długa na pięć metrów, głęboka na 5-7 cm (!!!) i jeszcze fale po samochodzie, który przez nią właśnie przejechał… I ja. Już chciałem łapać stopa na te pięć metrów, ale akurat nic nie jechało. Chyba kiedyś już narzekałem na stan moich butów po pokonaniu drogi z domu do pracy. Lato czy zima – w tym aspekcie nic się tu nie zmieniło.

Jest jedna dobra strona deszczu – samochód sam się umył z tego pyłu zalegającego na dachu i szybach po burzy piaskowej. Teraz jest tylko najnormalniej w świecie zachlapany błotem.

PS. Już się wypogadza powoli – nie pada, nawet słońce wyszło zza chmur. Podobno następny deszcz dopiero za rok. Czy doczekam?

Pora deszczowa

Wydaje się, że globalne ocieplenie, o którym ostatnio dosyć głośno, ma co najmniej dwa wymiary. Otóż w Polsce, czy w Europie – objawia się ono ogólnie rzecz biorąc … ociepleniem klimatu, brakiem śniegu w zimie, itp. Z kolei w moich okolicach nad Zatoką mamy do czynienia z … ochłodzeniem klimatu.

Pogoda ostatnio zaskakiwała nawet tych, którzy mieszkają w tym regionie wiele dłużej ode mnie. O dogrzewaniu się w aucie już było, o marznięciu w mieszkaniu z nieszczelnymi oknami i cienkimi ścianami też.

W ogóle wszyscy marzną – niektórzy zaczęli nosić kożuchy, czapki, pewni Hindusi ubierają na głowę kominiarki (tak!, takie zwykłe kominiarki, których w Polsce nawet przy mrozach ciężko spotkać). Ludzie na ulicach wyglądają więc dość komicznie.

Przyszła pora na deszcz. Był on oczekiwany od dawna – odkąd przyleciałem do Doha w połowie maja nie spadła z nieba ani kropla. A jeszcze przed moim przyjazdem tez długo już go nie było. Informacji o zbliżającym się deszczu w prognozach pogody towarzyszyło niedowierzanie, ale poczucie ulgi zarazem. Że nareszcie, choć trochę deszczu na pustyni. Prognoza się sprawdziła – lunęło w zeszły weekend wczesnym rankiem tak, że niektórzy ludzie się pobudzili. Miałem szczęście być wtedy w drodze na lotnisko i do Abu Zabi. Lunęło konkretnie. Ledwie po minucie ulica wyglądała tak:

Minuta deszczu i tak o ...

Łatwo się domyśleć, że taka ulewa oznaczała natychmiastowy paraliż na drogach – w Doha brakuje systemu kanalizacyjnego (jakimś trafem nikt o tym do tej pory nie pomyślał). Dodatkowo kierowcy spanikowali – nawet gdy ulice były tylko mokre, a deszcz już nie padał. Droga trzypasowa, pusto przed nimi, a oni jadą trzydzieści na godzinę. Jajo można znieść. Oczywiście gdy nie pada to potrafią szaleć bez zastanowienia.

Paraliż w Doha to jeszcze nic. W tym samym czasie w Arabii Saudyjskiej spadł pierwszy śnieg w historii, a w Dubaju była powódź:

Powódź w Dubaju

Czyżby tam też zapomnieli o studzienkach? Przecież to nie był pierwszy taki deszcz w historii, tak? Co z tego, że pada tylko przez tydzień w ciągu roku? Co z tego, że mają pieniądze, a nie potrafią myśleć?

Piątek w Abu Zabi

Lub jak kto woli – Abu Dhabi. W każdym razie stolica Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Tym razem wycieczka była jednodniowa, a z Doha leci się całe 13 minut dłużej niż do Bahrajnu.

Jedno z ciekawszych miast w okolicy, choć ostatnio jego sława jest coraz bardziej przytłumiona przez nieodległy Dubaj. Nawet po wpisaniu Abu Dhabi w wyszukiwarkę Google – pojawiają się obrazki z Dubaju.

Meczet w centrum Abu Zabi

Miasto położone jest na wyspie w kształcie litery T. Krajobraz miejski przypomina (podobno) Hong Kong z tą różnicą, że jest tu więcej przestrzeni – spore odległości między budynkami, bardzo szerokie ulice, liczne parki. Poza tym wszędzie jest niewyobrażalnie zielono. Trawa, krzaczki, drzewa (nie tylko palmy!!) No i czysto.

Abu Dhabi = palmy, fontanny i nieskazitelna czystość chodnika

 

Miasto o wiele spokojniejsze od Dubaju, ale jednocześnie nie brakuje mu rozrywek wszelkiego rodzaju (od zbliżającego się koncertu Eltona Johna w najbliższy weekend po knajpy i dyskoteki).

Nie brakuje mu również luksusów podobnych do tych w Dubaju lub wręcz je przewyższających. Choć trudno to sobie wyobrazić, to właśnie w Abu Dhabi w 2005 roku powstał hotel jeszcze bardziej luksusowy od Burj Al Arab w Dubaju, o którym już wcześniej pisałem. Emirates Palace, bo o nim mowa, jest absolutnie najbardziej luksusowym hotelem świata – choć oficjalnie przyznano mu „tylko” pięć gwiazdek, dla celów marketingowych mówi się o siedmiu gwiazdkach…

 

Emirates Palace

 

Koszt budowy – jedyne 3 miliardy dolarów (czyli każda jego gwiazdka kosztowała mniej niż pół miliona dolarów). Zaliczany jest też do największych hoteli świata – posiada 302 pokoje pełne luksusu i 92 apartamenty, a każdemu z gości przydzielany jest osobisty kamerdyner. O cenach za pokój nie mam pojęcia, ale łatwo sobie je wyobrazić…

W Abu Dhabi napotkaliśmy tylko na jeden problem – brakowało nam miejsca, gdzie można by zapalić sziszę – miejsca podobnego do dohowego Souq Waqif czyli starego rynku. W końcu w beznadziei wylądowaliśmy na parkingu pod Carreefourem i Ikeą. Nagle poczuliśmy zapach fajki wodnej, dość intensywny – jabłkowy, i tylko dzięki niemu, krok po kroku, udało nam się trafić do szisza baru ukrytego między budynkami. Czy to już jest uzależnienie, że mój nos jest w stanie zwęszyć sziszę w tak trudnych okolicznościach?

Wydaje mi się, że nawet mógłbym w Abu Dhabi mieszkać. Chyba byłoby nawet przyjemniej, niż w Doha, która z dnia na dzień okazuje się coraz większą wiochą. Zwłaszcza, gdy zaczyna padać deszcz. Ale o tym to już następnym razem.

Ci Inni i Ja

„Inni, […], to zwierciadło, w którym się przeglądam, które uświadamia mi, kim jestem. Kiedy mieszkałem w moim kraju, nie miałem świadomości, że jestem białym człowiekiem i że to może mieć jakieś znaczenie dla mojego losu. Dopiero kiedy znalazłem się w Afryce, od razu uświadomił mi to widok jej czarnych mieszkańców. Dzięki nim odkryłem mój kolor skóry, o którym bym sam nigdy nie pomyślał. Inni rzucają mi nowe światło na moją własną historię.”

Fragment z książki R. Kapuścińskiego „Ten Inny”

W Afryce jeszcze nie byłem, ale szczerze podpisuję się pod tymi słowami.

Burza piaskowa – nareszcie!!!

Znowu coś nareszcie!

Taka prawdziwa burza piaskowa, którą znałem dotąd tylko ze zdjęć. Te wcześniejsze z okresu wakacji to nic w porównaniu z tym, co zobaczyłem dziś. A raczej z tym, czego nie zobaczyłem. No właśnie.

Ciekawe uczucie, gdy się wstaje o szóstej rano, odsłania firany i oczom zaspanego nie ma co ukrywać człowieka ukazuje się obraz wprawiający w konsternację. Słońce już wzeszło czy jeszcze się ociąga? A może to moskitiera na moim oknie tak tłumi (wyszarza?) widok za oknem? Po wyjściu z domu nie miałem już wątpliwości. To burza piaskowa. Wszystko staje się jasne, gdy sobie przypomnę, że prognoza pogody podpowiadała, że ma być „ponuro”. I było. Oto dowody:

Rano w  drodze do pracy byla taaaka burza

 

Taki miałem widok z biura na lotnisko przedwczoraj rano:

Widok z biura na ... lotnisko

Gdy burzy nie ma widać trochę więcej:

Widok z biura na terminal w DOH

A tak wygląda samochód po burzy piaskowej:

Suzuki po chrzcie bojowym w warunkach pustynnych

I jeszcze chłodniej się zrobiło. Wręcz nie do wytrzymania, przenikliwe zimno. W nocy temperatura spadła do 10 stopni, odczuwalnie 7 stopni. Silny wiatr, podobny do wiatru polarnego w Polsce, wilgotno, bo oprócz piachu w powietrzu wisiała mgła. Z tą jednak różnicą, że to „powietrze polarnomorskie” w Katarze wcale nie jest świeże – wręcz odwrotnie, czuć kurz w nosie i gardle.

Zadyma trwała kilkanaście godzin. Ciekawe kiedy znowu nas nawiedzi. Na szczęście lotniska tym razem nie sparaliżowało, więc przynajmniej o żadnej zadymie w biurze nie można mówić.

Translate »