Pół roku strzeliło

Właśnie mija pół roku odkąd tu przyjechałem. Czas na świętowanie. Chociażby dlatego, że tyle tu wytrzymałem i że … nadal mam siły, żeby nad Zatoką zostać.

W ciągu tych sześciu miesięcy ani razu nie byłem w Polsce, ani razu nie byłem w Europie. Wieprzowinkę jadłem w sumie może ze trzy razy tylko, wino do obiadu – najwyżej dwa – tylko w krajach ościennych (bo w Katarze w moich restauracjach jest zabronione).

Miałem okazję przeżyć najbardziej ekstremalne temperatury w moim życiu, ba!, miałem odwagę pójść na spacer, gdy wilgotność powietrza przekraczała 90% przy temperaturze 45 stopni w środku nocy. Prawdziwe szaleństwo – nie mniejsze, niż sama przeprowadzka w te rejony. A teraz, gdy temperatury spadły do tylko 25 stopni marznę – tak jak wczoraj, gdy siedziałem w krótkim rękawku w ogródku na zewnątrz Starbucksa o drugiej nad ranem. Świat do góry nogami.

Tęskni się za normalnością. Za świeżym powietrzem, za lasem.

Co będzie ze mną, gdy (inszalla) będę celebrował kolejne sześć miesięcy od przyjazdu tutaj?

Jest i kolejny powód do świętowania – nareszcie po odpracowaniu sześciu miesięcy przysługują mi półdarmowe bilety w świat. Już myślałem, że to nigdy nie nastąpi. Wygląda więc na to, że od teraz relacje z dziwnych podróży będą pojawiać się tu trochę częściej. Czy tego chcecie czy nie… Kto za? Kto przeciw? Nie widzę! Jakoś cicho siedzicie ostatnio…

Jhankaar Beats

Impreza, która zanim się rozpoczęła przez wielu została uznana za kultową. Między innymi dlatego, że to pierwsza tego typu impreza w Doha. Miód dla uszu dla wszystkich fanów Bollywood, a tych jak wiadomo jest sporo. Zwłaszcza w Katarze, w którym mniejszość hinduska stanowi większość, a do Bombaju to jak rzut beretem.

Jhankaar Beats party - every month at Qube

Do Dohy zjechało z tej okazji dwóch super znanych (tja…) didżejów na co dzień bawiących w Dubaju. Dla ludzi w Katarze to niby prawdziwy zaszczyt. I wyjątkowa okazja do poczucia się obywatelem świata, samego środka świata, czyli Dubaju właśnie. Okazja również do zanurzenia się w rytmach przez owych didżejów serwowanych.

No właśnie. O te rytmy się rozchodzi tutaj, bowiem – jak się okazało – chodziło o mieszankę przebojów z Zachodu oraz hitów z Bollywood. Mieszanka dosłowna, bo wodzirej gra dwa utwory z różnych krańców świata na raz. A że robi to umiejętnie, wychodzi coś całkiem ciekawego. Teraz przyda się wyobraźnia: spróbujcie odtwarzać w tym samym czasie Panjabi MC ‘Mundian To Bach Ke’ oraz najnowszego chyba Timbalanda ‘The way you are’. Albo muzykę z pamiętnej indyjskiej reklamy Peugeota 206 (podobno wielki przebój na Subkontynencie) z ‘Billy Jean’ Michaela Jacksona. Poniżej inny przykład z youtube’a – szczerze odradzam słuchanie tym, którzy mają wrażliwe uszy 🙂

Jedna piosenka zagłusza drugą, druga pierwszą. I każdy się bawi – słysząc to, co mu się bardziej podoba lub co lepiej zna ze słyszenia. Zauważyłem, że niektórzy biali, zupełnie tak jak ja, tańczyli do innych rytmów i słów, niż otaczający ich Hindusi. A wszystko działo się w tym samym czasie. Ciekawe.

Dodam, że impreza ma stać się cykliczna. Wygląda więc na to, że odtąd co najmniej jeden piątek miesiąca będę spędzał w klubie Qube w Ramadzie. Z moimi indyjskimi (i nie tylko zresztą) znajomymi. Przy indyjskich (i nie tylko) rytmach.

Maskat rządzi!

Wymiata normalnie. Aż trudno opisać to słowami. A zdjęć tym razem niestety przywiozłem bardzo niewiele….

Truli emejzing!

Znowu naj. Naj naj po prostu.

Najczystsze miasto w całym regionie. Jedno z najczystszych na świecie (porównywalne do miast szwajcarskich, czy Singapuru).

Najrozsądniej planowane inwestycje (drogi mają znakomite w porównaniu z Doha). Całkowity brak megalomanii obserwowanej w Dubaju, gdzie – nie wiadomo po co – buduje się najwyższe budynki na świecie. Maskat nie ma ani jednego drapacza chmur i nie planuje mieć – chyba jest z tego dumny.

 

Stary Maskat - jeden z fortów

Najmniej arogancji wśród lokalnych mieszkańców. Wynikająca z tego niezmiernie pokojowa atmosfera na drogach (nawet ja tylko po sześciu miesiącach spędzonych w Katarze jeżdżę gorzej niż mieszkańcy Omanu).

 

Uliczna rzeczywistość mojego Orientu

zdjęcie pożyczone

Najpiękniejsze położenie. Malownicze góry po jednej stronie (skaliste, w kolorze brunatno-czerownym?), wody Zatoki Omańskiej po drugiej, a między nimi miasto ciągnące się na przestrzeni około 50 km (prawie jak Trójmiasto, prawie…)

I ta zieleń. Najbardziej naturalne drzewa i trawa, jakie widziałem w ciągu ostatniego półrocza.

 

Wszechobecny Sułtan i 'czajniczek'

Do tego zadziwiająca architektura, pełna zdobień. Orient z moich wyobrażeń w pełnym tego słowa znaczeniu. To tutaj powinien kursować legendarny Orient Express (gdyby tylko mieli tutaj tory…)

 

Pałac Sułtana w Maskacie

Na pewno tam kiedyś wrócę, żeby zobaczyć więcej, ale już prywatnie, a nie służbowo. W końcu to tylko niecała godzina lotu stąd.

Przy okazji dodam, że jest to chyba jedna z bardziej luksusowych destynacji turystycznych na rynku polskim – 7-dniowa wycieczka z biurem podróży do tego raju na ziemi kosztuje bowiem – uwaga –
9 700 PLN. W cenie śniadania, ale obiady już niekoniecznie 😛

 

Spragnionym większej liczby obrazków tymczasowo polecam zdjęcia zrobione przez innych turystów, np. tutaj.

Safari. Na pustyni safari.

Dzień i noc. Land Cruisery, piach, duża prędkość… Prawdziwe wyzwanie dla błędnika, bo jazdę najlepiej można streścić słowami z „O co biega”: „Góra-dół-góra-dół-góra-dół”.

Około 40 km od Doha droga asfaltowa się kończy, zaczynają się piaski. Jest to moment, kiedy wszystkie czterokołowce się zatrzymują i spuszczają powietrze z kół (tylko trochę, nie całe powietrze…). Potem już tylko wydmy przed nami.

safari

Generalnie są utarte szlaki, którymi porusza się większość terenówek, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zjechać na bok i sprawdzić swoje umiejętności prowadzenia Land Cruisera w niewiadomo jak głębokim piasku. Gdzie się nie spojrzy – wszędzie ślady opon. I śmieci – schorzenie Kataru i prawdopodobnie innych państw regionu. Śmieci na pustyni, wyrzucane przez szybę z pędzącego samochodu (pisałem już o tym przy okazji imprezy na pustyni ). Szkoda słów.

Dojechaliśmy na samo południe kraju, widzieliśmy tzw. Inland Sea (morze wewnątrz pustyni, prawie jak jezioro Łebsko), które tworzy naturalną granicę z Arabią Saudyjską i Zjednoczonymi Emiratami.

Potem już tylko wizyta na farmie wielbłądów należącej do rodziny Emira. Niezapomniany zachód słońca na tle wydm.

Farma wielbladow Emira

Wieczór i noc spędzone w obozie złożonym z kilku olbrzymich namiotów, tuż nad brzegiem Zatoki. Barbecue, muzyka arabska, szisza, noc pod gwiazdami na śpiworach. Dwie godziny snu, pobudka przed wschodem słońca, przez kolejną godzinę oczekiwanie na słońce (oczywiście źle oszacowaliśmy czas, ale warto było czekać).

Obozowisko nad brzegiem Zatoki

Potem już tylko śniadanie – jajecznica z papryczkami chili oraz pasta z jakiejś fasoli – z jeszcze większą ilością chili. Przyrządzone przez pracowników obozowiska – z pochodzenia Nepalczycy – więc wszystko jasne.

Na koniec droga powrotna przez wydmy do Doha.

Jak wygląda safari na pustyni w Katarze? Niezapomniane przeżycia, dobra okazja do zrobienia kilku (chyba) fajnych fotek (więcej tu). Wycieczka obowiązkowa dla każdego, kto przyjeżdża do Kataru mającego 350 rijali w kieszeni. Jakby ktoś miał mnie tu odwiedzić, to już wiadomo, jaki jest jeden z punktów programu.

Przystanek w zaroślach

Pamiętacie, jak narzekałem na brak chodników? Oto przynoszę kolejne dowody.

Przystanek w zaroslach

Przyznaję, że już nawet mnie to nie zaskoczyło. Nie tak, jak zaskoczyłoby kiedyś. Obojętność czy co?

To nie wszystko. Kwestie pieszych rozwiązuje się w Dosze w dość osobliwy sposób. Bo na wspomnianym przystanku znajdziecie taki napis…

Kwestia pieszych w Katarze

Banalne? Czy ktoś jest w stanie to skomentować, czy tak jak mi odjęło Wam mowę?

Odwaga a ryzyko

Odwaga kobiety, żeby spotkać się ze znajomym facetem. Gdzież się ta odwaga kończy, a gdzie zaczyna się ryzyko?

Otóż wygląda na to, że ta granica jest w Katarze trochę przesunięta.

Jedna ze znajomych Europejek, która ledwie kilka tygodni temu przyjechała do Kataru, opowiedziała nam o swoich planach wycieczki na safari na pustynię. Wydmy, cztery koła, adrenalina, wiatr w oczy itd. Współtowarzyszem miał być kierowca, który codziennie dowozi ją i wiele innych osób do pracy.

Jedynym współtowarzyszem!!! W sumie nawet można by powiedzieć, że to kolega z pracy.

Opowiedziała o tym tak sobie, zupełnie nieświadoma tego, jak nietypowa będzie nasza reakcja. Jako osoby obyte w tutejszej kulturze (to doświadczenie – wierzcie lub nie – przychodzi nadzwyczaj szybko), wszyscy, dosłownie wszyscy stanęliśmy jak wryci.

– „To ty się nie boisz?”

– „Nie, a czego?”.

Pamiętając nasze całkiem niedawne doświadczenie ze śledzącym mercedesem, nie mogliśmy uwierzyć, że o tych planach mówiła serio. Naiwne zapewnienia o tym, że to tylko kolega z pracy, że tylko w dzień i w ogóle to co on mógłby jej zrobić? – No chociażby zostawić samej sobie wielbłądom na pożarcie na środku pustyni (to tzw. opcja ‘light’, pozostałe zostawiam waszej wyobraźni).

Ocenę tej wielkiej naiwności (wynikającej po prostu z braku doświadczenia socjalnego w kraju arabskim) pozostawiam do waszej oceny (bardzo obiektywnie się wyraziłem, przepraszam).

Najlepsze jest to, że wszyscy słuchający mieli taki sam pogląd na całą sytuację. Nawet ci, którzy są tu kilka miesięcy.

Okazuje się zatem, że safari samo w sobie rzeczywiście może być źródłem adrenaliny, ale istnieją w Katarze sposoby, żeby te dawkę adrenaliny spotęgować. Jalla!!

O Prosiaczku i bekonie

Komu by przyszło do głowy zamalowywanie wizerunku Prosiaczka – przyjaciela Kubusia Puchatka w książeczkach przeznaczonych dla dzieci? Ano tym, którym Prosiaczek kojarzy się z bekonem, a bekon z wieprzowiną, zwaną tutaj ‘porkiem’. Otóż w największej księgarni w Doha (nie licząc Virgin Megastore), będącej własnością notabene Saudyjczyków, klienci mogli zobaczyć, jak „wandale” zamalowali Prosiaczka we wszystkich dostępnych egzemplarzach. Oto dowody zamieszczone na innym blogu.

 

Kubus Puchatek i Prosiaczek - perspektywa arabska

 

Trudno w to uwierzyć, mam wrażenie, że coraz mniej rzeczy opisywanych na tym blogu jest was w stanie zaskoczyć, prawda?

Wspomniany bekon jest przedmiotem dosyć częstych żartów wśród innowierców. Marzy się on nam przy zamawianiu jedzenia w restauracji. Przychodzi on na myśl, gdy słyszymy, że ktoś ze znajomych właśnie wrócił z Europy czy Dalekiego Wschodu i pytamy wtedy: „A jadłeś/jadłaś bekon?! Mhmmm, jak my ci zazdrościmy…” Ostatnio nawet ksiądz w kościele katolickim w Doha przy okazji kazania, wymieniając ludzkie marzenia – te duże i małe – wymieniał po kolei: land cruiser, willa z basenem, śniadanie podane do łóżka, bekon, PRAWDZIWY BEKON. Miałem wrażenie, że został wtedy zrozumiany jak rzadko kiedy. Jak widać wszyscy nie-muzułmanie w Katarze marzą o tym samym. Ja też.

Bekon tutaj można kupić, tyle że z indyka, a to nie to samo – wiadomo!

Uwaga – na pierwsze śniadanie po przylocie do Polski niniejszym zamawiam jajecznicę z polskich jajek. Z boczkiem. Serdecznie dziękuję za pozytywne rozpatrzenie mojej prośby.

Truskawkowa ekstaza

Tak. Nie pomyliłem się. Truskawki. Na pustyni truskawki.

Szaleństwo. Totalne szaleństwo. Rozpusta.

Moja sytuacja finansowa w związku z kupnem samochodu mniej więcej się już ustabilizowała, tzn. mam z czego spłacać długi, a to oznacza, że mogłem sobie wreszcie pozwolić na kupienie truskawek. O koszcie lepiej nie wspominać, kolorze i smaku (lub ich braku) również nie będę opowiadać. Ważne, że były.

Truskawkowa rozpusta

Celebracja jednego małego pudełka truskawek trwała całe dwa dni. Pierwszego dnia delektowałem się na sucho, następnego dnia jednak musiałem wyjść do sklepu po śmietanę (jedyna, jaką znalazłem miała 30% tłuszczu, mhmhmmmm).

Czym tu się w ogóle podniecać? Otóż tym, że tegoroczny sezon truskawkowy mnie ominął, czego nie mogłem przeboleć. Musiałem więc to jak najprędzej nadrobić.

Jeszcze większa truskawkowa rozpusta

Takie małe przyjemności, a jak cieszą! Teraz mam w planach skosztowanie – wydawałoby się – tak przyziemnych owoców, jak porzeczki, jagody, agrest. Okazuje się, że na pustyni wszystko można kupić, ale o jakości i smaku można zapomnieć.

A w przyszłym roku po prostu wsiądę w samolot i przylecę. Na truskawki. Koniecznie kaszubskie. Po prostu.

Translate »