Na rowerze w Seulu

Do listy miast, w których miałem przyjemność jeździć rowerem w tym roku dołączył właśnie Seul.

Akurat wypadał dzień wolny od pracy, więc tłumy Koreańczyków, młodszych i starszych, postanowiło aktywnie spędzić czas na powietrzu. Większość z nich poważnie podeszła do tematu i wyposażona w sportowe ubrania najnowszej generacji ruszyła spalać kalorie. Również i ja, zamiast zwiedzać pałace lub biegać po kawiarniach pod patronatem Hello Kitty, dołączyłem do nich w takie słoneczne popołudnie.

W mieście istnieje sieć wypożyczalni bezpłatnych, z pewnymi ograniczeniami, podobno głównie dla rezydentów. Zamiast wgłębiać się w ich zasady wybrałem jedną z wielu płatnych wypożyczalni wzdłuż ścieżki przy rzece (stacja metra Yeouinaru, 3000 won za pierwszą godzinę, 2000 won za każdą następną).

W sumie pokonałem ponad 50 km ścieżką biegnącą wzdłuż rzeki Han przecinającej stolicę Korei Płd. Choć nie mam wiedzy na temat ścieżek w innych częściach miasta lub ścisłym centrum, sama trasa nad rzeką zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Wydaje się, że wszystko zostało zaplanowane i dobrze zgrane z otoczeniem. Ścieżka ciągnie się głównie wzdłuż autostrady, często pod nią, ale prawie nie odczuwa się obecności pojazdów, bo oddziela od nich szeroki pas zieleni. Słychać co najwyżej szum samochodów gdzieś w oddali. I – co chyba najważniejsze dla zapalonych rowerzystów czy wielbicieli jazdy na rolkach – jedzie się płynnie, bez przejść dla pieszych, świateł, czy konieczosci schodzenia z roweru. 
Dodatkowo wrażenie zrobiła na mnie doskonała infrastruktura piknikowo-rekreacyjna, której inne miasta nad rzeką (np. Warszawa) mogą pozazdrościć. Co kilka kilometrów, wzdłuż ścieżki, znajduje się park z ławeczkami, stolikami na piknik, oczywiście toalety, wodne źródełka z darmową pitną wodą.

Tu i ówdzie pojawia się także mały sklep typu 7 Eleven, dzięki któremu pikniku wcale nie trzeba planować i targać z domu. Sklepik sprzedaje gotowe dania do podgrzania. Ale gdzie je podgrzać?? W mikrofali wystawionej do użytku publicznego przed sklepem!! Tuż obok wystawiony jest duży czajnik z wodą, którą zalejemy … zupkę w proszku – jest w czym wybierać, bo takie zupki zajmują chyba połowę półek w sklepiku!

Nie ma w Korei lepszego sposobu na zwieńczenie takiego sympatycznego dnia jak skosztowanie kasztanowego makgeolli – orzeźwiającego wina ryżowego o mlecznej konsystencji.



Żaden dzień w Korei, czy to w ramach wycieczki weekendowej czy tylko przy okazji przesiadki, jak w tym przypadku, nie jest dniem straconym. Dokąd się przesiadałem i przed czym tam uciekałem napiszę wkrótce.

Na rower do Melbourne

Jadę tak i jadę ulubioną trasą rowerową w Melbourne. Po takiej dawce tlenu budzi się we mnie dusza statystyka. Zaczynam więc wyliczać w myślach: w ciągu ostatniego roku miałem przyjemność jeździć rowerem w co najmniej kilku miejscach na świecie – m.in. dwa dni w Trójmieście, po pół dnia w Warszawie i Chiang Mai w Tajlandii. Był nawet epizod rowerowy na Cyprze.

A w Australii? Na wiosnę były już dwa dni w Melbourne. Był również dzień w Perth na koniec zimy. I teraz ponownie Melbourne – w sumie czwarty rowerowy dzień w Australii, w ostatnich 12 miesiącach! Wychodzi zatem, że po tym kontynencie jeżdżę najwięcej, i to mimo olbrzymiej odległości od domu!

Liczby mówią same za siebie i mógłbym je pozostawić bez komentarza… Ale nie chcę!

Dlaczego Australia? Dlaczego Melbourne?

Wrażenie robi na mnie doskonała sieć ścieżek rowerowych, przynajmniej w miastach – jak to wygląda na prerii jeszcze nie sprawdzałem. Sprzyjająca pogoda przez niemal cały rok oraz przyjazna przybyszom kultura to kolejne plusy. Czuję się tam mile widziany.

Ceny wynajmu rowerów nie są niskie, ale za każdym razem udowadniam sobie, że warto. W Melbourne polecam wypożyczalnię Rentabike, w samym centrum miasta, przy ścieżce wzdłuż rz. Yarra (koszt 35$ na dzień).

Dzień zaczynam od malowniczej trasy w górę rzeki – 15 km aż do wodospadów (Dight Falls) i z powrotem. Gdybym kontynuował mógłbym okrążyć miasto. Decyduję się jednak wrócić w kierunku wybrzeża. Przechodzę spacerkiem przez polecone przez wypożyczalnię ogrody botaniczne, a dalej kieruję się do Albert Park. To tu corocznie odbywają się wyścigi F1, choć dziś to miejsce należy do fanów golfa i rugby. I do mnie!

 

W St. Kilda zahaczam w pośpiechu o polską cukiernię. Jak dowiedziałem się z ich strony internetowej, prowadzona jest przez polskich imigrantów od lat 80-tych. Europa Cake Shop to miejsce, o ugruntowanej pozycji w tej wyjątkowej dzielnicy i całym Melbourne. Pączki, przeróżne drożdżówki i ciasta na wystawie kuszą przechodniów apetycznym „polskim wyglądem”, dość egzotycznym z tej perspektywy. Sernik kakaowy domowej roboty doda mi energii na najbardziej wyczekiwaną część dnia – ścieżkę wzdłuż plaży z St. Kilda do Brighton. Kto zrozumie gdynianina?



Po drodze do Brighton mijam kilka knajpek, liczne kluby żeglarskie oraz marinę z molo, na które czasami wychodzą pingwiny. Dotleniam się za wszystkie czasy. Doświadczenie jest nie z tej ziemi, niemal mistyczne – mieszkam na pustyni, przeleciałem właśnie pół świata, aby najnormalniej w świecie, w wolne niedzielne popołudnie, razem z tubylcami, pojeździć rowerem wzdłuż wybrzeża!

Brighton słynie z malowniczych wielokolorowych domków ustawionych na plaży. Obserwuję jak w dali, na wietrze, szaleją kitesurferzy. Widok ten uzmysławia mi, że dotychczas w mojej niezbyt wymagającej przejażdżce byłem de facto wspomagany przez wiatr w plecy. Zupełnie o tym zapomniałem – dokładnie tak, jak ostatnio. Oto, co nadmiar tlenu robi z człowiekiem.

Przejechałem do tego momentu jakieś 50 km. Czas zawracać. Jazda pod wiatr, z Brighton do centrum Melbourne, to mimo dodatkowego wysiłku czysta przyjemność. Muszę się spieszyć, by oddać rower przed zamknięciem wypożyczalni. Ostatnio nie zdążyłem, jak będzie tym razem?



Czego oczekiwać w Angor Wat?

Zainspirował mnie wpis pewnego blogera-podróżnika, który zauważył, że odwiedzanie najbardziej popularnych miejsc turystycznych wywołuje w nim rozczarowanie. Jako alternatywę poleca skupić się na doświadczeniu kultury odwiedzanych miejsc, z dala od turystyki masowej.

Choć nie ze wszystkimi stwierdzeniami w jego artykule się zgadzam, ten punkt widzenia wpisuje się w styl podróżowania, który preferuję. Dobrze ilustruje to moja ostatnia relacja z wycieczki do Kambodży, którą zacząłem od wyliczania miejsc, których w jej trakcie uniknąłem. Doświadczenie polecanego w folderach turystycznych zachodu słońca w Angor Wat znalazło się na liście rzeczy-nie-do-zrobienia zarówno mojej, jak i wspomninaego blogera.

Foldery obiecują mistyczne niemalże przeżycie:

 

Fot za: thisworldrocks.com

Rzeczywistość dla wielu okazuje się rozczarowująca:

Fot za: thisworldrocks.com

Nie widzę w tym nic złego, aby marzyć o odwiedzeniu Angor Wat czy innych popularnych miejsc. Warto jednak mieć świadomość, że turystyczna rzeczywistość coraz częściej różni się od tej przedstawianej w folderach.

Swoją drogą słyszałem, że Angor Wat jest przytaczany jako przykład miejsca, dla którego wpisanie na listę dziedzictwa UNESCO (w 1992 r.) było bardziej przekleństwem, niż zbawieniem. Obrazuje to masowy wzrost liczby odwiedzających, wedle Wikipedii z 7650 w 1993 r. do 1 mln w 2007 i aż 2 mln w 2012! Jak na razie mogę to sobie tylko wyobrazić…



Cypr. Weekend na daczy.

Była środa, początek ramadanu. Zbliżał się weekend, a z nim perspektywa siedzenia w mieszkaniach przez większość dnia w obliczu ramadanowych restrykcji (jedzenia, picia i palenia w miejscach publicznych). Nikogo to nie ekscytowało, rzucono więc temat:

– Dokąd by tu uciec?

– Co powiecie na dwadzieścia osiem godzin w Stambule?

– Brzmi obiecująco!

– Ale to strasznie krótki pobyt, opłaca się?

– Opłaca się, do Stambułu zawsze warto, tylko, że to już było…

– A Larnaka, Cypr? W 24 godziny!

– Ależ to jeszcze mniej czasu na miejscu!

– Zgadza się, ale jeśli zrezygnujemy z biegania po muzeach i zabytkach może wyjść z tego całkiem relaksujący wyjazd.

– Właśnie! To byłby taki totalny chillout – plaża, rześki wiaterek, wino, …

I polecieli. Zgodnie z planem, czyli zero zwiedzania. Wynajęli daczę nad samą plażą, bliżej lotniska niż miasta. Przemiły właściciel odebrał ich samochodem, po drodze zahaczył o sklep na szybkie zakupy prowiantu i … wina.

Za zakupy wina obarczono odpowiedzialnością autora tekstu i Panią G., którzy jednogłośnie postanowili kupić różne rodzaje win, aby zaspokoić preferencje smakowe całej grupy. Odgórne ustalenie nakazywało trzymać się budżetu 4 euro za butelkę. Prędka analiza dostępnego towaru wykazała, że oznaczało to średni segment rynku.

– Ale nuda – pomyślał niżej podpisany magister ekonomii i natychmiast zarządził dywersyfikację: kolorów, cen, oczekiwań, a więc i ryzyka. W koszyku znalazły się więc wina zarówno za 1 euro, jak i za 7 euro. Wkrótce okazało się, że wybór był wyśmienity. A może to rezydowanie w Katarze zmienia stosunek ludzi do alkoholu i postrzeganej jakości tegoż?

W przerwie między winem serwowano owoce, w tym pysznego arbuza, którego przy okazji cała grupa nauczyła się kroić w jakiś hipsterski sposób – długie prostopadłościany z wąską podstawą-skórką. Ale ubaw!

Potem były rowery oraz lotniczy spotting – w Larnace lądują jumbojety (z rosyjskimi turystami!). Kąpieli w morzu też nie zabrakło, choć niektórym (tylko bez nazwisk!) początkowo (przez pół godziny!) brakowało odwagi, by zanurzyć się w tej „lodowatej” wodzie. Co te słońce pustyni z ludźmi robi?!?!

Przedstawicielki płci pięknej zgodnie dodają, że na uwagę zasługiwał prysznic. Ten bardziej cywilizowany, w łazience, gdzie każdy miał wyznaczone 10 minut, i drugi – niekonwencjonalny, biwakowy (gumowy pojemnik wystawiany na słońce). Tu średnio wypadało 30 sekund na osobę, ale za to nawet taka odrobina ciepłej wody po morskiej kapieli było jak picie wina za 7 euro po piciu wina za 1 euro. Niżej podpisany nie czuł potrzeby skorzystania z tego udogodnienia (prysznica, a nie wina za 7 euro!), więc poprosił o wspomnienia innych uczestników wycieczki.

– Widzisz, gdybyś skorzystał, to byłoby to ujęte już w pierwszym zdaniu o wyjeździe – usłyszał.

Obowiązek przygotowania śniadania panie G., J. i M. z wielką przyjemnością zgodziły się przesunąć na tego, który lubuje się w kuchni fusion. Tylko skąd potem to oburzenie, że biały ser w jajecznicy nie pasuje?! A kto powiedział, że nie pasuje?!?!

O szczegółach można by opowiadać dłużej, niż trwał sam wyjazd. W skrócie – były to bezcenne pod każdym względem 24 godziny spędzone w temperaturze poniżej 30 stopni, i to bez klimatyzacji! Szybki, lecz jaki konkretny relaks!

Turystów trzeba szanować

Gdańsk Oliwa. W zeszłym tygodniu, po załatwieniu spraw mój tata wpadł na pomysł.

– Tu niedaleko, przy pętli tramwajowej, była kiedyś budka z piwem. Wiele lat temu mieli tam bardzo dobre szaszłyki. Sprawdzimy?

Wchodzimy. Bar z piwem jak się patrzy, przy stolikach sami mężczyźni, dochodzi czternasta, po temacie rozmów domyślam się, że są już po ciężkim dniu w pracy. Wydaje się, że niektórzy mają już za sobą kilka piw. Może już długo tu siedzą, a może po prostu szybko piją? W końcu upał w pełni i ma człowiek prawo być spragnionym.

Wolnych stolików brak, więc dosiadamy się do dwóch jegomościów.

– Czy możemy tu usiąść, obok panów?

– A-lesz o-szy-wiś-sie.

Podchmielony jegomość zaczyna przygotowywać więcej miejsca dla nas, zgarnia puste kufle w swoją stronę.

– Nie ma problemu, zmieścimy się – oponujemy.

– Turystów trzeba szanować!

I tak oto zostaliśmy turystami we własnym mieście. Jak należy się ubrać, aby w piwnym barze w Oliwie być wziętym za turystę? Smart casual, czyli koszula, spodnie i torba na ramię z dokumentami.

Teraz, po krótkim rozeznaniu w internecie, widzę, że ten bar jest tak legendany, na jaki wygląda. Szaszłyki (wieprzowe!) w budce z piwem przy pętli w Oliwie polecam wszystkim żądnym przygody. Po 3 złote za 100g, do tego chlebek i musztarda.

Świat się zmienia, człowiek się zmienia, ale szaszłyki pozostały bez zmian. Piękna sprawa.

Poniżej fragment artykułu z Dziennika Bałtyckiego o tym legendarnym miejscu:

[…] Bar doczekał się swojego miejsca w literaturze. Tadeusz Dąbrowski napisał esej, w którym czytamy: „Ten bar się nie nazywa. Dzięki temu mężowie, którzy wracają stąd nonszalanckim krokiem Johna Wayne’a do swoich strapionych żon, zapytani przez nie: „Gdzie, do cholery, byłeś przez tyle godzin?”, ze spokojnym sumieniem mogą powiedzieć: „Nigdzie”. Bywalcy jednak dobrze wiedzą, gdzie byli, każdy z nich ochrzcił to centrum świata po swojemu. I tak jedni chodzą „do Maćka”, inni „do Jurka”, jeszcze inni „na rożen” albo po prostu do „budy”. Ja chodzę „na pętlę”, bo blaszany peerelowski barak w kolorze mordoklejki stoi właśnie przy pętli tramwajowej w Oliwie, kilka kroków dosłownie, jedno charyzmatyczne splunięcie od torów. Brak oficjalnej nazwy sprawia również, że jest to najbardziej demokratyczny i niestargetowany lokal, jaki znam. Choć gdy wiele lat temu, jadąc na uczelnię, odwiedziłem go po raz pierwszy, dotarło do mnie, że Foucault nie miał pojęcia, czym jest prawdziwa transgresja.” […]

Zdjęcie za: mojeosiedle.pl

Koh Rong

Kambodża mnie zauroczyła, wszak nie bez mojego pozwolenia. Wizyta na Koh Rong tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że warto było poświęcić temu krajowi cały urlop.

Koh Rong to malownicza wyspa, której nie znajdziemy w planach wakacyjnych większości turystów przybywających do Azji Południowo-Wschodniej. Nawet odwiedzający Kambodżę rzadko do niej docierają i na plażową część wakacji wybierają skomercjalizowane Sihanoukville. Tymczasem tylko krótka przeprawa promem na Koh Rong gwarantuje ucieczkę od masowej i nastawionej na tanią rozrywkę turystyki obserwowanej w Sihanoukville właśnie.

W 2013 roku wyspa uznana została przez South East Asia’s Backpacker Magazine za destynację roku. Czy nam się to podoba, czy nie, sekret tym samym został wyjawiony i popularność wyspy będzie od tego momentu tylko rosła, z wszystkimi tego konsekwencjami. Tu porównania do tajskiej wyspy Phuket i jej niepohamowanego rozkwitu w ciągu ostatnich kilku dekad nasuwa się niemal samoistnie. A wraz z nimi obawy o to, jak Koh Rong poradzi sobie z zapewnieniem zrównoważonego rozwoju …



Koh Rong to m.in. wiele plaż (autorzy przewodników doliczyli się dwudziestu trzech!), w tym siedmiokilometrowa Long Beach, uznana za jedną z najpiękniejszych na świecie. Droga do niej z przystani promowej prowadzi przez dżunglę i obecnie nie ma przy niej żadnego hotelu czy baru. Nieprawdopodobne?! Gdy po godzinie marszu do niej dotarłem, zastałem całkowitą pustkę. Szum fal, biały piasek, lazurowa woda, kraby, komary i ja.

Samotność stała się tematem przewodnim mojego pobytu na Koh Rong. Choć samotny do końca nie byłem – drewnianą chatkę dzieliłem m.in. z gekonem, który o swojej obecności przypominał mi w środku nocy swoim nawoływaniem – długo zajęło mi zidentyfikowanie źródła tego unikalnego odgłosu – współlokator skrywał się w szczelinie pomiędzy deskami, tuż nad moją głową.



Tree House Bungalows to dość mały ośrodek na skraju najpopularniejszej plaży, nieco na „odludziu”, schowany w lesie, z bezpośrednim dostępem do własnej plaży. Tak można by to opisać w folderze dla turystów. Dla tych, którzy odwiedzili Koh Rong, wszystkie te zalety wydałyby się oczywiste …

Mój domek miał cudowną werandę z hamakiem i fotelami. Od komarów strzegły mnie co wieczór kadzidła. Energia elektryczna w ośrodku była, owszem, ale tylko między 18 a 23. Nie było to dla mnie żadnym problemem – moja podróż była w swej naturze unplugged. Udowodniłem sobie przy okazji, że potrafię żyć bez internetu (przynajmniej przez kilka dni…)

Co oznacza brak prądu w praktyce przekonałem się wracając z wieczornego spaceru – gdy wchodziłem do ośrodka ścieżkę przez las oświetlały małe latarnie. Gdy byłem już w połowie drogi do mojego domku, wszystkie światła w ośrodku nagle zgasły. Pierwszy raz od dawna zobaczyłem ciemność. Ale banał! Zrozumiałem, że wybiła właśnie dwudziesta trzecia… Trywialne z założenia trafienie do własnego łóżka, po tylko jednym piwku do kolacji, okazało się przygodą samą w sobie …

Miał być luz i odpoczynek – ten plan udał się na sto procent. Dobra książka. Długopis. Dobre towarzystwo dokoła (gekony, jaszczurki, różne owady). Czegóż chcieć więcej?

Polecam Kambodżę, wraz z wyspą Koh Rong! I polecam taki sposób podróżowania – niby poza głównym nurtem, choć czy to w ogóle dziś jeszcze możliwe? 







Czego nie robiłem w Kambodży

Dziwna to była wyprawa. Czego ja w Kambodży nie robiłem?!

Nie zaliczyłem ani jednej z dziesięciu największych atrakcji turystycznych tego kraju. Nie straciłem połowy cennego urlopu na wycieczkę do Siem Reap po to tylko, by zobaczyć świątynie Angkor Wat. W Phnom Penh, gdzie wylądowałem, nie skusiły mnie lokalne biura podróży, oferujące wycieczki na Pola Śmierci. Ominąłem nawet Foreign Correspondent Club w samym sercu miasta – lokal ponoć kultowy, choć wydaje się, że teraz już głównie na fali popularności podtrzymywanej przez Lonely Planet.

Stawiać tym wszystkim ofertom musiałem nieraz czynny opór! Wielu znajomych i przypadkowo napotkanych osób pytało jak to w ogóle możliwe, aby człowiek odwiedzał Kambodżę i pominął Angkor Wat i Pola Śmierci? Świadomie?! Skandal jakiś!

Co zatem na 9-dniowym urlopie w Kambodży robiłem?

Pozwalałem Kambodży, aby mnie zauroczyła. Chłonąłem każdą chwilę, każdy dzień.

A konkretniej? Odwiedzałem przyjaciół, poznawałem nowych ludzi. Przy okazji couchsurfingu obserwowałem, w jak nietypowych dla mnie warunkach niektórzy mieszkają i uczyłem się do nich adaptować. Doceniałem bezinteresowną gościnność. Czytałem poradnik, którego okładka obiecywała poprawę jakości życia. Dzień po dniu, rozdział po rozdziale, wprowadzałem te porady w życie.

Jeździłem rowerem pośród pól ryżowych. Znajomi z couchsurfingu zabrali mnie na jedną z ulubionych tras. Po drodze, na wioskach, spotykaliśmy dzieci, które na nasz widok wołały ‘hello’, a niektóre popisywały się tańcząc ‘gangnam style’. Wydostanie się rowerem z miasta w stronę pól ryżowych wymagało nie lada odwagi, uwagi i koordynacji ruchowej – pierwszy raz w życiu jeździłem na dwóch kołach po chaotycznych ulicach (i autostradach) Azji. Na początku było trochę stresu, ale w sumie okazało się to banalne. Bardzo płynny okazał się dla mnie ten uliczny chaos.

W czasie całego pobytu wystawiałem twarz i do słońca, i do deszczu. Była to akurat pora deszczowa i po raz pierwszy od bardzo dawna miałem okazję porządnie zmoknąć – jak się żyje od kilku lat na pustyni, to jest to niezła rozrywka! Ulewy, która złapała nas na rowerach na środku autostrady, długo nie zapomnę…

Żywność w Kambodży to interesujący temat – rolnictwo jest tam do dziś uprawiane w tradycyjny sposób, w związku z czym tutejsze świeże warzywa i owoce w innych miejscach na świecie wpadłyby w kategorie organicznych. Poza browarnictwem praktycznie nie istnieje tu przemysł spożywczy!

To chyba oczywiste, że codziennie raczyłem się pysznym khmerskim jedzeniem, zwłaszcza sałatkami z organicznych składników. Mniej oczywiste jest to, że przy kilku okazjach, skuszony przez przyjaciół, stołowałem się w wykwintnych restauracjach, których szefowie kuchni mają (lub mieli?) na koncie gwiazdki Michelina. Oczywiście z szerokim wyborem win do kolacji – Nederburg Pinotage z RPA to moje osobiste odkrycie z Kambodży właśnie. Fine dining w najlepszym wydaniu – za rozsądną cenę. Kto przyjeżdżający do Kambodży by się tego spodziewał?

Na koniec udałem się na Koh Rong, malowniczą wyspę, o której słyszeli nieliczni. Napiszę o tym już wkrótce.

Zdjęcia jak zwykle na picasa.

Nietypowo

Z testu osobowości, który sobie ostatnio zafundowałem wynikło, że nie lubię mieścić się w standardowych ramach.

[…] ten typ osobowości stanowi jedynie 3 proc. populacji, co jest dobrą wiadomością dla jego przedstawicieli, gdyż nic nie odbiera im radości tak bardzo, jak stwierdzenie, że są „pospolici”.

Niby zdawałem sobie z tego sprawę, jednak trafność tej diagnozy mnie uderzyła. I niech to będzie wstępem do relacji z kolejnej wycieczki, którą właśnie opisuję. Jak się okazuje – dość niestandardowej relacji z dość niestandardowej wycieczki, bo napiszę o tym, czego nie zrobiłem…

Zapraszam już wkrótce.



Kawka i kociaki 2.0

W Chiang Mai, mieście na północy Tajlandii, smakosze kawy mają w czym wybierać. Kawa jest znakomitej jakości, a personel nierzadko szkolony w samej Australii. Lokale konkurują ze sobą nie tylko kawą i ofertą kulinarną, lecz również nastrojem i wystrojem. Jedna z kawiarni wyróżnia się w szczególności.

Nie chodzi co prawda o Hello Kitty Cafe, jak w Seulu, jednak wielbiciele kotów wszelkiej maści nie powinni narzekać…



Żeby wejść do Catmosphere należy założyć przygotowane dla gości kapcie, dokładnie umyć ręce, a na koniec nałożyć żel przeciwbakteryjny. Siada się na podłodze na poduszkach. A pośród nas … koty na wybiegu. Żywe koty!



Na plakacie reklamowym spoglądało na mnie siedemnaście kocich mordek, lecz nie wszystkie dało się wokół zauważyć. Już w drzwiach widziałem, jak większość z nich była tak boleśnie leniwa i zaczynałem żałować, że dałem się skusić na taką kawowo-kocią ekstrawagancję.

Jak tylko zająłem miejsce, żal zastąpiło zaskoczenie – bez zawahania weszła na mnie Yoda i wyciągnęła szyję, jakby oczekiwała buziaka na przywitanie. Jej życie najwyraźniej nabrało sensu – w końcu bez zobowiązań mogła przyjemnie poleżeć na moim brzuchu. Co za kot!

 

Pozostałe koty nawet nie zauważyły obecności gości. Dopiero po podaniu wody jeden rudzielec po cichu skradł się, wskoczył na stolik i zaczął pić ze szklanki. Wnet zrozumiałem adnotację w karcie menu, że właściciel nie ponosi odpowiedzialności … za napoje nadpite przez zwierzaki. Myślę, że prawdziwych kociarzy i kociarki to i tak nie odstraszy przed odwiedzeniem kawiarni Catmosphere?

Gdy w końcu obsługa podała kawę, ze środka kubka spoglądał na mnie koci wzór ze spienionego mleka. Czy mogło być inaczej?

 





Zakwitły wiśnie

Na wiosnę do Japonii zjeżdżają istne tłumy, a magnesem są kwitnące wiśnie.

Jak to wygląda w praktyce?

Loty są przepełnione, że szpilki się nie wciśnie, chyba, że ma się tyle szczęścia, co ja.

Hotele są przepełnione, na kilka dni przed podróżą o wolny pokój bardzo trudno, do wyboru są jakieś resztki w horrendalnych cenach. Chyba, że ma się tyle odwagi, co ja i wybiera się z oferty airbnb miejsce na podłodze w przyjaznym domu (polecam Blendia). W tym gorącym okresie kosztowało to ponad dwadzieścia razy mniej niż ostatni pokój w najtańszym hotelu na obrzeżach miasta.

Wreszcie – przepełnione są parki. Na przykład olbrzymi park Yoyogi w samym centrum Tokio. Tradycyjnie młodzież zalewa wszelkie parki oraz własne gardła i świętuje. Piknik na pikniku, impreza na imprezie, głośna muzyka i morze głów pośród kwitnącej wiśni. Trudno o wolny skrawek ziemi, na którym można by usiąść. Wszystko w środku dnia… Miałem wrażenie, że w powietrzu bardziej było czuć zapach sake i taniego spirytu, niż kwiatów. Sytuacja w parkach jest jednak pod kontrolą, w końcu to Japonia. Zapewniona jest podstawowa infrastruktura imprezowa, czyli kosze na śmieci (a raczej kontenery) oraz toi-toi.



Do żadnej z imprez nie dołączyłem – wszechobecny, głośny amerykański akcent mnie do tego zniechęcił. To było zresztą sporym zaskoczeniem – wśród parkowych imprezowiczów niejako połowę stanowili biali Amerykanie! Jednakże nie potrafiłem sobie odmówić kieliszka czerwonego wina, oczywiście porządnie schłodzonego (!) przez sprzedawcę prowizorycznego stoiska w parku.

Znalazłem w końcu skrawek trawy, na którym dało się wygodnie położyć. Nieopodal na gitarach grała i śpiewała ballady japońska młodzież, w świetle zachodzącego słońca czytałem dobrą książkę. Przewracając kolejne kartki odmierzałem czas pozostały do lotu powrotnego do Kataru.

Weekend w Tokio? – moim zdaniem zawsze warto. Nawet, jeśli oznacza to w sumie ponad 20 godz. w powietrzu.

P.S. Suszi tym razem też nie zabrakło, oczywiście w moim ulubionym „barze z sushi na stojąco”, czyli Uogashi Nihon-Ichi – 元祖立ち喰い寿司 魚がし日本一 渋谷センター街店.



Translate »