Ptasie migracje

Widok ptaków w Doha jest dosyć rzadki, a zwłaszcza w takich ilościach. Wrażenia są tym większe, gdy klucze ptaków przelatują pośród naszych drapaczy chmur o zachodzie słońca. Nigdy w życiu nie widziałem tak długich kluczy ptaków. Jeden klucz z setkami ptaków „na pokładzie” za drugim. W równych odstępach co kilkadziesiąt sekund. Zupełnie jak samoloty lądujące na jakimś Heathrow. Człowiek od wieków pragnął unosić się w powietrzu jak ptaki, co po latach starań wreszcie się udało na początku ubiegłego wieku. Ale czy ktoś wtedy przewidział, że sterowanie ruchem lotniczym statków powietrznych na najbardziej zatłoczonych lotniskach na świecie też będzie wzorowane na naturze?

Ptasie migracje w Doha

Ptasie migracje w Doha

 Ptasie migracje w Doha

Ptasie migracje w Doha

Zapach koszonej trawy

Poczułem go po raz pierwszy od chyba dwóch lat. Któż z nas nie lubi tego zapachu? Gdzie? W Katarze. Przeżycie niemalże ekstatyczne.

Jakby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości to owszem, mamy tutaj prawdziwą trawę prawie na każdym kroku. A zwłaszcza w reprezentacyjnych częściach miasta. Czasami nawet takiej trawie towarzyszą przepięknie kolorowe kwiaty. Każdy (!) trawnik jest uzbrojony w sieć nawadniającą, ale mimo to trawa bywa wysuszona. Nic dziwnego zatem, że zaspokajanie potrzeb wodnych tego kraju czyni odsalanie wody morskiej drugą co do wielkości gałęzią przemysłu.

Jak powstaje trawa w Katarze

Wycieczka na północ

To nie był najlepszy dzień na tego typu wyprawę. Upał straszliwy – nic dziwnego – był sam środek lata. Prowadzenie mojego małego samochodu przy tak silnym bocznym wietrze po drodze wzdłuż pustyni było nie lada wyzwaniem – szerokie doświadczenie z lądowania benkiem przy crosswindzie zdobywane pod okiem szanownej widowni z ulicy Puławskiej w Warszawie jak najbardziej się przydaje 🙂 Na widoczność i nadmierną ilość kurzu w powietrzu też można było ponarzekać.

Na prawo nic, na lewo nic, tylko kurz wokół

Droga prowadząca na północny kraniec Kataru. Na prawo nic, na lewo nic. Nuda straszna. Po drodze mija się kilka rządowych ogrodów botanicznych – oaz, w których nie wiadomo jak i po co rośnie dziko-zielona roślinność (chyba tylko po to żeby cieszyć oczy pasażerów przelatujących nad nimi samolotów). Jakiś przydrożny meczet razy kilka. I kilka osad złożonych z kilku bądź kilkunastu domów.

Nawet wielbłądów nie było widać mimo ostrzeżeń

Zajechałem do centrum jednej z nich – centralne miejsce zajmował meczet, wokół mnóstwo asfaltu – wylanego z pewnością z myślą o … no właśnie – turystach, pielgrzymach, czy lokalnych mieszkańcach? Jedynym turystą w całym chyba ćwierćwieczu, który wpadł na dziki pomysł zwiedzania terenu byłem ja. Śladów pielgrzymów też nie było widać. Pozostaje ostatnia opcja lokalsów – ale tu też niespodzianka! W osadzie nie widać było po prostu ani jednej żywej duszy. Ani jednego samochodu. Nie było słychać ani jednego klimatyzatora (a to jest chyba najlepszy miernik stopnia zasiedlenia w Katarze). Po prostu cisza jak makiem zasiał. Cisza, że aż strach! Nie daj Boże znaleźć się tam w środku nocy…

Żywej duszy na ulicy!!

Beczkowozy z wodą zaparkowane na skraju drogi były bodaj jedynymi oznakami życia (prawie jak na Marsie – z tą różnicą, że na Marsie naukowcy szukają h2o w czystej postaci, a nie wody w beczkowozach).

Beczkowozy - jedyny ślad życia na pustyni

Tak teraz stwierdzam, że trzeba być nieźle pokręconym, żeby udać się samemu na taką wycieczkę, w takich warunkach pogodowych, w samym środku katarskiego lata. A później dziwić się, że wioska wygląda jak na opustoszałą.

Śpiewy pod balkonem

Tak się składa, że moje nieszczelne drzwi balkonowe wychodzą wprost na głośniki zamontowane na minarecie. Słychać więc dosyć głośno – do tego stopnia, że przy czytaniu książki nie bardzo potrafię się skupić. Pięć razy dziennie. Codziennie. Nie tylko w czasie ramadanu. Najgorzej jest w piątkowe południe, gdy – oprócz modlitwy – transmitowane jest „kazanie”, które najczęściej wcale nie jest wypowiadane, lecz wykrzykiwane przez prowadzącego. Każdy meczet ma swojego prowadzącego, a więc i odrębne kazanie! W ostatni piątek kazanie w moim meczecie trwało jakieś trzy kwadranse…

Zwracam uwagę, że dźwięk ma charakter „stereo-inaczej do kwadratu” – odbija się od ścian sąsiednich budynków, a ponadto słychać nawoływania z innych meczetów, które odbywają się w tym samym czasie (kto był w kraju muzułmańskim to choć trochę mnie zrozumie). Próbka widoku i dźwięków z mojego nowego balkonu na Nadżmie poniżej.

Parujące ewryfin’n’ewryłer

W tym roku lato do Kataru przyszło wyjątkowo późno – ledwo kilka dni temu. Mam na myśli to prawdziwe lato – z odczuwalną temperaturą w nocy powyżej 45 stopni i wodą osiadającą na całym ciele w drodze z samochodu do sklepu czy biura (już myślałem, że się takiej pogody nie doczekam!).

50 stopni ten termometr do tej pory nie zarejestrował

Jest też nowość – wilgoć bywa tak wysoka, że okulary parują mi również po wyjściu z klimatyzowanego pokoju na korytarz mojego nowego mieszkania, do łazienki czy do kuchni. Normalnie rewelacja. Nic, tylko do Polski uciekać, przynajmniej na te 13 dni… Już za kilkadziesiąt godzin… Uciekamy też przed Ramadanem, jakoś tak wyszło…

Samoloty w mojej dzielnicy

Po sześciu magicznych miesiącach spędzonych w superluksusowym mieszkaniu w dzielnicy tuż przy lotnisku przyszedł czas na kolejną przeprowadzkę. Trafiła mi się okazja, której się nie przepuszcza – za pokój będę płacił połowę dotychczasowej ceny! – standard na szczęście będzie niższy tylko o połowę. Oznacza to, że walizki będę niedługo pakować po raz czwarty w ciągu czternastu miesięcy. Wracam do dobrze mi znanej dzielnicy, w której znajdowały się dwa moje poprzednie mieszkania.

Do dzielnicy lotniskowej będzie mi trochę tęskno, z oczywistych względów. Choć może to i lepiej – widok lądujących, kołujących, startujących samolotów w drodze z domu do pracy, z pracy do domu itd. był dla mnie ekscytujący, wręcz niebezpiecznie rozpraszający. Dość niebezpieczny wręcz, gdy jakiś odrzutowiec pojawiał się po boku drogi, co znacząco odwracało moją uwagę od kierunku jazdy. Jak na przykładzie poniżej:

 

Qatar Airways w drodze na pas w Doha

 

 

Samoloty pojawiające się tuż obok mojego mieszkania dokładnie w osi osiedlowej drogi na wprost przede mną też rozpraszały uwagę. To było doskonałe ćwiczenie na podzielność uwagi – prowadzenie samochodu, patrzenie przed siebie (w stronę samolotu oczywiście) i cykanie zdjęcia jednocześnie, jak tutaj:

 

Samolot na horyzoncie! Lotnisko w Doha jest naprawdę w środku dzielnicy mieszkalnej

 

 

Już dziś wiem, że tej bliskości lotniska będzie mi brakowało.

Autobusy nadal zaskakują

Jeśli już zdecydujesz się na przejażdżkę autobusem publicznym po Doha (zarówno z przymusu jak i w wyniku świadomego wyboru) bardzo prawdopodobne jest, że będziesz miał przyjemność zwiedzenia stacji paliw. Wdychanie oparów w cenie biletu (przez jakieś dziesięć minut, bo tyle średnio trwa tankowanie autobusu, czasem stoją w kolejce bo autobusów jest tak dużo!). Stacja jest po prostu autobusowi po drodze, więc czemu nie miałby skorzystać? A pasażerowie czekają w środku. Nic, że chcieliby dojechać gdzieś jak najprędzej. Nic, że autobusy mają wystarczająco pokręcone trasy, żeby zniechęcić do korzystania z nich każdego kogo stać na taksówkę.

Na załączonym obrazku uchwyciłem autobusy numer 102 i 104 (oczywiście z paksami na pokładzie!) na stacji Woqod pod moim domem. 

Autobusy

Katar rośnie jak na drożdżach

Ujawniono najnowsze dane o populacji Kataru. Jest nas tu dokładnie 1 448 446 sztuk, z czego 75% to płeć niepiękna.

Skąd oni tych ludzi biorą? Przecież jeszcze niedawno mówiłem wszystkim wokoło, że Katar zamieszkuje 850-900 tyś. ludzi. Taka rozbieżność!

Szczerze mówiąc, ten masowy napływ ludzi widać chociażby na ulicach, a zwłaszcza po liczbie samochodów. Jeszcze rok temu ulice w Doha korkowały się w ściśle określonych punktach, np. przy Ramadzie, a teraz korkuje się wszędzie, przez prawie cały dzień. Ostatnio zdarzyło mi się czekać w pewnym miejscu na trzy zmiany świateł (a te są w Doha bardzo długie!) – było tuż po północy …

Spokojna i bezstresowa Doha! Dokąd uciekłaś? Czy kiedykolwiek do nas wrócisz? Przecież ten spokój najbardziej w tobie ceniliśmy!

Doha zoo

Wybraliśmy się kiedyś do katarskiego zoo. Prawdziwy raj dla dzieciaków, a także ich rodziców – w końcu można dzieci czymś zająć. Najbardziej mnie zaskoczyło to, że wśród typowych „eksponatów” takich jak słoń, strusie czy złote rybki znaleźliśmy gęsi – takie najzwyklejsze, prawie jakby przyjechały prosto z polskiej wsi. Były też myszy (na szczęście szczurów nie zauważyłem). Najwidoczniej to, co można obejrzeć w ogrodach zoologicznych w różnych częściach świata zależy od stopnia egzotyczności zwierząt w percepcji gości.
Slon i ... zyrafa?

Wielbłąd pustynny wyścigowy

Wreszcie udała nam się wycieczka, którą planowaliśmy od dawna. Wyścigi wielbłądów – wszyscy w Katarze niby o tym słyszeli, ale nikt lub prawie nikt nie miał pojęcia, gdzie, kiedy i jak to się odbywa. Cudem jednak udało się trafić i w czas i w miejsce, więc oto jest – historia o wielbłądach.

W przeszłości wielbłądy miały dla katarskich Beduinów olbrzymią wartość – wykorzystywane były w transporcie, a także jako źródło mleka, mięsa czy skóry. Z czasem grzbiet wielbłąda zamieniono na samochody produkcji japońskiej lub amerykańskiej, ale zwierzęta te nadal pozostały wartościowe. Zwłaszcza, gdy na ich grzbiet zaczęto usadzać małego robota wartego kilka tysięcy dolarów…

Niespodzianka! W istocie, wielbłądy są ujeżdżane przez ważące 26 kg roboty. Oczywiście nie zawsze tak było – jeszcze kilka lat temu na ich grzbiecie zasiadały małe dzieci (nawet czteroletnie!). Niektóre z nich podobno ginęły lub ulegały poważnym wypadkom w czasie wyścigów. Koszmar, który dzięki presji organizacji międzynarodowych na szczęście się już zakończył. Teraz właściciele muszą płacić ponad dwa razy więcej (sic!) za robota niż za żywe dziecko wykupione od skrajnie biednej rodziny np. z Nepalu czy Bangladeszu (w skrajnych przypadkach dzieci porywano!).

Wielbłądy wyścigowe

Tor wyścigowy mieści się na pustyni – kilkadziesiąt kilometrów od Doha. Po przyjeździe na miejsce uwagę zwracają – poza setkami wielbłądów, które widać wszędzie dokoła – dziesiątki albo setki wręcz samochodów terenowych różnej maści i różnego stanu technicznego (włącznie z wątpliwym). Był też rząd nowiutkich Land Cruiserów (tak na oko ze trzydzieści sztuk!) zaparkowanych na sztucznej trawie – przeznaczonych dla tych, którzy wyścig wygrają.

Była też trybuna dla widzów (zakurzona nieziemsko), z której nikt nawet nie zamierzał korzystać. Wyścig najlepiej bowiem oglądać z samochodu (terenowego rzecz jasna). To właśnie jadąc po asfalcie i piachu wzdłuż toru właściciele i trenerzy wydają komendy zwierzętom i robotom (za pomocą krótkofalówek!), a przy okazji ścigają się z innymi terenówkami. W tym momencie wyścigi wydają się jeszcze bardziej emocjonujące, prawda?

Miło było zobaczyć, jak wielu było uczestników wyścigów i jak bardzo ich to zajmuje (niektórzy przyjechali z wielbłądami z zagranicy, niekoniecznie na wielbłądach…). Nierzadko widać było, że zaangażowanych jest wielu członków rodziny (płci męskiej oczywiście, ani jednej kobiety tam nie widziałem, poza turystkami…), włącznie z małymi chłopcami.

Zainteresowanym podpowiem jeszcze, że sezon trwa w ciągu chłodniejszej połowy roku, a mimo to wyścigi odbywają się tylko wcześnie rano – bardzo wcześnie rano, bo … o szóstej rano. Wymagało to od nas trochę poświęcenia, ale przyznaję, że było naprawdę warto. Tym samym odkryłem kolejną fascynującą – nie bójmy się tego słowa – atrakcję turystyczną (tego słowa tez się nie bójmy!) w Katarze. Wow!

Przekonajcie się sami. Zapraszam na film:
Translate »