Sylwester w Dubaju

Opcji na spędzenie Sylwestra jest nad Zatoką Perską wiele, m.in.:

  1. Można go najzwyczajniej w świecie przespać (sprawdziłem i polecam)
  2. Domówka u znajomych lub nieznajomych (obie sprawdziłem, obie polecam, choć z pewnymi zastrzeżeniami)
  3. Pójść do jednego z klubów w pięciogwiazdkowych hotelach i za horrendalną opłatę wstępną bawić się w tłumie obcych i/lub znajomych (nie sprawdziłem i sprawdzać nie zamierzam)
  4. Spacer, szisza i o północy stuknięcie się np. kanapką typu shawarma, np. na Starym Suku w Doha (sprawdziłem w 2007 i polecam)
  5. Polecieć do Dubaju (właśnie sprawdziłem, czy polecam?)
  6. ??

Dubaj chyba już na dobre dołączył do ekskluzywnej listy miejsc, w których spędzenie sylwestrowego wieczoru jest modne, a niejeden pewnie wrzucił takie doświadczenie na osobiste bucket list. Fajerwerki wypuszczane z najwyższego budynku świata – Burj Khalifa – z natury rzeczy nie mają sobie równych.

Wedle szacunków pokazy oglądał milion widzów – niektórzy z okien licznych drapaczy chmur, inni z samochodu – niekoniecznie z własnej woli, bo miasto było tragicznie zakorkowane przez niemal cały wieczór i noc. My dotarliśmy na miejsce transportem publicznym (samolot + metro) i po krótkim spacerze z butelkami coli (+whisky) w ręku wybraliśmy miejscówkę na wiadukcie z dala od dzikich tłumów. Stąd oglądaliśmy legendarny już pokaz fajerwerków, który na samym Burdżu Khalify trwał 6-7 minut (potem kontynuowano w dwu innych lokalizacjach) i rzeczywiście był spektakularny, choć muszę przyznać, że wokół zabrakło prawdziwie sylwestrowej atmosfery.

Fajerwerki na Burdż Khalifa. W lewym dolnym rogu płonie budynek Hotelu The Address Downtown Dubai

Nie obyło się bez efektów specjalnych – kilkaset metrów dalej ogień trawił 63-piętrowy budynek hotelu. Trąbiły o tym światowe media… Mimo, że oglądaliśmy ten dramat na własne oczy trudno nam było uwierzyć w całą tę sytuację. Tak więc zamiast huku fajerwerków najsilniejszym wspomnieniem tamtej nocy były dla mnie syreny karetek i straży pożarnej kursujących w obu kierunkach Sheikh Zayed Road przez całą noc. Brzmiały mi w uszach przez kolejnych kilka dni.

Podsumowując – noc sylwestrowa w Dubaju daje radę, ale na imprezę publiczną w stylu Sylwestra z Polsatem itp. bym nie liczył. Biorąc pod uwagę horrendalne ceny pokojów hotelowych w tym okresie (o ryzyku pożaru nie wspominając …), wycieczka typu tam i z powrotem w 12 godz., czyli bez noclegu, jest warta polecenia. No właśnie – chyba jeszcze nie wyjaśniłem, że już o piątej rano w Nowy Rok, czyli 12 godzin po logistycznych przygodach przy wylocie szczegółowo opisanych w poprzednim wpisie, lądowaliśmy z powrotem w Doha. Sam powrót był oczywiście mniej spektakularny niż wyjazd – po całej nocy na nogach wszystkim członkom ekipy brakowało energii, jak na sylwestrową noc przystało; nie zabrakło natomiast paliwa, by dojechać z lotniska na najbliższą stację. Pełen sukces! Będzie o czym wnukom opowiadać!!!

Rozciągnęliśmy czasoprzestrzeń

Na Sylwestra 2015 wybraliśmy się ze znajomymi za granicę, samolotem! Dobrze jest zakończyć dobry rok w dobrym stylu, nieprawdaż?

Wyjazd miał taki logistyczny rozmach, że jego sukces zależał od szczęśliwego rozciągnięcia czasoprzestrzeni. Najwyraźniej inaczej się nie da, zresztą po co by próbować?

A więc po kolei. Mamy czwartek, 31 grudnia, imieniny obchodzą Melania i Sylwester.

W Katarze za chwilę rozpocznie się weekend …

15.00

Równo za dwie godziny odlatuje nasz samolot. Wybiegamy więc z pracy i gnamy … nie na lotnisko, bynajmniej!, lecz do domu, by się przebrać.

15.40

Dostaję wiadomość sms informującą, że boarding na mój rejs właśnie się zaczął. To dobry znak – dostałem miejsce – reszta przedsięwzięcia zależy już ode mnie. No właśnie – nadal jestem w domu, co prawda prawie gotowy do wyjścia, pomiędzy psiknięciami ekskluzywnych perfum (wszak jest Sylwester, ma być impreza, i to za granicą …). Spieszyć się nie muszę, bo reszta ekipy dopiero wychodzi z domu i ma mnie zgarnąć po drodze.

15.55

Odprawa na nasz rejs za chwilę oficjalnie się zakończy. Wciąż jestem pod domem, 15 km od lotniska, i wciąż czekam na transport.

16.02

Wesoły autobus ze współtowarzyszami podjeżdża. Humory ogólnie dopisują, choć wycieczka wisi na włosku. Już dawno powinniśmy być na lotnisku!

16.03

Lampka rezerwy paliwa! Się zapala!!! Kto by się tym przejmował? – na lotnisko dojedziemy, gorzej będzie w drodze powrotnej.

Jedziemy prawym pasem autostrady, wlekąc się za sznurem najwolniejszych pojazdów, nie więcej niż 75 km/godz – mimo, że limit wynosi 100 km/godz. Kierowcy się nie spieszy, sprawia wrażenie zakochanego we współpasażerce, z którą flirtuje całą drogę, że aż się nie da tego słuchać. Coraz mniej nadziei na to, że zdążymy, a na kolejnych rejsach może być problem z miejscami.

16.22

Nie poddajemy się. Decydujemy się zostawić auto na parkingu krótkoterminowym – tylko takie rozwiązanie daje nam cień szansy by zdążyć. Wbiegamy na terminal, każdy w swoim kierunku.

16.28

Udaje mi się wydrukować kartę pokładową w kiosku, inni mają mniej szczęścia, więc biegną do okienka. Jedna osoba musi jeszcze exit permit odebrać. Co takiego??!! To chyba jakiś żart!!!

Zostawiam ekipę z tyłu i w poczuciu obowiązku wbiegam do wolnocłówki (wszak jest Sylwester, ma być impreza …)

16.39

Spacerkiem udaję się do wyjścia B4. Reszta wycieczki wychodzi mi na spotkanie. Nikogo nie brakuje, nawet pani, która jeszcze kilka minut temu nie miała exit permitu. Cud jakiś! Z niedowierzaniem wchodzimy na pokład (jest z nami nawet butelka whisky!).

17.00

Odlatujemy o czasie. W sumie to dość nietypowe, w końcu to rejs do … No właśnie, dokąd? Czytaj dalej!

Lotniczy dzień świstaka

Przy okazji opisywanego wcześniej szczytu szaleństwa w podróżach między Polską i Katarem odkryłem, jak bardzo pasjonujące może być obserwowanie powtarzających się zjawisk, a tym bardziej podążanie za nimi, nawet tysiące kilometrów.

UWAGA! Przed przeczytaniem kolejnych akapitów zaleca się zapięcie pasów bezpieczeństwa oraz zapoznanie z treścią wpisu ‘Co mi zrobisz jak mnie złapiesz’.

Gdy po siedmiu dniach znowu byłem w drodze na lotnisko w Doha, aby (ponownie) łapać rejs do Frankfurtu Lufthansy, nie zdawałem sobie sprawy, jak dalece los odważy się całą sytuację sprzed tygodnia powtórzyć.

Równie pośpieszne pakowanie po powrocie z pracy w czwartek, jakaś drzemka, lotniskowa rutyna dom-parking-terminal, ten sam stres przy oczekiwaniu na przydział miejsca – wszystko to upewniło mnie w przekonaniu, że uczestniczę w jakimś „dniu świstaka”. Rozwój wydarzeń na lotnisku – mimo mojej nadziei – też okazał się rutynowy. Wcale nie mam na myśli wchodzenia w glorii na pokład samolotu Lufthansy, bo – tak samo, jak tydzień wcześniej – miejsc niespodziewanie zabrakło i się nie zabrałem! I tak samo, po upewnieniu się, że ten nieprzyjemny werdykt jest ostateczny, grzecznie musiałem ciągnąć walizeczkę z powrotem przez terminal w stronę wyjścia, następnie przez cały lotniskowy parking, aż do samochodu. Po dotarciu do domu następowało tak samo pospieszne i skuteczne poszukiwanie alternatywnych sposobów jak najszybszego dostania się nad Wisłę.



O wiele bardziej pozytywny wydźwięk miała rutyna, którą zaobserwowałem w drodze powrotnej – na lotnisku w Gdańsku. W ramach owych szaleństw podróżniczych miałem lecieć z Gdańska przez Berlin do Doha. Najpierw w środę, a potem cztery dni później (w tych czterech dniach zmieścił się czwartek spędzony w pracy, lotniskowa rutyna w Doha opisana w paragrafie powyżej, pół dnia w Warszawie, dwa dni w w Trójmieście włącznie z weselem, …).

W drodze do Kataru w obu przypadkach nie musiałem wracać na tarczy, bo miejsc szczęśliwie wystarczyło, więc zamiast się stresować, obserwowałem i uczestniczyłem. Lotnisko to dość oczywiste miejsce do obserwowania powtarzalności zjawisk, ale uczestniczenie w takim spektaklu dwa razy w cztery dni, w ciągu których zdążyło się kilkukrotnie przekraczać kontynenty (a w perspektywie kilku godzin jest kolejny raz), to zupełnie inna kategoria wrażeń.

W środę i w niedzielę. Ten sam personel przy odprawie Air Berlin. Ten sam zestaw samolotów na płycie lotniska – Air Berlin w oddali, po lewej Wizz Air i Lufthansa, po prawej SAS i Eurolot. W tej samej kolejności i ustawieniu zaczną zaraz skoordynowany taniec po płycie lotniska. Gdy wsiadam do autobusu, Lufthansa zaczyna się wypychać. Wchodzę na pokład Air Berlin, a SAS wypycha w naszą stronę i zapuszcza silniki, a wyziew z nich znów leci prosto na mnie, stojącego na schodkach Bombardiera Q400.

A potem już tylko punktualne lądowanie w Berlinie, nad horyzontem widzę zachodzące słońce, przesiadka na późnowieczorny rejs Qatar Airways, ten sam personel przy odprawie, jedynie starszy o cztery dni. Zmęczona po całym dniu pracy obsługa sklepów wolnocłowych przygotowuje się do zamknięcia dnia, słyszę zasuwające się jedna za drugą rolety punktów usługowych.

Taka powtarzalność zjawisk, z którą często mamy do czynienia na lotniskach i w której sami możemy uczestniczyć, jest dla mnie fascynująca. Jest jak szczegółowo reżyserowany spektakl teatralny, np. musical – z obrotową sceną, w którym co piosenkę płynnie zmienia się scenografia. Grany co wieczór przez grupę tych samych aktorów.

A może to, co zaobserwowałem, było jedynie powtórzonym akurat w tych dniach wyjątkiem od rutyny, której inscenizacja zwykle wygląda zupełnie inaczej?

Ruskij pasport?

Ostatnio na lotnisku w Doha (odloty) zostałem zapytany przez pasażerkę o pochodzenie. Mój akcent podpowiadał jej, że jestem z Niemiec. Wiele razy już to słyszałem, przestało więc mnie to dziwić. Ciepło, ciepło … Moja korygujaca odpowiedź bardzo ją ucieszyła, gdyż miała polskie korzenie – rodzice pochodzili z Polski.

Dzień później, w drodze powrotnej, lotnisko w Larnace (Cypr). Pewnym krokiem wchodzę do kolejki do kontroli paszportowej przeznaczonej dla obywateli UE. Mężczyzna odpowiedzialny za porządek woła do mnie:

– Ruskij pasport?
– Nie!

Tym razem to ja się ucieszyłem – próbował skierować mnie do wiele dłuższej kolejki! Rosjanie musieli swoje odstać, a w okienku dla UE praktycznie nikt nie czekał…

O tym, że Rosjan na Cyprze jest bardzo dużo już pisałem wcześniej. Ale żeby nawet mnie – z niesłowiańskim nazwiskiem, niemieckim akcentem i zarostem na twarzy w stylu arabskim – brali za Rosjanina?!

P.S. Dziś przygód narodowościowo-tożsamościowych ciąg dalszy. Po dodzwonieniu się do serwisu Suzuki filipińska sekretarka wzięła mnie za Filipińczyka. Po tym jak się jej przedstawiłem z imienia („Majkel”) zapytała:

– Kabayan?

– Mafi kabayan! Bolanda!!! – pełen rozbawienia odpowiedziałem typowym filipińsko-arabskim sposobem.

Niewtajemniczonym wyjaśniam, że zapytaniem „kabayan” Filipińczycy zazwyczaj upewniają się, czy mają do czynienia ze swymi rodakami.



Jawa czy sen

Przebudziłem się po krótkiej drzemce na locie powrotnym do Kataru. Coś mi się chyba śniło… Zaraz mi się przypomni…

Spacerujemy jedną z przecznic wzdłuż Marszałkowskiej. Mijamy sklepy i sklepiki, restauracje i kawiarenki różnej maści. Po wielu dniach zachmurzenia w końcu wyszło słońce. Zbliża się południe, robi się wręcz duszno.

Nagle zauważam przed sobą znajomo wyglądające sylwetki. On – wysoki blondyn. Ona – brunetka w słomianym kapeluszu. Spacerują w tym samym kierunku, więc widzę tylko ich plecy, lecz po tylu latach znajomości trudno byłoby nie rozpoznać magicznej aury między nimi i tego charakterystycznego kroku. Podbiegam i łapię znienacka za ramię. Jacek i Karolina – przyjaciele z Warszawy!!!

Zaskoczenie byłoby mniejsze, gdyby wspomniana Marszałkowska nie była metaforą, której przez ostatnie kilka dni używaliśmy na określenie jednej z ulic w centrum … Hanoi.

Nie widzieliśmy się ponad rok, a tu taka niespodzianka, tak daleko od domu!

Całkiem przyjemny był to sen. Ale zaraz! Co jest jawą, a co snem? A może ja nadal śnię?

Dobrych kilka sekund zajmuje mi ustalenie faktów. Przecież to się zdarzyło naprawdę! Ale jak to?! Przecież przypadkowe spotkanie przyjaciół z Warszawy na ulicy w Hanoi graniczy z niemożliwością. Niech mnie ktoś uszczypnie, bo nadal w to nie wierzę!

Fot. Jaem Prueangwet

Na rowerze w Seulu

Do listy miast, w których miałem przyjemność jeździć rowerem w tym roku dołączył właśnie Seul.

Akurat wypadał dzień wolny od pracy, więc tłumy Koreańczyków, młodszych i starszych, postanowiło aktywnie spędzić czas na powietrzu. Większość z nich poważnie podeszła do tematu i wyposażona w sportowe ubrania najnowszej generacji ruszyła spalać kalorie. Również i ja, zamiast zwiedzać pałace lub biegać po kawiarniach pod patronatem Hello Kitty, dołączyłem do nich w takie słoneczne popołudnie.

W mieście istnieje sieć wypożyczalni bezpłatnych, z pewnymi ograniczeniami, podobno głównie dla rezydentów. Zamiast wgłębiać się w ich zasady wybrałem jedną z wielu płatnych wypożyczalni wzdłuż ścieżki przy rzece (stacja metra Yeouinaru, 3000 won za pierwszą godzinę, 2000 won za każdą następną).

W sumie pokonałem ponad 50 km ścieżką biegnącą wzdłuż rzeki Han przecinającej stolicę Korei Płd. Choć nie mam wiedzy na temat ścieżek w innych częściach miasta lub ścisłym centrum, sama trasa nad rzeką zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Wydaje się, że wszystko zostało zaplanowane i dobrze zgrane z otoczeniem. Ścieżka ciągnie się głównie wzdłuż autostrady, często pod nią, ale prawie nie odczuwa się obecności pojazdów, bo oddziela od nich szeroki pas zieleni. Słychać co najwyżej szum samochodów gdzieś w oddali. I – co chyba najważniejsze dla zapalonych rowerzystów czy wielbicieli jazdy na rolkach – jedzie się płynnie, bez przejść dla pieszych, świateł, czy konieczosci schodzenia z roweru. 
Dodatkowo wrażenie zrobiła na mnie doskonała infrastruktura piknikowo-rekreacyjna, której inne miasta nad rzeką (np. Warszawa) mogą pozazdrościć. Co kilka kilometrów, wzdłuż ścieżki, znajduje się park z ławeczkami, stolikami na piknik, oczywiście toalety, wodne źródełka z darmową pitną wodą.

Tu i ówdzie pojawia się także mały sklep typu 7 Eleven, dzięki któremu pikniku wcale nie trzeba planować i targać z domu. Sklepik sprzedaje gotowe dania do podgrzania. Ale gdzie je podgrzać?? W mikrofali wystawionej do użytku publicznego przed sklepem!! Tuż obok wystawiony jest duży czajnik z wodą, którą zalejemy … zupkę w proszku – jest w czym wybierać, bo takie zupki zajmują chyba połowę półek w sklepiku!

Nie ma w Korei lepszego sposobu na zwieńczenie takiego sympatycznego dnia jak skosztowanie kasztanowego makgeolli – orzeźwiającego wina ryżowego o mlecznej konsystencji.



Żaden dzień w Korei, czy to w ramach wycieczki weekendowej czy tylko przy okazji przesiadki, jak w tym przypadku, nie jest dniem straconym. Dokąd się przesiadałem i przed czym tam uciekałem napiszę wkrótce.

Na rower do Melbourne

Jadę tak i jadę ulubioną trasą rowerową w Melbourne. Po takiej dawce tlenu budzi się we mnie dusza statystyka. Zaczynam więc wyliczać w myślach: w ciągu ostatniego roku miałem przyjemność jeździć rowerem w co najmniej kilku miejscach na świecie – m.in. dwa dni w Trójmieście, po pół dnia w Warszawie i Chiang Mai w Tajlandii. Był nawet epizod rowerowy na Cyprze.

A w Australii? Na wiosnę były już dwa dni w Melbourne. Był również dzień w Perth na koniec zimy. I teraz ponownie Melbourne – w sumie czwarty rowerowy dzień w Australii, w ostatnich 12 miesiącach! Wychodzi zatem, że po tym kontynencie jeżdżę najwięcej, i to mimo olbrzymiej odległości od domu!

Liczby mówią same za siebie i mógłbym je pozostawić bez komentarza… Ale nie chcę!

Dlaczego Australia? Dlaczego Melbourne?

Wrażenie robi na mnie doskonała sieć ścieżek rowerowych, przynajmniej w miastach – jak to wygląda na prerii jeszcze nie sprawdzałem. Sprzyjająca pogoda przez niemal cały rok oraz przyjazna przybyszom kultura to kolejne plusy. Czuję się tam mile widziany.

Ceny wynajmu rowerów nie są niskie, ale za każdym razem udowadniam sobie, że warto. W Melbourne polecam wypożyczalnię Rentabike, w samym centrum miasta, przy ścieżce wzdłuż rz. Yarra (koszt 35$ na dzień).

Dzień zaczynam od malowniczej trasy w górę rzeki – 15 km aż do wodospadów (Dight Falls) i z powrotem. Gdybym kontynuował mógłbym okrążyć miasto. Decyduję się jednak wrócić w kierunku wybrzeża. Przechodzę spacerkiem przez polecone przez wypożyczalnię ogrody botaniczne, a dalej kieruję się do Albert Park. To tu corocznie odbywają się wyścigi F1, choć dziś to miejsce należy do fanów golfa i rugby. I do mnie!

 

W St. Kilda zahaczam w pośpiechu o polską cukiernię. Jak dowiedziałem się z ich strony internetowej, prowadzona jest przez polskich imigrantów od lat 80-tych. Europa Cake Shop to miejsce, o ugruntowanej pozycji w tej wyjątkowej dzielnicy i całym Melbourne. Pączki, przeróżne drożdżówki i ciasta na wystawie kuszą przechodniów apetycznym „polskim wyglądem”, dość egzotycznym z tej perspektywy. Sernik kakaowy domowej roboty doda mi energii na najbardziej wyczekiwaną część dnia – ścieżkę wzdłuż plaży z St. Kilda do Brighton. Kto zrozumie gdynianina?



Po drodze do Brighton mijam kilka knajpek, liczne kluby żeglarskie oraz marinę z molo, na które czasami wychodzą pingwiny. Dotleniam się za wszystkie czasy. Doświadczenie jest nie z tej ziemi, niemal mistyczne – mieszkam na pustyni, przeleciałem właśnie pół świata, aby najnormalniej w świecie, w wolne niedzielne popołudnie, razem z tubylcami, pojeździć rowerem wzdłuż wybrzeża!

Brighton słynie z malowniczych wielokolorowych domków ustawionych na plaży. Obserwuję jak w dali, na wietrze, szaleją kitesurferzy. Widok ten uzmysławia mi, że dotychczas w mojej niezbyt wymagającej przejażdżce byłem de facto wspomagany przez wiatr w plecy. Zupełnie o tym zapomniałem – dokładnie tak, jak ostatnio. Oto, co nadmiar tlenu robi z człowiekiem.

Przejechałem do tego momentu jakieś 50 km. Czas zawracać. Jazda pod wiatr, z Brighton do centrum Melbourne, to mimo dodatkowego wysiłku czysta przyjemność. Muszę się spieszyć, by oddać rower przed zamknięciem wypożyczalni. Ostatnio nie zdążyłem, jak będzie tym razem?



Czego oczekiwać w Angor Wat?

Zainspirował mnie wpis pewnego blogera-podróżnika, który zauważył, że odwiedzanie najbardziej popularnych miejsc turystycznych wywołuje w nim rozczarowanie. Jako alternatywę poleca skupić się na doświadczeniu kultury odwiedzanych miejsc, z dala od turystyki masowej.

Choć nie ze wszystkimi stwierdzeniami w jego artykule się zgadzam, ten punkt widzenia wpisuje się w styl podróżowania, który preferuję. Dobrze ilustruje to moja ostatnia relacja z wycieczki do Kambodży, którą zacząłem od wyliczania miejsc, których w jej trakcie uniknąłem. Doświadczenie polecanego w folderach turystycznych zachodu słońca w Angor Wat znalazło się na liście rzeczy-nie-do-zrobienia zarówno mojej, jak i wspomninaego blogera.

Foldery obiecują mistyczne niemalże przeżycie:

 

Fot za: thisworldrocks.com

Rzeczywistość dla wielu okazuje się rozczarowująca:

Fot za: thisworldrocks.com

Nie widzę w tym nic złego, aby marzyć o odwiedzeniu Angor Wat czy innych popularnych miejsc. Warto jednak mieć świadomość, że turystyczna rzeczywistość coraz częściej różni się od tej przedstawianej w folderach.

Swoją drogą słyszałem, że Angor Wat jest przytaczany jako przykład miejsca, dla którego wpisanie na listę dziedzictwa UNESCO (w 1992 r.) było bardziej przekleństwem, niż zbawieniem. Obrazuje to masowy wzrost liczby odwiedzających, wedle Wikipedii z 7650 w 1993 r. do 1 mln w 2007 i aż 2 mln w 2012! Jak na razie mogę to sobie tylko wyobrazić…



Cypr. Weekend na daczy.

Była środa, początek ramadanu. Zbliżał się weekend, a z nim perspektywa siedzenia w mieszkaniach przez większość dnia w obliczu ramadanowych restrykcji (jedzenia, picia i palenia w miejscach publicznych). Nikogo to nie ekscytowało, rzucono więc temat:

– Dokąd by tu uciec?

– Co powiecie na dwadzieścia osiem godzin w Stambule?

– Brzmi obiecująco!

– Ale to strasznie krótki pobyt, opłaca się?

– Opłaca się, do Stambułu zawsze warto, tylko, że to już było…

– A Larnaka, Cypr? W 24 godziny!

– Ależ to jeszcze mniej czasu na miejscu!

– Zgadza się, ale jeśli zrezygnujemy z biegania po muzeach i zabytkach może wyjść z tego całkiem relaksujący wyjazd.

– Właśnie! To byłby taki totalny chillout – plaża, rześki wiaterek, wino, …

I polecieli. Zgodnie z planem, czyli zero zwiedzania. Wynajęli daczę nad samą plażą, bliżej lotniska niż miasta. Przemiły właściciel odebrał ich samochodem, po drodze zahaczył o sklep na szybkie zakupy prowiantu i … wina.

Za zakupy wina obarczono odpowiedzialnością autora tekstu i Panią G., którzy jednogłośnie postanowili kupić różne rodzaje win, aby zaspokoić preferencje smakowe całej grupy. Odgórne ustalenie nakazywało trzymać się budżetu 4 euro za butelkę. Prędka analiza dostępnego towaru wykazała, że oznaczało to średni segment rynku.

– Ale nuda – pomyślał niżej podpisany magister ekonomii i natychmiast zarządził dywersyfikację: kolorów, cen, oczekiwań, a więc i ryzyka. W koszyku znalazły się więc wina zarówno za 1 euro, jak i za 7 euro. Wkrótce okazało się, że wybór był wyśmienity. A może to rezydowanie w Katarze zmienia stosunek ludzi do alkoholu i postrzeganej jakości tegoż?

W przerwie między winem serwowano owoce, w tym pysznego arbuza, którego przy okazji cała grupa nauczyła się kroić w jakiś hipsterski sposób – długie prostopadłościany z wąską podstawą-skórką. Ale ubaw!

Potem były rowery oraz lotniczy spotting – w Larnace lądują jumbojety (z rosyjskimi turystami!). Kąpieli w morzu też nie zabrakło, choć niektórym (tylko bez nazwisk!) początkowo (przez pół godziny!) brakowało odwagi, by zanurzyć się w tej „lodowatej” wodzie. Co te słońce pustyni z ludźmi robi?!?!

Przedstawicielki płci pięknej zgodnie dodają, że na uwagę zasługiwał prysznic. Ten bardziej cywilizowany, w łazience, gdzie każdy miał wyznaczone 10 minut, i drugi – niekonwencjonalny, biwakowy (gumowy pojemnik wystawiany na słońce). Tu średnio wypadało 30 sekund na osobę, ale za to nawet taka odrobina ciepłej wody po morskiej kapieli było jak picie wina za 7 euro po piciu wina za 1 euro. Niżej podpisany nie czuł potrzeby skorzystania z tego udogodnienia (prysznica, a nie wina za 7 euro!), więc poprosił o wspomnienia innych uczestników wycieczki.

– Widzisz, gdybyś skorzystał, to byłoby to ujęte już w pierwszym zdaniu o wyjeździe – usłyszał.

Obowiązek przygotowania śniadania panie G., J. i M. z wielką przyjemnością zgodziły się przesunąć na tego, który lubuje się w kuchni fusion. Tylko skąd potem to oburzenie, że biały ser w jajecznicy nie pasuje?! A kto powiedział, że nie pasuje?!?!

O szczegółach można by opowiadać dłużej, niż trwał sam wyjazd. W skrócie – były to bezcenne pod każdym względem 24 godziny spędzone w temperaturze poniżej 30 stopni, i to bez klimatyzacji! Szybki, lecz jaki konkretny relaks!

Turystów trzeba szanować

Gdańsk Oliwa. W zeszłym tygodniu, po załatwieniu spraw mój tata wpadł na pomysł.

– Tu niedaleko, przy pętli tramwajowej, była kiedyś budka z piwem. Wiele lat temu mieli tam bardzo dobre szaszłyki. Sprawdzimy?

Wchodzimy. Bar z piwem jak się patrzy, przy stolikach sami mężczyźni, dochodzi czternasta, po temacie rozmów domyślam się, że są już po ciężkim dniu w pracy. Wydaje się, że niektórzy mają już za sobą kilka piw. Może już długo tu siedzą, a może po prostu szybko piją? W końcu upał w pełni i ma człowiek prawo być spragnionym.

Wolnych stolików brak, więc dosiadamy się do dwóch jegomościów.

– Czy możemy tu usiąść, obok panów?

– A-lesz o-szy-wiś-sie.

Podchmielony jegomość zaczyna przygotowywać więcej miejsca dla nas, zgarnia puste kufle w swoją stronę.

– Nie ma problemu, zmieścimy się – oponujemy.

– Turystów trzeba szanować!

I tak oto zostaliśmy turystami we własnym mieście. Jak należy się ubrać, aby w piwnym barze w Oliwie być wziętym za turystę? Smart casual, czyli koszula, spodnie i torba na ramię z dokumentami.

Teraz, po krótkim rozeznaniu w internecie, widzę, że ten bar jest tak legendany, na jaki wygląda. Szaszłyki (wieprzowe!) w budce z piwem przy pętli w Oliwie polecam wszystkim żądnym przygody. Po 3 złote za 100g, do tego chlebek i musztarda.

Świat się zmienia, człowiek się zmienia, ale szaszłyki pozostały bez zmian. Piękna sprawa.

Poniżej fragment artykułu z Dziennika Bałtyckiego o tym legendarnym miejscu:

[…] Bar doczekał się swojego miejsca w literaturze. Tadeusz Dąbrowski napisał esej, w którym czytamy: „Ten bar się nie nazywa. Dzięki temu mężowie, którzy wracają stąd nonszalanckim krokiem Johna Wayne’a do swoich strapionych żon, zapytani przez nie: „Gdzie, do cholery, byłeś przez tyle godzin?”, ze spokojnym sumieniem mogą powiedzieć: „Nigdzie”. Bywalcy jednak dobrze wiedzą, gdzie byli, każdy z nich ochrzcił to centrum świata po swojemu. I tak jedni chodzą „do Maćka”, inni „do Jurka”, jeszcze inni „na rożen” albo po prostu do „budy”. Ja chodzę „na pętlę”, bo blaszany peerelowski barak w kolorze mordoklejki stoi właśnie przy pętli tramwajowej w Oliwie, kilka kroków dosłownie, jedno charyzmatyczne splunięcie od torów. Brak oficjalnej nazwy sprawia również, że jest to najbardziej demokratyczny i niestargetowany lokal, jaki znam. Choć gdy wiele lat temu, jadąc na uczelnię, odwiedziłem go po raz pierwszy, dotarło do mnie, że Foucault nie miał pojęcia, czym jest prawdziwa transgresja.” […]

Zdjęcie za: mojeosiedle.pl

Translate »