Kryzys na stacjach paliw!

Szewc bez butów chodzi.

Uwierzycie, że w Doha brakuje oleju napędowego – takiego do silników Diesla? Jednak to prawda. Sytuacja bywa naprawdę poważna – wedle lokalnych gazet na stacjach tworzą się nieprawdopodobnie długie kolejki samochodów i – przede wszystkim – ciężarówek. Niektórzy czekają po trzy godziny (w upale), co podobno budzi niezłe frustracje wśród kierowców. Nic dziwnego…

Problemy z dostawami podobno występują od dłuższego czasu i się nasilają. Na razie przyczyny kryzysu są nieznane – tutejszy dystrybutor monopolista po prostu nie dostarcza wystarczających ilości.

A może popyt jest za wysoki i/lub/ponieważ ceny są zbyt niskie? Aha, ceny na paliwo są ustalane centralnie. Zaprawdę absurd nad absurdami.

Ile to musi palić?!

Do Sheratona czy do Turka?

Czas leci i pojawiają się coraz to nowsze dylematy. Nie chodzi wcale o to, gdzie zjeść obiadek.

Włosy kiedyś i gdzieś trzeba obciąć. Wstępna analiza rynku usług fryzjerskich w Doha wykazała, że większość fachowców nie wygląda zbyt wiarygodnie – w salonach jest brudno, fryzjerzy mają śmierdzące fartuchy, a w niektórych przypadkach na głowie …. turbany. Po fryzjerze akurat spodziewałbym się trochę większej kreatywności na głowie, a Wy? Na początku siłą rzeczy nie byłem gotowy na oddanie włosów w ręce takich – powiedzmy – profi-partaczy. Pokusiłem się więc na salon w Sheratonie. Było w miarę w porządku, narzekałem tylko na dosyć niekorzystny współczynnik jakość/cena.

Następnym razem zmusiłem się poszukać tańszej alternatywy. 'Turkish barber' – pełen sukces. Byłoby jeszcze lepiej gdyby tylko strzygący mnie Turek rozumiał więcej po angielsku. Gdzie jak gdzie, ale u fryzjera właściwa komunikacja ma kluczowe znaczenie, prawda? Na szczęście od czasu do czasu podchodził do nas szef salonu i pytał już po angielsku, czy powstająca fryzura idzie w dobrą stronę. Nawet herbatkę mi podali – oczywiście turecką, więc była okazja do uzupełnienia cukrów w organizmie. A koszt czterokrotnie niższy niż w Sheratonie. Dylemat więc niejako się rozwiązał.

Podsumowując – rynek usług fryzjerskich w Doha ma co najmniej dwa segmenty cenowe, w tym jeden celowany w najbardziej zamożną część społeczeństwa, która przywiązuje dużą wagę do emocjonalnych atrybutów produktu-usługi typu nazwa marki i jej pochodzenie (Sheraton/Coiffure Francaise…. :-), a segment tańszy też nie pozostaje w tyle dość jasno komunikując silną markę 'Turkish barber' (już kiedyś słyszałem, że są dosyć dobrzy w te klocki).

Fryzura z Sheratona - nie warto przepłacać

O co chodzi?

O pieniądze. Dużo pieniędzy. A właściwie im więcej tym lepiej (nazywają to maksymalizacją czy jakoś tak…) Ale żeby to osiągnąć trzeba mieć wheymana i system, który mu w tym pomoże. Do tej pory próbowałem nauczyć się obsługi tego czegoś, potem przyszedł czas na zrozumienie. Eureka!

Więc jak to działa w każdej dużej linii lotniczej?

Nadzór nad prognozami popytu na dany lot i zapewnienie odpowiedniego poziomu cen w danym momencie to właśnie moje zadanie. Aha, overbooking to też moja zasługa, albo raczej systemu, który to wszystko wylicza każdej nocy. Podkreślam – zasługa, a nie wina! Poziom overbookingu musi brać pod uwagę ‘go-shows’ i ‘no-shows’, a także ‘adjusted capacity’ po uwzględnieniu ‘upgradów’. Muszę również dbać, aby DC na każdym DCP był adekwatny do dekrementów z przeszłości – forkastowanych na podstawie ‘split history’ i ‘link influences’. A wszystko po to, aby uzyskać AU level. Przy tych danych system sam optymalizuje ‘fare mix’ oraz wykona ‘seat parking’. A stąd niedaleko już do wartości ‘constrained out’ dla każdego RBD i ostatecznie ‘total out’ dla DCP24. Total out mnożą się same (a jakże!) przez odpowiednie średnie APV i mamy przychody. Zmaksymalizowane przychody. Ot co!

System jest po to, żeby działał sam. Ale trzeba to nadzorować. Czasem potrzebna jest ingerencja – ale należy pamiętać, że wszelkim manualnym zmianom w systemie towarzyszy spore ryzyko, na które wszakże jesteśmy gotowi. Czasem jest to wręcz jazda bez trzymanki typu „zobaczmy co się stanie”. Każdy się przecież uczy na błędach.

Mam nadzieję, że dzięki temu tekstowi choć trochę przybliżyłem Wam moją zajeciekawą pracę.

A propos kreacji

Coś dla spragnionych ZiMowców 😛

Billboard QR w Doha

NYC - 4 times a week

Uwaga konkurs: jak komunikować otwarcie czterech lotów tygodniowo do Szwajcarii? I zmieścić jeszcze trochę luksusu w przekazie?

Podpowiem – coś z czekoladą. Szwajcarską…

Welcome on board!

Najwyższy czas poopowiadać trochę o pracy – w końcu niby po to przyjechałem do Dohy.

Welcome on board!

To nadużywane czasem powiedzenie nabrało nowego wymiaru, gdy witałem się z nowymi kolegami i koleżankami z mojego działu. To było już dwa miesiące temu (kiedy to zleciało?) . Bardziej wymowne mogłoby być tylko w jednym przypadku – gdybym zaczynał pracę jako pilot samolotu, hmmm, … W moim biurze jest trochę więcej miejsca, niż w kokpicie np. A340. A zarządzanie przychodami też może być ekscytujące, zwłaszcza gdy człowiek stara się zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi.

W zrozumieniu pomaga mi wiele osób, w tym mój buddy z Cejlonu. Zważywszy na ilość pytań jakie mu zadaję, muszę przyznać, że jest bardzo cierpliwym człowiekiem. I nie chodzi tylko o kwestie merytoryczne, lecz również czysto techniczne – w zarządzaniu przychodami pomaga nam kilka systemów IT, których obsługa nie jest prosta – same oficjalne szkolenie na każdy z nich trwa zwykle dwa tygodnie, a mi przypadło praktycznie tylko szkolenie ‘on the job’.

Na razie pod opiekę przypadły mi trasy regionalne – do państw Zatoki Perskiej. Mamy więc Bahrajn, Dubaj, Abu Dhabi, Muscat, Kuwejt, Dammam, Rijad, Jeddah … Hmmm, powtórka z geografii, co? Jak łatwo się domyśleć tutejsi pasażerowie nie liczą się z pieniędzmi tak bardzo, jak np. Europejczycy, stąd ich zachowania o wiele trudniej przewidzieć.

Przede mną spore wyzwanie. Pewnie wybiorę się kiedyś na storczeki, tfu, znaczy polatam na weekend tu i tam, pogadam z pasażerami i będę miał profesjonalny passenger insight. I kto mówił, że Revenue Management nie ma nic wspólnego z marketingiem?

(A kreacja jest u nas na całkiem wysokim poziomie – wystarczy spojrzeć na plakaty reklamujące otwarcie nowych połączeń do NY i Waszyngtonu – tę kreację poniekąd widać na obrazku poniżej, czy nie?)

Kupować samochód w Katarze

Nawet nie wyobrażacie sobie co musiałem zrobić, żeby kupić ten samochód. W Katarze bowiem nie wystarczy mieć pieniądze – wręcz odwrotnie – wcale nie są one do tego potrzebne. Zgoda pracodawcy na posiadanie przeze mnie samochodu, zgoda pracodawcy na zaciągnięcie kredytu, zgoda pracodawcy na wydanie katarskiego prawa jazdy. Co jeszcze?! Zdążyłem się zaprzyjaźnić z paniami z działu ‘Government Services’ – tak, jest taki dział w mojej megafirmie – panie te w imieniu firmy wydają zgody na absolutnie wszystko, włącznie z tzw. ‘exit permit’ – zgodą na opuszczenie kraju np. na weekend. Ale nie o tym, nie o tym.

Miałem nadzieję na kupno tego samochodu na kredyt. Niestety mogłem to zrobić tylko w moim banku – wydanie kolejnej zgody na inny bank zajęłoby znowu mnóstwo czasu, a tego nam najbardziej brakowało, bo dotychczasowy właściciel musiał opuścić Katar jak najszybciej.

Agentka mojego banku (oryginalnie Filipiny) owszem pofatygowała się na spotkanie nawet do mnie do biura, ale dotarła do niego całe 27 godzin po umówionej godzinie. W międzyczasie przekładała spotkanie kilkakrotnie – bez ogródek przyznała, że miała ważne spotkania (ważniejsze ode mnie ….) – m.in. właśnie podpisała kontrakt z jakąś firmą na otwarcie kilkuset kont bankowych. Co mnie to kurna obchodzi? Jak raz przy pierwszym spotkaniu ma mnie gdzieś, to przy kolejnych nie powinno być lepiej. Zdecydowałem się współpracować z drugą (znowu chyba Filipiny), która zapowiadała się lepiej. Było jeszcze gorzej. Absolutna beztroska jej i kilku innych pracowników, w tym menedżerów, których dzięki znajomościom wciągnął w naszą pilną sprawę właściciel – Hindus. Generalnie bank robił wszystko, aby opóźnić przyznanie kredytu. Zaskakuje całkowity brak procedur – o tym, jakie dokumenty będą potrzebne informowali nas na bieżąco, durś (tfu, znaczy cały czas) zmieniali zdanie jakie dokumenty mamy przygotować. Pominę fakt, że główna osoba kontaktowa wkrótce po tym gdy prosiła mnie o oddzwonienie za pięć minut, wyłączała swój telefon na całą resztę dnia. Brak profesjonalizmu w każdym calu. Horror trwał przez dziesięć dni.

Na szczęście znaleźliśmy wyjście z sytuacji i udało się bez pomocy banku. Ciekawe kiedy się zorientują, że przestaliśmy do nich wydzwaniać w naszej bardzo pilnej sprawie. I czy kiedykolwiek.

W całym zamieszaniu zaprzyjaźniłem się z właścicielem, który przeprowadził się do Bahrajnu. Będę miał gdzie się zatrzymać jak się tam kiedyś wybiorę (pewnie za miesiąc lub dwa…)

Dwa samochody mam :)

Nie, no teraz to już naprawdę musi być jakiś sen. Pełna koma normalnie. Hondy nie zdążyłem jeszcze oddać, a tu taka niespodzianka… otóż… mam dwa samochody!

Z wielką przyjemnością ogłaszam, że po ponad trzech tygodniach poszukiwania samochodu dobiegły właśnie końca. A jak było? Oj, niełatwo, niełatwo. Ograniczony byłem budżetem (oczywiste), subiektywną oceną użyteczności samochodu oraz przyjemności z prowadzenia, jego wartością przy potencjalnej odsprzedaży oraz – co chyba najważniejsze – ryzykiem, że się rozkraczy i będą musiał ponosić jakieś nieprzewidziane koszty. Biorąc to wszystko pod uwagę rozważałem kupienie tylko czegoś małego (żeby benzyna kosztowała mnie jeszcze mniej :-P). Nowy z salonu lub używany prawie nieśmigany. Czy ktoś słyszał o przecudnym swoją drogą Daihatsu Sirion? No właśnie. Dlatego wybór padł na – Panie i Panowie, proszę wstać –

Suzuki Swift, ah, oh!

 

Suzuki Swift

W królewskich barwach KLMu. Tak pod kolor oczu. Jak to czyich? – moich!!

Chyba zbyt emocjonalnie podszedłem do całej sprawy, bo aż do dnia zakupu nie miałem pojęcia jaką to cudo ma pojemność silnika itp. Nie miało to zresztą najmniejszego znaczenia, bo była to najzwyczajniej w świecie okazja. Pod każdym względem. Takiej okazji się nie przepuszcza. Dawno nie byłem tak pewny, że podejmuję dobrą decyzję.

Kolejne wpisy będą pewnie kolejnymi zachwytami nad Moim Pierwszym Samochodem – gdybym zaczął zanudzać, to dajcie znać.

Mój, mój, mój!!!

Kim jesteście, tłumy przybyszów ?

Dziś na blogu było ponad 800 wejść. Wczoraj ponad 700. A przedwczoraj ledwo 15. O co chodzi? Czy ktoś to potrafi wytłumaczyć? Kim jesteście nieznani? Czy to znowu jakis żart z kategorii 'Mamy cię’?

Próbuję to zrozumieć – może tylko statystyka się rąbnęła o jedno lub dwa zera? Czy to możliwe?

 

A może wpis o mandacie, który chyba nadawałby się nawet do rubryki kryminalnej w jakimś brukowcu wpłynął na masowość jednostek czytelniczych?

Dziwnie się z tym czuję, czy powinienem?

Mandat dostałem

Pierwszy mandat w życiu. Oczywiście czuję się oszukany, bo jeżdżę bardzo porządnie jak na tutejsze standardy (porządniej od innych), nawet kierunkowskazy włączam przy skręcaniu (!!), a prędkości starałem się nie przekraczać. Wiadomo, na licznik nie patrzy się bez przerwy, ważne żeby nie przesadzać.

Najlepsze w całej tej historii jest to, że w ogóle do tej pory nie byłem świadomy tego, iż tak łatwo jest tutaj być złapanym na fotoradarach, które jak się okazało stoją głównie na drogach z ograniczeniem (!!!) 80 km/h (!!!) – wszystko w środku miasta. Uświadomili mnie znajomi w sobotę rano gdy okazało się, że jechaliśmy trochę szybciej od pozostałych – najwyraźniej bardziej uświadomionych – kierowców. Od tego momentu bardzo pilnowałem licznika.

O wykroczeniach na drodze można się dowiedzieć długo po fakcie – jedyną drogą do sprawdzenia swojego konta jest strona internetowa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Ot technologia. Dla pewności postanowiłem wpisać tam mój numer rejestracyjny. I co się okazało? Przekroczenie prędkości owszem zarejestrowano, na szczęście tylko jedno – data, godzina i miejsce wskazują, że wykroczenie miało miejsce dosłownie na kilka minut przed tym, jak zostałem uświadomiony.

To się nazywa pech. A jego wartość pieniężna? Tylko 300 riyali. Płatne też przez Internet…

Marzenia się spełniają

 

W życiu każdego człowieka nadchodzi taki czas, że trzeba zacząć spełniać marzenia. Te największe i z pozoru niemożliwe do spełnienia.

Przypadek sprawił, że było mi dane spełniać je właśnie za granicą, w innej strefie klimatycznej. Takich okazji po prostu się nie przepuszcza.

Wystarczyło kupić po raz pierwszy od bardzo dawna „Gazetę” z dodatkiem „Praca”, przejrzeć wszystkie strony z ogłoszeniami, żeby na przedostatniej odkryć to jedno jedyne, które było skierowane wprost do mnie – zdawało się wręcz krzyczeć: ‘Mister Łejna, we are waiting for your CV!’. Wycinek „tamtej” strony postanowiłem zatrzymać nie wiedząc jeszcze, że wyjdzie z tego coś tak poważnego. Trzymam go do dziś na pamiątkę.

Myśli, które towarzyszyły wysyłaniu zgłoszenia mailem nie miały nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem (no bo jak? – wyjadę do Kataru do pracy?!) i jakąkolwiek wiarą, że cokolwiek z tego będzie – włącznie z tym czy w ogóle się odezwą. O tym, jak serio traktowałem wtedy to zgłoszenie, świadczy ilość żartów, jaką ze współlokatorami robiliśmy na ten temat niemal każdego dnia po wysłaniu maila (kto nie wierzy niech spyta Agę i Kubę ). Nawet tytuł maila był mało poważny: ‘Application CV for Qatar Airways – my most desired airline employer’.

Sprawa niespodziewanie przybrała bardzo szybki obrót i już kilka tygodni później wybrałem się do Doha na rozmowy. Podróż tę traktowałem oczywiście tylko jako darmową dwudniową wycieczkę nad Zatokę Perską.

Wkrótce okazało się, że jedyne co muszę zrobić, aby zacząć spełniać marzenia, to przejść przez mnóstwo biurokratycznych procedur i przygotować się do wyjazdu, co zajęło w sumie prawie trzy miesiące.

Ostatecznie od ponad sześciu tygodni jestem tu – w Dosze. I niniejszym spełniam marzenia w dziale Revenue Management w pięciogwiazdkowej linii lotniczej.

Wspaniale jest łączyć pracę z pasją. A już pełnię szczęścia można osiągnąć, gdy praca i to, co po pracy jest Jedną Wielką Przygodą. Lub po prostu na taką się zapowiada. Mam nadzieję, że dotychczasowe i przyszłe wpisy na tym blogu będą tego najlepszym dowodem.

PS. Dziękuję wszystkim, którzy we mnie wierzyli i wspierali mnie w realizacji tych wszystkich marzeń. 

Translate »