O hotelu po raz ostatni

Hotel znowu przeszedł samego siebie. Specjalnie dla mnie podstawili cały minibus (kilkanaście siedzeń). Wszystko tylko po to, żebym mógł dojechać do ‘The City Center’ – największego centrum handlowego, jakie kiedykolwiek widziałem. Takie tam zachcianki. Sęk w tym, że wszędzie było napisane, że specjalny autobus jeździ regularnie o określonej porze spod hotelu pod samo centrum, które jest w innej części miasta. Sęk w tym, że nie spodziewali się, że ktokolwiek będzie chciał skorzystać z takiej usługi. A ja grzecznie czekałem, aż autobus podjedzie. W końcu się zorientowali, że tak łatwo się mnie nie pozbędą, zawołali kierowcę i autobus grzecznie podjechał. Specjalnie na moje życzenie. Najwyraźniej już dawno nikt z tej usługi nie korzystał, więc busik nie był podstawiany. Wszak do dyspozycji gości (ale już odpłatnie) są również bardziej luksusowe jaguary, jak też tzw. limuzyny. A ja się uparłem. I już. Gdybym wiedział, że będzie z tym tyle zachodu, to przecież pojechałbym taksówką.

Trochę będzie mi brakowało tej beztroski życia hotelowego. Sprzątanie, ścielenie łóżka, wynoszenie śmieci, … o codziennych gazetach, owocach, butelkach świeżej wody na stoliku nie wspomnę. Zacząłem nawet tęsknić za tą codziennością – w końcu trzy tygodnie w hotelu potrafi wypaczyć postrzeganie świata. Tak więc wyruszam na podbój Dohy – tej prawdziwej, gdzie droga do skądinąd pięknego mieszkanka prowadzi przez cuchnące podwórko.

Windą na wakacje

Wyprowadzam się z hotelu już w poniedziałek, więc korzystam z tutejszych udogodnień ile wlezie. Basenik, leżaczek, basenik, leżaczek, powrót do klimatyzowanego pokoju, chwila na odsapnięcie i znowu: basenik, leżaczek, itd. Ale zbyt długo tak nie potrafię – dziś wytrzymałem aż 2 godziny i 10 minut. Temperatura powietrza 42, a odczuwalna 45 stopni, w basenie ledwo 30 stopni. Ehhh, to jest życie.

Wakacje na wyciągnięcie ręki. Tak na co dzień. W południe w weekend lub tuż po powrocie z pracy. Codziennie. Któż o tym nie marzy? Tak wiem, zbyt szczery jestem. I wredny.

Basta!

Kolejne zaskoczenie

Wymiękam coraz bardziej. Okazało się, że mój hotel ma podobno pięć gwiazdek, a nie cztery, jak myślałem wcześniej. Czyli tyle samo, co pracodawca 😛

Są tego kolejne dowody. Dziś po powrocie z pracy zastałem pięknie poskładane ubrania, które zwykle grzecznie po prostu rzucałem na łóżko. Co zdarzy się jutro? Normalnie nie mogę się doczekać!

To nie wszystko. W butach do garnituru znalazłem karteczkę:

‘Your shoes have been cleaned with compliments of your room attendant. Evelyn.’

Buty rzeczywiście lśnią i rzeczywiście wymagały pucowania, bo każdorazowe przejście między np. hotelem a taksówką lub taksówką a pracą powoduje, że z czarnych mokasynów robią się beżowe kowbojki. I tak jest codziennie. Zauważyłem, że większość ludzi u mnie w pracy nie dba za bardzo o czystość butów (najwyraźniej z czasem zobojętnieli). Większość, ale nie wszyscy. Na przykład ja – jako dobrze wychowany chłopczyk – tak nie potrafię. Nie tylko ja zresztą – ostatnio Włoch poprosił mnie o skombinowanie z hotelu jednorazowych gąbeczek czyszczących do butów. Bez nich nie potrafi żyć, no bo jak to? – w brudnych butach po biurze chodzić? Solidne zapasy gąbeczek, które zrobił w czasie gdy mieszkał w tym samym hotelu, już się skończyły i ma teraz problem (wyprowadził się ledwo dwa tygodnie temu).

Tak więc mam misję do wykonania – sprowadzić zapas gąbeczek do biura dla nas obu tak, żeby ich wystarczyło do czasu, gdy znajdziemy kolejnego tymczasowego mieszkańca hotelu.

Taki sobie problem, a jak jednoczy!?

Hotelowe myśli ponownie

Obsługa hotelowa chyba już do moich niewygórowanych wymagań się przyzwyczaiła. Najwyraźniej zlitowali się nade mną – widząc mnóstwo żarcia z supermarketu na wspomnianym już marmurowym 🙂 stoliku, przynieśli niedawno talerz i komplet sztućców żeby łatwiej mi się robiło te kanapeczki z wołową salami itp. Przynieśli również cały półmisek różnych owoców. Jestem naprawdę pod wrażeniem tego jakże miłego gestu.

Puenta – doceniają każdego gościa, nawet takiego, który nie zamierza wydawać majątku na śniadanie w hotelowej restauracji.

Co więcej, niemalże codziennie po powrocie z pracy na świeżo wygładzonej poduszce znajduję pięknie zapakowaną czekoladkę Patchi. Któregoś dnia zauważyłem również, że z pokrywy mojego laptopa zniknęły odciski moich palców. Czy ktoś zacierał jakieś ślady czy była to tylko rzetelność obsługi, która ze ściereczką w ręce wyciera wszystko co napotka na swej drodze? Ja wymiękam normalnie…

Wszystko to miłe gesty, ale czasami chciałoby się mieć trochę więcej prywatności. Ot, taki urok hotelu, który chce mieć dużo gwiazdek.

Uff! Parapetowa jednak będzie

Znalazłem mieszkanie, a właściwie pokój. Co za ulga!

Wszystko oczywiście przez przypadek. Kilka dni temu zniechęciłem się przez tę całą sytuację z mieszkaniami – odechciało mi się przeglądać ogłoszenia i postanowiłem poddać sie łasce pracodawcy i zakwaterować sie w firmowym mieszkaniu. Rozwiązanie takie – jak każde inne – miało swoje plusy i minusy. Największe z minusów to relatywnie wysoki koszt i brak prywatności.
Dla spokoju ducha zajrzałem jeszcze raz do ogłoszeń. Voila! Pełny sukces!!!

Będę miał jeden malutki pokój w mieszkaniu 2-pokojowym. Moim współlokatorem będzie Libańczyk, z którym od razu załapałem dobry kontakt. Jest wiec szansa na to, że będzie prawie tak samo fajnie mieszkać, jak z moimi współlokatorami z wawy (prawie robi różnicę), których niniejszym pozdrawiam. Dodam, ze wedle moich obliczeń mieszkanie znajduje się w geometrycznym centrum miasta – Doha ma kilka centrów, o czym już pisałem. Z tego centrum jest wszędzie blisko –> bo jest geometryczne? 🙂 i wydaje się, że łatwiej jest złapać taksówkę, niż z innych miejsc.

Wiec kto przyjeżdża na parapetowę?

Rynek nieruchomości w Doha <br>&#8211; niezły materiał na magisterkę

W hotelu mieszkać jest przyjemnie, oj bardzo przyjemnie. Jednakże niedługo musi się to skończyć, wiec intensywnie szukam mieszkania. Problem w tym, że większość ogłoszeń z gazety/internetu jest albo nieaktualna, albo skierowana do ściśle sprecyzowanych, acz bardzo tu licznych, grup odbiorców. Tak się składa, że nie jestem ani Filipińczykiem, ani Hindusem. Tym bardziej nie jestem niekorzystającym z kuchni Hindusem muzułmańskim, nie pochodzę z Kerali, nie stanowię też małej rodziny bez dzieci. Owszem – dzieci na razie brak, ale moja na razie jednoosobowa rodzina w postaci „wykształconego egzekutywa” zazwyczaj wynajmującym się nie podoba. Rozmowa z ogłoszeniodawcą najczęściej kończy się więc słowami: [noł, noł, finiszd, noł awajlebel]. Jakby nie patrzeć europejczycy i wszyscy inni niemieszczący się w widełkach są dyskryminowani pełną parą.

Oto przykład ogłoszenia:

‘Room available in 3B/R apartment near Lulu hipermarket. Only for Muslim Indian families without kids (Kerala preferred). Please call 5567543’

Do tego wszystkiego ceny. Powariowali. Kilka dni temu gazety napisały, że Doha wyprzedziła pod względem czynszów takie światowe metropolie jak Bruksela, Berlin, Chicago, itp. Wyprzedzany jest powoli okoliczny Dubaj. Co to oznacza dla przyjezdnych? Hmmm… – prawdziwy koszmar. Zmiękłem gdy od jednego z tutejszych agentów nieruchomości usłyszałem, że 7 000 riyali za umeblowane mieszkanie jednopokojowe (+kuchnia+łazienka+hall) to cena rynkowa. I że on tańszych po prostu nie ma. Na szczęście są konkurencyjne agencje, z których niniejszym postanowiłem skorzystać. Oraz oczywiście nieodzowny Gulf Times i Internet. Nie poddam się – jestem dobrej myśli! Tia

 

Dla żądnych dowodów podaje linki z tymi osobliwymi ogłoszeniami:

Tylko dla kobiet: http://www.qatarliving.com/node/16661

Tylko dla kobiet niearabskich: http://www.qatarliving.com/node/15758

Dla niepalących z Kerali: http://www.qatarliving.com/node/15627

Dla Filipińczyków: http://www.qatarliving.com/node/16591

Dla Hindusów pochodzenia tamilskiego: http://www.qatarliving.com/node/16280

 

United Colours of Benetton

Po tygodniu ciężkiej pracy przyszedł wreszcie czas na relaks. Jakiś zbieg okoliczności sprawił, że przy okazji poszukiwania mieszkania znalazłem ekipę na imprezy. Skąd ten wniosek? Bo impreza zdążyła się już odbyć. Ekipa przez cały wieczór powiększała się coraz bardziej, ale na koniec w sposób dosyć naturalny dokonało się odsianie części towarzystwa. I tak ostatecznie zakumplowałem się z Turkiem i Jordańczykiem.

 

Mieszanka jest dosyć ciekawa, ale wybuchem raczej nie grozi. Obaj nowopoznani znajomi mają dużo większe doświadczenie nad Zatoką, chociaż w samym Katarze przebywają nie dłużej niż pół roku. Liczę więc, że pomogą mi w aklimatyzacji. Zwłaszcza, że jeden z nich dysponuje firmowym Mitsubishi Pajero, którym na tutejszy sposób rozbija się po mieście. Wraz z nami rzecz jasna. Lansowanie się w terenowym samochodzie mnie nie kręci, ale skoro już takowy jest, to nie wypada nie wsiąść 😛

O kulturze jazdy tutejszych kierowców wypowiem się innym razem.

Szaleństwa ciąg dalszy

Dziś dałem kolejny dowód swojemu szaleństwu. Postanowiłem wrócić z pracy do hotelu na piechotę. Próbowałem to zrobić już w zeszłym tygodniu ale było tak gorąco, że wymiękłem po 15 minutach marszu i wsiadłem do taksówki.

Dystans w linii prostej to ok. 3-4 km, ale z braku chodników trzeba było trochę drogi nadrobić. Tym razem skwar nie najgorszy, ale znaczny (35 stopni) – zwłaszcza jeśli się spaceruje w pełnym ekwipunku: w „pracowych” mokasynach, długich spodniach i koszuli z długim rękawem. Do tego plecak.

Nie wybierałem wcale najkrótszej możliwej drogi. Po prostu starałem się iść mniej więcej w kierunku hotelu. Ale co zobaczyłem po drodze to moje – nowiutkie apartamentowce wynajmowane w całości przez największe z tutejszych firm i zamieszkane przez ich pracowników. Jest więc co najmniej jeden budynek telewizji Al Jazeera, są inne firmy. Jest też kilka (jeśli nie kilkanaście) budynków Qatar Airways. Jako że są zamieszkiwane (czy to na stałe czy tymczasowo) przez różne grupy pracowników, różnią się między sobą standardem (inny dla pilotów, inny dla stewardes, inny dla pracowników biurowych).

 

Najma - apartamenty QR

 

A wśród nich? Niskie zabudowania pamiętające dawniejsze czasy, gdy o Katarze nikt jeszcze na świecie nie słyszał. Niektóre wyglądają jak slumsy, chociaż to pewnie zbyt drastyczne porównanie.

 

Najma - apartamenty QR, a jaka okolica?!

 

 

Jak wszędzie - same kontrasty

 

Z pewnością można by znaleźć w Doha biedniejsze dzielnice niż Najma, po której dziś było mi dane się przespacerować.

Jakież wrażenia! A jakaż satysfakcja z wykonanego zadania!!!

Do tej pory nie wiem jak ja cały ten wyjazd ogarnąłem

Wyjazd na stałe do dalekiego kraju w innej strefie klimatycznej to całkiem spory projekt, zwłaszcza pod kątem logistycznym. Bieganie po najróżniejszych urzędach, szczepienia, dokładne planowanie zawartości walizek, których ciężar był przecież ograniczony. To m.in. zakupy – zwłaszcza ciuchów letnich w jedynie słusznym (beżowym) kolorze – tak mi się przynajmniej do tej pory wydawało. Wreszcie należyte pożegnanie się z przyjaciółmi i rodziną…

Ogarnięcie wszystkich spraw było niemałym wyzwaniem, a skoro już tu jestem, cały i zdrowy – mogę z dumą stwierdzić, że sobie poradziłem.

Musze przyznać, że dokładne planowanie – z użyciem MS Excela 🙂 – jakie uskuteczniłem przed wyjazdem teraz procentuje, bo z dumą przyznaję, że wszystko, co spakowałem do walizki się przydaje i jednocześnie niczego niezbędnego nie zapomniałem – oprócz może rozmówek polsko-arabskich, ale na nie jeszcze przyjdzie czas…

Hotelowe przemyślenia

Spanie w hotelu przez trzy tygodnie ma swoje plusy i minusy. Niby wszystko jest, basen, Internet bezprzewodowy, telewizor z MTV i Al Jazeerą, nawet lodóweczka gdzie można schłodzić wodę i … przechować masełko.

No właśnie – kwestia masełka, żółtego sera i salami (wołowej) w lodówce. Żarcie w knajpach hotelowych do najtańszych nie należy (śniadanie podane do łóżka niby tylko ok. 35PLN, ale – HALO – to w końcu tylko śniadanie :-P) W ten sposób na marmurowym stole, który z założenia miał być chyba tylko dekoracją przestronnego wnętrza mojego pokoju, znalazły się różne smakołyki – od keczupu Heinza, przez świeże ciabatty aż po konfiturę Bonne Mamman (kto zna ten mnie zrozumie 🙂 Przyznajcie sami – widok dość nietypowy jak na pokój w czterogwiazdkowym hotelu w samym centrum Doha (centrów miasta jest wedle przewodników turystycznych kilka, to akurat uznawane jest głównie za – o ironio! – centrum gastronomiczno-knajpiane).

 

Hotel Ramada

 

I trochę brakuje mi tu czajnika – herbaty na zimno zrobić się wszak nie da. Ale przynajmniej żelazka Philipsa (wow!) się dorobiłem – nie mam tylko na czym prasować. Ehhh. Czy ja narzekam?

Trochę ponarzekać jednak muszę. Po prostu muszę. Całe miasto się intensywnie rozbudowuje, dotyczy to również mojego hotelu. Otwarte jest już nowe skrzydło hotelu o rozmiarach większych niż skrzydło dotychczasowe. Widok imponujący zwłaszcza, że cała elewacja błyszczy się na złoto. Nic jednak nie wskazuje na to, że jeszcze trzy miesiące wcześniej nowe skrzydło, parkingi, droga dojazdowa itp. były w stanie ledwo zaawansowanej budowy. Widok naprawdę imponujący, szkoda tylko że wycięli rosnące wzdłuż starej drogi krzewy i drzewa – teraz jest tylko beton i kamienie. I piach, jak na pustyni. Pojawił się również chodnik, wąski dość, a na nim postawili olbrzymie, zajmujące całą szerokość owego chodnika, betonowe donice z jakimiś krzewami. Tak wiec krzewy wycięli i wstawili do donic stojących na środku chodnika. Lubię zieleń, nawet sztucznie podlewaną, ale chodnika jak nie było, tak nie ma. Dla pieszych miejsca się tu po prostu nie przewiduje.

 

Komentarz niepotrzebny

 

Najwyraźniej głęboko wierzą w to, że każdy gość hotelowy nie marzy o niczym innym jak wynajem jednego z kilkudziesięciu bordowych jaguarów XJ6L, które mogą jako taksówka zawieźć gości spod hotelu gdzieś w „miacho” za bagatelka 50 riyali (ok. 40 PLN)? Fajna atrakcja, ale jeśli centrum handlowe jest oddalone 5 minut na piechotę to wolę na piechotę. Nawet przy tutejszych temperaturach…

Translate »